Wróć do katalogu

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

przemek002, opublikowano , 13 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jasność. Światło oślepia mnie przez przymknięte powieki. Otwieram oczy. Leżę w swoim łóżku, pokój wygląda dokładnie tak jak zwykle. To był tylko sen..

…

Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Pobudka o 6:30, szybkie mycie, szybkie śniadanie, szybkie wyjście. Pustka jest, ale nie daje o sobie za bardzo znać. Lubię poranki, nawet te styczniowe, kiedy wstaje gdy jest jeszcze ciemno. Lubię ten czas przed wyjściem z domu. W drodze do pracy irytuję się po raz pierwszy. Mnóstwo ludzi, tłok w autobusie czy tramwaju. Nienawidzę, gdy obcy ludzie ocierają się o mnie, wpadają na mnie, popychają, dotykają. Ktoś krzyczy przez telefon, ktoś kaszle, ktoś smarka, inny ktoś przepycha się do wyjścia. Dzień w dzień ten sam obłęd. W pracy nie jest lepiej. Ludzie co prawda są w porządku, ale sama praca, ta monotonna czynność którą wykonuję automatycznie, przywołuję pierwszą falę pustki. Bo kim ja jestem? Bo co osiągnąłem? Bo co zrobiłem dobrego dla siebie czy dla innych? Bo po co żyć?

…

Pustka. Pierdolona wewnętrzna pustka odzywa się wtedy po raz pierwszy: - Po co tu jesteś? - Żyję, pracuję. - Ale po co? - Bo..

„Bo tak trzeba”, odpowiadam sobie w duchu. Wszyscy mówią że trzeba, każdy mówi że trzeba, a na najdrobniejszą sugestię że może jest inaczej reagują szaleńczym atakiem. „Bo tak trzeba”. Żyję. Tudzież trwam. W pracy jest ciężko, głównie przez kontakt z innymi ludźmi. Zwłaszcza takimi, z którymi nie chce się mieć do czynienia. Przez osiem godzin odbieram telefony i słucham pierdolenia jakiś sfrustrowanych skurwysynów, którym coś się nie podoba w ofercie Jakże Wspaniałego Ubezpieczyciela, dla którego pracuję. Mierzi mnie, że te chujki dosrywają mi jakby wszystkie niedopatrzenia z ich strony, niedoczytanie umowy albo niezrozumienie poszczególnych akapitów było wyłącznie moją winą, a jeszcze bardziej wkurza mnie świadomość, że po każdym wiadrze pomyj, które raczą wylać mi na głowę, poczują się lepsi. Bo komuś dołożyli, wyżyli się na słabszym. Cholerni ludzie.

…

Po ośmiu godzinach rzeźni, wychodzę w końcu na wolność. Oczywiście jest już ciemno. Cały bieg słońca po nieboskłonie zmarnowałem słuchając pretensji i obelg. Nie miałem kontaktu z najbliższymi mi ludźmi, bo albo zraziłem ich do siebie, albo nie chcę się narzucać tym którzy jeszcze przy mnie pozostali, aby ich też nie zrazić. Jestem zły. Jestem sfrustrowany. Idę ulicą, wczorajszy śnieg zdążył zamarznąć, tworząc cienką warstwę lodu na powierzchni chodnika. Po drugiej stronie ulicy przez wielkie szyby kawiarni, przelotnie zauważyłem parę zatopioną w radosnej rozmowie. Idę zamyślony, bo pustka na dobre zagnieździła się w mojej głowie. Rozmyślam nad tym co zrobiłem źle, czego nie zrobiłem, co powinienem uczynić inaczej, a czego w ogóle, jak można to wszystko odkręcić oraz czy to w ogóle jeszcze możliwe i..

…

Bach. Poślizgnąłem się na cienkiej warstwie lodu, która powstała ze wczorajszego śniegu i upadłem. Trochę boli mnie tyłek i łokcie, ale ból najokrutniejszy trawi moją dumę, moją duszę. Czara goryczy się przelała, nie potrafię już utrzymać emocji na wodzy. Zaczynam szlochać. Nienawidzę tego pierdolonego życia. Dlaczego jeśli już spotyka mnie coś dobrego, musi się to skończyć, nierzadko z błahego i niezrozumiałego dla mnie powodu? Dlaczego w chwili, gdy w końcu czuję się dobrze, musi nadejść druzgoczący cios? A gdy już odzyskam względny spokój, dlaczego musi się to wszystko wciąż powtarzać? Jeśli nie jest pisane mi szczęście, dlaczego nie mogę przemknąć przez życie jak pierdolony szczur w momencie kiedy czuję się do tego stopnia wycofany, że ponad to wszystko? Ale nie. Łzy spływają z mojej twarzy na zmarznięty beton. Ale nie.. Wtedy, gdy w końcu odczuwam ten radosny stan totalnego dystansu i totalnej obojętności, znów pojawi się nadzieja na lepsze życie. Nadzieja na życie, nie trwanie. Która po pewnym czasie okaże się tylko złudną fantasmagorią. Jak zawsze. Drżę. Ale nie z zimna, choć rtęć w termometrach utrzymuje się grubo poniżej zera. Drżę ze złości. Nie wiem co mam robić, nie wiem co myśleć. Nie potrafię znaleźć w sobie siły żeby wstać, a co dopiero aby żyć. Dobija mnie ta monotonia, ten bezsens wszystkiego co robię, te ciągłe porażki i rozczarowania. Wszystko.. - Wstań, chłopcze.

…

Usłyszałem niski, ciepły głos skierowany ewidentnie do mnie. Pospiesznie otarłem twarz zmarzniętym rękawem i niezręcznie podniosłem się, na ile szybko pozwoliło mi moje skostniałe ciało. - Kim jesteś? – spytałem zarys osoby, która stała przede mną. - Przyjacielem. – odpowiedział zarys. Latarnia lśniła swym światłem za nim, po głosie miałem pewność że to mężczyzna, mimo że nie widziałem go dokładnie. Jedyne co mogę o nim powiedzieć, że był wysoki, miał długie włosy wystające spod kapelusza, szeroki płaszcz na sobie i w prawej dłoni dzierżył laskę. I miał niezwykle przyjemny dla ucha głos. - Dlaczego leżysz na ziemi? Jest zimno, zamarzniesz. - Poślizgnąłem się – odparłem, nieco zawstydzony – ale już dobrze. - Czyżby? Przejeżdżający jezdnią samochód na krótko oświetlił twarz nieznajomego. Udało mi się zauważyć tylko dwie rzeczy: był sędziwego wieku i miał niesamowite oczy. Błyszczały z taką siłą, jakby niczym czarne dziury pożerały światło które znajduje się w ich zasięgu. Niezwykle przenikliwe. Widać w nich było mądrość wynikającą z doświadczenia i jednocześnie młodzieńczą zachłanność poznawania nowego, jeszcze nieodkrytego. Tak je wtedy zinterpretowałem. Jako dwoje małych alpinistów, za wszelką cenę chcących wejść na Szczyt Depresji od jeszcze nigdy nie zdobytej strony. Bo po tej krótkiej chwili w blasku lamp samochodowych i spotkaniu naszych oczu zdążyłem zauważyć, że mężczyzna doskonale wie, co się ze mną dzieje. - Dziękuję za troskę – powiedziałem bez przekonania – ale nic mi nie jest. Ruszam do domu. - A może chciałbyś wcześniej porozmawiać? Powiem szczerze, że właśnie dlatego tutaj przyszedłem. Nie zaskoczyły mnie jego słowa. Od pierwszej chwili gdy ujrzałem jego twarz zrozumiałem, że ten mężczyzna nie pojawił się tutaj przypadkowo. Poza tym jego ubiór, sposób poruszania się czy akcent przywodził na myśl dawne czasy, coś zupełnie nie pasującego do pustej, plastikowej mody dnia dzisiejszego. - Obserwowałem Cię już od dawna – powiedział, gładząc się przy tym po brodzie i stukając kilka

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych