Wróć do katalogu

Szkatułka z Tollen - część IX

Kelisa, Aran i Drakan docierają do związanej ze szkatułką polanki i starają się odkryć jej tajemnicę. Nieco krótsza część. Życzę miłej lektury :)

Beataopublikowano 12 lipca 200637 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Część IX

Drakan stał w progu chatki i bez słowa przyglądał się dyskutującym towarzyszom. Oboje zachowywali się tak, jakby zapomnieli o wydarzeniach minionej nocy, żartowali i wysnuwali coraz bardziej nieprawdopodobne teorie na temat zawartości szkatułki. Podekscytowani, z czasem zaczęli traktować tę zgadywankę jak zabawę. – Co odmienia życie na lepsze? Bogactwo! Kelisa obdarzyła Arana pobłażliwym uśmiechem. – Powiedz mi, jakim sposobem wewnątrz szkatułki zmieściłby się majątek? Może jedna lub dwie monety, ale nie bogactwo… – Źle do tego podchodzisz. Bogactwo to nie tylko monety. – Nie wierzę własnym uszom! Ty nie myślisz tylko o pieniądzach! – Jasne, że nie. Za kogo mnie masz? – chłopak uniósł oczy ku sufitowi i szepnął z rozmarzeniem. – W szkatułce równie dobrze może być ukryty jakiś drogocenny kamień albo kryształ… Dziewczyna roześmiała się. – Drakan, znałeś kiedyś większego materialistę od niego? – zapytała, z trudem opanowując wybuch radości. Półelf rozciągnął usta w uśmiechu, lecz nie przyłączył się do ogólnej beztroski. Obserwował siedzącego w niedbałej pozie chłopaka. Nie rozumiał jego postępowania… było w nim zbyt wiele sprzeczności. Pod wpływem przeszywającego spojrzenia Aran momentalnie spoważniał, wstał z ławy i rzucił walający się po klepisku koc pod ścianę chatki. Także Kelisa nie kontynuowała żartów. Wyciągnęła z zapasów duże, krwistoczerwone jabłko, przycupnęła na stołku i w zamyśleniu przełykała soczyste kęsy. Przenosiła wzrok ze stojącego w progu Drakana na krążącego po izbie chłopaka. – Ta polana… uważacie, że powinnam tam pójść? Ze szkatułką? – zapytała w końcu. Aran odwrócił się w jej stronę. – Tak, ale nie sama – kiwnął głową. – Kiedy chciałem dojść do polanki i przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi, centaur powiedział, że w pojedynkę niczego nie zdziałam. Ty jesteś najważniejsza, skarb należy do ciebie, ale wydaje mi się, że sama też niczego nie wskórasz. Kelisa uśmiechnęła się mimo woli. Najważniejsza… To zabrzmiało całkiem miło, lecz ona nie czuła się kimś szczególnym. – To wydaje się dość oczywiste – wtrącił Drakan. – Skoro jesteśmy wplątani w tę zagadkę, powinniśmy rozwiązać ją wspólnymi siłami. Dziewczyna nie odpowiedziała. Milcząca, zjadła jabłko i poderwała się ze stołka. Nagle poczuła się tak, jakby ktoś tchnął w nią dodatkowe siły. Towarzysze dowiedzieli się o zagadce szkatułki i nie odwrócili się od niej plecami. Nadal ją wspierali, chociaż mogli stwierdzić, że nie mają zamiaru narażać się dla rozwiązania tajemnicy, która w żaden sposób ich nie dotyczy. Że dość już przeszli. Jednak nie powiedzieli, że to nie ich sprawa. Była im za to wdzięczna. – Więc wybierzmy się na polankę – zdecydowała. Aran i Drakan nie dawali sobie tego dwa razy powtarzać. Wyszli przed chatę i rozpoczęli przygotowania do drogi. Ot tak, po prostu, jakby mieli to uzgodnione już od dawna. Czekali tylko na nią. Kelisa odetchnęła głęboko, zagarnęła do niewielkiej torby kilka rzeczy i zbliżyła się do ławy. Wzięła leżący na kocu trzos, wcisnęła dłoń między deski i wyjęła ukrytą we wnęce szkatułkę. Przyjrzała się jej z zadumą, po czym zdmuchnęła z wieczka zaczepioną pajęczynę i energicznie upchnęła skarb do woreczka. Kilka minut później skierowała kasztanka między otaczające chatkę zarośla. Tuż za nią stąpały konie chłopaka i półelfa.

* * *

Jechali przed siebie wolnym stępem. Milczący, wsłuchani w śpiew ptaków i we własne myśli. Cieszyli się przyjemnym, rześkim powietrzem, a przebijające się przez listowie słońce grzało ich twarze. Podniosły nastrój nie opuszczał ich ani na chwilę. Czuli, że u celu czeka na nich coś ważnego. Coś, dla czego warto się było narażać i tak wiele poświęcać. Kelisa odgarnęła sprzed twarzy gałązkę świerku i uśmiechnęła się do siebie. Miała wrażenie, że cofnęła się w czasie i że znów opuszcza swoją rodzinną wioskę. Serce łomotało jej z emocji, radość mieszała się z niepewnością i żalem. Poznawała coś obcego, tajemniczego. Odsłaniała zagadkę szkatułki. Lecz tym razem znajdowała się we właściwym miejscu. Więcej wiedziała. Ponadto smutek po śmierci matki zmienił się w piękne wspomnienia. Tym razem nie dokuczała jej też samotność. Miała przy sobie dwóch wspierających ją towarzyszy. Słyszała za plecami stukot podków ich rumaków, lecz, wzruszona, nie mogła się opanować i zerknęła za siebie. Tuż przy niej, nieco z prawej strony, jechał Drakan. Widząc jej spojrzenie, uśmiechnął się lekko. Odpowiedziała mu tym samym i spojrzała w oczy snującemu się na końcu Aranowi. Chłopak miał zaczerwienione policzki, oddychał przez lekko uchylone usta, a podwinięte powyżej łokci rękawy i rozluźniona pod szyją koszula miały zapewnić mu odrobinę ulgi przed leśną spiekotą. Gorączkował, to było widoczne, lecz gdy tylko dostrzegł, że dziewczyna wstrzymuje kasztanka, by znaleźć się bliżej niego, zmarszczył brwi i krótkim skinieniem nakazał jej jechać dalej. Kelisa niechętnie go usłuchała. Zagłębili się w wysuszony, gęsto porośnięty iglastymi drzewami i chaszczami, fragment lasu. To miejsce przypomniało Kelisie drogę do wrzosowego wzgórza, na którym Drakan wspomniał o rodzinie i rozmyślał o ciążącym mu długu wdzięczności wobec centaura. Jej ten wysuszony pas ziemi niezmiennie kojarzył się ze śmiercią, jemu zapewne z doznanym upokorzeniem. Ciekawe, jak on zareaguje, gdy znów stanie z centaurem twarzą w twarz … Nagle dostrzegła duże, niepodkute ślady końskich kopyt. Ich trop ciągnął się od krzaków porastających prawą stronę wzniesienia w dół, do niewielkiej kotlinki. Tam mieszał się z jasnym, rozgarniętym, piaskiem. Wyglądało to tak, jakby coś ciężkiego upadło na leśne poszycie, rozorało ziemię i niezwykle gwałtownie poderwało się do ucieczki. Omijając ten fragment lasu, Kelisa odwróciła się za siebie, usiłowała zobaczyć oczyma wyobraźni, co tu się wydarzyło, po czym zerknęła na Arana. On jakby czytał w jej myślach i skinął potwierdzająco głową. A więc centaur znalazł się naprawdę blisko polanki, pomyślała, spoglądając w dal. I być może właśnie ich obserwował. Nie zawołała go, nie próbowała nawiązać jakiegokolwiek kontaktu. Wiedziała, że to on odnajdzie ich, a nie odwrotnie. Po kilkunastu minutach dziewczyna i jej towarzysze znaleźli się blisko twierdzy Tollen. Widok wyrastającej spomiędzy drzew, zarysowującej się na tle bezchmurnego nieba baszty podziałał na nich niczym mobilizujący afrodyzjak. Co prawda dzieliła ich od więzienia bezpieczna odległość, żaden ze strażników nie byłby w stanie ich dostrzec, lecz woleli nie ryzykować. Ponaglili konie i już po chwili wjechali w plątaninę starych, wiekowych dębów. W dali, wśród drzew, prześwitywał jasnozielony skrawek trawy.

* * *

Kelisa zeskoczyła z siodła tuż przed ukrytą za ścianą dębów polanką. To miejsce było czymś niezwykłym, pięknym i pulsującym emocjami, więc nie mogła zbezcześcić go końskimi kopytami. Przywiązała wodze kasztanka do gałęzi i poczekała, aż Aran i Drakan zrobią to samo. Oni także wyczuli wyjątkowość tej łączki. Zostawili wierzchowce na granicy lasu, zbliżyli się do dziewczyny i stojąc po jej bokach, przyglądali się nienaruszonej, targanej delikatnymi porywami wiatru, wysokiej trawie. – Mówiłaś, że to stąd wzięłaś pergamin? – zapytał cicho Drakan. W jego głosie pobrzmiewał ton niedowierzania. Przytaknęła. Doskonale wiedziała, o co mu chodzi. Ona także nie pojmowała, jak to możliwe. Trawa, parę dni temu zdeptana jej butami, zdawała się być tak świeża, jakby rosła na tym pustkowiu przez wiele miesięcy. – To nie jest zwykłe miejsce… czułam to już parę dni temu, gdy niechcący zgasiłam ten ciepły blask. – Może zgasiłaś go tylko na chwilę. Wydaje mi się, że ta polana żyje własnym życiem i potrafi się odradzać. Kelisa zerknęła na towarzysza z nadzieją. – Myślisz, że ten blask nadal pojawia się po zmroku? – Być może. Skoro trawa jest nietknięta… Dziewczyna odetchnęła głęboko i spojrzała na głaz. – Oby tak było! Mówię ci, to światło było niezwykłe. Szkoda, by przepadło. – Trzeba by zapytać jakiegoś Południowca, czy ubiegłej nocy coś lśniło pomiędzy pniami – Drakan pozwolił sobie na żart. Kelisa zachichotała i szturchnęła towarzysza w ramię. – Idź do Tollen, może się czegoś dowiesz. Podniosły nastrój powoli ich opuszczał. Polanka była piękna, w powietrzu krążyły echa dawnych szeptów i emocji, jednak po chwili obcowania z tym miejscem onieśmielenie zmieniało się w szacunek i podziw. Drakan rozejrzał się wokoło, zerknął na prześwitujące pomiędzy koronami dębów słońce i ostrożnie wszedł w morze zieleni. Idąc, patrzył, jak jego stopy rozgarniają delikatne źdźbła trawy. Nie chciał psuć uroku polanki, a jednak musiał jakoś dostać się do ustawionego w centrum głazu. Po kilkunastu krokach zatrzymał się i przyłożył dłoń do szorstkiej powierzchni. Szarobrązowy, połyskujący głaz wyglądał całkiem niepozornie, sięgał mu ledwie do pasa i zwężał się delikatnie ku górze, by na szczycie zakończyć się niewielkim wgłębieniem. To nie był jego naturalny kształt. Ktoś, zapewne zamieszkujący wieki temu Południe człowiek, elf albo centaur, wykuł dołek w jakimś celu. Lecz teraz niezbyt głęboki otwór porośnięty był ciemnozielonym mchem. Kelisa zbliżyła się do Drakana. Ona także uważała, by nie narobić zbyt wielu szkód. Na szczęście wiedza, że to miejsce regeneruje się w naturalny sposób, uciszyła nieco jej wyrzuty sumienia. – I jak? Znalazłeś coś? Pokręcił głową. – Zwykły kamień. Nie ma na nim śladu Kal’leam. A jednak coś mi mówi, że on ma jakiś związek ze szkatułką… – szepnął z zamyśleniem. – Skąd dokładnie wyjęłaś pergamin? – Stąd – dziewczyna kucnęła przed zarośniętą trawą, ledwie widoczną jamą. – Kiedy tylko go dotknęłam, światło zniknęło. Półelf schylił się, obmacał dół głazu, po czym wcisnął rękę w niewielki otwór. Po chwili wyprostował się i otrzepał dłonie z piasku. Nic nie znalazł. Spodziewał się tego, lecz musiał sprawdzić, czy ma rację. Tak, tajemniczy pergamin został już odkryty. Kelisa dotknęła trzosu i przymknęła na moment oczy. Nagle uśmiechnęła się. – Na pewno jesteśmy u celu. Ale co mamy robić? – zerknęła pytająco na półelfa. Nie wiedział. Znał to miejsce tylko ze snu. Ona także nie miała pojęcia. Zapewne jakieś wskazówki znajdowały się w tekście Kal’leam, dekorującym boki szkatułki. Co z tego, skoro do tej pory nie udało się im odczytać najkrótszego nawet słowa? I raczej to się nie zmieni. Chyba, że centaur okaże się pomocny. Przecież przyznał się, że zna starodawny język! To podniosło dziewczynę na duchu. Rozejrzała się wokoło, poszukując najmniejszego nawet śladu świadczącego o obecności młodzieńca, lecz dębowy las szumiał spokojnie swoją odwieczną pieśń, nie niepokojony przez jakiekolwiek tajemnicze stworzenia. On pojawi się, kiedy sam uzna, że już nadszedł czas, burknęła Kelisa w myśli i oby tylko nie poddawać się niepotrzebnej irytacji, uniosła twarz ku niebu. Delikatny powiew musnął ciepłem jej policzki, w uszach rozległ się ledwie dosłyszalny szept. Słowa były niezrozumiałe, przypominały zawodzące tchnienie wiatru. – Te emocje… czujesz je? – zapytała z przejęciem Drakana. – Chyba tylko ktoś kompletnie niewrażliwy by ich nie poczuł. – Wspaniałe. Radość, żal, nadzieja… to wszystko miesza się ze sobą. Ciekawe, co tu się wydarzyło – opuściła głowę. Z braku lepszych pomysłów usiadła na trawie, oparła się plecami o głaz i rozglądała się dokoła, napawając się mistycyzmem tego zakątka. Drakan był bezradny. I wcale mu się to nie podobało. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że coś przegapili. Że zapomnieli o jakimś ważnym szczególe. Że gdyby tylko skupili się na tym, co już znali i widzieli, z łatwością rozwiązaliby zagadkę szkatułki. A może to tylko jego pobożne życzenia? – Skoro magia tego miejsca ujawnia się po zachodzie słońca, może powinniśmy poczekać do zmierzchu… kto wie, co się wtedy stanie. Kelisa zgodziła się z nim. Po chwili wyjęła z trzosu szkatułkę i po raz kolejny starała się odczytać nieznany sobie język. Musiała go jakoś odszyfrować! Co powiedziała Allena? Długi zawijas na końcu słowa oznacza liczbę mnogą… I co z tego, dla jej niewprawnego oka każdy symbol wyglądał jak zawijas! Zirytowana, ale i rozbawiona swoimi pomysłami, burknęła coś pod nosem. Drakan uśmiechnął się i odszedł na brzeg polanki. Przechodząc obok jednego z dębów, dostrzegł siedzącego na trawie Arana. Zacisnął zęby. Ten dzieciak więcej gadał, niż robił. Obiecał pomoc, a teraz lenił się w cieniu drzewa. Czego więcej można się było po tym złodzieju i oszuście spodziewać? Nie miał zamiaru tracić na niego nerwów. Przysiadł pod drzewem i obserwował znajdującą się na środku polanki Kelisę. Dziewczyna nadal wpatrywała się z uporem w puzderko i poruszała bezdźwięcznie wargami, jakby odczytanie Kal’leam nie sprawiało jej najmniejszych kłopotów. – Otworzyliście szkatułkę? Niemożliwe. Więc jednak cała ta zagadka go interesowała? – A jak myślisz? – warknął opryskliwie. Aran nie odpowiedział, zakaszlał, po czym opuścił głowę i wtulił czoło w dłoń. Oddychał ciężko, na jego górnej wardze i brodzie lśnił pot, koszula lepiła się mu do pleców. Drakan przyjrzał się mu bez słowa. Widział, że dzieciak nie czuje się najlepiej i to w pewnym stopniu stłumiło jego złość. Po chwili wahania uniósł się na nogi i powoli zniknął w lesie. Gdy wrócił, stanął naprzeciw Arana i wyciągnął w jego stronę pęk oczyszczonych z ziemi, jasnych korzonków. – Pożuj je. Przełykaj sam sok. Chłopak spojrzał na oferowane roślinki. – Chcesz mnie otruć? Drakan uśmiechnął się złośliwie. – Gdybym chciał to zrobić, dałbym ci coś skuteczniejszego od salgei. Aran wziął korzonki, jeden z nich włożył do ust, przygryzł i skrzywił się z niesmakiem. Zgodnie z poleceniem pożuł go chwilę, przełknął sok i wypluł coś, co przypominało przeplataną łykami, białawą papkę. – Może to świństwo się ładnie nazywa, ale smakuje ohydnie – burknął, zabierając się za żucie kolejnej porcji korzennego lekarstwa. Drakan opadł na trawę. – To zioło zbija gorączkę. Nie pomożesz Kelisie, jeśli nie będziesz trzeźwo myślał. Szybciej popełnisz kolejną głupotę. Aran oparł się łokciami o kolana i wbił wzrok w siedzącą pod głazem dziewczynę. Dość długo milczał, jakby zastanawiał się, czy powinien wdawać się z mężczyzną w dyskusję. – Nadal masz mnie za drania, co? – zapytał w końcu. Półelf zmarszczył brwi. – Do tej pory nie udowodniłeś, że nim nie jesteś. Chłopak pokiwał głową. Pozbył się papki, odsapnął głęboko i wrzucił do ust następny korzonek. Nie kontynuował rozmowy. Wiedział, że to nic nie da. Drakan patrzył przed siebie. Wydawało mu się, że ten dzieciak chce, by on w końcu zmienił o nim zdanie. By nie traktował go z wieczną pogardą. By mu zaufał. Jednak on nie potrafił myśleć o Aranie inaczej jak o człowieku niebezpiecznym i wyrachowanym. Zbyt wiele w życiu widział i zbyt wiele przeszedł, by mógł, ot tak po prostu, przekonać się do kogoś, na kim się parokrotnie zawiódł. Na Zachodzie mawiano „Pies, który raz ugryzł, zrobi to znowu z jeszcze większą odwagą.”. Miał przed sobą właśnie takiego psa. Wolał trzymać się z daleka od jego kłów. Jednak Kelisa zachowywała się jak dziecko, które, mimo nauczki, nadal przystawia zwierzęciu ramię do pyska. Nagle przypomniał sobie o pewnej sprawie, o którą chciał zapytać chłopaka, odkąd uciekli z domu arystokratki. Wtedy to Malir wspomniał o czymś, co znów rzuciło cień na postępowanie Arana. To także wiązało się z zaufaniem. – Kelisa mówiła, że dostaliście się do twierdzy Tollen od strony wydm. I że one znajdują się bliżej granicy. – Zgadza się. – Jednak po ucieczce sprowadziłeś nas do tego lasu. Dlaczego akurat tutaj? Blondyn zerknął na niego. – Nie dałbyś rady przekroczyć granicy. Byłeś umierający. Drakan nie zadowolił się tą odpowiedzią. – Wiedziałeś, że okolica jest niebezpieczna. Przecież sam wspomniałeś, że Południowcy nie zapuszczają się w ten las. Że się go boją. Więc czemu ściągnąłeś nas w te ostępy? – Przecież już to tłumaczyłem. Cztery lata temu skryłem się w chatce razem z Faelem. Nikt nas nie ścigał, nikt nawet nie kręcił się w pobliżu. Dlaczego miałbym znów nie skorzystać ze sprawdzonej kryjówki? Wiem, że ten las i ta polana przerażają mieszkańców Tollen i okolic. Znam ich legendy. Ale my jesteśmy tu bezpieczni. Nie jesteśmy Południowcami, więc nic nas nie zaatakuje. Półelf spojrzał mu w oczy. – Uważasz, że ten las jest groźny tylko dla mieszkańców Południa? Aran otarł wierzchem dłoni mokre od soku usta. Przytaknął krótkim skinieniem. – Nie wiem, dlaczego tak jest. Może dawniej zdarzyło się tutaj coś złego… legendy o tym nie mówią. Drakan spuścił wzrok. Zerwał twarde źdźbło i kręcił je w palcach. Zastanawiał się, czy Aran czegoś przed nim nie zataił. Zresztą, dlaczego tym razem miałby to robić? On także znalazł się w lesie za twierdzą i gdyby okolica była nieprzyjazna, jemu także groziłoby niebezpieczeństwo. Zapewne by nie ryzykował. Co za tajemnicę skrywały te pustkowia? Co się tu wydarzyło?

* * *

Kelisa przyjrzała się jednemu z boków szkatułki. Starała się zapamiętać sposób nanoszenia rzeźbienia na drewno, po czym energicznym ruchem odwróciła ku sobie wieczko. Westchnęła z rezygnacją. Słowo {i}Tollen{/i}, nie dość, że o wiele młodsze od pozostałych inskrypcji, zostało też wyryte całkiem innym charakterem pisma. A więc nie mogła tego zrobić jedna osoba. Kolejna teoria – że szkatułka jest tylko zwykłą podróbką – została obalona. Dziewczyna czuła na prawym policzku rozgrzewające promienie słońca. Z początku przyjemne ciepło, po pewnym czasie zaczęło jej przeszkadzać. Otarła twarz dłonią i wstała. Ruszyła powoli w cień. Zagłębiła się między pnie pierwszych dębów i usiadła na trawie tuż obok Drakana. – Już nie mam pomysłów… – jęknęła i przyłożyła głowę do jego ramienia. On uśmiechnął się i przygarnął ją do siebie. Doskonale rozumiał jej determinację i chęć poznania prawdy. Sam chciałby już wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. – Spokojnie, jakoś otworzymy twoją szkatułkę – mruknął pocieszająco i pocałował ją w czoło. Kelisa objęła go w pasie, a on delikatnym ruchem głaskał jej kędzierzawe włosy. – Jesteś głodna? – Nie. Poza tym nie wzięłam nic do jedzenia. – Ja wziąłem. Parę jabłek, trochę chleba… Aran siedział bez ruchu zaledwie dwa kroki od szepczącej pary. Zerknął na wtulonych w siebie Kelisę i Drakana i zacisnął zęby. Nagle poczuł się bezwartościowy i zbędny. Ogarniało go coraz większe rozgoryczenie. A także złość. Ci dwoje okazywali sobie uczucia, zupełnie nie zwracając uwagi na jego obecność. Nie miał zamiaru udawać, że jest ślepy i że nie zauważa ich przytulanek. Burknął coś pod nosem, wsparł się zdrową ręką o pień

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych