Wróć do katalogu

Taniec cieni - rozdział 1

Cztery planety krążące wokół jednej gwiazdy, magia spajająca je na ich orbitach - oto Kwadrat Tessaliana, gdzie technologia i magia współistnieją od wieków. Ale coś się zmieniło...

neweta, opublikowano , 27 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dawno, dawno temu w świecie bogów, zwanym również Krainą Wiecznego Lata lub Tirtarn przyszły na świat cztery siostry. I tak jak dzieliły kiedyś jedno łono, tak później ich udziałem stała się niezwykła więź, rzadko występująca pośród nieśmiertelnych, jeszcze rzadsza wśród ludzi. Były niczym jedna istota podzielona na cztery odrębne części, będąca jednością w rzadkich momentach, kiedy wszystkie elementy scalało jedno pragnienie. Razem były jak skrawek tęczy, barwne niczym rajskie ptaki. Amirian miała włosy w kolorze szmaragdów, Dayiell o barwie szafirów, Etaine w różnych odcieniach ametystu, a włosy Viaelle sprawiały wrażenie, jakby ktoś pociągnął po nich kryształami cytrynu. Jedyną rzeczą w ich wyglądzie, która była dla nich wspólna był kolor ich oczu – intensywnie błękitny, lśniący w ciemnościach jak oczy wszystkich nieśmiertelnych, płonący ogniem mocy. Młode boginki napełniały świat bogów śmiechem i psotami. Aż przyszedł czas, kiedy cztery siostry dorosły i zakochały się po raz pierwszy tą miłością, która przychodzi tylko raz i pozostawia trwały ślad w duszy czy to człowieka, czy boga. O względy sióstr starało się wielu młodych bogów, lecz obiektem ich uczuć stał się śmiertelnik – istota krucha, której życie trwa niewiele więcej niż mgnienie oka. Tak więc ukochany sióstr szybko zestarzał się i umarł. W Krainie Wiecznego Lata nie było śmierci, nie miała tam prawa wstępu. Bogowie żyli wiecznie i nie starzeli się, jeśli tego nie chcieli. Dlatego śmierć ukochanego głęboko wstrząsnęła siostrami – pogrążyły się one w takiej rozpaczy, że wraz z nimi zdawał się cierpieć cały świat. Kiedy wydawało się już, że łzy płaczących bogiń pogrążą w odmętach smutku zarówno Krainę Wiecznego Lata jak i krainy śmiertelników, ojciec wszystkich bogów, stary i bardzo mądry Wai, zamienił cztery siostry w planety. Odtąd okrążają swoją gwiazdę, Tessaliana, po identycznej orbicie i jak zawsze razem – a ciepło gwiazdy rozgrzewa ich zbolałe serca. A ponieważ siostry ukochały śmiertelników, bogowie pozwolili ludziom zasiedlać te światy, czyniąc je urodzajnymi i przyjaznymi. A cztery siostry już nigdy nie były samotne.

Rozdział pierwszy Każde miasto ma dwie twarze. Jedna z nich wystrojona, wymalowana, elegancka niczym twarz lalki – i równie sztuczna. Tę pokazywano turystom, filmowano dla telewizji, tę zapełniały tłumy ludzi pięknych, bogatych i – pozornie – szczęśliwych. Iluzję podtrzymywały zastępy portierów, szoferów, kelnerów, kucharzy i pokojówek. Wszystko idealnie na swoim miejscu, dyskretny błysk klejnotów, delikatny zapach perfum, szelest sukni. Nikt zdawał się nie zauważać, co kryje się wewnątrz – nikt wcale tego nie chciał, każdy wolał wierzyć w iluzję. Drugie oblicze było bardziej prawdziwe, wręcz szczere do bólu. To było szare, pomarszczone i zaniedbane, niczym twarz spracowanej kobiety. Ukrywano ją w wąskich zaułkach, za bramami kamienic, w zapomnianych uliczkach, robotniczych blokowiskach, pośród fabryk i magazynów. Aprevin nie było wyjątkiem od tej reguły. W jednej z wąskich uliczek w przemysłowej części miasta spotkało się dwóch mężczyzn. Ich twarze skrywał cień. Praktycznie nie istniało ryzyko, że ktoś ich tu dostrzeże i to był główny powód, dla którego wyznaczyli sobie spotkanie w tym szczególnym miejscu. Stąd nie było widać Wieży Światła, a roztaczany przez nią blask był ledwie dostrzegalnym pojaśnieniem nieba w przestrzeniach między ciemnymi, samotnymi bryłami magazynów i fabryk. – Wszystko gotowe? – Tak. Czekamy tylko na sygnał. – Pamiętajcie o jednym: nic im się nie może stać. Będą nam jeszcze potrzebni. – Niczego nie mogę zagwarantować, zwłaszcza jeśli gwardia stawi zdecydowany opór. – Niech was o to głowa nie boli. Na tym etapie nic już nie może zawieść. Chcę się upewnić, że wywiążecie się ze swojej części umowy. – Jak najbardziej. Dzieciak należy do pana. – Dobrze. Pamiętajcie o tym. Drugi mężczyzna wyraźnie się zjeżył. – Grozi nam pan? – Nie. Jedynie przypominam o warunkach umowy. – Pamiętamy o niej. – To dobrze. Sygnał nadejdzie wkrótce. Bądźcie gotowi. Mężczyźni rozstali się bez słowa pożegnania, każdy poszedł po prostu w swoją stronę, nie rezygnując jednakże ze środków ostrożności. Nie było między nimi przyjaźni. Co więcej, w innych okolicznościach można by ich nawet uznać za wrogów. Śmiertelnych wrogów.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, z hukiem uderzając w jakiś mebel. Strażnik jednym spojrzeniem obrzucił królewską komnatę dziecięcą. Król klęczał przed synem, patrząc mu w oczy. Lady Dayiell wyglądała na przerażoną, nie, nie przerażoną – raczej zrezygnowaną. Wszyscy troje drgnęli, kiedy tak niespodziewanie wtargnął do pokoju. – Proszę o wybaczenie, mój panie – skłonił się pospiesznie. – Posłano mnie... Król Stephane podniósł się z klęczek. Odgłosy strzałów nagle stały się wyraźniejsze. – Wiem, już idę – zatrzymał się obok niego. – Mam do ciebie pewną prośbę, Akira: zaopiekuj się Domenikiem. Wyprowadź go z pałacu i ukryj gdzieś, póki sytuacja się nie unormuje. Feniks z nieokreślonym niepokojem spojrzał władcy wprost w oczy i zrozumiał, że Stephane był już przygotowany na klęskę. Na śmierć. – Zrobię, co w mojej mocy, Sire – zapewnił stanowczo. – Dziękuję – król skinął mu głową, po czym ruszył ku wyjściu, kierując się ku stanowiskom dowodzenia, gdzie gwardia królewska toczyła walkę o obronę pałacu. Lady Dayiell nie zareagowała, kiedy Akira wziął chłopca za rękę i skierował się ku drzwiom. Jej spojrzenie było nieruchome, niemal zupełnie obojętne. – Pani?... – Strażnik pytająco zawiesił głos. – Czy zechcesz pójść z nami? Tu wkrótce może zrobić się niebezpiecznie. Twarz kobiety ściągnęła się w bolesnym grymasie. – Nie mogę – odparła udręczonym głosem. – Jestem związana zaklęciem... Nie wolno mi... ingerować. Uciekaj. Ratuj mojego syna. Zrozumiał – na tyle, na ile w ogóle było to możliwe. Skłonił lekko głowę, po czym pociągnął Domenica na korytarz. Chłopiec nie protestował, jakby zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Miał zaledwie cztery lata i Akira wiedział, że dzisiejszy dzień oznacza koniec jego dzieciństwa. Nie było czasu na czułości – chodziło o przetrwanie. Jako Strażnik znał dokładnie sieć podziemnych tuneli pod pałacem, prowadzących do różnych zakątków miasta Aprevin, a także poza jego granice. Jedno z wejść znajdowało się niedaleko, za posągiem bogini – matki, Ursalli. Jeśli tylko tam dotrą... – Chodźmy, Domenicu! – szepnął, świadomie pozwalając sobie użyć jego imienia, a nie przynależnego mu tytułu. Pobiegli korytarzem tak szybko, jak tylko pozwalały na to nogi dziecka. Kiedy dotarli do rozwidlenia, Akira wyciągnął pistolet i ostrożnie wyjrzał za róg. Pusto. Dobrze. Ruszyli na wprost, ku galerii okalającej jeden z wewnętrznych dziedzińców. Zbiegli po schodach, ominęli wielki, samotny srebrny dąb, po czym zanurzyli się w korytarzu po przeciwnej stronie. Akira nacisnął zamaskowany przycisk, tuż za posągiem otworzyły się drzwi. Popchnął Domenica ku otworowi, sam upewnił się, że nikt ich nie obserwuje, po czym szybko wsunął się za nim i zablokował mechanizm od wewnątrz, by nawet przypadkowe poszukiwania nie zdemaskowały drogi ich ucieczki. Przelotnie spojrzał chłopcu w oczy: były szkliste, nieruchome, obojętne. Wiedział już, dlaczego król Stephane klęczał przed swoim synem: przekazywał mu magię Pokrewieństwa. Akirę ogarnęła fala współczucia dla tego dziecka. Cokolwiek się zdarzy, jego życie zostanie zdeterminowane i zdominowane przez tę starożytną magię, przez wielu uważaną za przeżytek dawnych czasów, lecz pomimo to starannie pielęgnowaną w rodzinie królewskiej. Akira mógł jedynie modlić się do wszystkich bogów rządzących niebem i ziemią, by siła tej magii nie pozbawiła chłopca jego osobowości. Niestety, takie rzeczy już się zdarzały – a Domenic był tylko dzieckiem. Delikatnie ujął go za rękę i spróbował przekazać mu nieco ze swojej siły, mocy ognistego feniksa. Nie był pewien, czy poskutkowało, nie było czasu, by to sprawdzać. – Chodźmy – powiedział miękko. – Czeka nas daleka droga. Podziemny korytarz prowadził niemal prosto, od czasu do czasu krzyżując się z innymi tunelami. Dla kogoś, kto nie znał układu tych przejść, droga przezeń mogła wydawać się skomplikowana niczym labirynt – w przeszłości dla wielu stał się miejscem ostatniego spoczynku. Akira znał jednak wszystkie wejścia, wyjścia, wszystkie skróty i pułapki, których z oczywistych względów nie umieszczano na mapach. Wiele z nich było jego dziełem. Przy drugim skrzyżowaniu jego uwagę zwróciły jakieś podejrzane odgłosy. Zatrzymał się i nasłuchiwał przez chwilę. Tak, nie mogło być żadnych wątpliwości: w tunelach byli jacyś ludzie. Akira wątpił, by byli to gwardziści – po pierwsze o istnieniu tajemnych przejść pod pałacem wiedziało bardzo nieliczne grono wybrańców, a po drugie w tej właśnie chwili gwardia powinna chronić króla. Opieka nad bezpieczeństwem następcy tronu spoczywała na barkach Strażnika. To było jego zadanie. Akira miał zdecydowanie lepszy słuch niż przeciętny człowiek. Lepszy słuch, węch, wzrok. Pewnie dlatego, że nie był człowiekiem. Wiedział z dokładnością do kilku metrów, gdzie znajdują się intruzi. Nadchodzili z dwóch stron – z korytarza, którym przyszedł on sam i od strony pałacowej kuchni. To zaś znaczyło, że chcieli go zaskoczyć na skrzyżowaniu tych dwóch korytarzy. Najwyraźniej dobrze znali labirynt. Zbyt dobrze jak na przypadkowych odkrywców. Nie miał czasu teraz się nad tym zastanawiać. Posuwając się wciąż do przodu z Domenikiem u boku, rozmyślał nad sposobem uniknięcia pułapki. I znalazł: był to boczny, wąski i niski korytarzyk, prowadzący ku przejściu na wyższy poziom. Stamtąd droga prowadziła wprost do pałacowych ogrodów i dalej, ku miastu. Dorosły mężczyzna nie byłby w stanie się nim przecisnąć, ale dziecko... Akira zdawał sobie sprawę, że tamci szybko zorientują się, iż ktoś wyprowadził ich w pole, kiedy tylko obie grupy spotkają się przy rozwidleniu. Istniał jednak pewien sposób, by odwrócić uwagę intruzów od chłopca. Akira nie miał bowiem żadnych wątpliwości, że to Domenic jest celem ich poszukiwań. Przyklęknął przed nim na jedno kolano. Oczy dziecka wciąż były szkliste, nieobecne. Przesunął otwartymi dłońmi wokół jego głowy, używając prostego zaklęcia oczyszczającego myśli. Spojrzenie Domenica nieco oprzytomniało. – Posłuchaj mnie, chłopcze – szepnął nagląco. – Idź tym korytarzem, aż doliczysz do stu. Potem ukryj się w lesie tak, by nikt cię nie znalazł. Zrobisz to dla mnie? Chłopiec skinął głową. – A ty? – Ja cię znajdę. – Wrócimy do mamy? – dziecięcy głosik i smutek w oczach chwyciły Strażnika za serce. – Tak, Wasza Wysokość – przytaknął, choć miał co do tego złe przeczucia, po czym delikatnie popchnął go ku przejściu. – Nie zatrzymuj się, choćby nie wiem, co – przykazał na koniec. Poczekał, aż ucichnie echo jego kroków, po czym ruszył do przodu, koncentrując swoje myśli tylko na jednym. Niemal niesłyszalnym szeptem wypowiadał słowa zaklęcia, które miało uczynić go niewidzialnym: – Zniknij, moje ciało, niech cię nie widzą oczy śmiertelników, bądź przezroczyste, a jednak w pełni materialne, pełne siły i mocy. Dotarł do rozwidlenia. Intruzi zbliżali się z każdą sekundą. Słyszał ich oddechy, przyspieszone bicie serca, krew tętniącą w żyłach, czuł zapach zwycięstwa, wypływający porami ich skóry. Wręcz nim cuchnęli. A więc pałac został zdobyty, przemknęło mu przez myśl, a potem nie było już czasu na myślenie. Obie grupy spotkały się na skrzyżowaniu. Ich dowódcy sprawnie wymienili informacje i szybko doszli do właściwych wniosków. Potem przeorganizowali oddział z wprawą wskazującą na wieloletnią praktykę. To nie byli zwyczajni żołnierze. Nie, chyba raczej komandosi, marines, albo jakaś inna jednostka specjalna. Niestety, ich mundury były zupełnie jednolite: żadnych dystynkcji, naszywek oddziału, czy przynależności państwowej. Najemnicy? Nie, oni nie mieli takiej dyscypliny jak ci tutaj, takiego wyszkolenia. To nie była przypadkowa zbieranina typów spod ciemnej gwiazdy. Nie zauważyli go. Był tylko cieniem w najgłębszym mroku, drgnieniem powietrza, kiedy przechodzili tuż obok. Żaden z nich nie był magiem, nie wyczuli więc nawet jego obecności. Dopóki sam nie zdecydował się ujawnić. Przybrał na tę okoliczność swą naturalną formę: płomienistego ptaka. Na niczego nie spodziewających się żołnierzy runęła nagle ściana ognia. Mundury kilku zapaliły się efektownie, niczym podlane benzyną – magiczny ogień nie był wybredny, karmił się wszystkim. Wtedy Akira przekonał się, że rzeczywiście miał do czynienia z regularnym wojskiem, wyćwiczonym i doświadczonym. Dezorientacja i zaskoczenie wywołane atakiem trwały tylko ułamki sekund. Włączyli tarcze, ochraniając się przed drugą falą płomieni i zaczęli strzelać. Korytarz wypełnił się dymem ze spalonych ciał, swąd drażnił nozdrza, zrobiło się nieznośnie gorąco i duszno. Na podłodze walały się zwęglone szczątki, wyszczerzone groteskowo szczęki i oczodoły zastygły w grymasie zdumienia. Żołnierze jednak nie wpadli w panikę. Poukrywali się za tarczami niczym szczury i stamtąd ostrzeliwali przeciwnika, który latał w tę i z powrotem, wysyłając ku nim płomienne pociski. Ale jak zabić tę istotę? Och, ostrzegano ich, że w pałacu można trafić na podobnego rodzaju stwory, ale nie spodziewali się stworzenia tak niebezpiecznego. Ognisty feniks ledwie mieścił się w korytarzu, był ogromny i trudno było w niego nie trafić, a jednak pociski nie wyrządzały mu żadnej szkody. Tylko go rozwścieczały. Dowódca zarządził zmianę typu broni i po chwili korytarz rozbłysnął

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych