Szukając Wnętrza
Nikt nie może być na tyle głupi by próbować włamać się do pałacu Zaprzysiężonego. Mimo to tajemniczy wędrowiec podejmuje się tej próby.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Północna część Afilii nie należała do miejsc chłodnych, a słońce każdego dnia bez litości spoglądało na te rejony, wypalając ziemię i odbierając ludziom siły. Dziś jednak panował szczególny ukrop. Rozsądni ludzie nawet nie próbowali wychodzić ze swych domostw, modląc się by był to tylko drobny wybryk bogów, a nie zapowiedź suszy. Wielu ludzi nie miało jednak żadnego wyboru. Nie każdą ciężką pracę można wykonywać w cieniu, a w Afilii ludziom obce są takie słowa jak nieposłuszeństwo. Lepiej jest pracować ryzykując śmiercią z wyczerpania niż skazywać swoją rodzinę na śmierć głodową lub jeszcze gorszy żywot. Shedim był człowiekiem, który przynajmniej uważał się za rozsądnego. Jednak życie nie pozostawiało mu wyboru. Życie strażnika w pałacu Zaprzysiężonego w rzeczywistości było wielkim wyróżnieniem. W końcu była to kasta leżąca nawet ponad kupcami i arystokracją. Magowie w Afilii zawsze cieszyli się olbrzymim prestiżem, a najpotężniejsi zawsze szkolili się w szeregach Zaprzysiężonych członków Bractw. Szybko zdobywali olbrzymi prestiż, szacunek i bogactwo odpowiednie dla ich potęgi. W końcu każdy winien jest respekt komuś kto potrafi zwracać się do bogów i ujarzmiać demony. Al'Tarin, pan na zamku przed którego wejściem stał teraz Shedim należał do Bractwa Myśli. Mag ten był bez wątpienia najbardziej znanym czarownikiem w okolicy. Znany był z umiłowania dla dostatku, pięknych kobiet i wszystkiego co cieszyło się najwyższą jakością. Nic więc dziwnego, że nawet jego straż należała do elity. Sama ta myśl pobudzała próżność Shedima który uśmiechał się sam do siebie mimowolnie. Zarabiał tutaj duże pieniądze, które wysyłał swojej żonie i dzieciom, a i sam jadał porządnie oraz codziennie się wysypiał. Stanie w południowym słońcu w pełnym rynsztunku było niewielką ceną za to wszystko. Zwłaszcza, że było to jedyne poświęcenie poza codziennym treningiem. W końcu i tak nikt nie byłby na tyle głupi by spróbować wedrzeć się do posiadłości Zaprzysiężonego. Zwłaszcza w upał jak dzisiaj. Shedim po raz tysięczny otarł spoconą twarz mokrym już rękawem, czując, że wcale nie zatrzymało to strużek potu wyciekających spod owiniętego turbanem hełmu. Miał już tego szczerze dość. Tylko jego duma i upór sprawiały, że nie nie rzucił swoją glewią o ziemię i nie odszedł w cień. Słońce padało teraz prosto w jego oczy. Oślepiało go i rozgrzewało jego pancerz oraz ubranie do nieznośnej temperatury. Czuł, że traci zmysły oraz siły. Dusił się. Zsunął z głowy swój hełm by chociaż przez chwilę poczuć się lżej. Dosłownie czuł jak jego skóra łapie powietrze, a mokre włosy odklejają się od wyprawianej skóry. Poczuł też dłoń na swojej potylicy. Oraz dziwne uczucie, że w jego umyśle budzą się w jednej chwili tysiące pragnień oraz snów o których zapomniał na wieki nim zdał sobie sprawę z ich istnienia. Prawie poczuł też, że w jego umyśle pojawił się głos drugiego człowieka. Jednak nim to pojął, osunął się na ziemię bez przytomności. Człowiek, ubrany w czarny strój jeźdźca pustyni, chwycił go za kołnierz by nie zrobił wiele hałasu opadając na ziemię. Po chwili odsunął go powoli w cień o którym Shedim marzył od tylu godzin.
William starannie ułożył bezwładnego strażnika w cieniu skał. Był ciężki i duży, a jego ciało wydzielało obrzydliwy zapach potu, który wywoływał u niego uczucie obrzydzenia. Początkowo chciał spróbować przebrać się w zbroję i wejść do zamku udając jednego z gwardzistów. Zbroja jednak była zdecydowanie za duża, a jej zapach wyjątkowo go zniechęcał. Zresztą w niczym nie przypominał człowieka pustyni... Jasne, spięte w kucyk włosy, delikatne rysy twarzy i skóra dopiero od niedawna smagana przez bezlitosne słońce, a także drobna budowa ciała w niczym nie przypominały rosłych, ciemnowłosych wojowników o brązowej skórze. Musiał zdać się na inne ze swoich talentów. Westchnął teatralnie sam do siebie. - Przykro mi przyjacielu, ale jeszcze raz będę musiał zajrzeć do twojej głowy. Mam nadzieję, że wybaczysz mi moją nachalność. Przyklęknął powoli przy nieprzytomnym olbrzymie. Podparł jego głowę lewą dłonią, unosząc ją lekko do góry. W tym samym czasie zamknął oczy, przykładając drugą rękę do czoła nieprzytomnego. Na jego twarzy pojawił się wyraz całkowitego skupienia. Wszyscy mieszkańcy Abaletl, olbrzymiego kontynentu zamieszkanego przez niezliczone rzesze ludzi, doskonale wiedzieli, że ludzie nie mają w sobie magii, a czerpać mogą ją jedynie z obcych istot nazywanych powszechnie demonami. Dlatego William często miał problem z określeniem swojej mocy. Do dziś nie nazwał swojego talentu w żaden sposób. Nigdy nie bratał się z demonami ani też nawet nic nie czytał na ten temat. Po prostu pewnego razu odkrył, że potrafi dostroić swój umysł do innych ludzi. Dawało mu to wiele możliwości. Potrafił wyczuwać emocje, a nawet czytać w cudzych myślach czy podsuwać innym ludziom słowa, choć to ostatnie zawsze przychodziło mu z trudem. Siła jego talentu rosła jednak wielokrotnie gdy miał fizyczny kontakt ze swoją ofiarą. Wchodzenie do cudzych myśli przypominało mu kąpiel w morzu, tyle że były tam słowa i obrazy zamiast wody. Strażnik był nieprzytomny, więc w zasadzie jego myśli przypominały bezkres spokojnego, pozbawionego fal oceanu w bezwietrzny dzień. William szybko znalazł to czego szukał. Podniósł się powoli. Musiał dać sobie chwilę by oswoić się z nowymi obrazami które wypełniały jego myśli. Znał teraz wszystkich dwudziestu strażników z imienia, chociaż nie był pewien dokładnych tras ich obchodów po pałacu. Znał za to dość dobrze rozkład pomieszczeń. Przynajmniej części tego kompleksu... Straż miała zakaz wstępu do wielu miejsc. Osobiście z Zaprzysiężonym spotykać się mógł dowódca straży i jego czterech najlepszych ludzi, a także jego zaufana służka... i kochanka jak twierdził Shedim. Musiała być bardzo wyrozumiała skoro nie przeszkadzały jej liczne nałożnice i kobiety, które Al'Tarin sprowadzał sobie do swego pałacu. Zresztą wszystkie zdawały się w nim zakochiwać bez pamięci. Sprawnym ruchem prawego ramienia zrzucił z siebie czarny płaszcz i turban z osłoną twarzy. Poprawił spięte w kucyk włosy i spojrzał krytycznie na swe ubranie. Miał na sobie ciemny, przylegający strój z licznymi kieszeniami na nogawkach i kamizelce. Był to prosty, praktyczny ubiór dla każdego kto potrzebował swobody ruchu i dostępu do wielu niewielkich narzędzi. William od wielu lat zajmował się głównie przemytem, ale nie dało się ukryć, że złodziejski fach również był mu bliski. Dla poczucia godności postarał się by strój miał kilka elementów oddających jego nienaganny gust. Miał starannie dobrane wykończenia i kilka zdobień przedstawiających splecione kwiaty. Nikt w zasadzie nie był w stanie dostrzec tych szczegółów, ale wychowany w dobrym vallidzkim domu William czuł, że takie drobiazgi dodają mu poczucia pewności i bezpieczeństwa. Jego dłoń powędrowała do kabury przy prawym boku. Powoli odpiął ją i wyciągnął z niej czarny szcześciostrzałowiec z niespotykanie długą lufą. Wcześniej broń ta należała do vallidzkiego zabójcy. W odróżnieniu od normalnej broni ten pistolet był prawie bezgłośny. Na co dzień nie nosił przy sobie broni, ale tym razem mogła mu być ona niezbędna. Stał przed największym wyzwaniem swojego życia. Powoli wsunął broń do kabury i prześlizgną się bocznym wejściem do zamku. Po chwili znalazł się w wykutych w surowej skale komnatach siedziby czarownika. Złowrogie, ciemne ociosane ściany w ozdobie złotych dywanów i wspaniałych, aksamitnych zasłoń tworzyły kontrast, który wywoływał jeszcze większy niepokój w duszy włamywacza. Tym samym dziękował Adessie Smokobójczyni w niemej modlitwie, że nie było tu ani jednego prostego korytarza, a komnaty łączyły się ze sobą w sposób przypadkowy tak jak pozwoliła na to naturalna budowa góry. Dzięki temu zawsze dało się uniknąć patrolujących korytarze strażników. Intuicja podpowiadała mu jednak, że nie tylko ludzie strzec będą domu zamieszkanego przez Zaprzysiężonego. Pełno mogło być tutaj demonów o niewyobrażalnych mocach. Skąd mógł mieć pewność czy krok w krok za nim nie maszeruje niewidzialny zabójca bądź też jakieś potrafiące widzieć przez ściany monstrum nie prowadzi go cwanym sposobem prosto w pułapkę. Włamanie do tego miejsca było pomysłem szalonym i niedorzecznym. Kto o zdrowych zmysłach podjął by się tego zadania? W imię czego? Skarbów? Sławy w półświatku? William nie miał wyboru. Przywiodło go tutaj serce oraz pragnienie zemsty pomieszane z poczuciem winy. Z każdym krokiem wspomnienia sprawiały mu coraz większy ból. Przyłączył się do partyzantów zaledwie kilka miesięcy temu. Wcześniej sprzedawał im broń kradzioną rodakom, lecz z czasem postanowił porzucić ojczyznę i całym sobą wesprzeć powstańczy ruch Hakramu. Nie wynikało to z poczucia sprawiedliwości czy czegoś podobnego. To była Jej wina. Hari fascynowała go od pierwszej chwili gdy tylko ją zobaczył. Początkowo były to tylko niewinne myśli. W końcu była ona niezwykle piękną kobietą. Z czasem dopiero zaczął zdawać sobie sprawę z tego jak bardzo go ona zafascynowała. Jej obojętność, chłód i profesjonalizm z nieznanych mu przyczyn rozpalał w nim coraz większy ogień pożądania. Zresztą w niej też drzemały tajemnicze moce, które sprawiały, że William czuł istniejącą między nimi więź. W końcu podjął decyzję, że zbliży się do niej tak bardzo jak tylko zdoła. Przyłączył się do partyzantów by móc swoimi umiejętnościami wspierać ukochaną, chociaż ta nigdy nie spróbowała nawet odwzajemnić tego uczucia. Służył w hakramskiej armii jako kontakt, zwiadowca, dostawca, kwatermistrz. Robił wszystko czym tylko mógłby się przesłużyć. Udało mu się nawet uzyskać kontakt z Zaprzysiężonym, który zdradził im położenie tajnego magazynu Smoczego Bractwa. Setki karabinów, pancerzy, kilka Zbrój oraz innego wartościowego sprzętu znalazło się tej nocy w rękach rebeliantów. Mag wykorzystał jednak radość panującą w obozie i uprowadził Hari. William czuł się winny temu obrotowi spraw i w ślad za magiem przemierzył cały kontynent by ostatecznie znaleźć się tutaj... w jego zamczysku. Teraz jednak dopiero zdał sobie sprawę z przykrej myśli. Od dłuższego czasu wcale nie myślał o czarnowłosej partyzantce, a o służącej maga, którą widział we wspomnieniach wartownika. Krążyła po jego myślach natrętnie, nie pozwalając mu odegnać jej obrazu sprzed oczu. Była atrakcyjna, ale w żaden szczególny sposób. Miała trochę za duży nos i zbyt wydatne kości policzkowe. Jej figura również nie należała do najbardziej zmysłowych. Mimo wszystko żadna kobieta nigdy nie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Eliash
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…