Tajemnica srebrnej jaszczurki Rozdział 1
Pierwszy rozdział powieści przygodowej. Do tej pory ukazał się tylko prolog. Miłej lektury!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ I
Wykopaliska
Czerwiec był tego roku wyjątkowy: raczej ciepły, ale ulewne deszcze sprawiały, że przypominał bardziej wrzesień niż początek lata. Dla Muzeum w Elblągu koniec roku szkolnego był jak zwykle bardzo pracowity: w ostatnim tygodniu nauki, kiedy w szkołach nie ma już normalnych zajęć, klasy wybierają się na wycieczki, a ponieważ tym razem aura nie pozwalała na wyjazdy na łono przyrody, to przez sale muzealne od rana przetaczały się tłumy rozkrzyczanych gimnazjalistów i licealistów z całej okolicy. Dzieci i młodzież czująca już zapach wakacji nie była zbytnio zainteresowana ani historią miasta, ani miejscowym rzemiosłem artystycznym z XVI – XIX wieku, ani nawet sensacją archeologiczną, jaką było nie tak dawno odkryte legendarne Truso. Mimo to każda wycieczka wymagała przewodnika, a ponieważ oprowadzanie rozwydrzonych dzieciaków nie jest ulubionym zajęciem pracowników muzeum, to obowiązek ten spadł na najmłodszego z nich, którym był Mateusz, ubiegłoroczny absolwent Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Część zatrudnionych, w tym i etatowi przewodnicy, udała się na urlopy, reszta osób zajmowała się swoimi sprawami - podobno niecierpiącymi zwłoki. Tak więc od pięciu dni Mateusz mozolnie i z cierpliwością przedszkolanki oprowadzał młodzież po muzeum, opowiadał jej przygotowane na tę okazję historie o Szlaku Bursztynowym, o życiu codziennym w dawnym Elblągu, o Truso, o kościołach gotyckich, o Koperniku, a nawet o tym, jak wyglądało życie ludzi bez żarówki.
Był piątek, wczesne popołudnie. Zaraz po pracy czekał Mateusza wyjazd na badania archeologiczne do Ryńska, na które został oddelegowany przez doktora Jagodzińskiego - jako przedstawiciel muzeum. Miały być to pierwsze badania archeologiczne w jego życiu. Kiedy dwa miesiące wcześniej zadzwonił do niego kolega ze studiów Adam i powiedział mu o nich, cieszył się jak dziecko i teraz praktycznie o niczym innym nie myślał, przy czym radość mieszała się tu z obawami: nie chciał zawieść ani przyjaciół, ani doktora Jagodzińskiego, który był dla niego wzorem i autorytetem. A zatem oprowadzając wycieczki myślami błądził już koło średniowiecznego grodziska, tymczasem ostatnia grupa licealistów jak na złość była bardzo ambitna i ciekawska. Uczniowie zadawali mnóstwo pytań, na które Mateusz nie zawsze znał odpowiedź, co wprawiało go w nie lada zakłopotanie, a potem złość: wolałby, żeby wcześnie poinformowano go, że przejmie obowiązki przewodnika, miałby wtedy więcej czasu na przygotowanie się. Wcześniej zajmował się tylko zbiorami muzealnymi: porządkował, sprzątał, układał, inwentaryzował, teraz przyszło mu odgrywać znawcę historii ziemi elbląskiej od wczesnego średniowiecza niemalże po współczesność...
- ... i tak znikli Prusowie z mapy Europy - kończył wykład Mateusz. - Pozostały po nich tylko grodziska, Pruskie Baby, kurhany no i legendy, których wiele można przeczytać czy nawet usłyszeć od miejscowych, starych ludzi. Nie przetrwał żaden ich dokument, bo nie znali pisma, przepadł również pruski język. Krąży wokół Prusów wiele mitów i wiele nieprawdy, wyprodukowanej przez Krzyżaków na ich własny użytek. Są więc zaginionym narodem, który uparcie chroni swoje tajemnice i rozbudza wyobraźnie badaczy. Tym stwierdzeniem chciał zakończyć przeciągającą się wycieczkę, ale uczniowie nie śpieszyli się do domów.
- A czy Prusowie musieli wyginąć? Czy mogli przetrwać tak, jak Litwini czy Łotysze? - Pytanie jest trudne i z rodzaju tych, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi - niechętnie odpowiedział Mateusz. - Europa się zmieniała, plemiona łączyły się i powstawały feudalne państwa. Tymczasem Prusowie tego nie dostrzegali. Nie potrafili się zjednoczyć, nie chcieli również przyjąć religii chrześcijańskiej, co wówczas było warunkiem koniecznym do przetrwania i zachowania niezależności. Wierzyli w to, że nadal będą chronieni przez puszcze, bagna, jeziora i bogów. Sprowadzenie Krzyżaków przez Konrada Mazowieckiego tylko przyspieszyło proces znikania Prusów z mapy Europy i uczyniło go bardziej brutalnym i krwawym. Po nieudanych krucjatach do Ziemi Świętej oczy rycerstwa Zachodniej Europy skierowały się właśnie na Prusy, jako na ostatni pogański kraj na kontynencie. Tak więc jak nie Krzyżacy, to Polacy, jak nie Polacy, to książęta pomorscy, Litwini albo Zakon Kawalerów Mieczowych, zresztą też niemiecki - ktoś wreszcie podbiłby te tereny. Ale myślę, że gdyby zrobili to Polacy, to być może Prusowie zachowaliby choć język, że lepiej by na tym wyszli - a tak zostali starci w proch. Czy są jeszcze jakieś pytania? – zapytał mając nadzieję, że odpowiedź będzie negatywna. Niestety, w tym momencie do akcji wkroczyła pani nauczycielka: - Pytajcie dzieci. To świetna okazja, aby dowiedzieć się czegoś ciekawego o pradziejach naszych okolic. Pan kustosz na pewno chętnie wszystko wam wyjaśni... Zachęceni przez wychowawczynię licealiści poprosili o opowiedzenie jakiejś pruskiej legendy. - Mógłbym wam opowiedzieć wiele legend pruskich i o Prusach - westchnął ciężko Mateusz. - Nie mamy jednak na to czasu, więc opowiem wam tylko jedną, dotyczącą Świętego Kamienia. Otóż w dawnych czasach nad Zalewem Wiślanym mieszkali dwaj bracia olbrzymy: jeden w Tolkmicku nad brzegiem zalewu, a drugi w Krynicy Morskiej na Mierzei. Obaj byli drwalami, ale mieli tylko jedna siekierę. Pewnego razu pokłócili się o nią: brat z mierzei nie chciał przerzucić jej do Tolkmicia. Wtedy olbrzym z brzegu zalewu w złości podniósł olbrzymi kamień z zamiarem rzucenia go w brata na Mierzei. Rzut jednak nie bardzo się udał, skała wyślizgnęła się olbrzymowi z rąk i wpadła do wody, gdzie leży do dzisiaj. Jest to granitowy głaz, wystaje z wody na 10 – 12 stóp i widać na nim ślad po uchwycie olbrzyma. Rybacy nazwali go Świętym Kamieniem, aby zmniejszyć siłę złego. Inni twierdzą, że kamień został tak nazwany, gdyż w pradawnych czasach Prusowie składali na nim krwawe ofiary swoim bogom. Tak czy inaczej głaz leży przy brzegu Zalewu Wiślanego i jest widoczny zarówno z wody, jak i z przejeżdżających nieopodal pociągów. Nikt nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć, skąd tak wielki głaz wziął się w tym miejscu. - Jak to skąd? Jak to nikt nie wie? – przerwał jakiś chłopak. – Przecież to oczywiste, że jest to jakiś głaz narzutowy, który został tu przywleczony przez lodowiec, a nie przez jakiegoś tam olbrzyma z Tolmicka. Ja widziałem ten kamień, nie da się nim rzucić, bo jest wielki jak czołg! - Oj Robert - skarciła go koleżanka. – Przecież to tylko legenda. Gdyby pan kustosz na początku powiedział, że na brzegu Zalewu Wiślanego leży polodowcowy głaz narzutowy, to nikt by już nie chciał go dalej słuchać! Klasa się roześmiała. - Tak to jest z legendami. – Odparł Mateusz. – W każdej legendzie jest jednak ziarenko prawdy. - No tak, ten kamień naprawdę istnieje i to jest to ziarenko prawdy – włączyła się z uśmiechem nauczycielka. - Tak, jak już mówiłem, kamień istnieje, można go obejrzeć, dotknąć, wejść na niego. Leży na brzegu Zalewu Wiślanego między Tolkmickiem a Flomborkiem. Wysiadając z pociągu na przystanku o nieprzypadkowej nazwie „Święty Kamień” widać go z daleka, więc nie ma problemu z odnalezieniem. Prawdą jest jeszcze w tej historii to, że mógł on być - z racji swego wyjątkowego położenia, rozmiarów oraz kształtu – miejscem składania ofiar przez pogańskich Prusów. Chętnych namawiam do odwiedzenia tego miejsca w czasie wakacji. Czy macie jeszcze jakieś pytania? Zapadła cisza. Po chwili przerwała ją nauczycielka: - Dziękujemy bardzo panu kustoszowi za tę legendę i całą ciekawą wycieczkę, no i wyczerpujące odpowiedzi. Dowiedzieliśmy się naprawdę wielu ciekawych rzeczy na temat historii Elbląga i okolic. Wystawa jest naprawdę fascynująca i na pewno jeszcze tu wrócimy, może w przyszłym roku. A teraz jeszcze raz dziękujemy serdecznie, musimy niestety już wracać do szkoły, bo kończy się czas naszych lekcji. - Było mi bardzo miło oprowadzić Was i opowiedzieć o tym wszystkim - kłamał Mateusz. - Jeśli tylko chcecie, to zapraszam ponownie i zapewniam, że jest jeszcze wiele fascynujących historii i legend do opowiedzenia. - Dziękujemy, na pewno skorzystamy z zaproszenia - odpowiedziała nauczycielka. Boże idźcie już! – pomyślał Mateusz odwzajemniając uśmiech pedagoga. Na szczęście klasa choć powoli, ale jednak skierowała się ku drzwiom wyjściowym. Mateuszowi wydawało się, że liczy sobie ze stu uczniów, tak długo przeciskali się na korytarz. W końcu jednak zaczęli schodzić w dół, a Mateusz za nimi. Jeszcze tylko trzydzieści kilka razy „do widzenia” przy głównym wyjściu, cmok w dłoń nauczycielki i był wolny. Kilkoma susami wbiegł na drugie piętro, gdzie mieścił się jego pokój. Pospiesznie zabrał przygotowaną już wcześniej kurtkę przeciwdeszczową, parasol, rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu, czy czegoś nie zostawił i czy wszystko powyłączał. Wszystko było w porządku, więc jeszcze tylko krzyknął: do widzenia! do mijanej w sekretariacie pani Jadzi i już był na dworze.
W strugach ciepłego, czerwcowego deszczu dobiegł do swego zaparkowanego na ulicy Fiata 126p rocznik ‘82. Wskoczył do niego, uruchomił silnik i już po chwili był w drodze do domu. Oczywiście wszystkie szyby natychmiast zaparowały, więc był zmuszony jedną ręką trzymać kierownicę, drugą zmieniać biegi, trzecią wycierać szyby, a czwartą włączał kierunkowskazy. Przeprawę przez miasto dodatkowo utrudniały ogromne kałuże oraz piątkowe korki. Na szczęście z biegiem czasu wnętrze samochodu nagrzało się, para ustąpiła z szyb, a tłok na jezdni wraz z opuszczeniem centrum przerzedził się. Można było spokojnie skupić myśli.
Mateusza czekała prawie dwustukilometrowa podróż do Ryńska, małej wsi na południe od Grudziądza. Pracowała tam już ekspedycja archeologów z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, kierowana przez doktora Sławomira Augasiewicza, byłego wykładowcy Mateusza i znanego badacza historii Krzyżaków i pogańskich Prusów. Członkami ekipy byli również jego starzy przyjaciele: Olga i Adam. To właśnie Adam namówił doktora Augasiewicza, by zaprosić Mateusza na badania. Cała trójka znała się jeszcze z czasów studenckich, kiedy razem uczyli się w uniwersytecie. Olga i Adam pozostali na uczelni na studiach doktoranckich, a Mateusz musiał wrócić do rodzinnego Elbląga, gdzie podjął pracę w miejscowym muzeum. Nie była to jego wymarzona posada. Oprowadzanie szkolnych wycieczek, porządkowanie i ewidencjonowanie muzealnych zabytków czy budowanie wystaw nie było zajęciem tak fascynującym i ciekawym, jak prace archeologiczne, które zawsze były jego największą pasją. Uwielbiał stare grodziska, cmentarze, kościoły. Uwielbiał przebywać w miejscach, gdzie mógł dotknąć minionych stuleci, chodzić po ziemi, po której stąpali ludzie sprzed wieków, oglądać miejsca i budynki, które były świadkami zarówno wielkich wydarzeń, jak i zwykłej, codziennej egzystencji. Marzył o odkrywaniu zaginionych miast, zamków, budowli, o rozwiązywaniu zagadek historycznych. Prawdziwe życie jednak nie było tak romantyczne: Mateusz musiał się zadowolić muzealnymi salami i magazynami.
A tymczasem celem ekspedycji, na którą go zaproszono, było średniowieczne grodzisko, którego właścicielem mógł być Mikołaj z Ryńska – jeden z założycieli zagadkowego Towarzystwa Jaszczurczego. Celem rutynowych badań była inwentaryzacja i zabezpieczenie ewentualnych pozostałości po zameczku i jego mieszkańcach.
Droga do Ryńska wiodła przez płaskie jak stół, pocięte strumyczkami i rowami melioracyjnymi Żuławy Wiślane: Sztum, Kwidzyn i Grudziądz. Asfaltowa szosa była prawie pusta, bo większość ruchu kołowego przejmowała równoległa droga krajowa Grudziądz – Tczew. Ta wybrana przez Mateusza była niestety w bardzo złym stanie, ale zdecydował się na nią, gdyż bardzo nie lubił jeździć obok tirów - w swym małym fiacie czuł się przy nich jak mały robaczek. Poza tym prawo jazdy zdobył nie dalej jak dwa miesiące temu, więc nie czuł się pewnie na tak ruchliwej trasie. A tego dnia podróż utrudniał jeszcze ulewny deszcz i ogromne kałuże, wypełniające dziury w asfalcie tak, że nie było ich widać, więc każdą musiał traktować jak potencjalną wyrwę, czyhającą na jego koła. W ten sposób podróż zaczęła sie wydłużać, co martwiło Mateusza, bo nie chciał się spóźnić na zaplanowany tego dnia wieczór zapoznawczy, mający być oficjalnym rozpoczęciem badań. Na szczęście z biegiem czasu ulewa osłabła, zamieniając się w mżawkę, aby wreszcie w okolicach Kwidzyna całkiem ustąpić. Mógł więc w końcu trochę przyspieszyć, a po ponad trzech godzinach wreszcie ujrzał przed sobą Ryńsk - małą miejscowość położoną wśród pól Ziemi Chełmińskiej.
Ryńsk leży na Pojezierzu Chełmińsko-Dobrzyńskim, około dziesięciu kilometrów od Wąbrzeźna, przy szosie do Torunia. Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z 1222 roku, kiedy to książę Konrad Mazowiecki, wraz z setką innych wsi, przekazał Ryńsk biskupowi Chrystianowi, który z ziemi chełmińskiej planował prowadzić chrystianizację pogańskich Prusów. Później wieś przejęli Krzyżacy. W czasie wojny w 1414 roku Ryńsk został spalony. Na mocy drugiego pokoju toruńskiego ziemia chełmińska wróciła do Polski. Przez stulecia jego właścicielami była szlachta, dopiero na początku dwudziestego wieku wieś – w zamian za długi - otrzymał kupiec. Szybko jednak odsprzedał uzyskane dobra Niemieckiej Komisji Kolonizacyjnej, która je rozparcelowała i sprowadziła niemieckich osadników. W polskie ręce Ryńsk wrócił w 1945 roku. W miejscowości znajduje się kościół katolicki z XIV wieku i poewangelicki z XIX wieku, pałac wraz z ogrodem, dziewiętnastowieczny młyn, no i oczywiście średniowieczne grodzisko, które było celem wyjazdu Mateusza i ekspedycji archeologicznej. Obronny gród był tu już prawdopodobnie przed przybyciem biskupa Chrystiana i Krzyżaków i miał bronić przed najazdami Prusów. Podejrzewa się, że był on siedzibą Mikołaja z Ryńska, jednego z założycieli Towarzystwa Jaszczurczego. Mikołaj został ścięty przez Krzyżaków za zdradę i przejście na stronę Polaków w bitwie pod Grunwaldem. W przypałacowym parku znajduje się pamiątkowy monolit upamiętniający rocznicę jego śmierci.
Mateusz wjechał do wsi i zwolnił. Chciał zapytać kogoś miejscowego o drogę do grodziska, aby nie błądzić. Fiacik wolno toczył się po drodze, ale wieś jednak była pusta. Nie spotkawszy nikogo dojechał wreszcie do sklepu. Był otwarty, więc na pewno ktoś czekał w środku. Mateusz zaparkował na placyku przed sklepem i wszedł do środka. Nikogo tam jednak nie było. Rozejrzał się po półkach. Wyglądało na to, że znalazł się w typowo wiejskim sklepiku, gdzie sprzedawano „mydło i powidło”: od chemii, proszków płynów do zmywania, poprzez artykuły spożywcze, wędlinę, pieczywo - do prasy. Na podłodze stał kubeł brudnej wody i szczotka ze szmat. Podłoga była w połowie zmyta. Po chwili z zaplecza wytoczyła się starsza kobieta w granatowym fartuchu w białe grochy - zapewne sprzedawczyni. - Już nieczynne. Nie widzi pan, że sprzątam? Sklep otwarty tylko do osiemnastej. – powiedziała chwytając szczotkę z wiadra. - Przepraszam, nie wiedziałem – odparł Mateusz. – Drzwi były otwarte, więc wszedłem. Nie chcę nic kupować, chciałem zapytać tylko o drogę. - O drogę - burknęła kobieta. – A gdzie to kawaler chce jechać? - Szukam grodziska. - Grodziska? – zapytała zdziwiona sprzedawczyni. – Tu nie ma żadnego grodziska. Mieszkam tu od dziecka, ale o czymś takim nie słyszałam. W tej chwili korale w przejściu do zaplecza znowu się poruszyły i z zaplecza wyszedł chłopiec w wieku około dwunastu - trzynastu lat. - Dzień dobry – przywitał się. – Czego pan szuka? - Szukam grodziska, gdzie są archeolodzy. - Grodziska, to znaczy zamku pan szuka. Chodzi panu o zamek. Tak, w poniedziałek przyjechali tam jacyś ludzie rozbili namioty. Babciu – zwrócił się do kobiety. – Panu chodzi o zamek. Pan jest naukowcem. - To czemu nie pyta o zamek, tylko jakieś tam, co pan pytał? - Pytałem o grodzisko, ale nieważne, kiedyś tam był zamek. - Niech pan wybaczy mojej babci. U nas wszyscy na to mówią zamek. - Rozumiem. Więc jak mam dojechać do tego zamku? - Musi pan pojechać szosą w kierunku Torunia. Zaraz za wsią skręci pan w prawo i po jakichś pięciuset metrach w lewo będzie polna droga prowadząca do grodziska. To nie daleko, jakieś półtora kilometra, tylko na tej polnej drodze musi pan uważać, bo po tych deszczach straszne tam dziury i błocko. Nie dalej jak przedwczoraj wyciągałem stamtąd traktorem samochód tych naukowców, co tam namioty koło zamku rozstawili. Nie wiem, czy pan przejedzie tym maluchem. Teraz to oni jeżdżą takim terenowym autem. - Ty wyciągałeś traktorem? – zapytał zdziwiony Mateusz. - No ja, a kto inny miał to zrobić, babcia nie umie jeździć traktorem – odpowiedział chłopiec. - Hmmm – nie dowierzał Mateusz, ale nie miał czasu dopytywać dalej. - Dziękuję bardzo – i już chciał wyjść, gdy chłopieć zapytał: - Będzie pan dziś na ognisku? Ma być dzisiaj wieczorem ognisko na zamku. - Oczywiście, że będę, ty też będziesz? – zapytał Mateusz stojąc już w drzwiach. - Tak, będę. Będzie sołtys, ksiądz to i sklepowych nie może zabraknąć. A kiełbaski na ognisko będą nasze, własny wyrób. Palce lizać, zobaczy pan. - Na pewno będą pyszne. - I piwo też z naszego sklepu. Tu we wsi nie ma lepszego sklepu niż nasz. A pan tu długo zostanie? - Nie wiem: może kilka dni, może tygodni. A czemu pytasz? - No bo jeśli pan zostanie na dłużej, to musi pan gdzieś robić zakupy. U nas najlepiej i najtaniej. Świeże pieczywo na zamówienie, kiełbasa własnej roboty, mleko od krowy, jajka takie prawdziwe od kury, a nie z fermy. Jak pan zamówi, to będą na pana czekały. Jajka od kury bardzo się spodobały Mateuszowi. - Być może skorzystam z oferty, ale skoro będziesz na ognisku, to pogadamy o tym potem, bo teraz trochę się spieszę. Do zobaczenia wieczorem, na ognisku. - Do widzenia panu - uśmiechnął się chłopak. - Do widzenia. Mateusz wyszedł ze sklepu, wsiadł do maluszka i ruszył wskazaną przez malca drogą. Po chwili skręcił w prawo, a następnie zgodnie z uzyskanymi wskazówkami wjechał na drogę polną. W dali widać było już wzniesienie grodziska i obóz archeologów. Jednak droga była naprawdę błotnista. Widząc to Mateusz zatrzymał się i wysiadł, aby lepiej ocenić sytuację. Rzadkie błoto pocięte było wijącymi się, głębokimi śladami opon samochodowych. Gdzieniegdzie całą szerokość drogi przegradzała kałuża. Nie wyglądało to dobrze, ale co miał zrobić, nie mógł przecież zostawić auta w tym miejscu, a w dodatku nie uśmiechało mu się iść pieszo i dźwigać bagaże. Wsiadł więc z powrotem do samochodu. - No mały – zażartował, zwracając się do samochodu. – Zobaczymy, na co cię stać. Co to dla ciebie takie błotko, nie? Dasz sobie radę, masz przecież napęd na tył dwadzieścia cztery konie mechaniczne i dwa cylindry pod maską – dokończył, jednocześnie cofając, aby nabrać prędkości. Po chwili z impetem zaatakował błoto.
Z początku szło mu nawet nieźle. O kierowaniu nie było mowy, bo koła ślizgały się w błocie, ale mimo to maluszek wyjąc na wysokich obrotach, kołysząc się na boki, powoli pokonywał metr za metrem. Dalej jednak brunatna maź była coraz głębsza, auto zaczęło zwalniać, aż wreszcie utknęło w poprzek drogi, zanurzone w bajorze aż po same progi. Mateusz zaklął siarczyście. Próbował wycofać, ale koła kręciły się w miejscu, samochód nie ruszał. Wysiadł więc, aby spróbować popchnąć auto i od razu zapadł się w błocie po kolana. Przeszedł do przodu i pchnął malucha w tył, ale niestety w śliskim błocie nogi mu się obsunęły i opadł na kolana. Tego było już za wiele. Mateusz parsknął śmiechem.
- Co z ciebie za baran – powiedział głośno do siebie. – Jak mogłeś pomyśleć, że uda ci się pokonać to błoto! – krzyknął. – I co teraz? Masz jakiś pomysł? Jak ja wyglądam! – spoglądał na siebie wstając z kolan. Całe dżinsowe spodnie i flanelowa koszula pomazane były błotem. Twarz, okulary, włosy zachlapane. – Do diabła! – klął z bezsilności.- Co mnie podkusiło! Co ja mam teraz zrobić – spojrzał w kierunku grodziska i obozowiska.
Jacyś ludzie kręcili się między namiotami, ale było zbyt daleko, aby mogli go usłyszeć. Droga asfaltowa była pusta. Znikąd pomocy. Nie pozostało mu nic innego, jak udać się pieszo przez błoto do obozu i poprosić o pomoc. Ruszył więc w kierunku grodziska. Ciężki to był spacer. Nogi grzęzły po kolana w błocie, zasysały się. Wydobywaniu nóg z uwięzi towarzyszył dźwięk otwieranego napoju gazowanego. Dopiero po chwili Mateusz wpadł na pomysł, że nie musi przecież iść drogą po błocie, że może zejść na łąkę obok. To go jeszcze bardziej rozsierdziło. - Taki pech! Jak ja wyglądam! Co za wstyd i jak ja się pokażę ludziom. Będą mieli ubaw, nie ma co, piękna inauguracja mojej kariery archeologa.
Po przejściu jakichś dwudziestu metrów zauważył, że z obozu w jego kierunku wyjechał terenowy łazik. Najwyraźniej ktoś z obozowiczów zauważył tkwiący w błocie samochód wraz z miotającym się wokół niego kierowcą i postanowił pomóc. Łazik nie bez trudu, ale sprawnie pokonał błotnistą drogę i po chwili był już przy Mateuszu. Za kierownicą siedział Adam, wysoki, przystojny młodzieniec o jasnych, krótko obciętych włosach. Na widok Mateusza buchnął śmiechem: - Cześć Mateusz. Jak ty wyglądasz! – sam był ubrany w wysokie gumowe kalosze, więc bezpiecznie poruszał się po błocie. – Ładnie się urządziłeś. To twój samochód? - Mój, a czyj ma być? – odpowiedział Mateusz. – Widzisz tu kogoś jeszcze? - No nie widzę, przepraszam. Widzę, że jesteś zły – uśmiechnął się Adam. - A jaki mam być. Szczęśliwy? Cały jestem w błocie, spodnie do prania, koszula do prania, buty do prania, we włosach błoto, w zębach błoto... - No faktycznie wyglądasz jak wodnik szuwarek. Zaraz cię wyciągnę, nie martw się. Nie ty pierwszy utknąłeś w tym błocie. Wczoraj wyciągaliśmy stąd samochód Wojtka Kasprzyka. Ten to dopiero bluźnił. Żebyś go słyszał. - Jakoś nie żałuję, że mnie przy tym nie było. Pomożesz mi, czy będziesz tak stał i naśmiewał się ze mnie? - Pewnie, że ci pomogę, myślałem tylko, że jak się dowiesz, że nie jesteś jedyną ofiarą tego błota, to ci się humor poprawi. A jak tam podróż? Miło się jechało? - Jak cię kopnę, to ci się humor pogorszy! – burknął Mateusz. Obaj mogli sobie pozwolić na takie niewybredne żarty, bo znali się jak łyse konie od dobrych kilku lat. Niejedno razem przeżyli i niejeden psikus nawzajem zrobili. - No już dobrze, dobrze – roześmiał się Adam, po czym wyciągnął z auta hol. - No wsiadaj do tego BMW, jedziemy!
Mateusz wsiadł do swojego samochodu a po chwili łazik ruszył. Najpierw powoli naprężył się hol, a potem lina mocno szarpnęła maluchem tak, że ten obrócił się wokół własnej osi, stanął przodem w kierunku jazdy, po czym ciągnięty powoli ruszył do przodu. Okazało się, że dodatkowy opór nie stanowił większego problemu dla łazika. Napęd na cztery koła świetnie sobie radził z wybojami, kałużami, no i z błotem, tak więc po kilku minutach byli już w obozowisku.
Było ono rozłożone u stóp niewielkiego, porośniętego rzadkimi krzakami wzniesienia, na szczycie którego widoczne były resztki ziemnych wałów grodziska. Za wzniesieniem znajdowały się dwa niewielkie jeziorka, które swymi wodami oblewały południowe i zachodnie wały. Cały teren obozu odgrodzono siatką, rozwieszoną na wbitych w ziemię okrąglakach. Na teren zajęty przez ekspedycję wiodła pechowa, błotnista droga, przegrodzona szerokim, drewnianym szlabanem. Po prawo od wjazdu, tuż za siatką, przygotowano miejsce na ognisko. Dalej, na zaimprowizowanym parkingu, stało kilka samochodów, a jeszcze dalej rozbito duży namiot – świetlicę. Po drugiej stronie drogi umieszczono kilka barakowozów i pojedyncze namioty uczestników wyprawy. Droga wiodąca przez środek obozu była tak samo błotnista i rozjechana jak ta do obozu. Na szczęście poza drogą była trawiasta łąka, po której można się było w miarę swobodnie poruszać.
Adam odholował malucha Mateusza na parking tak, że ten stanął równolegle do pozostałych aut. Uratowany wysiadł z auta i zaraz stał się obiektem żywego zainteresowania krzątających się wśród namiotów ludzi. Spoglądali na niego z zainteresowaniem i uśmiechem. - No stary, chcesz się najpierw umyć, rozbić namiot, czy zjeść coś? – zapytał Adam. - Sam nie wiem. Najchętniej bym się umył i przebrał, tylko gdzie mogę to zrobić? - Koło ubikacji jest beczka z wodą. Tam możesz się umyć. Tylko oszczędzaj wodę, bo nie łatwo ją przywieść. Możesz też iść się umyć do jeziorka. Słońce teraz świeci, więc nie powinieneś zamarznąć, choć ostrzegam, że woda jest raczej zimna. Do jeziorka dojdziesz furtką w płocie, z tyłu zamku. Jest tam taka mała plaża, nawet przyjemna. Masz gumowce? - Ee, gumowce? – zakłopotał się Mateusz. – Kalosze, zaraz, zaraz. Czy ja je wziąłem? Pamiętałem o nich, stały w przedpokoju tuż przy drzwiach – Mateusz skoczył do samochodu i gorączkowo zaczął przeszukiwać bagaże i samochód. Po chwili wrócił z nietęgą miną. - Nie mam gumowców. Zapomniałem zabrać, a przecież przyszykowałem sobie. Ale ze mnie osioł. - Przyjechałeś ryć w ziemi bez gumowców? - No tak – rozłożył bezradnie ręce Mateusz. - Widać od razu, że dawno nie byłeś na kopaniach. – pokręcił głową Adam. – Szpadla pewnie też nie wziąłeś sobie? - Szpadla? No, nie wziąłem. Szpadel miałem wziąć? – stracił pewność siebie Mateusz. - Szpadel to podstawowe narzędzie archeologa. Szpadel, łopata, pędzelek. Nie masz? - Wiem co to szpadel dla archeologa, ale myślałem, że wy macie i dacie ...Nie mam nic z tych rzeczy – zmartwił się Mateusz. - Dobra, wyluzuj ja tylko żartuję. Mamy szpadle, łopaty a i pędzelek się znajdzie. - Idź bo... – uśmiechnął się Mateusz. – Żarty sobie stroisz. - Kalosze też jakieś dla ciebie znajdę. Zaczekaj tu. W tej chwili podeszła do nich Olga, niewysoka dziewczyna, o ciemno blond włosach, związanych w długi warkocz. Ubrana była w dres, no i oczywiście wysokie kalosze. - Cześć Mateusz! Jak tam podróż? - Cześć – odpowiedział smutno Mateusz. – Ty też będziesz się ze mnie naśmiewać? Wiem, że wyglądam śmiesznie, ale Adam już się ze mnie ponabijał wystarczająco. - No, on to lubi, ale kiedyś „przyjdzie koza do woza”. Tak gwoli ścisłości, to ja cię zauważyłam na tej drodze, więc powinieneś mi dziękować, to ja cię uratowałam z opresji. Gdyby nie ja, tkwiłbyś w tym błocie do teraz. - Może nie, bo już szedłem do was prosić o pomoc. - Patrz, jaka dowcipna. – wtrącił Adam – Pamiętaj, że to ja cię wyciągnąłem z bagna. Ja i mój łazik. - Twój łazik? - zapytał zaciekawiony Mateusz. - Nie jego – odpowiedziała natychmiast Olga. – On nim tylko jeździ. Został wybrany kierowcą, bo na archeologii się nie zna. - Tak, tak - pokiwał głową Ada. – akurat, nie słuchaj jej. Jestem po prosu najlepszym kierowcą w tej wyprawie. Po za tym nikt inny się nie zgłosił. - Dobrze się gada, ale czy ja mogę w końcu iść się umyć i przebrać? - Oczywiście, zaczekaj, za chwilę przyniosę ci kalosze. Adam poszedł w kierunku barakowozów po kalosze. - Namiot rozbij sobie gdzieś obok naszych – Olga wskazała na miasteczko namiotowe po drugiej stronie drogi. – Mój jest ten zielony, a ten obok pomarańczowy to Adama. Tylko od razu okop się, bo od razu będziesz miał powódź. Może nawet najpierw wykop odwodnienie, a potem stawiaj namiot. Kuchnia jest tam – tu wskazała na świetlicę. – Jest tam kuchenka gazowa, można coś podgrzać. Ubikacja jak widzisz. Coś jeszcze ci powiedzieć, czegoś nie wiesz? - Chyba na razie wiem wszystko, dzięki. Adam wrócił z kaloszami i postawił je obok Mateusza. - Będą pasować. Mam na dzieję, że nie są dziurawe. Mów mi wuju. - Dzięki, jestem twoim dłużnikiem. - Będę pamiętał. - Ty pamiętaj, a ja idę się umyć. - Na ja też idę – przytaknęła Olga. – Muszę jeszcze pokroić kiełbasę na ognisko. - To będzie ognisko? - zdziwił się Mateusz. - Jasne, że będzie, dlaczego miałoby nie być. Przecież przestało padać – odpowiedział Adam. - No tak, ale wszystko mokre... - Nie martw się, mamy schowane suche drewno. Będzie dobrze. Idź się wreszcie umyć. Pogadam przy ognisku, to opowiesz, co tam u ciebie. - No to na razie. Przyjaciele rozeszli się. Olga do świetlicy przygotowywać ognisko, Adam do swego łazika, a Mateusz do samochodu, by wziąć rzeczy na przebranie (dresy i obowiązkowe kalosze) oraz przybory do mycia: mydło i ręcznik. Potem udał się ścieżką wokół grodziska nad jeziorko. Woda była naprawdę zimna. Prawie cały czerwiec padał deszcz i niebo było zachmurzone, więc nie miała się kiedy i od czego nagrzać. Mycie trwało zatem kilka minut, a potem Mateusz przebrał się w czyste, suche ubrania i wrócił do obozu, by rozbić namiot. Nie było to jednak łatwe: ziemia była nasiąknięta wodą, a więc miękka i grząska, śledzie i szpilki zupełnie nie chciały się w niej trzymać, więc nie udało się odpowiednio naciągnąć materiału. Mateusz z dezaprobatą pokiwał głową, patrząc na zwisające ściany i dach. Pomyślał jednak, że jak nie będzie padać przez najbliższe dni, to ziemia wyschnie i stwardnieje, wtedy spróbuje poprawić konstrukcję.
Tymczasem zrobiło się już późno i powoli zaczęli się schodzić pierwsi goście zaproszeni na inauguracyjne ognisko. Przybył ksiądz z miejscowej parafii, sołtys z żoną i dziećmi oraz dyrektor miejscowego gimnazjum wraz kilkoma nauczycielami. Przybyła również liczna delegacja mieszkańców, wśród których nie mogło zabraknąć młodego sprzedawcy. Jednak najbardziej wyróżniał się w tłumie starszy człowiek o długiej siwej brodzie i siwych włosach na głowie. Ubrany był w ludowy strój i dźwigał na ramieniu akordeon. Po jakichś dwudziestu minutach gwar rozmów przerwał niewysoki starszy pan o łysiejącej siwej głowie i grubych okularach na nosie.
- Proszę o ciszę! Proszę o chwilę uwagi. Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych. Na szczęście przestało padać i mogliśmy się tu dzisiaj spotkać - mimo trudności w dotarciu do naszego obozowiska. Niestety, takie nam warunki zgotowała natura i nic na to nie poradzimy. Tym bardziej dziękuję wszystkim za przyjęcie naszego zaproszenia. Witam pana sołtysa, witam księdza proboszcza, szanowne grono pedagogiczne oraz was, mieszkańców Ryńska. Jak państwo wiecie, ja nazywam się Sławomir Augasiewicz, jestem pracownikiem Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i wraz z moimi pracownikami, studentami i przyjaciółmi przybyłem do waszej miejscowości zbadać grodzisko. Będziemy u was gościć przez blisko miesiąc i mam nadzieję, że nie będzie to dla was zbyt uciążliwa gościna. Zapewne wiecie, jak stara jest historia waszej miejscowości i że stąd właśnie wywodzi się Mikołaj, jeden z założycieli antykrzyżackiego Stowarzyszenia Jaszczurczego. Macie nawet pomnik ku jego czci, więc nie będę się na ten temat zbytnio rozwodził. Powiem tylko tyle, że jak już wspomniałem, obiektem naszego zainteresowania jest znajdujące się tu obok grodzisko średniowieczne. Na pewno każdy z was zna je doskonale. My chcemy zbadać, co kryje ono w środku. W tym celu wykonamy kilka wykopów , a co znajdziemy - może jakieś skarby? - czas pokaże. Chcemy, abyście państwo wiedzieli, że o wszystkich odkryciach poinformujemy was, a znalezione przedmioty po przebadaniu i zinwentaryzowaniu znajdą się w muzeum w Grudziądzu. Z mojej strony to by było na tyle, chyba że są jakieś pytania… nie ma, no może potem będą, proszę się nie krępować. Ja i moi współpracownicy postaramy się odpowiedzieć na każde z nich. Teraz proszę o zabranie głosu pana sołtysa. Sołtys, mężczyzna w średnim wieku, wypowiedział się zwięźle: - Dziękujemy panu doktorowi za zaproszenie na ognisko i w imieniu lokalnej społeczności witam serdecznie naukowców. Cieszymy się, że staliśmy się obiektem zainteresowania archeologów. Dla naszej małej miejscowości jest to wielkie wydarzenie. Mam nadzieję, że badania będą owocne i znajdziecie wiele ciekawych i cennych zabytków, które pozwolą wzbogacić naszą wiedzę o Ryńsku. My ze swej strony postaramy się godnie was ugościć na naszej ziemi. Życzę powodzenia. Rozległy się skromne brawa, a głos zabrał ksiądz proboszcz: - Ja również witam archeologów w imieniu swoim i parafian. Wszystko w zasadzie zostało już powiedziane. Ja mam tylko cichą nadzieję - tu uśmiechnął się - że spotkamy się ponownie w niedzielę na mszy świętej, w kościele. Rozbawiło to zgromadzonych i rozluźniło oficjalną atmosferę. - Tak więc część oficjalna zakończona – ponownie odezwał się doktor. – Zapraszam do smażenia kiełbasek. Dorosłych zapraszam do częstowania się piwem. Myślę, że ksiądz nie ma nic przeciwko? - Wszystko jest dla ludzi, byleby umiejętnie z tego korzystać – roześmiał się proboszcz. - Więc zapraszam. Mamy również inne zimne napoje, na życzenie koleżanka – tutaj doktor wskazał na Olgę - przygotuje herbatę. No więc życzę miłej zabawy i smacznego!
Z barakowozu przyniesiono skrzynkę miejscowego piwa, a Olga przyniosła ze świetlicy pokrojoną i gotową do smażenia kiełbasę. Rozpoczęła się zabawa. Było gwarnie i wesoło. Miejscowi i archeolodzy przemieszali się i już bez skrępowania rozmawiali na przeróżne tematy, przegryzając smażoną wędliną. Przy ognisku było ciepło, żeby nie powiedzieć - gorąco. Kiedy nastał zmrok obozowisko pogrążyło się w purpurowym blasku ogniska. Po namiotach i barakowozach rozpłynęły się ruchliwe ludzkie cienie, w niebo raz po raz strzelały snopy iskier. W pewnym momencie Adamowi przypomniało się, że nie przedstawił jeszcze Mateusza doktorowi Augusiewiczowi. Odnalazł więc kolegę i wspólnie podeszli do kierownika wyprawy.
- Panie doktorze, to jest mój przyjaciel, Mateusz, którego zaprosiliśmy do pomocy – zaczął Adam. – Przytrafiła mu się przykra przygoda na naszej bagnistej przeprawie, ale wszystko na szczęście dobrze się skończyło. - Aaaa to on, czy to nie jego samochód dziś holowałeś? - Tak, panie doktorze – uśmiechnął się Adam. - Właściwie to powinien pan Mateusza pamiętać, bo studiowaliśmy razem, a pan był przecież naszym wykładowcą na trzecim roku. - Hmm, twarz jak by mi znana, ale nie przypominam sobie, tylu tych studentów – zasępił się doktor. – A co tam słychać u doktora Jagodzińskiego, odkopał wreszcie to Truso? - zmienił po chwili temat. - No całego niestety jeszcze nie, tylko troszeczkę. Pieniędzy nie ma, ale powoli, małymi kroczkami pracujemy nad tym. Doktor kazał pana pozdrowić. Być może przyjedzie tutaj, między innymi po to, żeby sprawdzić, jak ja się sprawuję. Mam nadzieję, że nie sprawię mu zawodu, a i pan będzie zadowolony. - Jeśli prawdą jest to, co o tobie mówił Adam, to nie będzie problemu. A teraz muszę iść do moich gości. Jutro jeszcze sobie porozmawiamy. Będziemy musieli ci zrobić krótkie przeszkolenie, żebyś nam tu nie napsocił. - Ja się tym zajmę, panie doktorze. Nie ma obawy – zaofiarował się Adam - No dobrze, to do jutra – pożegnał się doktor. - Szkolenie? – zdziwił się Mateusz. – W czym chcecie mnie szkolić? Przecież ja jestem archeologiem. - Archeologiem to ty miałeś być, a jesteś muzealnikiem. Szef kazał przeszkolić, to musze przeszkolić. - Nie żartuj. Nie będziesz mnie w niczym szkolił. Nie pamiętasz już, że na praktykach byłem lepszy od ciebie? - No dobra, pójdziemy na łąkę i trochę tam sobie poprzypominamy, żeby nikt do nas pretensji nie miał. - Niech będzie – zgodził się niechętnie Mateusz. W tej chwili podbiegł do nich chłopiec ze sklepu. - Dzień dobry, jak smakuje kiełbaska? - Witam – uśmiechnął się Mateusz - kiełbasa oczywiście pyszna. Dawno takiej nie jadłem. - Wy się znacie? – zapytał zaskoczony Adam. - Tak, poznaliśmy się we wsi w sklepie, gdzie pytałem o drogę. - Jasiu to nasz zaopatrzeniowiec. Codziennie wozi nam świeże pieczywo, wędlinę, mleko i całą resztę. Co my byśmy bez niego zrobili, to ja nie wiem. Już sobie wyobrażam te codzienne kłótnie, kto ma iść do sklepu. A tak, Jasiu przyjmuje zamówienie, przywozi na miejsce i po kłopocie. Niestety nie za darmo. To taki mały biznesmen. Zobaczysz Mateusz, że jeszcze o nim usłyszymy, jak dorośnie. - Trzeba sobie jakoś radzić – roześmiał się chłopak. - Babcia sama nie da rady, a na utrzymaniu jeszcze młodsza siostra. Mateusz już chciał zapytać o rodziców, ale Adam kiwnięciem głowy dał mu do zrozumienia, żeby nie pytał. - A co z moim zamówieniem? – zmienił temat Mateusz. - A co pan szanowny życzy sobie? – chłopak wyciągnął z kieszeni notes i ołówek – Pana godność? - Widzę, że jesteś profesjonalistą! - roześmiał się Mateusz, podając swoje imię i nazwisko. - Oczywiście, biznes to nie żarty. Co pan zamawia? - Ja poproszę litr mleka, tę kiełbasę własnej roboty, z pięć jajek, pięć bułek... co tam jeszcze... - Masło własnej roboty? - Niech będzie. - Może coś do picia? Jakieś piwo? - Piwo?... - Mateusz spojrzał z uśmiechem na Adama. – Dwa piwa poproszę i dwie wody mineralne, duże. - Coś jeszcze? Gazetka? - Gazetka? Nie, dziękuję, jestem na urlopie, nie będę sobie głowy zawracał polityką. Muszę odpocząć, ale wiesz co, masz płaskie baterie? - Płaskie, R20, R14, paluszki - jakie tylko pan sobie życzy. A jeśli nie mam, to przywiozę. - Poproszę dwie płaskie i cztery R20. - Są na miejscu. Czy to wszystko? Może jakieś mydełko, pasta do zębów... - Nie, nie – Przerwał Jasiowi Mateusz. – Cały sklep byś mi wcisnął, ty mały manipulatorze. - Tak – wtrącił Adam. – Ja kupiłem u Jasia pastę do butów, cały czas się zastanawiam, po co. Tak mnie zakręcił. Roześmiali się wszyscy. W tym momencie rozległy się dźwięki akordeonu. - Chodźcie panowie, stary Antoni będzie śpiewał. On zna takie stare ludowe piosenki i legendy. Bardzo lubię go słuchać – krzyknął z zapałem Jasiu. Gwar ucichł, a okolice wypełniły ostre dźwięki akordeonu i chrapliwy głos Antoniego:
Wyjechał brat na wojenkę, Kupił siostrze na sukienkę,
Na sukienkę czerwonego. Na fartuszek bialuśkiego.
Siostro moja, masz w czem chodzić, Nie dajże się chłopcom zwodzić
Nie deruje rok półtora, Już braciszek wraca z pola
I przyjechał w podwórzeczko I zapukał w okieneczko.
Siostro moja, śpisz czy czujesz, Czy o brata się frasujesz?
Ni ja nie śpię ni ja czuję, Ni o brata się frasuję.
Siostro moja, dziecię płacze, To sąsiadów o mój bracie
Objechałem świat nie mały, Nic słyszałem takiej sprawy,
Żeby panny dzieci miały I się jeszcze zapierały.
Młodszy bracie, podaj mi miecz. "Siostry głowa musi iść precz".
"Nie ścinaj mnie o północy, Bo to ciężko duszy w nocy".
Rozległy się brawa, stary Antoni ukłonił się zgromadzonym. - Panie Antoni, a niech nam pan opowie jakąś legendę. Antoni wyciągnął drewnianą fajkę z kieszeni, naładował ją tytoniem i zapalił. Po chwili zgromadzonych ogarnął przyjemny zapach markowego tytoniu. Antoni zaczął opowiadać: - Opowiem wam, jak diabeł urwał kozie ogon. A więc mówią ludzie, że owieczkę stworzył Pan Bóg, a kozę diabeł, ale na polecenie Pana Boga. Aby kozę ożywić, czart miał powiedzieć: "Koza, w imię Boże, wstań". Ale przez gardło diabła nie mogło przejść słowo "w imię Boże" i stale powtarzał tylko "Koza, wstań". A ta ani drgnęła. Wtedy diabeł zniecierpliwiony zaczął ją szarpać za ogon i szarpał tak długo, aż go urwał. Tak to koza na wszystkie czasy pozostała bez ogona – zakończył Antoni. Całe towarzystwo zaczęło się śmiać. - Panie Antoni, niech pan opowie legendę o zakochanych z naszego zamku. Nasi goście na pewno chętnie wysłuchają opowieści o pradawnych mieszkańcach tego grodu – zaproponował sołtys. - Nie, to smutna historia, nie lubię jej opowiadać. Złe w tej historii jest, nie, nie będę opowiadał – chrapliwym głosem wzbraniał się Antoni. - Niech się pan nie karze prosić – dołączył do sołtysa nauczyciel. - Nie, nie – upierał się Antoni.- Miałem tylko śpiewać. Mogę inną opowiedzieć, albo coś zaśpiewać. - Panie Antoni - zabrał głos ksiądz. - Ze złego wyspowiada się pan u mnie w konfesjonale. W starodawne zabobony niech pan nie wierzy. To tylko legenda. - Ksiądz wie swoje, a ja wiem swoje. To zła historia. - Niech pan opowie, prosimy, prosimy – rozległy się głosy zgromadzonych. – Bardzo jesteśmy ciekawi. Antoni pokiwał głową z niechęcią: - No dobrze, tylko żeby nie było, że was nie ostrzegałem. A więc historyję tę opowiedział mi mój pradziad, jak byłem małym szkrabem. Mój pradziad usłyszał ją od swojego dziada, który jako ochotnik w powstaniu styczniowym brał udział. Ten pradziad zapewne usłyszał tę historyję od swojego dziada. Przypadki o których wam opowiem, wydarzyły się dawno temu w czasach, gdy okolicę tę porastała wiekowa, dębowa puszcza, a w niej żyli jeszcze ludzie, którzy Jezusa Chrystusa za boga nie mieli, chrztu nie przyjęli, tylko swoim bożkom ofiary krwawe z ludzi i zwierząt składali i tajemne obrzędy po lasach odprawiali. Panem na zamku w Ryńsku był wówczas Argo, rycerz okrutny i bezwzględny. Miał on córkę piękną o imieniu Miligea, którą szalenie kochał. Była ona w wieku, w którym trza jej było już za mąż iść. Rycerz Argo jednak nie mógł znaleźć dla niej odpowiedniego kawalera. A to nie był odpowiednio majętny, a to ze złego rodu. Jednocześnie żaden z zalotników nie spodobał się dziewczynie. Czas biegł, lata mijały, a Miligea wciąż była panną. Pewnego razu rycerz Argo zaprosił do zamku młodego kołodzieja o imieniu Runo, który mając fach, wędrował po świecie w poszukiwaniu pracy. Argo chciał, aby Runo zrobił nowe koła dla jego wozów. Tak spotkali się Miligea i Runo i od razu okrutnie się w sobie zakochali. Rycerz Argo nie mógł zrozumieć, jak jego córka mogła pokochać chłopa. Najpierw próbował przemówić jej do rozumu, tłumaczył, że jego córka może być żoną tylko rycerza o krwi szlachetnej. Miligea jednak nie słuchała ojca i dalej po kryjomu spotykała się z Runo. Wtedy Argo postanowił zabić zalotnika, ale Miligea zagroziła, że jeśli Runo zginie i ona odbierze sobie życie. Wtedy to pan zamku wpadł na szatański pomysł. Przypomniał sobie o starym czarowniku, który po okolicznych lasach wędrował i diabelskie obrzędy odprawiał, a swą czarodziejską moc czerpał z laski. Moc w tej lasce taka drzemała, że ludźmi mogła kierować…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil CHUDY
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…