Wróć do katalogu

Szkatułka z Tollen - część XI - ostatnia

Ostatnia część powieści fantasy. Dziekuję wszystkim za dotychczasowe zainteresowanie! Mogę tylko życzyć miłej lektury :)

Beataopublikowano 18 września 20061 godz. 6 min czytania 4,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Część XI

Kelisę obudziło głośne ćwierkanie awanturujących się za oknem wróbli. Srebrzysty pas słońca rozświetlał wnętrze izdebki. Uniosła powoli powieki i przez chwilę leżała w bezruchu, wsłuchując się w ptasi harmider. Odetchnęła głęboko i z trudem pokonała ogarniający ją żal. To jej ostatni, zwykły poranek. Początek dnia, który może dzielić z bliską osobą… Nie, nie powinna się rozklejać. Musi być dzielna. Uniosła się z ławy, rozczesała palcami kręcone włosy i zaplotła je w opadający na prawy bark warkocz. Nie obejrzała się za siebie, chociaż tuż za jej plecami leżał Drakan. Nie mogła spojrzeć mu w oczy. Podeszła do paleniska i kucnęła nad przygotowanymi do drogi bagażami. Sięgnęła po jabłko i ugryzła kęs, chociaż wcale nie czuła głodu. Przy okazji rozdzieliła swój prowiant między zapasy Arana i Drakana. Ona nie będzie już go potrzebowała, a im tych kilka owoców, pajd chleba i kawałków sera zapewni przynajmniej jeden dzień spokojniejszej podróży. Spuściła głowę. Zostanie tutaj, na Południu. Już nigdy więcej nie zobaczy rodzinnej wioski. Z tylu ważnych i błahych rzeczy, z tylu przyjemności i zwykłych trosk życia będzie musiała zrezygnować… Drgnęła, gdy ława za jej plecami zatrzeszczała cicho. Odwróciła się i spojrzała na Arana. Chłopak oparł się plecami o ścianę i jeszcze nie do końca rozbudzony, potargał jasną czuprynę. Ziewnął szeroko i dopiero wtedy dostrzegł kucającą na klepisku Kelisę. W jego oczach pojawił się jakiś dziwny błysk. – Jak ci się spało? – zapytała, siadając tuż obok niego. Nie zwróciła uwagi, że odsunął się dyskretnie. Unikał też jej wzroku. – Dobrze. – A jak się czujesz? – W porządku. Jestem gotowy do drogi, mogę ruszać w każdej chwili. Ale pewnie będziemy musieli poczekać, aż Drakan się obudzi… – spojrzał z pogardą na wciąż śpiącego półelfa. Kelisa spuściła głowę. Aran o niczym nie wiedział. Nie miał pojęcia, że ona postanowiła dołączyć do centaura i Dalleany. Nie czuła się na siłach, by właśnie w tej chwili mówić mu, że zmieniła zdanie. Zapewne chciałby wiedzieć, co ją do tego skłoniło, czy była pewna podjętej decyzji, może nawet usiłowałby ją przekonać, by tego nie robiła. Nie była gotowa na tak poważną rozmowę. Bała się, że ulegnie jego namowom. Zdobyła się na słaby uśmiech. – Drakan to okropny śpioch. Zresztą ty też nie jesteś rannym ptaszkiem. Wszyscy mieszkańcy Zachodu są tacy jak wy? Zmarszczył brwi. – Nabijasz się? Porównujesz mnie do niego? – To cię obraża? Bardzo dobrze, że lubicie spać. Musicie mieć coś z życia – zażartowała, wstała z ławy i skierowała się do drzwi. Aran odprowadził ją wzrokiem. Gdy tylko zniknęła za progiem, zakrył twarz przedramionami i padł z ciężkim westchnieniem na deskę. Kelisa zeszła nad jezioro. Spojrzała na połyskującą taflę. Na wspomnienie minionej nocy przez jej ciało przetoczyła się fala gorąca. Znów czuła na sobie dłonie Drakana, jego oddech, spojrzenie… To było ich pożegnanie. Szybko otrząsnęła się z przygnębiających myśli. Teraz ważny był tylko medalion. Magiczny przedmiot, który przepadł w ciemnej toni. Być może został stracony na zawsze. Przez ułamek sekundy pomyślała, że może to była dla niej jakaś szansa… Nie, to nie takie proste. Nie powinna być na tyle niemądra, by uwierzyć, że Dalleana i Sandor okazaliby tak nieprzewidywalni i lekkomyślni. Wiedzieli, że nie można się go tak łatwo pozbyć, znali sposób na odzyskanie medalionu. Więc dali go jej tylko na próbę. By przyzwyczaiła się do niego, by przemyślała wszystko na spokojnie i przekonała się do zadania, które na niej spoczywało. Westchnęła urywanie i przełknęła duszące ją w gardle łzy. Bała się. Panicznie. Nie chciała tego! Jednak wiedziała, że tym razem nie ma już dla niej odwrotu. Zacisnęła dłonie w pięści, wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Po chwili zostawiła za sobą jezioro, las i piaszczyste zakole. Wspięła się na wzgórze, ominęła oporządzającego siwka Arana i sięgnęła po derkę kasztanka. Narzuciła ją na koński grzbiet i schyliła się po siodło. Zamyślona, nie zwróciła uwagi na fakt, kiedy z chatki wyszedł Drakan. Drgnęła, gdy zobaczyła go, przechodzącego tuż obok niej, zbliżającego się do uwiązanej klaczy. Uniosła głowę i przez chwilę przyglądała się mu z uwagą. Stał zwrócony do niej plecami, siodłał karuskę spokojnymi, pewnymi ruchami. Tuż obok niego leżały bagaże. Nie mogła odgadnąć, o czym myślał. Kasztanek skubnął ją w bark, szarpnął kosmyk długich kędziorów. Zupełnie, jakby zniecierpliwiła go opieszałość dziewczyny. Zajmij się mną, zdawał się mówić. Osiodłaj mnie i wynośmy się stąd! Kelisa uśmiechnęła się smutno i pogłaskała go po szyi. Ułożyła siodło na derce, wysunęła spod łęku pasmo rudej grzywy. Zapięła popręg, przerzuciła wodze przez szyję wierzchowca i skierowała się wolnym krokiem do izby. Stanęła w progu i rozejrzała się po skromnym, malutkim pomieszczeniu. Serce ścisnęło się jej z żalu i wzruszenia. To miejsce wiązało się z tyloma wspomnieniami… nagle poczuła, że jest jej naprawdę bliskie. Znała każdy zakamarek, zapach, odgłos… wiedziała, jak będzie wyglądała droga smugi słońca, zarysowującej się na podłodze. Ta chatka była czymś więcej, niż tylko azylem, schronieniem w czasie ucieczki. Na pewien czas stała się dla niej domem. Domem, którego ona nie chciała opuszczać. Niespodziewanie silne ramiona objęły ją od tyłu, opalone dłonie splotły się z jej własnymi. Drakan przytulił ją do siebie. – Jesteś gotowa? Skinęła głową. – Tak – odparła, chociaż w jej wnętrzu wszystko krzyczało „Nie!”. Pewna, że więcej nie zniesie, uwolniła się z objęcia półelfa i pospiesznie dosiadła konia. Odczekała moment, aż towarzysze będą gotowi do wymarszu i obrzuciła szybkim spojrzeniem piękną okolicę. Nie mogła uwierzyć, że nigdy więcej tu nie wróci. I że to cudowne miejsce znów stanie się opustoszałym, dzikim zakątkiem. Musnęła dłonią szorstką ścianę chatki, po czym pociągnęła za wodze kasztanka i ruszyła między krzewy. Aran i Drakan podążali za nią. Kierowali się na wschód, ku twierdzy Tollen. Tę trasę znali już doskonale. Zostawili za sobą łączkę i szemrzący strumyk. Delikatne porywy wiatru targały rosnące nad ich głowami liście. Nieśmiało wynurzające się zza drzew słońce padało im wprost na twarze. Wśród śpiewu ptaków słychać było nierównomierne stukanie końskich kopyt o twardą ziemię. – Cieszę się, że już się stąd wynosimy – fuknął niespodziewanie Aran. Przedłużające się milczenie zaczęło go męczyć. – Kiedy tylko przekroczymy granicę, znajdę jakiś przytulny zajazd, upiję się i odeśpię ten cały koszmar w wygodnym, miękkim łóżku. Jego słowa pozostały bez odzewu, więc zmrużył oczy i wbił wzrok w jadącą tuż przed nim Kelisę. – Jak mi szczęście dopisze, może nie zasnę sam – syknął złośliwie. Dziewczyna nie przejęła się jego wyznaniem, nawet nie odwróciła głowy. Zupełnie, jakby nie przejmowała się tym, co on opowiadał. No tak, przecież był jej kompletnie obojętny. Dla niej liczył się tylko Drakan. Zerknął na mężczyznę. – A ty co zrobisz? Półelf nie odpowiedział od razu. Wpatrzony w las, kołysał się w rytm kroków karuski. Sprawiał wrażenie poważnego i bardzo smutnego. – Będę się starał o tym wszystkim zapomnieć – odezwał się cicho. Mimo woli Aran uśmiechnął się pod nosem. To był ironiczny, pełen zawiści grymas. No tak, Drakan nie miał zbyt wielu pozytywnych wspomnień związanych z Południem. I dobrze. Ważne, że przeżył, że Kelisa należała do niego… głupi ma zawsze szczęście. Niech się z tego cieszy. Znów podróżowali w kompletnej ciszy. Mieszany las zmienił się w sosnowy, aromatyczny zagajnik. Po błękicie przemknęły z gwiżdżącym szumem piór cztery młode łabędzie. Leciały w stronę chatki. Zapewne przyciągało je niewielkie, ocienione jezioro. Gdy na horyzoncie pojawiła się baszta twierdzy, Kelisa, Aran i Drakan podświadomie skulili się ze strachu i wprowadzili konie nieco głębiej w las. Nie mogli właśnie teraz wpaść w ręce Południowców. Nie po tym wszystkim, co przeszli. Ponaglone rumaki przeszły w stęp. Po chwili przerażająca ich budowla została w tyle. Byli pewni, że nie będą tęsknić za jej widokiem. Aran wyprzedził towarzyszy i wytężył wzrok. Wydawało mu się, że w dali, za pniami drzew, dostrzega jasną plamę pierwszych wydm. To mu dodało zapału. Ścisnął mocniej udami boki siwka i pochylił się nad jasną grzywą. Już niemal słyszał szmer osuwającego się spod końskich kopyt piachu. Nagle zorientował się, że Kelisa i Drakan nie jadą za nim. Wstrzymał rumaka i obejrzał się za siebie. Dziewczyna i półelf powoli zagłębiali się między sosny. Kierowali się ku centrum Południa, ku Tollen i ku… – Hej! Pomyliliście drogę? Został zignorowany. Zaklął cicho, pociągnął za wodze i dogonił ich. Był zirytowany, ale też odczuwał dziwny niepokój. Wiedział, co znajdowało się w głębi lasu. I doskonale pamiętał słowa Dalleany. „Czekamy na ciebie.”. Nie, Kelisa nie może dołączyć do tamtej dwójki. Przecież to szaleństwo! Przejechał obok Drakana, wstrzymał siwka i złapał dziewczynę za ramię. Spojrzał jej prosto w oczy. – Co ty robisz? Wydmy są tam – wskazał skinieniem sosny na wschodzie. Kelisa uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego. W jej uśmiechu było coś takiego, że serce skurczyło mu się z nagłego współczucia. – Aran, dziękuję ci za wszystko. Naprawdę się cieszę, że pomogłeś mi rozwiązać zagadkę szkatułki. Trzymaj się i wyprowadź bezpiecznie Drakana z Południa. Ja muszę zrobić to, co zostało mi wyznaczone. – Co… Żartujesz?! Przecież powiedziałaś, że nie założysz medalionu i nie dołączysz do tamtych dziwaków! – Ja to muszę zrobić – powtórzyła. Aran oddychał głęboko. Był przerażony, serce waliło mu z całych sił, zupełnie, jakby to on, nie Kelisa, miał porzucić swoje dotychczasowe życie i stać się jednym z wybawicieli Południa. – Nie musisz – odezwał się z naciskiem. – Nie jestem ślepy. Ty tego nie chcesz. Elfy, centaury i ludzie poradzą sobie doskonale bez twojego poświęcenia! Uwolniła ramię z kleszczowego uścisku. – Ja się nie poświęcam – skłamała. – Ja tylko robię to, co do mnie należy. Właśnie do tego zostałam wybrana. Nie chcę mieć na sumieniu okropnych rzezi i nienawiści. Aran przyglądał się jej z uwagą. – To nie są twoje słowa, tylko tej nawiedzonej dwójki – odwrócił się gwałtownie w stronę Drakana. – Pozwalasz jej na to? Nie możesz jej jakoś powstrzymać? Nie widzisz, że ona jest przerażona?! Półelf zmierzył chłopaka przenikliwym spojrzeniem. – Myślisz, że nie chciałbym jej przy sobie zatrzymać? Że z łatwością przychodzi mi rozstawanie się z nią? Na bogów, ta dziewczyna jest mi najdroższa na świecie. Ale ona od początku wiedziała, jak to się zakończy. Nawet wtedy, gdy sama sobie udowadniała, że będzie inaczej. Nie mogę jej od tego odciągać. – Aran, ja wyjaśniłam sobie wszystko z Drakanem – wtrąciła Kelisa delikatnym tonem. – Boję się, to prawda, ale już zdecydowałam. Aran prychnął pogardliwie. – Jasne. Widziałem to wasze wyjaśnianie sobie spraw! I w życiu bym nie pomyślał, że facet, któremu chociaż trochę na tobie zależy, pozwoli ci tak łatwo odejść. Że pozwoli ci być nieszczęśliwą! Zapanowało milczenie. Drakan i Aran nie spuszczali Kelisy z oczu. Ona mięła w dłoni skórzany pas. Na jej policzkach pojawił się rumieniec zawstydzenia. Nie miała wątpliwości, że chłopak widział minionej nocy ją i półelfa, nagich, zanurzonych w wodzie. – Wszystko będzie dobrze – szepnęła. – Sama nie wierzysz w to, co mówisz – odparł Aran. Jego słowa nie miały już w sobie dawnego buntu, lecz rozczarowanie. – Proszę cię, zapomnij o tym zadaniu. Wynośmy się stąd. Dziewczyna wahała się przez moment, po czym zmusiła kasztanka do dalszej drogi. – Kelisa! – To jest dla niej wystarczająco trudne i bez twoich protestów. Zostaw ją w spokoju – doszedł do niego matowy głos Drakana. Aran patrzył na dołączającego do dziewczyny mężczyznę. Postawny półelf sprawiał wrażenie kulącego się pod spadającymi na niego, niewidzialnymi ciosami. Ci dwoje ani myśleli go słuchać. Unieszczęśliwiali się, zadręczali, jakby ktoś rzucił na nich potężny czar. Bezradny, ponaglił siwka. Znów zagłębiał się w sosnowe ostępy. Nie panował nad sytuacją. Mógł zrobić tylko jedno – odprowadzić Kelisę do głazu i pożegnać się z nią. A potem pokonać morze wydm w całkowitej samotności. Mimo niechęci do półelfa w głębi serca czuł, że Drakan przeżyje to samo.

* * *

Przez resztę drogi nie odezwali się do siebie ani słowem. Milczeli, pogrążeni we własnych myślach. Widok pierwszych dębów wywołał w nich silne ukłucie strachu. Tak jak poprzedniego dnia, zostawili konie przywiązane do drzew i wyszli na brzeg polanki. Rozejrzeli się po falującej zieleni. Trawa sprawiała wrażenie nietkniętej, słońce rozświetlało głaz i zachodnią stronę lasu. Kelisa czuła, jak jej serce łomocze w piersi. Była przerażona i zasmucona, za nic nie chciała rezygnować ze swojego dotychczasowego życia, a jednak wiedziała, że nie może się wycofać. Jej tchórzostwo kosztowałoby zbyt wiele. Powoli podeszła do głazu i spojrzała z góry na lśniącą w słońcu szkatułkę. Puzderko było otwarte, lecz puste, rzeźbione drewno pokrywały malutkie krople rosy. – Nikt jej nie zabrał… – szepnęła do siebie. Odwróciła się. Drakan i Aran stali kilka kroków za nią i przypatrywali się jej z powagą. Gdyby tylko mogli, zapewne zmusiliby ją, by stąd odeszła, przeprawiła się przez wydmy i zniknęła z Południa. By zapomniała o ciążącym na niej zadaniu. Jednak coś ich powstrzymywało. Rozumieli, jak wiele od tego zależy. Westchnęła głęboko i uśmiechnęła się do towarzyszy. Chociaż sama potrzebowała wsparcia, chciała podtrzymać ich na duchu. Czekała na wypełnienie swojego przeznaczenia, jednak przez kilka kolejnych minut nic się nie działo. Spojrzała na błękitne, bezchmurne niebo. Aran przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę. – Kelisa, to bez sensu. Chodźmy stąd. Na bogów, jak bardzo chciała skorzystać z jego rady! – Jeszcze trochę poczekam. – odparła niepewnie i musnęła palcami wilgotne wieczko szkatułki. Ginące wśród listowi szepty przeszłości nadal mieszały się z odgłosami ptaków i szumem trawy. Polanka zdawała się być ostoją ciszy i spokoju. Może nic się nie wydarzy? Może medalion przepadł na zawsze i dzięki temu jej los się odmienił? Odzyskała wolność? Nagle nastrój przybrał całkiem inną formę. Wokoło roztoczyło się łatwo wyczuwalne wyczekiwanie, słońce przysłoniła niewielka chmura. To wszystko było dziwnie znajome, magiczne, lecz nieporównywalnie słabsze od atmosfery, jaka spowiła łączkę w chwili odczytania przepowiedni Kal’leam. Zza dębów wyszli Dalleana i Sandor. Zbliżali się do głazu niczym niesieni na skrzydłach, ich skóra zdawała się promieniować jasnym blaskiem. Kelisa spojrzała w oczy elfiej kobiety i poczuła zachwyt przemieszany z goryczą. Zaraz stanie się jedną z nich, zyska moce, o jakich nawet nie śniła… jednak cena za ten przywilej wciąż ją przerażała. Westchnęła w duchu i skłoniła głowę w geście podporządkowania i szacunku, mruknęła słowo powitania. Dalleana uśmiechnęła się z dumą. – No proszę, więc jednak zmieniłaś zdanie. Cieszę się, że twój rozsądek wygrał ze słabością. Słabością? Czy miłość do kogoś można nazwać słabością? Nie, ona miała wrażenie, że to uczucie dodawało jej sił. Odmieniło ją. Nawet teraz, gdy stała na środku polanki, sprzeciwiała się własnej woli i odrzucała targające nią pragnienia, robiła to po części z miłości do Drakana. Chciała, by on już nigdy nie był zagrożony, by mógł spokojnie żyć. Bez niej... Sandor położył ręce na jej ramionach. Niesamowity, bijący z jego ciała blask, dawał przyjemne, wypełnione pozytywną energią, ciepło. – Najwyższy czas dokończyć to, co zostało ci wyznaczone – odezwał się głębokim głosem. – Gdy tylko ty, przedstawicielka ludzi, dołączysz do nas, będziemy mogli zacząć wpływać na mieszkańców Południa. Oni stanowią największe zagrożenie. Kelisa zebrała się w sobie. – Chcę do was dołączyć – szepnęła. – Ale wrzuciłam medalion do jeziora. Centaur rozciągnął usta w sztucznym uśmiechu. – Myślisz, że możesz się go tak łatwo pozbyć? – spojrzał na Dalleanę, a ta dumnym gestem skierowała dłoń w stronę stojącej na głazie szkatułki. Kelisa przypatrywała się z zawodem rozświetlonemu niebieskim blaskiem puzderku. Miała nadzieję, że ten piękny, lecz przeklęty przedmiot przepadł na zawsze. I że dzięki temu nie będzie mogła wypełnić swojego przeznaczenia. A jednak myliła się. Nie była zaskoczona, tylko rozczarowana, chociaż spodziewała się takiego właśnie rozwoju sytuacji. Westchnęła głęboko. – Boisz się? – zapytała elfka. – Tak – przyznała. Dalleana spojrzała jej prosto w oczy tak intensywnie, że aż dziewczyna spuściła wzrok. Ta potężna kobieta z pewnością wyczuła buzującą w niej mieszaninę panicznego lęku, żalu i nadziei. – Pożegnaj się z nimi – mruknęła, zerkając znacząco na stojących nieco w tyle Drakana i Arana. Więc nadszedł najgorszy moment. Ten, którego najbardziej się obawiała. Była pewna, że nie utrzyma swoich uczuć w ryzach. A przecież nie chciała urządzać sceny, pragnęła, by całe to zadanie skończyło się w jak najmniej bolesny i przykry sposób. Odwróciła się powoli i spojrzała na towarzyszy. Serce ścisnęło się jej z rozpaczy, gdy dojrzała smutek malujący się na ich twarzach. Stali obok siebie i wpatrywali się w nią w milczeniu. Ci dwaj byli jej tak bardzo drodzy! Tak bardzo się do nich przywiązała! Tyle wspólnie przeszli, wymienili mnóstwo słów, spojrzeń, łączyło ich wiele radosnych i przykrych chwil… a teraz miała ich rozłączyć zawartość małego puzderka, dla którego tyle poświęcili i którego tajemnicę usiłowali rozwiązać z tak wielkim zapałem. Zbliżyła się do Arana i zacisnęła na moment powieki, chcąc zapanować nad łzami. Nie bardzo wiedziała, co powinna powiedzieć. Nie była na to przygotowana. Podejrzewała, że nawet gdyby miała na przemyślenia parę godzin, może nawet dni, nie wymyśliłaby nic inteligentnego. – Dziękuję ci – szepnęła w końcu. – Zapomniałaś o „żegnaj” – burknął ponuro. Złapała go za rękę, uścisnęła mocno. – Trzymaj się. I wyprowadź bezpieczne Drakana z Południa. Aran otworzył usta, lecz zaraz zacisnął je w cienką linię. Wahał się, czy powinien powiedzieć to, co bezustannie tłukło się mu po głowie. Milczał, lecz jego mina była wystarczająco wymowna. Kelisa nie pozwoliła się mu odezwać. Nie chciała słuchać kolejnych sprzeciwów. Uśmiechnęła się, pospiesznie puściła jego dłoń i podeszła do półelfa. To pożegnanie było dla niej niewyobrażalnie ciężkie. Rozstawała się z ukochanym mężczyzną. Z kimś, kto tyle dla niej znaczył, kto pojawił się, gdy potrzebowała pomocy, kto tak bardzo dla niej ryzykował… Nie mogła go zostawić. To więcej, niż była w stanie znieść. A gdy dojrzała cień przygnębienia w jego szmaragdowych oczach… Drakan objął mocno wtulającą się w niego dziewczynę. Przełknął ciężko ślinę, chcąc pozbyć się dławiącej w gardle guli. Pochylił głowę, pocałował włosy Kelisy. Jej ciało drżało w jego ramionach. Obserwujący ich Aran czuł zazdrość i rozdrażnienie, ale też powoli rodził się w nim dziwny bunt. Pamiętał minioną noc, wspominał oddanie tych dwojga. Teraz widział równie wzruszającą scenę. Patrzył na dygoczące plecy dziewczyny i był pewien jednego – ona była okropnie nieszczęśliwa. Ten wymuszony wybór wyssał z niej całą radość życia. Słyszał stłumione łkanie Kelisy i szept Drakana. Odwrócił głowę i zapatrzył się w szkatułkę. Wszystko przez ten przeklęty przedmiot! W jego umyśle zakiełkował szalony pomysł. To był impuls. Ułamek sekundy, w czasie którego zadecydowało nagłe pragnienie, nie rozum. Nie zastanowił się nad tym, co zamierza zrobić. Chciał tylko, by Kelisa przestała płakać. By znów się uśmiechała. Musiał wynagrodzić jej wszystkie krzywdy. Uda mu się. Przecież jest człowiekiem. Przeszedł za plecami zebranych i zbliżył się do głazu. Leżący w szkatułce medalion pulsował intensywnym blaskiem. Rytm błękitnego światła łączył się z przyspieszonym rytmem bicia jego serca. Kelisa zauważyła jakiś ruch przy głazie. Odetchnęła urywanie i odwróciła twarz ku polance. Natychmiast odsunęła się od Drakana. Nie spuszczała wzroku ze stojącego nad puzderkiem chłopaka. Przez moment miała nadzieję, że towarzysz nie odważy się dotknąć medalionu. Gdy jednak pojęła, że przełamał strach i kieruje nim jasno określony cel, spięła się. – Aran, zostaw to! On ani myślał rezygnować. Zdecydowanym ruchem sięgnął po medalion i zarzucił łańcuszek na szyję. Magia przedmiotu nie zdążyła poparzyć mu dłoni. Podniósł wzrok i spojrzał na wpatrującą się w niego dziewczynę. Wiedział, że to, co zrobił, wprawiło ją w kompletne osłupienie. Także Dalleana skupiła na nim całą uwagę. Jej oczy zalśniły strachem i irytacją. – Zdejmij to, inaczej…! Do uszu Arana dotarł tylko fragment wykrzyczanego ostrzeżenia. A potem zaczął się koszmar. Spoczywający na jego piersi medalion rozbłysnął niesamowicie jasnym, oślepiającym blaskiem, przez ciało przetoczyła się fala bólu. Chłopak jęknął, zacisnął powieki i zgiął się wpół, chcąc przezwyciężyć to okropne cierpienie. Przed oczyma krążyły mu czarne plamy, jego mięśnie paraliżowało ostre kłucie, wnętrzności paliły żywym ogniem. Wpadł w panikę. Oszołomiony i śmiertelnie przerażony, próbował zerwać medalion z szyi, lecz nie mógł zacisnąć dłoni na gorącym srebrze. Skromny kamyk ciążył mu na piersi. Pokonany, padł na kolana. Nie był w stanie myśleć, stał się zbitkiem niewyobrażalnego cierpienia. Coś w głębi jego umysłu powtarzało mu bezustannie „Popełniłeś błąd, zginiesz!”. – Nie! – wrzasnął resztką sił. Kelisa drgnęła pod wpływem tego przeszywającego krzyku. Patrzyła na skulonego, targanego dreszczami chłopaka. Chciała znaleźć się przy nim, pomóc mu, lecz była sparaliżowana strachem. Widziała intensywny, jasnoniebieski blask ozdoby i to odbierało jej wolną wolę. Czuła się tak, jakby ktoś trzymał ją za ręce i nie pozwalał zbliżyć się do cierpiącego towarzysza. Nie mogła przerwać tego, co się z nim działo. – Niech mu ktoś pomoże… – wydusiła zza zdrętwiałych warg. Wstrzymała powietrze, gdy zobaczyła podbiegającego do Arana Drakana. Tylko on odpowiedział na jej błaganie. Zacisnęła mocno pięści. Półelf nie przeląkł się oślepiającego blasku, kucnął nad drgającym ciałem blondyna i usiłował zerwać łańcuszek z jego karku. Nie było to jednak takie proste. Moc medalionu sprawiła, że pozornie cieniutkie srebro stało się niewiarygodnie wytrzymałe i okropnie gorące. Drakan starał się szarpnąć raz a porządnie, nie przejmował się poparzonymi palcami, lecz jego wysiłki nie przynosiły żadnego efektu. W pewnym momencie chwycił silnie łańcuszek poprzez rękaw koszuli, zacisnął zęby i usiłował przeciągnąć go przez głowę chłopaka. Syknął i niemal natychmiast wypuścił ozdobę z rąk. Opadł na trawę, starając się wyrównać przyspieszony oddech. Poranione palce piekły go dotkliwie. Przyglądał się spoconemu Aranowi. Widział poparzenia na jego szyi i karku, w miejscu, gdzie łańcuszek dotykał skóry. Nawet nie chciał myśleć, jak musiała wyglądać pierś dzieciaka. Nagle chłopak wsparł się na łokciu, usiłował wstać, lecz runął z powrotem na ziemię. Z jego nosa skapnęła łza. Tego było dla Drakana zbyt wiele. Poderwał się, podszedł do elfki i centaura. – Zdejmijcie mu medalion. On tego dłużej nie wytrzyma! – odezwał się rozkazującym tonem. Dalleana pokręciła głową. – Nie możemy nic zrobić. – Nie macie władzy nad tym przedmiotem? Przecież nosicie identyczne ozdoby! Kobieta spojrzała na swój szmaragd. – Te medaliony były nam przeznaczone. On założył coś, co do niego nie należało. Dlatego cierpi. Dawna siła wyczuwa, że on nie jest wybranym. Chce go... Kelisa wbiła w elfkę przerażone spojrzenie. Dalleana przerwała w połowie zdania, jakby chciała oszczędzić im bolesnych szczegółów, lecz ani ona, ani Drakan nie byli głupi. Widzieli, co się działo z chłopakiem. On umierał. Medalion chciał go zabić, wyeliminować, by nigdy więcej nie wszedł w drogę jego prawowitej właścicielce. – To nie może się tak skończyć… – szepnęła. Widząc, że wszyscy stoją zrezygnowani, bezsilni, zacisnęła dłonie w pięści. – Nie może! Ja na to nie pozwolę! Nie bacząc na zdecydowany opór jakiejś potężnej siły, rzuciła się przed siebie i dopadła do Arana. Runęła na kolana i zdecydowanie przetoczyła go na plecy. Widziała, że łapczywie chwytał powietrze, niczym ryba wyciągnięta z wody, oczy miał zamknięte. Medalion zsunął się mu na prawy bark, odsłaniając poczerniały od żaru materiał bluzy. Na szczęście lśniący kamień nie przepalił ubrania. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Dość tego. Magiczny przedmiot należy do niej i to ona zdecyduje, do jakich celów wykorzysta jego moc. Jest wybraną, więc uratuje pierwsze życie. Życie Arana. Pewna siebie, zdecydowanym ruchem chwyciła w garść połyskującą ozdobę i pociągnęła w górę, chcąc zsunąć łańcuszek z szyi chłopaka. Jasnoniebieski kamyk przygasł na moment, zamigotał, po czym w ułamku sekundy wyrzucił z siebie oślepiający blask. Kelisa, uderzona potężną falą energii, cofnęła się. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. – Nie jestem wybraną – wydusiła z siebie, oszołomiona. – Oczywiście, że jesteś! Odwróciła się gwałtownie. Skierowała ku Dalleanie i Sandorowi zaczerwienioną dłoń. – Tak?! Dwójka nadzwyczajnych istot wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Ich zaskoczone wyrazy twarzy mówiły więcej niż tysiąc słów. Nie pojmowali, co się stało. Przecież siedząca na trawie dziewczyna była wspomnianą w przepowiedni Nadzieją! Nie mieli co do tego żadnych wątpliwości! Posłużyła się językiem Kal’leam, otworzyła szkatułkę, dotykała medalionu! Wszystko szło zgodnie z planem… Więc co się stało? Kelisa nie zwracała na nich więcej uwagi. Znów spojrzała na Arana. Czuła bijące od niego ciepło, widziała, jak jego pierś unosi się i opada w nierównym oddechu, słyszała stłumiony jęk… Nagle chłopak wyprężył się, zacisnął zęby i przetoczył na brzuch. Medalion zalśnił ponownie. Tym razem magiczny blask ogarnął całe ciało ofiary. Aran krzyknął krótko, irracjonalnie przycisnął ozdobę do piersi i wtulił czoło w trawę. Po policzkach Kelisy spłynęły łzy. Zrozpaczona i bezradna, wpatrywała się w jego zastygające w bezruchu plecy. Widziała, że przebijające się spomiędzy zakamarków ubrania światło powoli gaśnie, by w końcu zniknąć na zawsze. Wszystko minęło. Znów słychać było ptasi trel. Wiatr szumiał delikatnie w koronach dębów. Słońce raziło oczy. Kelisa siedziała z dłońmi spoczywającymi bezwładnie na kolanach i wpatrywała się w nieruchome ciało chłopaka. Nagle poczuła przytłaczającą obecność śmierci. Westchnęła urywanie, nie próbowała zapanować nad płaczem. Po co to zrobiłeś, jęknęła w myśli. Przecież miałeś przed sobą całe życie! Głupi! Nie protestowała, gdy Drakan pomógł jej wstać i odciągnął parę kroków ku dębom. Jeszcze przez chwilę nie odrywała spojrzenia od wilgotnych, płowych włosów chłopaka, po czym odwróciła się i wtuliła w Drakana. On cierpliwie przyjmował wybuch jej rozpaczy. Nie odzywał się, nawet nie próbował jej pocieszać. Wiedział, że żadne słowa nie złagodzą bólu, jaki w tej chwili szarpał jej serce. Tu mógł pomóc tylko czas. Dalleana i Sandor także wyglądali na wstrząśniętych. Śmierć Arana była dla nich nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, jednak ich myśli zaprzątało przede wszystkim poparzenie Kelisy. Nie pojmowali, dlaczego medalion znalazł się nagle poza jej zasięgiem. I czy gdyby przewiesiła kamień przez szyję, spotkałoby ją to samo, co tego biednego chłopaka? Jeśli ona nie jest wybraną, to kto? Czyżby ten dzieciak wszystko zepsuł? Wszystko na to wskazywało. Dalleana zacisnęła usta. Przeklęty smarkacz! Nie myliła się, jednak on był najsłabszym ogniwem. I w końcu dał temu jasny, niezaprzeczalny dowód! Odetchnęła pełną piersią. Wiedziała, że teraz, gdy skarb Kelisy ją odrzucił, wszystko przepadło. Znów nastała pora oczekiwania na wybranego. Na innego człowieka. Ta czwórka nie spełniła pokładanych w nich nadziei. Zrezygnowana, podeszła do szkatułki i zamknęła ją od niechcenia. Puzderko wydało z siebie cichy trzask. Znów stało się zwartą, niedostępną bryłą drewna. Od tej pory historia miała zatoczyć kolejny krąg. – Zabierzcie chłopaka i odejdźcie stąd – mruknęła elfka. – Nic tu po was. Drakan spojrzał na swoją krewną. Serce zabiło mu nieco szybciej. Więc jednak Kelisa zostanie z nim? Nie jest już potrzebna? Jej los się odmienił? Wtulił twarz we włosy dziewczyny i mimo woli uśmiechnął się delikatnie, lecz zaraz spoważniał. O tym właśnie marzył. Jednak nie chciał, by wolność Kelisy kosztowała życie tego bezczelnego, irytującego dzieciaka. Przysunął usta do ucha Kelisy. – Chodźmy – szepnął. Pociągnęła nosem i otarła zapłakane oczy. – Ale Aran… – Pochowamy go. Przytaknęła. Wiedziała, że powinni zniknąć z polanki. To miejsce stało się dla nich całkiem obce, wręcz nieprzyjazne. Nie mieli tu już nic do roboty. Odwróciła się i spojrzała na Arana ze smutkiem. Serce podskoczyło jej do gardła, gdy dostrzegła jego kurczowo zaciśniętą na kępie trawy pięść. Jak on musiał cierpieć… I jak bardzo usiłował się przed tym bólem obronić… Drakan zdawał sobie sprawę, jak przykry jest dla Kelisy widok chłopaka. Musiał jej tego oszczędzić. – Sprowadź konie – odezwał się łagodnie. – Ja się nim zajmę. Jeszcze przez moment stała w bezruchu, po czym skinęła głową i ruszyła niepewnie ku wschodniej ścianie dębów. Im bardziej zbliżała się do Arana, tym jej kroki stawały się cięższe, wolniejsze. W końcu zatrzymała się i po chwili wahania kucnęła przy chłopaku. Wyciągnęła ku niemu drżącą dłoń. Chciała dotknąć jego ramienia, pożegnać się z nim, a jednak nie mogła pokonać lęku. W końcu zebrała w sobie wystarczająco dużo odwagi. Czując ogłuszające dudnienie krwi, musnęła delikatnie jego koszulę. Przełknęła nerwowo ślinę. Nie zareagował. To było oczywiste, nie spodziewała się tego, lecz ogarnęło ją przygnębienie. Był tuż obok, do tej pory pełen życia i energii, a teraz leżał martwy, niemający wpływu na to, co się z nim stanie… – To moja wina… Drakan podszedł bliżej. – Kelisa, nawet nie myśl w ten sposób. Wyprostowała się. Nie powiedziała nic więcej, nie chciała wykłócać się z półelfem o to, które z nich ma rację. Ona wiedziała swoje. Gdyby nie puzderko, cała ta tajemnica i wizyta na polance, Aran nadal by żył. Pewnie w tej chwili jadłby śniadanie z jakąś nowopoznaną panienką. Może zastanawiałby się, do którego zajazdu ją zaprowadzić… Nie, on nie był do końca zły i zapewne z czasem dotarłoby do niego, że należy szanować wolność drugiej istoty. Westchnęła głęboko. Ruszyła ku drzewom. Uniosła twarz i pozwoliła, by słońce suszyło jej łzy. Niespodziewanie usłyszała za sobą cichy szum. Przypominał szept przemieszany z żarzeniem się ognia. Zaskoczona, odwróciła się. Pierwsze, na co zwróciła uwagę, to zastygłe w wyrazie zdumienia twarze Drakana i Dalleany. Także Sandor, chociaż był centaurem, sprawiał wrażenie poruszonego. Cała trójka wpatrywała się w leżącego Arana. I Kelisa wbiła w niego wzrok. Niemal natychmiast dostrzegła, że ciało chłopaka zaczyna otaczać bladoniebieska poświata. Z początku ledwie widoczna, z każdym drgnieniem tajemniczej, szumiącej energii, przybierała na mocy. Zabłysła parokrotnie delikatnym poblaskiem i znikła. Przez moment nic się nie działo, po czym plecy Arana poruszyły się nieznacznie. Kelisa miała wrażenie, że coś się jej uroiło. Przecież on był martwy. To niemożliwe! A jednak to nie było przewidzenie. Zafascynowana, patrzyła szeroko otwartymi oczyma, jak chłopak powoli wspiera się na rękach i dźwiga na kolana. Oddychał głęboko, głowę miał spuszczoną. Odczekał chwilę, jakby zbierał w sobie siły, po czym wstał, masując poranioną szyję. Kelisa nie zastanawiała się dłużej, co takiego się wydarzyło. Rzuciła się biegiem ku niemu. On żył! Nieważne, jakim cudem! Nagle Aran uniósł głowę i spojrzał na nią. To sprawiło, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zatrzymała się, zdezorientowana i niepewna. Serce łomotało w jej piersi, nie spuszczała wzroku z jego twarzy. Nie miała przed sobą chłopaka, który przysporzył jej mnóstwa kłopotów. Patrzyła na dorosłego mężczyznę. – To niemożliwe… – szepnęła i jakby chcąc się upewnić, że nie padła ofiarą jakiegoś żartu, zapytała niepewnie. – Aran? Uśmiechnął się z dumą. Medalion na jego piersi lśnił stłumionym, błękitnym blaskiem. Już nie sprawiał mu bólu. Pokręciła głową i także uśmiechnęła się do niego. Szczęście wprost ją dławiło, wpatrywała się w Arana niczym w obrazek. Miała przed sobą mężczyznę, jakim stałby się za dziesięć, jedenaście lat. Z jego twarzy znikły wszelkie ślady dziecinnej miękkości, rysy wyostrzyły się, jedynie patrzące zza ciemnych rzęs bursztynowe oczy nie uległy jakiejkolwiek przemianie. Był nieco wyższy, masywniejszy. Jako młody chłopak podobał się dziewczynom, lecz teraz stał się tak przystojny, przepełniony siłą i bezczelnym urokiem, że gdyby pojawił się w Tollen lub jakimkolwiek innym mieście, miałby poważne problemy z opędzeniem się od zauroczonych panien. Chociaż, znając jego charakter, zapewne wcale by się przed nimi nie bronił. Jeśli mógłby wykorzystać podarowane mu lata, na pewno złamałby serce niejednej kobiety. Kelisa westchnęła głęboko. Była pod wrażeniem nowego wcielenia towarzysza, lecz jednocześnie czuła się onieśmielona jego bliskością. Biła od niego łatwo wyczuwalna aura tajemniczości i magicznej mocy. On już nie był zwykłym człowiekiem. Zmienił się w kogoś obcego, niedostępnego, nie należącego do tego świata. Oderwała spojrzenie od jaśniejących oczu i przeniosła wzrok niżej, na bladoniebieski, pulsujący światłem medalion.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych