Tajemnica Wostoka
Historia dotycząca podróży kosmicznej statku Woostok, ma miejsce swój ciąg w 2005 roku. Rzeczy nie są takie jakie się nam wydają...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}Rok 1961 Kilkaset kilometrów nad Związkiem Radzieckim{/b}
Przez 27 lat, żadna rzecz nie zrobiła nam nim takiego wrażenia, jak widok, na który właśnie spoglądał. Świecąca tarcza księżyca nadawała swoisty blask, niebiesko zielonej planecie, nad którą unosił się statek. Poczuł się wolny, zupełnie z dala od sieci politycznych układów, kontaktów, rywalizacji, państwowych interesów, społecznych ustrojów. Załączył boczne silniki, sprawdził stan temperatury. Wszystko w normie. Na półkolistej ścianie odbijało się logo komicznego statku: WOSTOK, obok napis: CCCP. Nigdy nie ukrywał, sentymentu do swojego kraju, być może właśnie dlatego, jako elita z elit, został wybrany do tej misji. Miał być pierwszym, który w bezsprzeczny sposób udowodni wyższość Rosji, nad Amerykanami. Odkąd pamiętał lotnictwo było jego największą pasją, a teraz unosząc się w stanie nieważkości, miało się spełnić jego marzenie życia. Pierwszy człowiek w kosmosie, miał okrążyć orbitę i powrócić na ziemię. - Oto tworzę historię - szepnął. Spojrzał na tablice kontrolne. Szaro niebieskie światło odbijające się od komputerowych ekranów, sprawiało, że czuł się jak bohater książek fantastycznych, które czytał w młodości. - Tu kompleks startowy w Bajkonurze, proszę o informacje. - metaliczny głos wyrwał go z zamyślenia. - Temperatura w normie - powiedział do mikrofonu zamieszczonego w hełmie skafandra. Wysokość 230 kilometrów. - Czy orbita jest prawidłowa? - Właśnie próbuję to ustalić. Daj mi 2 minuty Grigorij. - Czekam. Zegary wskazywały, że od momentu przebicia atmosfery minęło już 17 minut. Wostok, by okrążyć ziemię musiał teraz wskoczyć na tory właściwej orbity. Gdyby teraz urządzenia nie zadziałały sprawnie, statek kosmiczny mógłby zostać wydalony poza obszar ziemskiego przyciągania, jak mały kamyczek wystrzelony z dziecięcej procy. Setki monotonnych treningów, po raz tysięczny ćwiczone te same sekwencje - nie mógł zawieść. - Tu Wostok, tu Wostok do Bajkonuru. Czekam na wyniki z maszyny sterującej. - To zaczyna być niepokojące. To już 20 minuta, od chwili gdy jesteś poza ziemią. Zadajesz sobie sprawę, że musisz mieć pewność co do orbity? - Grigoriju Nielubowie, jesteś moim dublerem, znasz mnie, czy kiedykolwiek kogoś z was zawiodłem? - Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Wszyscy tutaj jesteśmy tego pewni. 23 minuta. Pojazd właśnie zaczął okrążać ziemię. Kosmonauta zadrżał. Dlaczego te cholerne maszyny nie mogą podać właściwych danych? Wpisał kod dostępu na klawiaturze pokładowej. 24 minuta. Obliczam dane. Proszę czekać. 25 minuta... - Wostok do bazy. Prawidłowa orbita osiągnięta! W tle usłyszał oklaski i radosny głos Hermana Titowa. - Juri, jeśli będziesz leciał nad Ameryką, nie krępuj się, możesz im pokazać gołą dupę! - Jasne Herman, na pewno się ucieszą...
Godzina wydała się momentem. Patrzył na błękitny glob, zmieniające się pod nim kontynenty, oblewające je oceany, zielone plamki, będące lasami. Wszystko otaczała mglista chmura. Dla tego jednego momentu, warto było przeżyć życie - pomyślał. Instrumenty kontrolne zostały zablokowane, więc lot odbywał się automatycznie, pilot mógł je w razie awarii w każdej chwili odblokować. Nie było jednak takiej potrzeby, więc Jurij delektował się smakiem kosmosu. Pierwszy człowiek w przestrzeni, pierwszy, który wzniósł się nad ziemię. Inklinacja wynosiła 65 stopni, obecna wysokość 320 kilometrów. Statek wolno poruszał się po orbicie satelitarnej. - Przygotowuj się do lądowania - z głośników wydobył się szeleszczący głos Hajruina. - Deorbitacja załączona. Czekam na sygnał z bazy. - Jest sygnał. Kontrolujemy sytuację. Nagle pilot wydał głośny krzyk przerażony tym, co zobaczył za oknem statku: - Co to jest? Dwie półtorametrowe metalowe kule kierują się w moją stronę, - głos Juriego drżał - Chcą przebić atmosferę Ziemi. Co jest do cholery? Skąd się one tu wzięły, święty Mikołaj o tej porze? Nagle statek zaczął się niebezpiecznie kołysać. Jedna z nadlatujących kul, przyssała się do metalowej warstwy maszyny. Druga z impetem zniknęła, wlatując w ziemską atmosferę. Kontakt z bazą został chwilowo zerwany. Ponad półtorametrowa kosmiczna kula niczym magnes przylegała do statku. - Nie mogę odłączyć lądownika! Ta pieprzona rzecz, blokuje główne zawory. Przyrządy wskazują na silne pole magnetyczne, które obejmuje Wostok. - kosmonauta krzyczał do mikrofonu. - Co się tam dzieje! Dlaczego zostało zerwane połączenie? - w głośnikach pojawił się zdenerwowany krzyk kapitana Hajruna, który bynajmniej nie dodawał odwagi. - Nie panuję nad sytuacją. Statek zaczyna wirować wokół własnej osi. Kable stabilizujące chyba zostały przepalone. Spadam w okolice Saratowa. Nie mam panowania nad maszyną! Słyszycie mnie? - Jeśli nie możesz odblokować instrumentów kontrolnych, katapultuj się! Słyszysz? Katapultuj się! Pojazd po przebiciu kolejnych warstw ziemskiej atmosfery coraz szybciej zbliżał się w kierunku ziemi. Dziwny autostopowicz, nagle odłączył się od statku, lecąc z potężną prędkością w kierunku zachodnim. Wydawał za sobą piszczący dźwięk, można było odnieść wrażenie, że zaczyna upadać. W kilka sekund obiekt znikł z pola widzenia. - Jurij, nie kontrolujemy sytuacji. Wystrzelaj spadochron! Komputery kontrolne świrują. Co to wszystko ma znaczyć? - gardło mu zaschło, czuł zawroty głowy. Nacisnął święcący czerwonym światłem przycisk "awaria". Poczuł jak nagły szum powietrza odbija się o jego kombinezon kosmiczny. Kątem oka spojrzał na swoje lewe ramie. Złoty symbol sierpa i młota na czerwonym tle. Flaga jego kraju, czy miał go teraz za-wieść? - przeszło mu przez myśl.
Wostok rozbił się kilka kilometrów dalej. Widział to opadając delikatnie na spadochronie. - Nie ruszaj się z miejsca. Już po ciebie jedziemy - zdołał usłyszeć głos kapitana z głośnika umieszczonego w prawym uchu. W tym momencie stracił przytomność.
***
- Solidny kombinezon, był dobrym amortyzatorem przed upadkiem. Myślę, że kości ma całe - mężczyzna zatarł ręce z zimna, chowając szyję w ciepły kołnierz lotniczego płaszcza. - Zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji Peterze Gawkowiczu? - człowiek o niskim głosie, ubrany w mundur wojskowy zachowywał powagę. - Oczywiście. Nikt nie może się dowiedzieć o awarii. - Tak właśnie. Ziemia została okrążona. Lądowanie odbyło się bez problemów. Zaciągnął się papierosem. Dym wypuszczony z ust powoli unosił się na 20 stopniowym mrozie. - Jestem tego świadomy - odpowiedział Peter ściągając srebrzysty kombinezon z kosmonauty. - Vitja - palacz swoim basem zwrócił się do stojącego obok mężczyzny - możesz już powiadomić agencje medialne, o naszej misji, o jej powodzeniu. Popatrzył w dal, jakby chciał ujrzeć miejsce upadku Wostoka - Pierwszy człowiek w kosmosie, pierwszy który okrążył ziemię. Rosjanin. Jurij Aleksiejewicz Gagarin powrócił cały i zdrowy. Zmrużył oczy, od mroźnego powietrza. - Niech świat się dowie jak Związek Radziecki triumfuje nad Ameryką.
{b} Rok 2005 Kraków, Polska{/b}
Młody wykładowca czekał z niecierpliwością na koniec pracy. Nie czuł się najlepiej, bolała go głowa, a liczne siatki atomów i wykresów, na które patrzył bynajmniej w tym nie pomagały. - Panie magistrze, gdy słucham tego wszystkiego, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w takich wypadkach fizyka nie jest w stanie wyjaśnić naszego świata - wykład przerwała mu dziewczyna siedząca w trzecim rzędzie. - Ma pani rację, ale właśnie fizyka jest w stanie go nam przybliżyć, więc nie poddawajmy się tak łatwo - odparł wykładowca. - Tylko, żeby nie musiała stać się nagle religią, która zamiast pewnej wiedzy oferuje nam wiarę - wtrącił się młody student. Kilka par oczu z zainteresowaniem spojrzało na wykładowcę, dał się słyszeć szmer. - Proszę państwa. Świat, jak i zresztą nasze życie nie jest jednowymiarowy. Czy myślicie, że to wszystko można ubrać w ramki, zamknąć w sztywne pojęcia i opisać? Ja osobiście nie chciałbym żyć w takiej rzeczywistości. - Sala ucichła. Spojrzał na swoich słuchaczy, u kilku z nich zauważył w oczach aprobatę. - A co do religii panie Jarecki, to w przeciwieństwie do fizyki, bardziej fascynuje mnie taka, która nie jest rodzajem sporu, lecz pomostem łączącym ludzi. - To chyba trzeba by takiej szukać w Korei Północnej. A wie pan magister dlaczego? - student wyczekał kilka sekund, po czym ruszył do dalszego ataku - Bo tam jej wogóle nie ma! Ponownie dał się słyszeć śmiech rozbawionych słuchaczy, wyraźnie próbujących tym samym odreagować fizyczne teorie. Maciej Legutko uśmiechnął się do sali. Był lubiany przez studentów, nigdy nie stawiał się ponad nimi. Na swoich wykładach mówił w taki sposób, że miało się wrażenie jakby próbował łączyć to co nieogarnięte z rzeczywistością. Nieraz żartowano, że jest pomostem pomiędzy światem fizyki, a tym widzialnym. Miał w sobie tajemnicę i wkładał ją w to co mówi. Jednocześnie nie był oderwany od ziemi, lecz twardo po niej stąpał. Żaden godny politowania mędrzec. Nie głosił abstrakcji, lecz mówił o tajemnicy. Słuchający był zaproszony by ją tylko odkryć. - Panie Mateuszu - wciąż uśmiechając się skierował swoje słowa do zadziornego studenta - Ci co dzielą świat na dwie płaskie części, z precyzją niemal chirurgiczną, i u mnie nigdy nie wzbudzali zaufania. Tak jakbym teraz miał każdego z was wrzucić w wygodne szuflady z danym napisem. - Zależy jaki byłby to napis? - Mateusz nie dawał za wygraną. - Na przykład zaliczony semestr, niezaliczony... - Uuuuuu - Odgłos dezaprobaty rozległ się po auli. - Tak więc sami widzicie, że nie mógłbym tego zrobić. Sam przyznam, że często staję przed ogromem naszego świata, nie mogąc go pojąć. W takich wypadkach myślę, że właśnie element wiary, o którym z ironią mówi pan Mateusz może fizyce pomóc. Nie, by dzielić na tych dobrych i złych, lecz by stając przed tajemnicą nie być nią przytłoczony. Zebrał notatki. - Na dzisiaj to wszystko, nie będę was już dalej męczył. A panu Jareckiemu i pani Wolanin życzę, by nie obawiali się szukać tego co może wydawać się nie do ogarnięcia. Odgłos odsuwanych krzeseł świadczył o zakończeniu zajęć. Włączył telefon komórkowy. Na wyświetlaczu pojawiły się migające koperty, świadczące o tekstowych wiadomościach. Nacisnął podłużny klawisz chcąc odczytać wiadomości:
Maciuś, kończę pracę o 16. Daj znać czy moglibyśmy wyskoczyć, gdzieś razem wieczorem. Muszę z Tobą się rozmówić :) Pa. Ania
Miły dreszcz przeszedł mu po plecach. Uśmiechnął się do siebie, po czym wcisnął na drugą wiadomość:
Rzeczy nie są takie, jakimi się jawią. Jesteś dobrym fizykiem, więc to zrozumiesz. Nareszcie Ciebie znalazłem.
Rozglądnął się po pustej auli, kilka osób wymieniało jeszcze swoje spostrzeżenia, jedna z dziewczyn wkładała swoje książki i segregator do plecaka. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nadawca nie podpisał się, a numer był nietypowy więc musiał pewnie pochodzić z internetu. - Kim jesteś tajemnicza osobo? - pomyślał - A może to któryś z moich studentów żar-tuje sobie ze mnie? Musiał słyszeć mój wykład. Cóż, robię się sławny.
***
Wciągnął mocno świeże wiosenne powietrze do płuc, swoje kroki kierując do samochodu zaparkowanego obok głównego wejścia do Akademii Górniczo Hutniczej. Lubił swoją pracę, choć nie chciał zostawać na uczelni. Miał 26 lat, więc i życie jeszcze przed sobą. Chciał skoń-czyć doktorat i wybrać którąś z ciekawych propozycji pracy, jakich otrzymał wiele po obronie dyplomu. Tymczasowo wybrał dorywczą pracę, by nie kolidowała z asystenturą na wydziale. Przerażał go zresztą zuniformizowany tryb godzin pracy. Cenił sobie niezależność. Włączył radio, samochód ogarnęła rytmiczna muzyka. - No tak, hip hop na topie, więc chłopaki wyszli z undergroundowego podziemia. Dobrze, że przynajmniej niektórzy z nich żyją z tego, co kochają. Podkręcił głośność. Warszawski skład WWO, lubił ten kawałek, by poprawić sobie humor zaczął śpiewać wraz z muzykami:
faktycznie tak jest, nie należy bać się zmian, które powodują ran wyleczenie, kwestia spojrzenia i punkt widzenia, to doświadczenie człowieka zmienia na lepsze czy gorsze, nie rozmień się na grosze...
Wesoły głos francuskich raperów w refrenie uzupełniał dobry nastrój. Wziął telefon, chcąc zadzwonić do Ani. Niespodziewanie jednak aparat zadzwonił. - Heloł dobry człowieku - rzekł na przywitanie Maciej. - Dobry? Chcę rozmawiać z Maciejem Legutką - w słuchawce zaskoczył go nieznany mu męski głos. Ściszył radio. - Słucham, to ja. - Sądzę, że odebrałeś moją wiadomość. Maciej zmieszał się. - O jakiej wiadomości pan mówi? - Tekstowej. Wiem, że otrzymałeś, gdyż dostałem potwierdzenie. - Nie bardzo jednak ją zrozumiałem. - Przyjdzie na to czas - odrzekł tajemniczy mężczyzna. - A z kim w ogóle rozmawiam? - Moje nazwisko w tym momencie niewiele tu pomoże. Długo szukaliśmy Ciebie Macieju. W Twojej pocztowej skrzynce czeka na Ciebie wiadomość, przejrzyj dokładnie co w niej jest, po czym zastosuj się do instrukcji. Przepraszam, ale nic więcej nie mogę powiedzieć. W telefonie zaległa cisza. Maciej był zdezorientowany. - Co się tu dzieje? Szantażysta? Tylko, komu miałbym się narazić? - masa pytań nagle pojawiła się w jego głowie, rozpaczliwie szukając rozsądnych odpowiedzi. Wcisnął pedał gazu, kierując samochód w stronę obwodnicy.
***
Rozrzucone kartki na stole, kilka zdjęć, rozdarta koperta - tyle wystarczyło, by jego nastrój przesycił się melancholią. Zaciągnął się papierosem beznamiętnie patrząc w telewizor. Zbliżał się wieczór, blask kolorowego światła wydobywającego się z ekranu oświetlił mu twarz. Zmrużył oczy, naciskając przycisk lampki wiszącej obok fotela. Ponownie spojrzał na zdjęcia, które odnalazł w dziwnej przesyłce. Zrobione były w różnym okresie jego 26-letniego życia. Szkoła podstawowa, liceum, studia, uczelnia. Na pierwszym stoi ze swoim ojcem, obok uśmiechająca się mama, próbująca poprawić mu fryzurę. Kolejne przedstawiały sytuacje jakby zupełnie przypadkowe różniła je tylko odległość czasowa. jakby robił je jakiś ukryty wielbiciel. Po raz kolejny przeczytał dołączony tekst:
Rozumiem Twoją dezorientację Macieju, zdjęcia są tylko po to, byś potraktował ten tekst poważnie. Wiele spraw nie jest takich jakimi mogłyby się wydawać. Bądź przygotowany na ważne spotkanie. Tymczasem nie wiąż się emocjonalnie z nikim, z pracą również. Być może wkrótce przyjdzie Ci to wszystko zostawić.
W pierwszej chwili pomyślał o śmierci. Ktoś chce go zabić, tylko po co obserwowałby mnie przez przeszło 20 lat? Nie mógłby zrobić tego wcześniej? Choć w życiu rozwiązywał nie jedno skomplikowane zadanie, z tym nie mógł sobie poradzić. Miał ochotę zadzwonić do rodziców, spytać, czy ktoś pytał w ostatnim czasie o niego, czy może dawali komuś rodzinne fotografie. Szybko jedna zaniechał tego pomysłu. Był mało sensowny, a poza tym nie chciał ich niepotrzebnie niepokoić. Niech razem z ojcem cieszą się sobą - zresztą co mogliby mi powiedzieć? Adoptowali go gdy był jeszcze niemowlęciem. Nie znał swoich prawdziwych rodziców, słyszał tylko, że byli oni nieznani. Po kilku niepowodzeniach poniechał dalszych prób szukania ich. Poza tym uważał, że nawet gdyby poszukiwania zakończyły się sukcesem niewiele by to zmieniło. Ludzie, których traktował jak rodziców zawsze mieli go za ukochanego syna. Nie pamiętał, by miał się czuł kimś obcym lub gorszym w rodzinie. Rozmyślanie przerwał odgłos telefonu. Wystraszył się. Odebrać czy nie? Kilka sekund miotał się z sobą, po czym podniósł słuchawkę: - Maciek, tu Ania dostałeś smsa? Znajomy, miły głos, sprawił, że odczuł ulgę. - Cześć Aniu, przepraszam, że od razu nie odpisałem, dopiero wróciłem z uczelni. Dostałem dodatkowe nadgodziny i ledwo co się w tym łapię. - Więc jak z naszą randką? Pomiędzy pisaniem magisterki, a pracą marzę tylko, by choć na chwilę wyrwać się z tego pędu. - ciepły głos Ani, był niczym kojący opatrunek na bolące rany. - Bardzo chętnie wyszedłbym z Tobą, lecz niestety zawalony mam już dzisiejszy dzień. - czuł się nieswojo odmawiając spotkania. - Próbuję już drugi raz i znowu dajesz mi kosza. Chyba powinieneś zatrudnić sekretarkę, bym mogła się wpisać do twojego napiętego planu. Był coraz bardziej na siebie zły, ale gdzieś w środku czuł, że po ostatnich wydarzeniach nie powinien się na razie z nikim wiązać. - Naprawdę chciałbym, ale nie mogę. Wybacz. Może innym razem? - Ja już próbowałam mój drogi, teraz twoja kolej. Na razie. Nie dawaj się nawałowi pracy. - Dzięki, ty również... - wydusił. Ania była miłą dziewczyną. Delikatna uroda połączona ze swoistym wdziękiem. Poznali się kilka miesięcy temu na uczelni. Ona była w trakcie pisanie pracy magisterskiej z geodezji. W wydziale fizyki jądrowej szukała materiałów do swojej pracy. Miała w sobie rodzaj radości z życia, który sprawiał wrażenie, jakby nie był związany z żadnymi zewnętrznymi czynnikami. To go właśnie w niej zauroczyło. Rozmawiali trochę o fizyce. Żartowała, że kiedy widzi te wszystkie ptaszki i kreseczki, to równie dobrze mogła by patrzeć na mongolski język i skutek byłby podobny.
Chciał się z nią spotkać już od miesiąca, lecz wciąż im coś wypadało. Czuł żal, gdyż wiedział, iż mogłoby się coś wartościowego z tego wykluć. Od kiedy pamiętał był osobą towarzyską, lecz w kontakcie z dziewczynami, na których mu zależało odczuwał dużą nieśmiałość. Dopiero gdy widział zainteresowanie z drugiej strony, był w stanie zdobyć się na odwagę, by poznać ją bliżej. Ania musiała cieszyć się zainteresowaniem swoich kolegów, tym bardziej więc imponowało mu to, iż właśnie jej zależy na spotkaniu. Z drugiej zaś strony odpowiadał mu sposób, w którym żył. Kilku bliskich znajomych, jeszcze więcej niezobowiązujących kontaktów. Każdy człowiek ma w sobie coś z samotnika - powtarzał on ten stan w pewnym sensie pielęgnował. Być może obawiał się odrzucenia przy poważniejszym zaangażowaniu z osobą, do której odczuwał miłość? A może to był rodzaj wygodnej ucieczki, gdyż przecież nie można być zranionym przez kogoś, na kim nam nie zależy? Od dziecka pamiętał , że szukał w dziewczynach czegoś więcej niż zewnętrzna uroda. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów zaliczających kolejne sympatie, on pragnął czegoś trwalszego. Nie chciał dziewczyny na imprezę, by pokazać się, zaimponować znajomym. I nie wynikało to wcale z braku powodzenia, a raczej z chęci podążania własną drogą. Przypomniała mu się Magda, licealna miłość. Raz gdy wracali razem wieczorem ze spaceru zapytała: - Czy nie masz Maciek czasem wrażenia, że ktoś na nas tam z góry patrzy? Że dyskretnie ma udział w naszym życiu? Spojrzał w niebo, delikatnie gładząc opuszkami palców jej dłoń. - Myślę, że tak jest - szepnął - Czasem mam wrażenie, że nie pasuję do tego całego świata. Choćby tego naszego, małego. Licytacja w ocenach, rywalizacja w doborze kierunków studiów, jakby to wszystko miało stanowić o naszej wartości. To nie jest ścieżka, która czyni człowieka szczęśliwym. Objęła go przysuwając swoją twarz do jego. Poczuł jej delikatny oddech i dotknięcie ust. - Maciuś teleportujmy się stąd. Na inną planetę. Bez tego wszystkiego. Westchnął do siebie przypominając sobie tę chwilę. Z pewnością musi istnieć taki świat, złożony nie z namiastek szczęścia, lecz jego pełni. Po cóż by inaczej takie pragnienie było wszczepione w człowieka? Głowa wirowała mu od pytań, potrzebował samotności.
***
Elektroniczny list był dla brata Marcina Lewandowskiego miłą niespodzianką. Od czasu ukończenia szkoły średniej nie widział Macieja Legutki. Kiedy po studiach wybrał zakon, starał się dopytywać przyjaciół, z którymi miał już urywany kontakt, o informacje wspólnych znajomych. Większość rozproszyła się po Polsce, kilka osób wyjechało poza granicę kraju. Tym bardziej taki akcent sprawił mu niespodziankę. Pamiętał, iż lubił Maćka, choć prowadzili niegdyś inny tryb życia. Marcin Lewandowski zawsze trzymał w klasie z tymi najgorszymi, sam się po części do nich zaliczał. Nie był osobą pedagogicznie ułożoną. Przekorna natura i zacięcie buntownika, sprawiały, że nauczyciele mieli z nim sporo problemów. Maciej przeciwnie. Lubiany przez nauczycieli. Od zawsze miał głowę do nauki, jednak nigdy się z tym nie obnosił. Znał się na żartach, co sprawiało, że był zdolny do szalonych pomysłów. Na pewno nie był typem profesorka w okularach, który poza nauką nie widzi reszty świata. Zakonnik nacisnął myszką na tłustą wiadomość:
Witaj Marcin - jeśli jeszcze tak mogę się do Ciebie zwracać. Mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz. Udało mi się znaleźć Twój adres, przez kontakt z waszym warszawskim klasztorem. Chciałbym przyjść nawiedzić, wiele rzeczy się ostatnio dzieje w moim życiu, potrzebuję też rozmowy, z kimś spoza „tego świata”, do kogo mam jednak zaufanie,. Odpisz czy jest to możliwe? Pozdrawiam. Maciek Legutko.
Lewy przeczytał maila ponownie. Po kilku sekundach zaczął pisać odpowiedź:
Witaj stary druhu. Swoim e-mailem sprawiłeś mi miłą niespodziankę. Dobrze jest poczytać wiadomość od najlepiej zapowiadającego się naukowca na polskich uczelniach. Z niecierpliwością oczekuję na wizytę, mam nadzieję, że mój awangardowy strój, w którym teraz się poruszam, nie będzie Cię krępował. Daj tylko wcześniej znać do terminu, bym mógł zgłosić Twoją wizytę przełożonym. Serdeczności. Marcin.
Wolał zbyt nie uduchawiać swojego maila. Pamiętał Macieja, że miał duży dystans do wszelkich form patosu. Pozatym Lewy zawsze uważał, iż zakonnik bez radości jest marnym świadectwem. Na korytarzu klasztornym zabrzmiał sygnał dzwonka - znak, że zbliżają się modlitwy wieczorne. Wychodząc z pracowni komputerowej Marcin poprawił biały habit: - Wciąż nie rozumiem tylko jak to możliwe, że kogoś takiego jak ja chciałeś zaprosić do tego miejsca - przeszło mu przez myśl.
***
Samolot schodził do lądowania. Lotnisko w Washingtonie zalane było strugami deszczu. Wysoki mężczyzna, ubrany w grafitowy elegancki garnitur, zwrócił się do swojego towarzysza w czarnym płaszczu: - Myślisz, że Jack będzie w stanie przekonać prezydenta? - Nie będzie to łatwe, choć Bush po katastrofie Columbii w zeszłym roku, publicznie de-klarował, iż nie wycofa pieniędzy na ten cel. - Prasa może być nieprzychylna. - Bardziej obawiałbym się opozycji demokratów, którzy wykorzystają każdy pretekst, by zyskać punkty społecznego poparcia. Po przegranej Kerrego, nie mogą dojść do siebie. Obaj mężczyźni patrzyli przez wysoką szklaną szybę na płytę lotniska, wyraźnie wypatrując znajomej postaci wychodzącej ze schodków samolotu. Bob Bettel i Terry Grant nie wyróżniali się niczym szczególnym spośród tłumu osób znajdujących się na lotniskowej poczekalni. - O, jest nareszcie Jack! krzyknął Terry. Mężczyzna średniego wzrostu, z podręczną torbą na ramieniu podniósł na przywitanie rękę. Miał około 30 lat, ciemne, krótko ścięte włosy i twarz, budzącą zaufanie. Uściskali się jak serdeczni przyjaciele. - Przywozisz nam jakieś pamiątki z Polski? zagadnął na przywitanie Bob. - Mam kilka pocztówek, z pewnością się ucieszysz - ze śmiechem odparł Jack. - Wredna pogoda, coś gorącego wypijemy na miejscu. Z pewnością jesteś zmęczony lotem - człowiek w płaszczu, gestem ręki wskazał na wyjście do podziemnego parkingu. Lotniskowe tablice w holu na którym stali co kilka sekund zmieniały informacje co do kursów samolotów. Panował tu jak zwykle duży ruch i ciągły hałas. A to z pewnością nie sprzyjało rozmowie. Parking okazał się spokojniejszym miejscem - Wysłałem do bazy wiadomość z Krakowa, znalazłem chłopaka - rzucił Jack. - Na spotkanie przyjdzie czas później. Po pierwszej dawce informacji musi dość do siebie, nabrać sił. - Mam nadzieję, że pojedziemy już tam razem. Nie chciałbym, by też aby miał poczuć się mocno przygnieciony tym wszystkim. - Spokojnie, myślę, że to mocny facet. Wrażliwy jak i jego siostra Sharon, ale trzeźwo patrzący na świat. - Takim też mi się wydał Bob - odparł Jack, otwierając drzwi do zielonej, terenowej Hondy - A wy z Terrym macie jakieś informacje? - Niestety, poza Sharon i Maciejem, nie znaleźliśmy żadnych innych śladów - Terry Grant rzucił kluczyk do samochodu swojemu towarzyszowi w płaszczu - Im mniej osób o nich wie, tym lepiej. - Dla naszego dobra, i ich dodał Bob zapalając samochód i włączając wycieraczki Ruszamy, w bazie na Ciebie czekają, podróżniku!
***
Od kilkunastu minut siedzieli w klasztornej rozmównicy. Było tu przyjemnie i zarazem skromnie. Obydwaj cieszyli się swoją obecnością, mieli w sobie kawałek wspólnego świata, który kiedyś zostawili. Teraz choc w małej części chcieli go poskładać. Po latach nie widzenia się, kontakt ze starym znajomym ma w sobie niepowtarzalny urok. Nie można powiedzieć, by byli kiedyś przyjaciółmi, było to raczej spotkanie bliskich sobie osób. Co ciekawe, miniony czas, różne doświadczenia sprawiły, że teraz więcej rzeczy mieli ze sobą wspólnych. Przyznam Ci się Lewy, że byłeś ostatnią osobą, którą podejrzewałbym o taki krok - rzekł Maciej nie kryjąc uznania Po prostu, gdy się o tym dowiedziałem zburzyłeś mi wizerunek człowieka wstępującego do zakonu. - Sam bym siebie nigdy o to nie podejrzewał - zaśmiał się Marcin. - Studia i praca nie dawały Ci satysfakcji? Zakonnik zamyślił się. - W pewnym momencie miałem wrażenie powierzchowności tego wszystkiego, co robię. Płaskich kontaktów, płytkich rozmów, zatęskniłem za czymś innym. To było trochę jak rzucenie się w przepaść, ufając, że gdzieś w dole rozpostarta jest siatka ochronna. Czasami człowiek ma wrażenie, że jego pragnienia i marzenia są zupełnie inne od reszty otoczenia i kiedy pójdzie za tym głosem, czuje wewnętrzną radość i pokój. Maciej pomyślał, iż biały habit, który jego szkolny kolega miał na sobie czynił te słowa szczerymi. - Wyglądasz na szczęśliwego, jako dominikanin. - stwierdził popijając herbatę. - Nie zamieniłbym tego na nic. Myślę, że szczęście buduje się z mozołem, często nasza własna wizja nam tego nie daje. Przekonałem się jak marne były moje własne recepty. Czasem warto oprzeć się więc na pewnych drogowskazach, podążyć swoją własną drogą i to nie-zależnie od ceny, jaką przychodzi za to
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alaskanus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…