Wróć do katalogu

Szkoła inna niż zwykle...

opowadanieo niezwykłej szkole.

Beata93, opublikowano , 31 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

SZKOŁA INNA NIŻ ZWYKLE

Zapoznanie Nazywam się Piotr Korkowski. Kiedyś moje życie wyglądało zwyczajnie, lecz teraz nie można by było tak powiedzieć. Teraz mieszkam w dość dużym domu. Wcześniej mieszkałem w domu o stu pokojach. Jeszcze wcześniej w domu o zaledwie jednym pokoiku, lecz tato wygrał w Lotka, więc przeprowadziliśmy się do stu pokojowego domu. Jednak tam czułem się nieswojo. Nigdy nie zdążałem na obiad, bo gdy chciałem pójść do jadalni zawsze po drodze musiałem się zgubić. Raz zgubiłem się aż na dwa dni i to we własnym domu! Po tym zdarzeniu tato postanowił się wyprowadzić. Od dwóch miesięcy chodzę do szkoły im. Wiktora Guzika, której dyrektorem jest sam pan Guzik. Szkoła jest mała, wielkości pudełka od zapałek, ale gdy wchodzą do niej uczniowie, rozszerza się na miarę możliwości. Raz, gdy pan Guzik zaprosił wszystkie szkoły świata, nasza szkoła powiększyła się tak, że była o 1000 razy większa od Pałacu Kultury. Gosia, która chodzi ze mną do klasy twierdzi, że szkoła nie tylko jest wielkości pudełka od zapałek, tylko, że w dodatku jest zrobiona z pudełka po zapałkach. Pan Guzik jest niezwykły. Co dziennie nosi fioletową koszulę i krawat w kwiaty. Do tego kamizelkę żółtą lub czerwoną, zależnie od pogody (w dzień słoneczny żółtą a w pochmurny i zimny czerwoną). Jego spodnie zazwyczaj są w grochy różnego rodzaju i koloru. Pan Guzik nie uznaje nauczycieli i uczy sam, oczywiście oprócz pani Ostrowskiej, ale to wyjątek. Także w szkole uczy tylko pan Guzik, pani Ostrowska i państwo Han-Fi-Ku. Państwo Han-Fi-Ku zatrudnił pan Guzik, ponieważ nie dawał sobie rady z uczeniem języka Chińskiego, a właśnie język Chiński pan Burmistrz uznał za Trio Języczne, więc we wszystkich szkołach, na wszystkich kursach, nawet w pracy, jednym słowem wszędzie trzeba uczyć się Chińskiego przez kolejne trzy lata. Przed trzema miesiącami byłem na Wielkim Festynie Tria Języcznego. Pamiętam to dobrze. Było nawet całkiem dobrze, pomijając wyniki. Na początku jakiś nieznany mi zespół muzyczny zagrał parę melodii, miłych dla ucha, zaśpiewał coś, poczym.... -„ Zbiórka !!!!” – krzykną pan Burmistrz przez wielką tubę. Widzowie, w tym ja, stanieli na baczność. Zespół zaczął grać hymn Tria Języcznego. Po odśpiewaniu ruszyła defilada. Było kolorowo. Potem zgromadzeni na placu musieli odsłuchać długiego wykładu historycznego na temat powstania święta. Mnie to interesowało, ponieważ lubię historię. Jednak innych to nudziło i część widzów pozasypiała. Następnie zespół zaczął grać największe przeboje. Wszyscy Ludzie porwali się w tany. - Cześć, Piotrek! – podeszła do mnie Gośka. - O! Cześć! - Jak to miło, że już za miesiąc rok szkolny! - Jak dla kogo! W końcu zespół przestał grać i na plac wkroczył lodziarz. Lubiłem bardzo tę część festynu, dlatego właśnie co roku byłem na nim (zresztą połowa widzów przychodziła tylko z tego powodu). Darmowe lody! Pychota! Kiedy najedzony spojrzałem na scenę zobaczyłem stojący już wielki kocią z namalowanym językiem i flagami różnych państw. Koło kotła rozdawano karteczki i długopisy z godłem festynu (językiem i flagami). Te długopisy i karteczki rozdawali publiczności. Karteczkę trzeba było wrzucić do specjalnego kotła, a długopis można było zatrzymać na własność. Ja i Gośka podeszliśmy do kotła. - Na kogo głosujesz? – zapytała. - Jak to na kogo? Na Polskę! Wtedy nie będziemy musieli się przynajmniej uczyć! Polak zna Polski! - Ale będziemy za to mieli więcej godzin języka Polskiego! - To dobrze! Ja lubię język Polski! I to bardzo! Nagle głosowanie dobiegło końca. Czas na liczenie wyników. Międzyczasie konkursy. Ja zapisałem się na dwa. W pierwszym trzeba było zjeść jak najwięcej cukrowych jęzorów, a drugi z historii święta. A w tym czasie sędziowie liczyli głosy. Najwięcej głosów otrzymał język Chiński. To pewnie dlatego, że w ubiegłym roku (czyli dwutysięcznym dziewięćset szóstym) Chińczycy zdobyli medal na najlepszy kraj tysiąclecia. Druga część głosowania, a raczej losowania polegała na wylosowaniu państwa. Burmistrz włożył do kotła swą grubą rękę i... Chiński. Teraz musiał tylko potwierdzić. - Aby nie potwierdził! Aby nie potwierdził! Aby nie potwierdził!– mówiła Gosia. Mógł nie potwierdzić tak jak w tamtym roku Koreański, lecz potwierdził! Potwierdził Chiński. Okropność! I musieliśmy zaśpiewać hymn Chiński, który składał się z tak niezrozumiałych słów jak: - hank, hi, wo-wo, ho-ho. Albo: kleresta, mont, czan-czan, zi-zin, forta, A wracając do szkoły, pan Han-Fi-Ku z łaską zgodził się nauczać Chińskiego, pod warunkiem, że jego, żona Tink-Mink Han-Fi-Ku uczyć będzie Rozszyfrowywania Tajemniczych Znaków. I co biedny pan Guzik miał zrobić? Pan Hin-Czink Han-Fi-Ku był jedynym Chińczykiem w okolicy, który znał chiński. Wprawdzie pan Tola-Kinkola Zink-Zink też jest chińczykiem, lecz nie zna chińskiego, bo urodził się w Polsce. Ja pana Zink-Zinka znam osobiście, bo mieszka naprzeciw mnie. Chciałbym opisać mój pierwszy dzień w szkole. Przyszedłem do szkoły w garniturze, lecz pan Guzik kazał nam założyć spodnie w jakieś egzotyczne kwiatki i granatowe bluzki. A dziewczyną tak samo. Oczywiście spódnice zamiast spodni. Na powitalnym apelu nie staliśmy na baczność, lecz siedzieliśmy na wygodnych krzesełkach. Pan Guzik rozpoczął swą powitalną mowę: - Witam was wszystkich bardzo gorąco. Nie będziemy tu uczyć się matematyki, bo matematyki ja okropnie nie lubię. Ale będą tu lekcje Rozszyfrowywania tajemniczych znaków, język Chiński i polski, Swiatoznactwo oraz Olewik. Olewik to moja ulubiona lekcja, więc tylko ja w tej szkole będę go nauczał. Na tej lekcji będziecie uczyć się o krasnalach i ich życiu, o tym dlaczego muchy bzyczą a świerszcze grają i o wielu, wielu innych rzeczach. Tak jak sama nazwa wskazuje ten przedmiot wymyślił Ole Wik. Na lekcji Światoznactwa uczyć się będziecie jak żyją ludzie w innych krajach i na tej lekcji poznacie też geografię. I ostatnia jak dla was niezrozumiała lekcja – Rozszyfrowywanie tajemniczych znaków. Na niej moi mili wystarczy rozszyfrowywać różne rodzaje tajemniczych znaków. A teraz ostatnia uwaga ode mnie, proszę was byście otworzyli oczy na wyobraźnię. To jest tutaj konieczne. Teraz macie przerwę. Możecie obejrzeć szkołę, lecz potem wrócić tu na drugą, tym razem dłuższą przemowę. Więc poszliśmy zwiedzać naszą szkołę. To była chyba najdziwniejsza szkoła pod słońcem. Mała na zewnącz a ogromna w środku, pełna czarów i niezliczonych zagadek oraz tajemnic. W niej nie można było się zgubić. Chociaż ja (który mam wiecznego pecha) zgubiłem się w niej na niecałe dwie minuty, a miesiąc później i na dziewięć godzin z powodu pewnego wypadku. Wszedłem w jakiś korytarz, potem w drugi, trzeci, skręciłem w prawo, wszedłem na schody, pobiegłem w lewo, później w prawo, prosto, na dół, na lewo aż dwa razy po kolei, w końcu potem na prawo, w górę, w znów jakiś inny korytarz, na inne schody, trzy razy na górę, następnie w bok, na skos, pod górę, w prawo, następnie zawróciłem się w lewo i jeszcze pięć razy wszedłem w jakieś korytarze aż w końcu nie wiedziałem gdzie jestem. Zamartwiony usiadłem na jakiś schodach. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem byłem pod klasą z której wyruszyłem na przechadzkę. Pan Guzik jest wspaniały. Ma chyba dwieście lat, choć na tyle nie wygląda. Na lekcji olewiku czasem sprowadza do nas krasnala, by osobiście opowiedział nam o tym jak żyje w swojej osadzie. Choć żyje na świecie już dwanaście lat nigdy nie wiedziałem, że krasnale dzielą się na Osadowe, Królewskie, Domowe i Wędrowne. Ba, nawet nie wiedziałem, że krasnale istnieją. Myślałem, że to wszystko tylko bajka. Krasnale Osadowe mieszkają w osadach. Domy budują z naturalnych materiałów. O na przykład mieszkają w muchomorze, w pniu drzewa. Królewskie mają kopalnie złota, własnego króla i mieszkają wszystkie w podziemiach. Domowe lubią domowe ciepło, więc osiedlają się w domach, najczęściej za kominkiem. Wędrowne wędrują po całym świecie pomagając ludziom. Jestem ulubionym uczniem pana Guzika i jest on dla mnie jak wujek. Raz zaprosił mnie na podwieczorek do Wielkiej Niedźwiedzicy, gdzie znalazłem konia.

Pegaz Czy wiecie, że mam konia jakiego nie ma nikt? Mój koń nazywa się Pegaz. Ma złotą grzywę, ogon i kopyta. Jego maść jest jasno-błękitna. Chociaż jest koniem ma skrzydła. (Dlatego nazwałam go Pegaz). Skrzydła ma ze śnieżno – białego puchu nakrapianym złocistym brokatem z gwiezdnego pyłu. Na jego głowie widnieje róg ze szczerego złota, tak jak kopyta, grzywa i ogon. Oczy ma niebieskie, z których odczytać można szlachetność i odwagę. Pegaz ma jasno-błękitne uszy. Na każdym jego złocistym kopycie zamiast zwykłej podkowy znajduje się podkowa ze srebra w kształcie gwiazdy. Ogon i grzywę zaplatam mu w tysiące złotych warkoczyków, które związuję niebieską, aksamitną szarfą. Pegaz jest z natury dobrym koniem. Bardzo mnie broni, lecz jest płochliwy. Kiedy ktoś mnie odwiedzi staje się niewidzialny i tylko ja mogę go zobaczyć. Pegaz uwielbia grać na harfie. Ma złotą harfę, na której gra wprost znakomicie. Nie Mieszka w stajni, lecz w moim domu. Gdy do niego wchodzi trudno go zauważyć. Pegaz ma swój ukryty pokój, o którym wiem tylko ja i on. Jest on ukryty w moim pokoju za szafą. Żywi się gwiazdami a pije wyłącznie kawałek Drogi Mlecznej. Na podwieczorek daje mu malutki fragment księżyca, by lepiej rósł. (Inaczej byłby karłowaty i wzrostem nie przewyższałby mrówki). Dziwicie się pewnie skąd biorę gwiazdy, Drogę Mleczną i Księżyc. Otóż właśnie Pegaza znalazłam w Kosmosie i choć przystosowany jest do ziemskiego klimatu, to jednak nie zniósł by naszego jedzenia. Co dwa miesiące pan Guzik zabiera mnie w podróż kosmiczną i kupuję to w kosmicznym sklepie. A więc jak już wiecie Pegaza znalazłam w Kosmosie jak z panem Guzikiem byłem na podwieczorku u Wielkiej Niedźwiedzicy. To ona wskazała mi Mały Wóz, w którym siedział Pegaz nie większy od okruszka. (Z resztę o tym opowiem później.) Lubię szybować bo niebie z Pegazem. Czasem lecę też z nim i panem Guzikiem do Słońca czy Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy. Muszę wam zdradzić, że pan Guzik też ma własnego kosmicznego konia, którego nazwał Antor. Pegaz lubi Antora tak jak ja lubię pana Guzika. Pewnie w to nie wierzycie, ale powiem wam jedno: zamiast psów, kotów, żółwi, chomików a nawet złotych rybek lepiej mieć pegaza – skrzydlatego konia, z którym można szybować po niebie.

Zaproszenie Mieliśmy tą z jednych lekcji olewiku, gdy pan Guzik sprowadzał do nas krasnala. Przybył brodaty krasnal Koperko, którego gościliśmy w poprzednim tygodniu. - Witam was, wszystkie dzieci. Pan Guzik prosił mnie bym opowiedział wam o naszym zwyczaju związanym ze świętem Wiekowej Choinki. – zaczął mówić krasnal - Anetko, proszę rozdaj te kartki. – rzekł do Anety - A ty Gosiu weź do pomocy Piotrka oraz Anię i idźcie na prawy korytarz na dziesiątym piętrze. Tam pani Ostrowska da wam kasetę video z nagranym zeszłorocznym obchodem święta Wiekowej Choinki. Poszliśmy, we wskazanym miejscu czekała pani Ostrowska. Wręczyła Ance kasetę i wróciliśmy do klasy. Oglądaliśmy strasznie nudny i długi film. Pod koniec lekcji pan Guzik szepną mi na ucho: - Piotrusiu, zapraszam cię na podwieczorek do Wielkiej Niedźwiedzicy. Nic nikomu nie mów, oprócz mamy, rzecz jasna. A więc dobrze. Spotkamy się w parku Czterdziestu czterech Bałwanków o godzinie czternastej. Myślę, że wrócimy na w pół do osiemnastej. Z chińskiego nie musisz odrabiać pracy domowej. Chyba, że zdążysz, ją odrobić. Porozmawiam z panem Han-Fi- Ku. Myślę, że się zgodzi. Tylko nie zapomnij! Park Czterdziestu czterech Bałwanków, godzina czternasta. Spotkamy się dokładnie pod fontanną, niedaleko będzie stał posąg trzydziestego trzeciego bałwanka. Wiesz, może ci zapiszę. Po czym wyją malutką, koloru papirusu, strasznie wygniecioną, z prawej strony naderwaną karteczkę oraz średniej wielkości, niebieski długopis, z którym nie rozstawał się nigdy i napisał mi tak:

Park Czterdziestu czterech Bałwanków, godzina 14:00, Kolo fontanny, niedaleko pomniku trzydziestego trzeciego bałwanka, powrót około godz. 17:30

- z uszanowaniem : Wiktor Guzik

Schowałem karteczkę do mojego plecaka i uśmiechnąłem się do pana Guzika. Na przerwie Gosia podeszła do mnie. - Chcesz? – zapytała podsuwając mi pod nos paczkę chipsów - Nie – odpowiedziałem. Nawet na chipsy nie miałem ochoty. Z radości, oczywiście. - A co ty dzisiaj taki promienny jesteś? – pytała - A nic, tak tylko. No bo wiesz, pan Guzik... – w porę ugryzłem się w język - Co, co pan Guzik? – dopytywała - A nic. Coś mi się pomyliło. – powiedziałem i odszedłem. Bałem się, że powiem wszystko Gośce. Na szczęście w porę sobie o tym przypomniałem. Gdy wróciłem do domu, obiad był już podany. - Cześć mama! - O jesteś. Jedz, bo wystygnie. No jak tam w szkole? Dobrze? Jest jakaś piąteczka? Coś mi tu za wesoły jesteś. Może piątka z chińskiego? – pytała się mama, lecz to ostatnie powiedziała tak jakby ta piątka z chińskiego była u mnie niemożliwa. - Pan Guzik zaprosił mnie na podwieczorek. - Aaa... a gdzie? – spytała - Do jakieś Niedźwiedzicy. – odpowiedziałem - To pewnie do Zoo. Bardzo dobrze. Idę dzisiaj do fryzjera, więc musiałbyś siedzieć w domu. A tak wyjdziesz! No a na którą jesteś umówiony? – spytała mama – Nie wypada się spóźnić. Pan Guzik to szanowana osobistość w naszym mieście. Niezbyt zręcznie byłoby kazać mu czekać. Więc o której musisz wyjść? Nic nie odpowiedziałem, tylko wręczyłem mamie karteczkę. - Park Czterdziestu czterech Bałwanków? Nigdy o nim nie słyszałam. – powiedziała mama przyglądając się karteczce - Ja też nie. – po chwili zastanowienia zdałem sobie sprawę, że przecież ja nie wiem gdzie znajduje się miniony park. - Och, telefon. – po domu rozległ się znajomy dzwonek. – Ty jedz Piotrusiu, ja odbiorę. Po czym podbiegła do aparatu. - Halo, kto mówi? Pani Mebliska? Tak, tak. Naprawdę? Ale ja nie zbytnio umiem... Nauczy mnie pani? To świetnie! A pani na jaki kolor maluje włosy? Na czerwony? Ach tak, przecież teraz taki w modzie. Lecz czy aby na pewno ten fryzjer nie potrafi porządnie pomalować włosów? Tak, tak, oczywiście! Chociaż mam obawy czy ja się nauczę... Wie pani, rok temu byłam na kursu kuchni wśród morskiej. Pani nie wie jakiej? No te wszystkie kraby, żaby, meduzy, węgorze, kijanki na gorąco, ośmiornice, po prostu owoce morza. Nie, nie, żadne ryby! Tylko nowości! Więc tam, muszę pani wyznać, byłam najbardziej niepojętnym uczniem. Raz nawet kupiłam w sklepie faszerowaną ośmiornice w sosie z krabów, żeby spróbować jak to smakuje. Gdy to zjadłam zrezygnowałam z tej całej kuchni wśród morskiej. Naprawdę? Ma pani przepis na biszkopciki zapiekane w miodzie? Mogłaby mi pani pożyczyć? Wspaniale! A co tam słychać u pani, pani Mebliska? Przepraszam na jaki kurs pani się zapisała? Na arterchtbotaniczno-klasyczny? A co to takiego? Aha, nowoczesna architektura wnętrz oraz botanika klasyczna! Och, na czym to ja nie byłam! Kurs komputerowy, phi! Gdy dotknęłam się jednego komputera rozpadał się na milion kawałków. Kurs plastyczny, budowniczy, kosmetyczny, języka angielskiego oraz języka niemieckiego, dobrego zachowania, kultury europejskiej, niezliczona ilość kursów kulinarnych, szybkiego czytania, kółko robótek ręcznych, kółko ogrodnicze, aj dużo tego było! - Mamo! – szturchnąłem mamę w bok, bo już dość miałem tej maminej rozmowy na kilometrowy rachunek. - Przepraszam panią, muszę już kończyć. Spotkajmy się na Alei Bogusława Dobrego. To do zobaczenia! A!!! Nie wie pani może gdzie znajduje się Park Czterdziestu czterech Bałwanków? To wspaniale! Wytłumaczy pani Piotrusiowi? Piotrek! Po czym pani Mebliska wytłumaczyła

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych