Wróć do katalogu

Taniec cieni - rozdział 2

kolejny rozdział - zapraszam

neweta, opublikowano , 31 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział drugi Senny koszmar. Zawsze zaczynał się tak samo: chaosem, odwróceniem zwykłego porządku. Przytłumione strzały. Krzyki. Nie rozumiał słów, ale pojmował znaczenie. Niebezpieczeństwo. Śmierć. Ucieczka. Strach. I on też go poczuł. Zaczął płakać i krzyczeć, pozbawiony bezpiecznego kokonu, czułych rąk i cichego głosu, śpiewającego mu kołysanki. I budził się z policzkami mokrymi od łez, z krzykiem zamarłym w krtani, piekącym gardłem i przerażeniem w sercu. Potem jeszcze długo w nocy drżał z zimna i przerażenia i czekał na nadejście spokojnego snu. Drugi z jego koszmarów dotyczył pewnego pokoju. Był cały biały, wyłożony od podłogi aż po sufit miękką materią. Nie było w nim okien ani drzwi, a przynajmniej nic takiego nie zauważył. Więzienie. Pośrodku stos zabawek, pluszowych przytulanek. Nie chciał do nich podchodzić, ale jakiś głos kazał mu to zrobić, a wtedy musiał, choćby opierał się z całych sił. Kiedy brał jakąś zabawkę, za każdym razem wyłaził z niej wąż i kąsał go w rękę aż do krwi. Brał następną i sytuacja się powtarzała, aż w końcu ręce miał opuchnięte i całe w ranach. A na skraju pola widzenia był ktoś inny, jakiś dorosły. Jego twarz była tylko rozmazaną plamą na tle wszechobecnej bieli. Mówił coś, a choć Kester nie pojmował słów, te raniły bardziej niż ukąszenia węży, wbijając się jego umysł niczym sztylety. I choć robiono mu straszne rzeczy, nie wolno było płakać. Nie wolno było okazywać słabości. I nikomu nie mógł o tym opowiedzieć. Były też i dobre sny. Sny o lataniu, o wietrze we włosach, o pędzie zapierającym dech w piersi, o całkowitym wyzwoleniu, o chmurach i rozległych przestworzach, aż po horyzont. W tych snach był prawdziwie wolny, zostawiał za sobą niepewność, ból, strach, poczucie winy. Stawał się wiatrem, przestrzenią, chmurami i słońcem. Budził się, tęskniąc za tym uczuciem, za tą wolnością. Był i inny sen, nieco bardziej dwuznaczny. Z początku były w nim tylko kolorowe plamy, echa jakichś niezrozumiałych dla dziecka uczuć. Dopiero kiedy zaczął dorastać i z chłopca stawać się mężczyzną, sen nabrał wyrazistości i głębi. Leżał nagi na zielonej murawie, a obok niego kobieta. Jej oczy były jak światło słońca, a skóra jak blask odległych gwiazd. Długimi, prostymi szponami przesuwała po jego ciele, a wtedy zauważył, że i on miał takie same szpony u palców. Kiedy go pocałowała, odkrył w jej ustach wydłużone kły i – ku swemu zdumieniu – w swoich ustach także. Co najdziwniejsze, miał wrażenie, jakby tak właśnie miało być. Zniżył głowę ku jednej niewielkiej piersi, i zamknął usta wokół ciemnozłotego sutka, świadomie raniąc zębami delikatną skórę. Jęknęła cicho i w odpowiedzi przesunęła szponami po jego kręgosłupie, aż jego ciało wygięło się w łuk, a on westchnął z rozkoszy. “No, dalej, Aurelianie – powiedziała głosem, który wywoływał w nim dreszcze. – Nie zrobisz mi krzywdy, oboje przecież jesteśmy nieśmiertelni”. W tym momencie zawsze się budził, zlany potem, z pragnieniem tętniącym w żyłach i sercem dziko tłukącym się w piersi. Sprawdzał, czy na końcach jego palców nie ma szponów, a potem żałował, że nie ma i tęsknił do tych uczuć, do tej istoty stworzonej ze światła i blasku. Oba te sny często występowały razem, jakby były częścią tej samej opowieści: jeden jako przedłużenie drugiego. Był prawie pewien, że mają jakieś znaczenie, ale nie potrafił go odkryć. Umykało jego poznaniu, choć odnosił wrażenie, że było tuż, na wyciągnięcie ręki. I to imię – Aurelian. Nie miał wątpliwości, że należy do niego, choć przecież nikt go nigdy nie używał. Ale to było uczucie silniejsze niż jakiekolwiek inne, smakowało ciepłem matczynej dłoni i domem. Nie potrafił o nim zapomnieć. Przypuszczał, że to imię nadali mu jego prawdziwi rodzice, choć w jego pamięci nie zachowały się żadne wspomnienia na ich temat. Pielęgnował w sobie to uczucie, choć było tylko snem, marzeniem, niewypowiedzianym na głos życzeniem. Najgorętszym pragnieniem serca. Wiedział, że został adoptowany. Jego przybrani rodzice powiedzieli mu o tym dawno temu, postanawiając, że nie będą mieli między sobą tajemnic. Kochali go jak własnego syna i ta wiadomość nie wywróciła jego świata do góry nogami. Nadal nazywał ich ojcem i matką i cieszył się, bo ich oczy jaśniały za każdym razem, kiedy to robił. Zwłaszcza teraz, kiedy oboje byli już starzy. Aż trudno uwierzyć, ale ojciec kończył właśnie sześćdziesiąt cztery lata. Nie do uwierzenia, jak ten czas szybko leci. On sam miał już dwadzieścia osiem lat. Był równie wysoki jak Vilander Arretche, ale na tym kończyły się podobieństwa między nimi. Kester miał nieco przydługie, srebrzystoszare włosy, które zaczesywał luźno do tyłu, ale które przy lada okazji niesfornie opadały mu na twarz. Jego oczy były zielone, tak zielone jak roztopione szmaragdy, lśniące w ciemnościach jak oczy kota. Twarz miała lekko trójkątny kształt, a skóra niezwykle jasną karnację, której zazdrościła mu niejedna kobieta. No i dłonie: szczupłe, wąskie, o długich palcach. Kościec wydawał się delikatny i kruchy, sprawiając wrażenie, jakby Kester nie był w stanie wykonywać ciężkiej, fizycznej pracy – byłoby to jednak błędne mniemanie, ponieważ pod bladą skórą rysowały się twarde mięśnie, powstałe właśnie dzięki ciężkiej, fizycznej pracy. Obecnie pracował jednak na uniwesytecie, wykładał literaturę w zastępstwie starego profesora, który miał kłopoty ze zdrowiem. Nie było to zajęcie, o którym marzył w szkole, ale w zupełności odpowiadał mu spokój bibliotek i czytelni, gdzie panowała niezwykła cisza i unosił się kurz. Tak było dobrze. Dziś też zasiedział się do tego stopnia, że o mało zapomniałby o urodzinach ojca. Pospiesznie zgarnął swoje notatki do teczki i nerwowo zerkając na zegarek, ruszył ku wyjściu. Jeśli się pospieszy, powinien zdążyć na ostatni pociąg metra, jadący w kierunku przedmieść. Potem jeszcze krótki spacer i już będzie w domu. Na szczęście prezent dla ojca zapakował rano, słusznie przewidując, że nie będzie miał czasu wstąpić do swojego mieszkania. W metrze przypadkowo usłyszał o ucieczce z więzienia o zaostrzonym rygorze. Była to sensacyjna wiadomość, news dnia: jak dotąd jeszcze nikomu nie udało się uciec z Zoltray. Podobno dokonał tego jeden ze zwolenników poprzedniego reżimu, obecnie stary człowiek, ponad pięćdziesięcioletni. Jak mu się to udało, pozostawało tajemnicą. Spikerka radiowa podała szczegółowy rysopis zbiega oraz numer telefonu, pod którym należało zgłosić, gdyby ktoś go zauważył. Nagroda była tak horrendalnie wysoka, że musiał to być bardzo ważny więzień, skoro władzom tak zależało na jego schwytaniu. Kester stracił zainteresowanie tym tematem, jak tylko spikerka przeszła do kolejnych wiadomości. Miał ważniejsze sprawy na głowie, niż rozmyślanie o zbiegłym więźniu. Zbliżał się koniec semestru, czekały go egzaminy, potem wystawianie ocen i użeranie się ze studentami, którym nie chciało się przygotować, a których ambicja wielokrotnie przewyższała posiadaną wiedzę. Wysiadając z pociągu, nawet nie zauważył, że na tej samej stacji, oprócz kilku innych osób, wysiadł również jakiś żebrak, podróżujący zapewne na gapę. Kester nie miał powodu się tym faktem przejmować, żebracy byli w zasadzie niewidzialni – dopóki rzecz jasna, zajmowali się swoimi sprawami i nie zaczepiali uczciwych obywateli. Gdyby się jednak odwrócił, zauważyłby, że rzekomy żebrak mierzy go uważnym spojrzeniem, a potem z wolna rusza za nim, kryjąc się w cieniu i ani na chwilę nie tracąc go z oczu. Kiedy obaj znaleźli się w środkowej części parku, żebrak nagle zniknął. Kester był zaskoczony, kiedy ni z tego ni z owego zobaczył na ścieżce parę kroków przed sobą brudnego obdartusa, od którego wyraźnie zalatywało alkoholem. Dopiero wtedy poczuł lekki niepokój. – Nie obawiaj się – powiedział żebrak zadziwiająco mocnym i trzeźwym głosem. – Nic ci nie zrobię. Chciałem tylko porozmawiać. Kester nie poruszył się. Wiedział, że lepiej nie wykonywać gwałtownych ruchów, zwłaszcza, że żebrak mógł okazać się narkomanem. – Mam przy sobie trochę pieniędzy – oświadczył spokojnie. – Możesz je wziąć, jeśli chcesz. Żebrak roześmiał się cicho, a Kesterowi ciarki przeszły po plecach. – Niczego od ciebie nie chcę, drogi chłopcze. Nie poznajesz mnie? – A powinienem? Nieznajomy uśmiechnął się wyrozumiale, po czym zdjął potarganą, brudną perukę, odkleił bulwiasty nos obficie pokryty krostami oraz splątaną brodę i wąsy. Jego własne włosy były ciemne, poprzetykane nitkami siwizny, twarz poorana zmarszczkami, a szare oczy zmęczone, jakby widziały zbyt wiele. – Jesteś zbiegiem z Zoltray – domyślił się Kester, natychmiast kojarząc żebraka z rysopisem uciekiniera. Na twarzy tamtego odmalowało się rozczarowanie. – A więc jednak mnie nie poznajesz – stwierdził z wyraźnym żalem. – Nazywam się Res Addar, należałem do gwardii przybocznej twego ojca... Domenicu. – Mam na imię Kester i nie znam cię, człowieku! – Kestera zaczynała irytować ta rozmowa. Coraz bardziej się przedłużała, a on nie chciał spóźnić się na urodziny ojca. – Odejdź, zanim wezwę policję! – Ty naprawdę nic nie pamiętasz – Addar potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Jak to możliwe, miałeś przecież cztery lata, powinieneś pamiętać! Swoją matkę, swojego ojca... Chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jesteś do niego podobny! – Dość! – krzyknął Kester, ze zdumieniem słysząc w swoim głosie nutę histerii. Mężczyzna zamilkł. Po chwili podjął ściszonym głosem: – Umarł przedwczoraj, w Zoltray. Kazał mi się tobą zaopiekować... dlatego uciekłem. A ty niczego nie pamiętasz... Co oni ci zrobili? – spytał ze smutkiem. – Nie chcę tego słuchać! – Kestera przeszły dreszcze. Zamknął oczy i zasłonił uszy dłońmi. – Odejdź! Proszę, odejdź! Słowa nieznajomego raniły go niczym fizyczne ciosy. Nie mógł ich słuchać spokojnie, jakby coś lub ktoś powstrzymywało go przed tym. To było niedopuszczalne, zakazane, niebezpieczne... zdrada... Kiedy otworzył oczy żebraka już nie było, jakby nigdy nie istniał. Parkowa alejka była zupełnie pusta. Stare drzewa szumiały cicho, poruszane lekkim wietrzykiem niosącym ożywczy zapach oceanu. Kester wciąż cały się trząsł, słowa wciąż brzmiały w jego głowie: “umarł przedwczoraj... kazał mi się tobą zaopiekować...” W pobliżu znajdowała się błogosławiona ławka. Kester opadł na nią z westchnieniem ulgi, bo miał wrażenie, że nogi zaraz odmówią mu posłuszeństwa. W ogóle nie czuł się zbyt dobrze: serce waliło mu jak młotem, krew dudniła w uszach, drżały dłonie. Poczuł nudności, z trudem zapanował nad odruchem wymiotnym. Jak przez mgłę napłynęły inne słowa, inne obrazy. Piękna kobieta, uśmiech radości na jej twarzy, czułość i bezpieczeństwo. “Domenicu, moje dziecko”. Wysoki mężczyzna o włosach barwy srebra, duma i miłość w jego spojrzeniu. “Mój jedyny syn”. Cienie przeszłości, odblaski wspomnień. Nigdy wcześniej nie przydarzyło mu się nic podobnego. Jego umysł nie potrafił tego zinterpretować, był jak martwy, ogłuszony – zrozumienie tego wszystkiego, nadanie temu jakiegokolwiek sensu było w tej chwili ponad jego możliwości. Kester postanowił skierować myśli na inny tor. Przyjęcie urodzinowe ojca. Podniósł się z wysiłkiem i skierował ku domowi rodziców. Drzwi otworzyła mu matka i aż przeraziła się na jego widok. – Dziecko drogie, jesteś chory?! – wykrzyknęła. – Powinieneś zostać w domu! Wyglądasz strasznie! Zerknął na swoje odbicie w lustrze. Poszarzała twarz, nieprzytomne spojrzenie, krople potu na skroniach. Wyglądał jak upiór. I tak się czuł: jak nie do końca martwy. – Chyba... chyba nie czuję się zbyt dobrze – przesunął dłonią po czole. Palce pozostały mokre. – Mogę wziąć prysznic? Na pewno poczuję się lepiej. – Oczywiście, chłopcze, możesz skorzystać z łazienki na górze – powiesiła jego płaszcz na wieszaku. – Zaraz poszukam twoich starych ubrań, żebyś mógł się przebrać – zatrzymała go, kiedy skierował się już ku schodom. – Kester, jesteś pewien, że obejdzie się bez pomocy lekarza? Uśmiechnął się słabo i uspokajająco poklepał jej dłoń. – To tylko chwilowa niedyspozycja, mamo, z pewnością spowodowana przepracowaniem – odparł, siląc się na beztroski ton. – Nie mów nic ojcu, nie chcę mu psuć wieczoru – spojrzał w stronę jadalni, skąd napływał gwar głosów, szczęk sztućców i przyciszone dźwięki muzyki. – Dobrze. Ale pospiesz się, proszę. Biorąc prysznic, Kester nie był już taki pewien zapewnień złożonych matce. Wcale nie poczuł się lepiej. Wciąż czuł tę obezwładniającą słabość w całym ciele, wciąż miał dreszcze. Chyba naprawdę był chory – przecież to niemożliwe, by taką reakcję organizmu wywołała byle rozmowa z jakimś pomylonym żebrakiem! Ale Kester nie był głupcem i zdawał sobie sprawę z tego, że właśnie ta rozmowa odblokowała w jego umyśle jakieś dawno zamknięte drzwi. Umysł jednak walczył z tym, uparcie nie pozwalając sięgnąć głębiej, dalej. Ale serce... ono pragnęło więcej. Ileż to razy Kester zastanawiał się nad swoim pochodzeniem – trudno zliczyć. Spędzał długie godziny na wyobrażaniu sobie swoich rodziców i sposobów, w jakich mogli razem spędzać czas. W jego dziecinnych marzeniach matka była młoda i piękna, a ojciec przystojny i szlachetny. Kiedy nieco podrósł i zaczął inaczej pojmować wiele spraw, dręczyło go pytanie, dlaczego znalazł się w sierocińcu. I dlaczego nie pamiętał swojej rodziny, przyjaciół, znajomych. Nie pamiętał niczego przed adoptowaniem. To tak, jakby do szóstego roku życia w ogóle nie istniał. A teraz pojawił się ten żebrak, twierdząc, że go zna, że znał jego rodziców. Res Addar... Kim był ten człowiek? Uważał, że Kester powinien go pamiętać, ale oczywiście nie pamiętał – ani jego, jeśli prawdą było to co mówił, ani nikogo innego. Inny czas, inne miejsce, dziwnie znajome... Jakiś wysoki mężczyzna w mundurze. “Pobawisz się ze mną?” “Nie mogę, jestem na służbie.” “A później?” “Później... zobaczymy.” Pojawia się inny mężczyzna o włosach płonących czerwienią i złotem, o oczach starszych niż cały wszechświat, bierze go za rękę. “Chodźmy, Domenicu, nie przeszkadzaj panu kapitanowi. Mama na ciebie czeka.” Kester ocknął się na podłodze łazienki, nagi i drżący – nie tylko z zimna. Łzy płynęły po jego twarzy. Obezwładniające mdłości targnęły jego żołądkiem. Podczołgał się do klozetu i zwymiotował. Poczuł chwilową ulgę. Nie wiedział, co się z nim dzieje – jeszcze nigdy się tak nie czuł, jakby wszystko się rozpadało, świat tracił na realności i stawał się snem szaleńca. Zdawał sobie sprawę, że te przebłyski to wspomnienia. Wspomnienia z czasów, kiedy jeszcze miał ojca i matkę, kiedy był dzieckiem. Och, nie wierzył w to, co mówił żebrak... chyba nie. Ale jego słowa były kamieniem, który wywołał lawinę. Lawinę pytań. A jednak coś uparcie nie dopuszczało go głębiej, nie pozwalało zrozumieć do końca. Jakby w jego umyśle siedziały dwie różne osoby: jedna pragnęła poznać prawdę za wszelką cenę, a druga starała się do tego nie dopuścić. Z wolna Kester doszedł do siebie. Wprawdzie wciąż wyglądał jak człowiek ciężko chory, ale sądził, że da radę przetrwać dzisiejszy wieczór. Może nie będzie aż tak źle. Może mu to przejdzie. Westchnął ciężko. Sam w to nie wierzył. Kiedy wyszedł z łazienki, na korytarzu czekała na niego matka. Miała bardzo zmartwioną minę. Na dole było dziwnie cicho – zamilkły rozmowy, ustała muzyka. – Coś się stało? – Przyszli dwaj panowie z policji. Pytali o ciebie. – O mnie? – zdziwił się, ale natychmiast zrozumiał: żebrak, zbieg z Zoltray. – Chyba wiem, o co im chodzi. W korytarzu pojawił się ojciec. Przywitał się krótko z synem, ale nie miał zadowolonej miny. – Ci panowie zaczynają się niecierpliwić – powiedział. – Lepiej się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych