Tajemnica zegara Seidlerów. Część 1. Sopot.
Jaką zagadkę kryje stary zegar?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Skrzynkowy zegar ścienny z początków XX wieku. Ciemny brąz błyszczącej politury. Boki i przód przeszklone, zero korników w skrzyni. Nie ma zawiasów - drzwiczki w stary sposób montowane są na bolcach i zamykają się na mały haczyk. Spiralny gong powoduje wybicie pół i całych godzin w równych odstępach niczym precyzyjny metronom, porządna niemiecka robota. Dwie smukłe drewniane wieżyczki u zwieńczenia i dwie u dołu skrzyni, jak drewniane stalaktyty. Mechanizm nakręcany na motylkowaty kluczyk. Ma około metra wysokości i z trzydzieści centymetrów szerokości. Wahadło i tarcza są z białej porcelany, cyferblat rzymski, napisy smukłe i delikatne. Na wahadle stylizowane R-A, Retard-Avant, wolniej-szybciej. Zapas chodu po jednym nakręceniu na tydzień. Perełka. Dostaliśmy go od pana Emila, dozorcy kamienicy. „Wziąłem go z mieszkania, co to po Seidlerach zostało. Ci studenci nie potrafią niczego uszanować. Mnie się on nie przyda, ja się nie znam, a widzę, że pani to chyba taką koronkową robotę lubi i doceni”. Lubię i doceniam. Zegar zawisł w salonie, który chwilowo jest również sypialnią. Trzeba go tylko tak nakręcać by nie dzwonił, bo niestety, budzi nas w nocy. Zwłaszcza przed wieloma uderzeniami, spirala zgrzyta jak zachrypnięta wrona, a następnie wypluwa swoje majestatyczne ding-dong, ding-dong… Zegary zawsze mnie interesowały, wydawało mi, że to jakiś magiczne twory. Odmierzają sekundy, minuty, godziny jakby same żyły. Stworzone z misternych mechanizmów, doskonale obojętnych na rozgrywające się wokół wydarzenia i konsekwentnie odmierzające czas rozegrania się tych wydarzeń. Zwłaszcza te stare, skrzynkowe, z majestatycznymi wahadłami rusztowymi widziały już nie jedno. A przy tym wszystkim wydają się instrumentami budowanymi przez najwrażliwszych lutników, instrumentami czasu. Zastygłymi i dynamicznymi zarazem. Dzisiejszego dnia mam wolne i snuję się smętnie po mieszkaniu jednocześnie znudzona bezczynnością i zadowolona z niej. Po śniadaniu wychodzę pospacerować do sopockiego lasu. Uwielbiam takie poranne leśne przechadzki. Droga prowadzi przez dzielnicę willową, jak zwykle zwalniam kroku przy niektórych budynkach. Snuję w myślach rozważania: kto tu mieszka, czym się zajmuje, albo jaka historię ma dana rezydencja. Najbardziej ciekawią mnie te najstarsze, często zaniedbane, szare i zarośnięte. Wieczorami świeci się w nich światło, nierzadko tylko w jednym pomieszczeniu, przelotnie mignie za firanką zgarbiony cień jakiegoś dziadka-spadkobiercy. Te nowoczesne, podświetlane, wymuskane budzą moje mniejsze zainteresowanie, nie mniej jednak podziwiam je i oglądam z zaciekawieniem. Nie brak również typowych nuworyszowskich prostopadłościanów, koniecznie z kolumnami u wejścia. Dzisiaj szybko mijam sopockie rezydencje, chcę być jak najszybciej w lesie, połazić po górkach, pooddychać pełną piersią, zmęczyć się i dotlenić. Las wita mnie skrzekiem sójki: "uwaga, uwaga, człowiek w lesie!". Niestety, choćbym skradała się jak ryś i tak czujne ucho ptaka, lisa czy wiewiórki wyłapie moją obecność. To dobrze, myślę, lepiej nie rzucać się w oczy niektórym ludziom. A teraz szybki spacer pod górkę. Lesiste zbocza przypominają mi rodzinne strony. Sosny rosną tu gęsto, od czasu do czasu spotykam też gładkie buki i majestatyczne dęby. Docieram do Łysej Góry – jak zawsze zastanawiam się nad genezą powstania jej nazwy i obiecuję sobie, że muszę to sprawdzić w wolnej chwili. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś mógł to miejsce skojarzyć z sabatem czarownic, za bardzo tu cywilizowanie jakoś tak publicznie i zwyczajnie. Och, drogę przebiegł mi spłoszony zając. Pierwszy raz widzę tu zająca, to chyba jakiś znak – uśmiecham się do siebie. Nie wiadomo dlaczego moje myśli wędrują do starego zegara, dlaczego Seidlerowie nie wzięli go ze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil KataMacha
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…