TAM, GDZIE MÓWIĄ KOZŁY
Budzi się sam w swoim pokoju. Nie wie kim jest, co tu robi. Czuje, że o czymś zapomniał, o czymś ważnym. Dlaczego tu wszystko lata i nie odczuwa się upływającego czasu? A może to się nie dzieje naprawdę...?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
0.00 AM
Jestem zmęczony, taki zmęczony. Ile już tu leżę? Poduszka i narzuta są tak blisko mnie, że ich granice zlewają się, gdy otwieram nieprzytomne powieki. Unosząc je dalej, widzę białą ścianę pokoju, z prawej oświetlaną przez lampkę nocną żółtym kolorem i stopniowo pogrążającą się w cieniu, gdy iść w lewą stronę, aż przerwaną przez ślad po zabitym komarze i dalej przez cienisty łuk, za którym jest już tylko ciemność. W transie kosmicznym kieruję źrenice w górę, aby uchwycić te widoki i trzymam je tam, aż mnie zaczynają boleć oczy. To tylko przygotowanie, przygotowanie, bo teraz je zamykam i już nic nie jest ważne, nic, bo teraz jestem tylko ja i mój świat, ja i mój świat. I zaczyna się ustawiam go pionowo w górę i zaczynam naciskać biodrami na powierzchnię łóżka jakbym ruchał babkę o tak bardzo dobrze i będzie coraz lepiej tylko tak dalej haha muszę teraz wyglądać jak jakiś idiota ale co z tego i tak nikt nie widzi jestem tu teraz tylko ja i mój mózg tylko ja i mój mózg i tak zostanie o tak ale właściwie czemu ja to robię o czym ja myślę po co mi to rucham to łóżko jak wariat coraz szybciej i szybciej chude ręce wyprostowane wzdłuż ciała twarz kieruję w dół i zapada się w pościel czuję zaduch i widzę ciemność zaduch ma zapach mojej śliny i jej ust a ciemność ma kolor sufitu jej pokoju gdy u niej byłem o tak pamiętam to fajnie było jej pokój pamiętam gdy się w ten sufit wpatrywałem w tle słysząc jej krzyki i jej matki i rodzeństwa jak się z nimi kłóciła nie wiem o co nie obchodzi mnie to ale kolor i zapach są takie same kolor i zapach i robię to coraz szybciej i szybciej tak już jest to znajome uczucie uniesienia heh ale o czym ja właściwie myślę i kim jest ona przecież nie znam żadnej jej w ogóle nie wiem co tu robię nie wiem co jest dookoła poza ścianą oświetloną przez lampkę i śladem zabitego komara ale tak jest przyjemnie i tak ma dalej być już czuję że to nadchodzi tak tak ale gdzie ona jest czemu nie ze mną brakuje mi jej coraz szybciej i szybciej szybciej i szybciej ruchy frykcyjne haha uczyli mnie tego w liceum chyba wyglądam jak idiota teraz ale nic to szybciej i szybciej szybciej obraz się zlewa już nie widzę niczego nawet ciemności a sufit jej pokoju też już zniknął choć krzyki tak dalej słyszę jej krzyki i jej rodziny co do cholery niech będą ciszej o tak tak tak oddycham coraz szybciej nawet czerń przed oczami mi się zamazuje ach tak dlaczego jej tu nie ma ręce mi się trzęsą ach nie mogę już ach o tak tak tak tak tak tak… … podnosisz głowę i nad warstwą rozmazanego i grzesznego spojrzenia czujesz zroszone potem czoło. Oddychasz ciężko i szybko, jednak czujesz taką ulgę i zmęczenie jakbyś właśnie zdjął sobie z serca jakiś wielki ciężar. Zginasz chude ręce, jeszcze przed chwilą wyprostowane wzdłuż ciała, ale w tak intymny i żałosny sposób jakby ta ich pozycja była częścią jakiegoś rytuału. Podpierasz się nimi i obracasz się na wznak, wzrok kierując na pogrążony w cieniu sufit, jednak nie ten sam, co przed chwilą gościł w twojej wyobraźni. Mierzwisz dłonią burzliwie potargane włosy, wciąż czując pot na gorącym czole. Zakrywasz dłońmi twarz, a przez twoją głowę przebiega myśl, że znowu to zrobiłeś, nie odczuwasz już jednak żadnych wyrzutów sumienia czy dyskomfortu. Nie po tych wszystkich latach. Czujesz jak szybki oddech powoli ci się uspokaja i zaczynasz głębiej wdychać powietrze. W twojej głowie panuje rozpustna próżnia, czarna i głęboka ciemność, lekko zabarwiona uniesieniem sprzed chwili, mgłą rozkoszy i zamroczenia jakie nastąpiły po nim, nagle jednak znika, gdy uświadamiasz sobie, że musisz wywietrzyć pokój. Zginasz nogę, ciężko się rozciągasz i wzdychasz… … wstając i rozglądając się. Odczuwa lekkie świerzbienie z tyłu głowy – nie poznaje tego miejsca, jednak ma nieodparte wrażenie, że kiedyś już tu był. Stojące obok łóżka biurko z komputerem i rozrzuconymi dookoła niego rzeczami wydaje mu się znajome; przez okna po przeciwnej stronie pomieszczenia już kiedyś wyglądał, a na półkach pod ścianą znajduje się masa książek, których stronice – jest tego niemal pewny – przewracał jeszcze nie tak dawno temu. Pośrodku pokoju stoi krzesło; mija je i otwiera okno na oścież, nie używając blokady, zostawiając je swobodnie tak jak jest. Czuje powiew świeżego powietrza na policzku – nic dziwnego, w końcu mieszka na dziesiątym piętrze. Odwraca się i siada w fotelu. Jest obrotowe, może się rozglądać, nie obracając głową. Jedyne oświetlenie stanowi stojąca na biurku lampka, której światło pada na ścianę i rozszczepia się na jej powierzchni, tworząc senną, ciężką atmosferę stagnacji w pomieszczeniu. Naokoło wyłączonego komputera walają się najprzeróżniejsze przedmioty – telefon komórkowy, zegarek, jakieś pieniądze, trochę dalej długopisy, nożyczki, papiery. Wycinek z jakiejś gazety z ledwo widocznym nagłówkiem {i}"Projekt Samotnik w martwym punkcie"{/i}. Jego oczy wolno prześlizgują się po rzeczach, rejestrując w umyśle ich egzystencję, jednak nic więcej; są jedynie tłem, nie mają dla niego żadnego znaczenia. Nagle, lustrując spojrzeniem powierzchnię biurka, obok aparatu cyfrowego i jakiegoś długopisu, widzi drewniane, zabawkowe litery. Siedem liter. Zupełnie nieoczekiwanie, jego uwaga i wzrok skupiają się na nich całkowicie. Leżą pod najróżniejszymi kątami, nie jest w stanie zobaczyć co to za litery. Czuje w głowie dziwne mrowienie i wtedy rejestruje jak jego dłonie, zdające się działać niezależnie od niego, chwytają drewniane kawałki i obracają nimi. Po chwili wracają na swoje miejsce, a on widzi, że na biurku utworzył się pasek pustego miejsca, po którego lewej stronie, na wprost niego, leżą litery „E” i „W” obok siebie. EW. Pozostałe wciąż leżą w nieładzie. Czemu EW? Traci zainteresowanie tą zabawą; obraca fotel i widzi, że na łóżku leży jakaś książka. Jednak, co dziwne, pomimo, że wyraźnie widzi jej okładkę i tytuł, to nie potrafi go przeczytać. Bardzo dziwne. Nie wie co tu robi; nagle odczuwa nieodpartą potrzebę wyjścia stąd i zbadania jak wygląda pozostała część tego domu. Na wprost niego są drzwi ze wstawioną w nie szklaną szybą. Wstaje, podchodzi do nich i pociąga za klamkę…
* * *
… jego oczom ukazał się przestronny gabinet, z eleganckim dywanem i schludnie posprzątanymi i wyczyszczonymi półkami po bokach, po brzegi zapełnionymi cyfrowymi książkami o biznesie, ekonomii i psychologii. Za oknem padał deszcz. Na wprost wejścia znajdowało się niewielkie biurko; siedzący za nim mężczyzna wypełniał teraz jakiś dokument. Miał na oko z sześćdziesiąt lat, łysina odkrywająca mu już całe czoło dodawała mu powagi, a wrażenia dopełniał elegancki garnitur o kremowym kolorze. Cierpiał na lekką nadwagę. Gdy nieśmiało przestąpił przez próg, mężczyzna oderwał wzrok od papierkowej roboty i spojrzał na niego oczami utkwionymi za szkłami okularów. Jego twarz emanowała ciepłem. - Ach, to pan, niech pan wejdzie, niech pan wejdzie! – przywitał go serdecznie. – Niezmiernie przepraszam, że musiał pan tyle czekać. Marysia mówiła, że przyszedł do mnie jeszcze jeden klient, choć nie sądziłem, że o tej porze… - To ja przepraszam, że niepokoję pana tak późno, gdy chce pan już wychodzić. Bardzo mi przykro – przerwał mu cichym głosem. - Ależ, proszę się nie przejmować, nie przejmować… Niech pan siada. Drobnymi kroczkami, niemal lękliwie, przeszedł środek pokoju i spojrzał na fotel przy biurku. Wytrzeszczył oczy, jakby zaskoczony, że takie luksusy są dla niego przeznaczone, po czym usiadł w nim, wolno i niezgrabnie. Dopiero teraz zauważył niewielki plakat z logiem firmy Hatherton zawieszony na ścianie za biurkiem. Spojrzał na starszego mężczyznę. Ten uśmiechał się do niego. - To co mogę dla pana zrobić? - Panie dyrektorze, niedawno zerwałem z kobietą. - Bardzo mi przykro. - Dziękuję. Widzi pan, jakoś nie mogę sobie z tym poradzić. Myślę o niej, wspominam. A byliśmy ze sobą tylko pół roku. Nie daje mi to spokoju, rozumie pan, przeszkadza w codziennym życiu, takie natrętne wspomnienia i boleści z przeszłości z czasem mogą stać się niebezpieczne. Nie chodzi mi już nawet o moje zdrowie psychiczne, zacząłem po prostu zaniedbywać swoje zwykłe obowiązki, pracę, sprzątanie, nawet odżywianie się… Ach, to aż głowa może rozboleć. Czy ja pana nie zanudzam? Był świadom, że wydobywający się z niego głos był spokojny, niemal znudzony, tak naprawdę jednak cały trząsł się w środku, a wypowiadanie kolejnych słów sprawiało mu wysiłek, każda kolejna sylaba była potężnie wydobywana z gardła, a po drodze osłabiana przez jego roztrzęsienie, co mogło tworzyć fałszywy efekt spokoju i monotonii. Niejasno zdawał sobie sprawę, że jego ręce nerwowo latają na wszystkie strony; nie był w stanie nad nimi zapanować. - Ależ nie, skądże – odparł uprzejmie dyrektor. – Zastanawiam się tylko gdzie w tym wszystkim moja rola. Jakiej dokładnie pomocy w tej kwestii się pan od nas spodziewa? - Ach, bo widzi pan, – odrzekł, mrugając oczyma, jakby sobie coś przypominając – mój kuzyn, który u państwa pracuje powiadomił mnie, że mogliby coś państwo… zaaranżować, w sprawie mego problemu. Dyrektor wyprostował się w fotelu i uniósł brwi, wpatrując się w niego…
* * *
3.00 AM
… z zachwytem i żalem, zwłaszcza gdy ich jasne punkciki mocniej rozbłyskują na czarnym, atramentowym niebie, tak, coś jest w tym ich blasku i mocy, że przyciągają mój wzrok. Zaraz, gdzie ja jestem? A, na balkonie. Dziesiąte piętro, noc za oknem, mhm, jak zwykle nie śpię. Co ja tu robię? Zapomniałem o czymś. Tak, zapomniałem o czymś i miałem sobie to coś przypomnieć. Dlatego mnie tu przygnało z pokoju. O kimś. Tak, ktoś mi uciekł, kogoś szukam, ale kogo? Nie rozumiem. Och, powietrze, jest takie chłodne, łagodnie smaga mi policzek, jak budzący dotyk kobiecej dłoni o poranku. Znam ten dotyk i lubię go, dlatego ten wiatr jest taki przyjemny. Opieram się o szorstki, drażniący mi plecy beton balkonowy, nogi mam lekko zgięte, a ręce opuszczone wzdłuż tułowia, głowa skierowana ku górze i wpatrzona w gwiazdy, tak, patrzę w gwiazdy szukając tam jakiegoś ratunku, ale przed czym? W uszach słyszę muzykę; sąsiedzi z niższego piętra mają jakąś imprezę, dochodzą tu nawet niektóre głosy. Jestem tu po coś, wiem, że jestem, ale nie pamiętam przyczyny. A raczej pamiętałem, ale zapomniałem, świadomość tego faktu kołacze mi się z tyłu głowy jak metalowy dzwoneczek, nieustannie dzwoniący i mówiący mi o tym. Dlatego mam głowę uniesioną i patrzę w gwiazdy, tak, one mi pomogą zrozumieć, ostre, świetliste groty ich wektorów spadania, gdy spalają się w atmosferze rozświetlą mi umysł… … i zrozumiesz, że powinieneś opuścić głowę, z dala od nieba i gwiazd, z dala od bólu i trosk, prześliznąć się spojrzeniem po oddalonych blokach osiedlowych i utkwić go w parapecie balkonowym. W nikłym, księżycowym świetle widzisz tam drewniane literki, te z twojego pokoju. Leżą dokładnie tak, jak je tam zostawiłeś, zmieniły tylko powierzchnię. Nie wiesz jak się tu znalazły, nie obchodzi cię to. Nogi same zmieniają położenie i już nie opierasz się o beton, sprężyście podchodzisz do parapetu i wyciągasz ręce, średnio nawet zdając sobie z tego sprawę. Dłonie padają na łagodnie wystrugane drewno i układają coś. Przed oczyma rozpościera ci się mgła. Po chwili znika, spojrzenie samo ogniskuje ci się na ułożonym napisie, teraz już dłuższym niż poprzednio i brzmiącym: „EWEL”. Trzy pozostałe litery wciąż leżą z boku, pod dziwnymi kątami. EWEL. Dziwne cztery litery, dziwne słowo. Dotykasz, tym razem już całkowicie świadomie, liter i zamykasz oczy, próbując dotykiem uaktywnić w sobie jakieś zwoje mózgowe i przypomnieć dlaczego tu jesteś… … ale wciąż nie rozumie, wyprostowany, z opuszczoną głową i wyciągniętą, chudą ręką muskający palcami drewno, nadal nie wie czemu tu jest. EWEL. Nagle, bardziej wyczuwa niż widzi, jakowyś błysk na niebie. Nie patrzy tam jednak, gdyż wie, że to kolejna spadająca gwiazda, choć dziwi się bo one przecież nie dają takiego światła. Jednak, gdy wciąż wpatruje się w swe drewniane litery, pogrążone w świetle tego błysku nagle jego umysł wypełnia z całą swą mocą ZDANIE. A gdy sięga mackami swej percepcji w głąb świadomości, ma wrażenie, że drewniane litery ułożone w napis EWEL, nagle ponownie się rozsypują i ulatują w powietrze. Pojawia się ich więcej, coraz więcej, nowe drewno dolatuje z nieznanego miejsca i przyłącza się do zamglonego, powietrznego tańca swych braci. Litery wirują w szaleńczym tempie, tak szaleńczym jak gonitwa jego myśli. Bierze kilka głębokich oddechów i się uspokaja, a gdy tor myślenia zaczyna ponownie układać się w logiczny ciąg, tak i litery kończą swój taniec i poczynają układać się w pewnej kolejności. Coraz to kolejna i kolejna wskakuje na swe miejsce, słyszy niemal przyjemny dla ucha klik, gdy tak się dzieje, a gdy ostatnia z nich trafia tam gdzie ma trafić, on zamyka oczy, nie musząc już patrzeć na ułożone ZDANIE, gdyż ZDANIE wypełniło go całym sobą:
{i}Samotność nie jest najstraszniejszą rzeczą w życiu, najstraszniejszy jest bunt przeciw niej.{/i} Ale co to znaczy, co to znaczy, co to znaczy? Nie wie, znowu nic nie rozumie. Otwiera oczy i wpatruje się chwilę w ułożone ZDANIE, gdy nagle ciemność się rozjaśnia, a drewniane litery padają na powierzchnię balkonu. Trzask jaki przy tym wydają wbija mu się w głowę i upewnia o realności doznanego obrazu. Znów odczuwa ukłucie z tyłu głowy – musi wracać do pokoju. Teraz. Odwraca się i spiesznie wychodzi z balkonu do mieszkania, żwawo mijając salon, bo wie, że jak nie zdąży to przecież…
* * *
- … stanie się coś złego, musi pan też zrozumieć moje położenie. Jestem dyrektorem tej firmy od dziesięciu lat i nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek pogorszenie jej wizerunku. Jakby to wyglądało w mediach? Jest to co prawda wciąż eksperymentalna technologia i wyprodukowano zaledwie kilka maszyn tego typu, jednak jesteśmy dumni z uzyskanych jak do tej pory wyników. Gdyby się panu coś stało ciągano by mnie po sądach przez następne parę lat. Toteż proszę się nie obawiać – zadbamy o najwyższy poziom bezpieczeństwa podczas całego procesu. Na moim sercu leży zarówno pańskie dobro jak i wizerunek firmy. Niech mi pan zaufa – nasi pracownicy są niezwykle produktywni przy takich przedsięwzięciach. Można na nich polegać. Wolno pokiwał głową. - Od jak dawna stosują państwo tę technologię? - Cóż, niech pomyślę… - dyrektor potarł dłonią podbródek. – Pierwsze urządzenia tego typu zaczęły się pojawiać gdzieś koło dwa tysiące trzydziestego… Tak, eksperymenty zaczęto wykonywać mniej więcej właśnie wtedy. Rok później wykupiliśmy licencję na ich użytkowanie, a w kilka lat potem rozpoczęła się masowa produkcja. Jest to więc dość nowa technologia, ma niecałe dziesięć lat, jednak wiążemy z nią duże nadzieje. Wraz z paliwem energetycznym ma szansę stać się jednym z najpowszechniej używanych wynalazków dwudziestego pierwszego wieku. - Co chce pan przez to powiedzieć? - Ależ możliwość wnikania w cudze umysły ma zastosowanie nie tylko w psychoterapii, nie uważa pan? Edukacja, zwalczanie przestępczości, przemysł rozrywkowy, zbrojeniowy, medyczny, marketing – te i inne dziedziny, wszystkie mogą zyskać na naszym wynalazku. Znów pokiwał głową i opuścił ją, ukrywając w cieniu. Światła w pomieszczeniu nieco raziły go swoim blaskiem, wywołując wrażenie dziwnej zgodności panującej między tutejszą atmosferą i tematem, o którym toczyła się dyskusja. Za oknem wciąż lał deszcz, a kłębiaste chmury zdawały się pałać czerwienią na tle burzliwej nocy. Dyrektor, czekając aż jego rozmówca przemyśli sprawę, również spuścił oczy i wziął do rąk długopis, obracając nim między palcami. - Na czym dokładnie będzie polegać cały proces? – zapytał po chwili. - Och, teoretycznie nie jest to nic trudnego – odparł dyrektor. – Zostaje pan wprowadzony w pewien rodzaj snu, czy raczej transu, tyle, że kontrolowanego przez nas, a dokładniej przez inżynierów obsługujących urządzenia. Następnie dokonujemy analizy stanu strukturalnego pańskiego mózgu i na tej podstawie wyciągamy wnioski o pańskim stanie psychofizycznym jak i o przyczynie leżącego problemu, a więc niekomfortowego stanu, w jakim się pan aktualnie znajduje. Odchrząknął i przełknął ślinę. Długopis zaczął szybciej wirować między palcami. - Ale tu teoria się kończy i zaczyna praktyka, która, rzecz jasna, jest o wiele bardziej złożona – ciągnął. - Na podstawie tak zdobytych informacji nasi programiści projektują wirtualne konstrukty, które następnie zostają ostrożnie wprowadzone do pańskiej świadomości. Może to zająć nawet do kilku dni, jednak w naszym transie nie będzie pan odczuwać upływającego czasu. Owymi konstruktami może być wszystko – środowisko, emocje, obiekty fizyczne, psychiczne, ludzie, zwierzęta, przedmioty, pewien poziom świadomości – możliwy jest jakikolwiek wymagany element rzeczywistości. Tworzone przez nas kody zostają następnie zmienione na impuls elektryczny, który pana mózg jest w stanie odebrać. Dzięki temu, podczas pańskiego transu, będzie pan przeżywać coś w rodzaju snu. Nie będzie to jednak zwykły sen – będzie to raczej egzystencja innego typu, wizualizacja wybranych przez nas części pańskiego umysłu, tych części, w których – naszym zdaniem – tkwi problem. Nasze konstrukty mają na celu pomóc panu w uświadomieniu sobie prawdziwej przyczyny problemu i usunięciu go. Ich natura, jak już wspomniałem, jest różna, na tyle różna, że może pan w tym stanie przeżywać najdziwniejsze rzeczy. Przede wszystkim, najprawdopodobniej poziom pańskiej świadomości zostanie zmieniony – nie będzie pan zdawał sobie sprawy, że jest to sen, będzie pan pewny iż wszystko rozgrywa się naprawdę, a zapewniam pana, że nasza technologia potrafi tak oszukać mózg klienta iż będzie uważał za naturalne dosłownie wszystko co mu podsuniemy. Możliwe też, że zapomni pan pewnych ważnych faktów ze swego życia, choć inne pojawią się ze zdwojoną siłą. Nie będzie pan wiedział gdzie i po co się pan znajduje, tor pana myślenia nie będzie przebiegać do końca logicznie. Być może będzie pan wykonywał czynności, których celu z początku nie będzie pan świadom i dopiero później stanie się on jasny. Wszelkie niemożliwe w naszym świecie zmiany czasoprzestrzenne, takie jak unoszenie się przedmiotów, stawanie czasu czy gwałtowna zmiana miejsca pańskiego przebywania są tam na porządku dziennym. Niech się pan jednak nie obawia – te wszystkie zmiany mają na celu jedynie uzyskanie maksymalnej przejrzystości pańskiego umysłu i optymalnej komunikacji z nami. Nasze ingerencje będą jedynie wskazówkami, nieznacznymi podpowiedziami, które mają panu pomóc skierować się na odpowiednią ścieżkę. I to jest właśnie najważniejsza część całego procesu – to od pana wszystko zależy. Struktura pańskich komórek nie zostanie w żadnym stopniu zmieniona, nie usuniemy ani nie dodamy jakichkolwiek danych, które w jakikolwiek sposób mogłyby oddziałać na pańską codzienną egzystencję. Nasza ingerencja ograniczy się wyłącznie do wprowadzenia pewnych impulsów, mających nakierować pański mózg na rozwiązanie czystego problemu. To czy zostanie on usunięty czy też nie, zależy wyłącznie od pana i siły pańskiej woli… - Przepraszam, ale co pan dokładnie rozumie przez „usunięcie problemu”? – przerwał mu monolog. - Co przez to rozumiem? Ależ tylko jedną rzecz, proszę pana. Tylko jedną: akceptację. - Akceptację? - Tak. Zaakceptowanie pańskiej aktualnej sytuacji. Bo, jeśli dobrze zrozumiałem, pański… dyskomfort wynika z buntu przeciw niej, prawda? Zmarszczył brwi i zastanowił się. Dyrektor głęboko spojrzał w jego oblicze. Srebrny kształt długopisu znieruchomiał. Zmrużone oczy. - Niech pan to dobrze przemyśli. Przedsięwzięcie nie jest tanie, jednak jeśli się powiedzie nie tylko pomoże pan sobie – pana zdecydowanie udowodni inwestorom, że warto wyłożyć kapitał na naszą technologię. Stanie się o panu głośno, media będą się pożerać nawzajem o wywiad z panem... - Bardzo dobrze – przerwał mu głośno, jakby nie zdając sobie sprawy ze swego nietaktu. – Dziękuję, że zechciał mi pan poświęcić swój czas. Niech pan wyda odpowiednie rozporządzenia, jeśli łaska, i niech pan przyśle do mnie do domu niezbędne do podpisania formularze. Cena nie gra roli, pieniądze dostanie pan jak tylko sfinalizujemy transakcję. Będę gotowy, wtedy, gdy będzie trzeba. Wstał i skłonił się lekko. Odwrócił się i skierował do wyjścia, zostawiając rozmówcę z otępiałym wyrazem twarzy. Klamka lekko drgnęła pod jego naciskiem, a drzwi cicho…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil The One
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…