Wróć do katalogu

Tam gdzie kończy się horyzont

powieść o bezdomnych, akcja: Warszawa, Poznań, Gdańsk; bohaterzy: Karolina, Michał, pan Roman; ramy czasowe: 5 dni.

ajudyta, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Cyprian Kamil Norwid Pielgrzym I Nad stanami jest i stanów – stan, Jako wieża nad płaskie domy Stercząca w chmury.... II Wy myślicie, że i ja nie Pan, Dlatego że dom mój ruchomy, Z wielbłądziej skóry... III Przecież ja aż w nieba łonie trwam, Gdy ono duszę mą porywa Jak piramidę! IV Przecież i ja ziemi tyle mam, Ile jej stopa ma pokrywa, Dopókąd idę!...

1

Warszawa. Lipiec 2003

Tafla wody tego dnia była wyjątkowo spokojna, lekkie fale odbijały się o łagodny brzeg, wypluwając monotonnie, coraz to nowe, mleczno bure bryzgi nieczystej piany. Lekki stok ciągnący się wzdłuż rzeki, zarośnięty był bujną trawą i nijakim, panoszącym się władczo zielskiem, ozdobionym, chyba dla dodania sobie animuszu, wysokim tatarakiem. Gdzieniegdzie widać było małe balony powietrza wypuszczane przez wypływające ponad powierzchnię wody ryby. Ten odcinek warszawskiej Wisły należał do tych, nielicznych, zapomnianych miejsc, do których Warszawiacy raczej nie zaglądali, bo i po co? Jeżeli w mieście mieli czyste miejsca spacerowe wzdłuż rzeki; ba nawet wyasfaltowane. Toteż, ten pograniczny wiejsko miejski odcinek rzeki, może poprzez przypadkowe zapomnienie, było zaniedbane i opuszczone. Takim przynajmniej wydawał się być na pierwszy rzut oka. Panowały tutaj spokój i cisza, kontrastujące z dalekim w tle, dudniącym monotonnie miejskim oddechem, sąsiedztwem. Od czasu do czasu, zaglądał tutaj jakiś ambitny rybak, wierząc, że z dala od cywilizacyjnego jazgotu, ryba będzie brać lepiej. Warszawa powoli zaczynała, niczym żelazny olbrzym, budzić się do nowego dnia. Metaliczny odgłos dalekiego porannego, jeszcze leniwego ziewnięcia fabryk, ulic i wielkich sklepów, przypomniał, nie zważającym na nic od samego rana dzikim kaczkom, nurkującym pod wodą za śniadaniem, o swojej nieproszonej obecności. Kwaczące ptaszyska były jednak przyzwyczajone do tej codziennej rutyny, nie zważając na drapacze chmur na widnokręgu, spokojnie, swoim stałym, ustalonym zwyczajem pływały po powierzchni wody, czasami nurkowały i widać było tylko ich małe, kacze łapki, wierzgające w powietrzu, wielki świat nie istniał ani dla nich, ani dla innych stworzeń pochowanych w krzakach, jak gdyby wraz z granicą, w której mijało się jego ostatnie zabudowanie, miasto gubiło swoją potęgę, przegrywało z naturalnym porządkiem rzeczy. Jedynym świadectwem po cuchnącej dymem przemysłowym i spalinami stolicy, były leżące gdzieniegdzie, rzucone przez przypadkowych przybyszów lub wyrzucone przez samą rzekę, śmieci, stare papiery, gazety, butelki, papierosy a nawet ubrania, pod jednym z krzaków, znalazł się także, świeży, nieznaturalizowany jeszcze but. Ładny, damski, pewnie nawet modny w tych dniach, pantofel, niezniszczony nawet. Pewnie woda wyrzuciła go całkiem niedawno, trzymał się jeszcze jakoś, przytulając do zdziczałego krzaka, na próżno, tutaj, samotnie, bez pary do kompletu był rzeczą bezużyteczną, naturę obchodziła jedynie kwestia, jak szybko można go będzie unicestwić, na nic była zabawa w chowanego. Porzucony, lekko zamoczony, na jednej stronie pochlapany mułem, przedstawiał widok żałosny, jego los był przesądzony, pozostanie pewnie w tych krzakach aż się rozklei, słońce wypali kolor, a deszcz i wilgoć dokończy procesu zniszczenia. -Twoja właścicielka musiała być jakąś bardzo elegancką panią. Popatrz tylko, Ryłko, to chyba dobra firma? Pewnie, że dobra, skóra, podbita drewnianą podeszwą, wszystko lekkie i delikatne, nie to co my... buciska, czarne, umorusane z gumową podeszwą, rozczłapane, o i nawet popękane w kilku miejscach. Czego to myśmy razem nie przeszli.... – ktoś sapnął zbyt głośno, kaczki spłoszone nieoczekiwanym w tym miejscu odgłosem ludzkiej mowy zanurzyły się jak głęboko mogły, okręgi na wodzie i czerwonawe nóżki zdradzały ich kryjówki. - Niestety nie przydasz mi się, podobasz się i to bardzo, ale moje nogi nie są na takie progi...nie bój się nie zostawię cię tutaj, będziesz jednym z moich skarbów...pomyślmy jaką historię kryjesz mój czarowny buciku, a może jeżeli będziesz pasował na czyjąś nogę, zamienisz jej właścicielkę w królewnę? Co?! Wiem, wiem, głupoty mi w głowie.. - brudna ręka podniosła delikatny bucik i włożyła go do wielkiej, plastikowej reklamówki, z napisem: Dziękujemy za zakupy. Zapraszamy. Słońce powoli wspinało się po horyzoncie, robiło się coraz cieplej, zanosiło się na kolejny, długi, upalny lipcowy dzień. Lato nie oszczędzało na ogrzewaniu tego roku. Nie jeden Warszawiak mrużąc oczy spoglądał w niebo szukając na jego lazurowej powłoce chociaż jednej chmurki. Brudna ręka powędrowała do wnętrza rozdartej do połowy kieszeni olbrzymiego ortalionowego płaszcza, pod nim kryła się, jak zakopana pod ruchomą kupą śmieci kobieta, była równie brudna jak i cała jej zewnętrzna reszta, w której po prostu tonęła. Trudno, przy takiej maskaradzie, określić jednoznacznie jej wiek. Twarz miała usmarowaną, usta zaciśnięte, co chwila oblizywane lepkim, mokrym językiem, nabrały koloru pełnej czerwieni, nos krótki, lekko zadarty nadawał jej charakteru grymaśnego lekko arystokratycznego. Oczy, wesołe i duże, spoglądały we wszystkie strony, jak gdyby wyszukiwały czegoś lub kogoś. Delikatnie kręcone włosy wystawały spod grubej, wełnianej czapki, która nie była chyba najbardziej odpowiednim nakryciem głowy w czasie gorących letnich dni. Najwyraźniej ubrana była na wielkie mrozy, jak cebula, w kilkuwarstwowy strój, na zewnątrz nosiła wielki, ortalionowy płaszcz, spod, którego wystawał wełniany zielony kołnierz, brzeg czerwonego swetra, jakaś koszulka. U spodu płaszcza, którego kolor dawno wypłowiał od słońca i deszczu, przypominał teraz ciemną plamę, tu i tam ozdobioną kilkoma nieznanego pochodzenia zaciekami i dziurami, spod niego, zwisały, jak by nie noszone przez kobietę a zawieszone wokół jej pasa i nóg spodnie, były to starego typu dżinsy, wyraźne tureckie podróbki, które u dołu starannie ktoś kilkakrotnie podwinął, co pozwalało widocznie, ich właścicielce swobodnie kroczyć, nie zaś powłóczyć nogami, obutymi we wspomniane przez nią samą ciemne, gumą podkute buciska, równie ciężkie i nie dopasowane jak cała reszta. Kobieta stała i przez jakiś czas rozglądała się dookoła, najwyraźniej upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. Nie było, była sama, odetchnąwszy głęboko ruszyła ku stromemu brzegowi rzeki. Idąc robiła wielkie kroki, całe jej nie pasujące ubranie szło razem z nią, nie dopasowało swojego kroku do jej. Kiedy ona do przodu ono do tyłu, płaszcz falował nad jej postacią, nabrzmiały delikatnym wiatrem, niczym sztandar otoczył od tyłu jej postać. Mur wysokich trzcin krył zazdrośnie dostępu do samego brzegu, poddał się jednak, lekko uginając pod zamaszystym i stanowczym ruchem ortalionowej ręki. Nad brzegiem kobieta zaczęła szybko ściągać kolejne warstwy ubrania, czego tam nie było, od płaszcza począwszy, przez zielony rozpinany, wełniany golf, pod nim czerwony wzorzysty sweter, po bawełnianą koszulkę, koloru różowego z napisem: Elvis the King! i szary podkoszulek, porozciągany we wszystkie możliwe strony na poplamionym żółtawym od potu staniku, zatrzymując się. Drugą górę ubrań utworzyły wielkie spodnie, które okazały się być związane w pasie sznurkiem, nie miały przy tym ani guzików ani rozporka, pod nimi jakieś granatowe, dresiaste kalesony, pod którymi na samym szczycie znalazły się znoszone, żółtawe majtki. Na których widok, właścicielka skrzywiła się z niesmakiem, z pewną satysfakcją wcisnęła je dużym palcem nagiej stopy w głąb sterty ubrań. Wszystko mogła znieść byle nie własnej, śmierdzącej moczem i potem bielizny. Że też tak długo w nich wytrzymałam, pomyślała. Wreszcie, rozebrana, zrzuciwszy ostatnią część garderoby, wskoczyła do wody, zanurzając się w niej po sam czubek głowy, gubiąc przy tym wełnianą czapkę. -Och! – wyrzuciła z siebie, woda była zimniejsza niż się spodziewała. Widać spieszyło jej się, bo po krótkiej chwili wynurzyła się z wody, przybliżyła do brzegu i złapała w obie ręce leżącą…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych