Wróć do katalogu

Tchnienie

„Istotną cechą miłości jest wiara,że będzie trwać wiecznie...” William Manghall

Andie, opublikowano , 51 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

TCHNIENIE

„Istotną cechą miłości jest wiara, że będzie trwać wiecznie…” William Manghall

ی

Na niebie płonęło morze migoczących gwiazd, a najjaśniejsza z nich któregoś boskiego, błogosławionego dnia zstąpiła na ludzki padół właśnie po to, by mnie odnaleźć. Spośród sześciu miliardów ludzkich spojrzeń, to między naszymi zrodził się ogień i w jednym ułamku sekundy poczułem,, że miłość może być wieczna… Miała na imię Weronika. Twarde brzmienie czystego diamentu. Dla diamentów ludzie skłonni są zrobić wiele. Ja dla Niej gotowy byłem poświecić wszystko, czym byłem i czym stać się mogłem…całego siebie…cokolwiek… Była dla mnie wszystkim – chwilą zadumy, porywającą symfonią, bolesną konwulsją. Wodą spokoju, ogniem namiętności, życiodajnym powietrzem, Ziemią Wybraną – wszystkimi czterema żywiołami skumulowanymi w jednej, drobnej osóbce… Śmiesz twierdzić, że każdy z nas jest odmienny? Cóż, Weronika nie była po prostu „inna”…ona była unikatowa. Pod każdym względem. W każdym milimetrze jej delikatnego ciała. Nigdy wcześniej i nigdy później już nie patrzyłem na inną kobietę w sposób, w jaki przyglądałem się Jej najdrobniejszym gestom: niewinnemu przeczesywaniu dłonią opadających ciemną falą włosów, słodkiemu marszczeniu brwi w momentach, kiedy używałem słów, których znaczenia nie pojmowała (ach, jak słodkiemu!), pojawianiu się delikatnego dołeczka pod prawym zakątkiem warg, kiedy roztapiała moje serce swym anielskim śmiechem.

Moja przystań, mój Gabriel, moje ukojenie.

Właściwie to do tej pory nie dociera do mnie w pełni, co się wydarzyło.

Prosiłem: „ Poczekaj”, przyrzekłem: „ Wrócę”, ucałowałem wierzch jej dłoni i miodowe kąciki ust. I powróciłem, jak przysięgałem. Przywitała mnie rozdzierająca pustka. W ten prosty, prozaiczny wręcz sposób po niezapomnianych latach Arkadii zostałem sam.

Jak rozdarte prześcieradło porzucone gdzieś na śmietniku. Jak świątynia bez swojego bóstwa.

Moja Muza odeszła… …

Moja Muza… odeszła.

ی

-Tak. Myślę, że tym razem mi się uda. Trochę wiary, Adamie. Myślę, że wreszcie zaczerpnąłem odpowiednich słów i stworzyłem dzięki nim kompozycję, o którą mi chodziło. Zdaje się, że poruszyłem w sobie odpowiednią strunę; potem słowa popłynęły już same…zupełnie, jak rzeka…zupełnie, jak… łzy..- dodał po chwili, cicho wzdychając.

-Słucham? – głos z drugiej strony zdawał się nie do końca rozumieć porównania.

Florian nerwowo ścisnął dłonią słuchawkę: – Łzy? Nie, nie...źle się najwidoczniej wyraziłem… Sekunda namysłu -Wybacz, mój umysł czasem mnie szczerze zaskakuje. Nigdy nie mogę przewidzieć, jakich skojarzeń mogę się po nim spodziewać i jakie to słowa, mówiąc pospolitym językiem, przyniesie mi na język moja własna ślina..

-Wiem, wiem, przyjacielu. Nie znamy się przecież od dzisiaj…-głos młodego mężczyzny odzyskał żywszą barwę

-Tak. Racja… Wracając jednak do tematu, postawiłem finalną kropkę we wstępie -„Odeszła”. Kropka. – Florian nawet nie próbował ukryć nuty dumy – prosto, zwięźle, porywająco, mam nadzieję, co bardziej wrażliwe osobowości.

-Florianie, uwierz mi, że żywię równie silną nadzieję, że Twoja nowa książka okaże się kolejnym bestsellerem. Twój sukces jest i moim sukcesem. No i, oczywiście, zastrzykiem gotówki też bym nie wzgardził. Ostatnio…ekhm...zresztą sam wiesz, jak jest.

Wiedział, jednak nie odpowiedział ani słowa.

-Twoje ostatnie książki...cóż...powiedzmy to sobie szczerze - nie cieszyły się zbyt dużym uznaniem- Marek wydobył z siebie ten ciąg słów i odetchnął z ulgą, kiedy ostatnia sylaba zadźwięczała już w słuchawce. Miał nadzieję, że wyraził się bardzo delikatnie. Za nic w świecie nie chciałby urazić swojego przyjaciela.

-Możliwe…ale teraz będzie inaczej – mówiąc to Florian poczuł się trochę jak niezbyt przykładny maż próbujący przekonać swoją żonę, że zerwie z wyniszczającymi go nałogami i od tej pory stanie się lepszym człowiekiem.- Czuję w sobie iskrę natchnienia. Rozpala mój umysł, rozżarza ogień moich myśli i płonie..

-Niech płonie!!! Nie pozwól jej tylko zagasnąć!! – zakrzyknął rozmówca z odrobiną wesołości – Przy tym ogniu chciałbym i ja się ogrzać...heh…

-Mam co do tej powieści szczególną nadzieję. – dodał Florian po chwili - Postacie…jeszcze przecież nie spisałem ich losów a już żywię wobec nich pewną specyficzną dozę sentymentu.. Może dlatego, że przypominają mi pewne osoby, które kiedyś dobrze znałem..

-Maria? Chyba nie pisałeś o Marii? – Adam ugryzł się w język. Za późno. -Przepraszam, nie powinienem … Po obu stronach linii telefonicznej zapadła krępująca cisza. Florian szepnął do siebie w zaciszu swojej duszy: „naturalnie, że o niej”, jednak pobladłe na sam dźwięk jej imienia wargi załgały: – Nie. To było dawno temu. Jej obraz dawno zamazał się już w mojej pamięci. Nie potrafiłbym dziś wskrzesić jej postaci intensywnymi kolorami. (próbował zabrzmieć przekonywująco, jednak jego przyjaciel nie dał się zwieść z tropu)

Znów chwila kłopotliwej dla obu ciszy. Adam szczególnie nie lubił podczas rozmów z pisarzem właśnie takich momentów, kiedy ten nagle urywał swoją wypowiedź, a on mógł tylko domyślać się, czy oznacza to, że tamten szuka odpowiednich słów, chce coś jeszcze dodać, oczekuje zmiany tematu, czy też może jest już zupełnie zmęczony konwersacją. Dłuższe czy krótsze momenty podobnego milczenia wciąż go lekko irytowały, choć po dość długim okresie znajomości z Florianem zdążył się już mniej lub bardziej do nich przyzwyczaić. Korlecki jest artystą, a artystom wybacza się wiele. Nawet, jeżeli żyjąc w swoim wyimaginowanym świecie przechadzają się z głową w chmurach i nieświadomi niczego depczą małych człowieczków czołgających się koło ich stóp po brunatnej, skalanej prozą ziemi.

-W każdym bądź razie cieszę się, że pierwsze zdania mam już za sobą. – padło po chwili - te zwykle bywają najtrudniejsze. Wyobraź sobie, że w koszu, kominku, pod łóżkiem i gdzie tylko pomyślisz – w każdym zakątku mieszkania- plączą się pokreślone kartki z moimi bazgrołami– niechciane dzieci, bachory symulowanych przypływów natchnienia spłodzonych metodą in-vitro.

- Pozwól mi zgadnąć co to za metoda- procenty? – Adam spytał, nie ukrywając nawet nutki żartu.

Głos Floriana z lekka się rozchmurzył: - Zgadza się. Szklaneczka gorzałki, butelka gorzałki, całe morze.

Adam nie potraktował jego słów poważnie. Pisarz dobrze o tym wiedział, jednak szczerze mówiąc- zupełnie go to nie obchodziło. Niech każdy myśli sobie co chce tak długo, jak nie miesza się w jego sprawy.

-Ostatecznie uważam, jak na chwilę obecną, że dobrnąłem do celu i, jak na razie, dosyć podoba mi się cała ta moja pisanina. Oczywiście, przed wydaniem wprowadzę tu jeszcze setki poprawek, ogólna jednak esencja zostanie nienaruszona…

-Rozumiem. Jutro wpadnę zerknąć na to, co już masz. A Ty tymczasem pisz, pisz! Świat czeka na kolejny bestseller Floriana Korleckiego!!

-Tak, ale nie dziś, drogi przyjacielu. Jest już dosyć późno. Część moich komórek zachęca mnie do dalszego pisania. Część znowu, przedkładając zmęczenie, nakazuje położyć się spać. A ponieważ tych drugich jest zdecydowanie więcej, zdaje mi się, że nie będę im się sprzeciwiać. Dobranoc.

-Ach…rozumiem. Rzeczywiście jest już późno. Dobranoc. W takim razie wpadnę zerknąć na to jutro.

Florian odłożył słuchawkę. Tak naprawdę to wcale nie był śpiący. Późna godzina była jednak wyśmienitą wymówką, aby mógł gładko wywinąć się od dalszej rozmowy. Nie chciał, żeby Adam wiedział, iż zamierza teraz pisać. Sam nie wiedział dokładnie dlaczego. Może bał się zapeszyć szczęśliwego początku- tak bardzo zależało mu, aby książkę tę napisać bardzo starannie. Zasiadł przed komputerem i dotknął palcami klawiatury. Słowa popłynęły już same.

ی

Walizka upadła z hukiem na podłogę .Lawa gorąca buchnęła mu prosto w twarz, a kościste palce zakleszczyły niczym szpony drapieżnego ptaka .zapisaną kobiecym pismem kartkę papieru Niemożliwe! Nie… nie!!!! Weronika!!! - krzyknął Sebastian, jakby rażony piorunem -Weronika! Daj spokój, głupia zabawa!! Głupia, dziecinna zabawa!! Gdzie jesteś?!

Otworzył z trzaskiem drzwi do sypialni mając nadziej, ,że list, który właśnie przeczytał - list pożegnalny- był kolejną igraszką, niewinną zabawą jego Weroniki. Dobrze wiedział, że lubiła się z nim droczyć. Tak zapewne było i w tej chwili.

Kolejny raz przebiegł rozgorączkowanym spojrzeniem świstek papieru. „(…)a ponieważ Cię tu teraz nie ma, nie będziesz próbował mnie zatrzymać…(…)” „(…)proszę, nie próbuj mnie szukać(…)” „(…)wierzę ,że kiedyś mnie zrozumiesz, a wtedy nic nie będzie stało już na przeszkodzie, abyś mi wybaczy… odchodzę (…)” „Żegnaj, Weronika”. Nie mogła go przecież tak zostawić!! Nie mogła go, ot tak, opuścić!! Przecież mieli być na zawsze razem!! Weronika??!! Kochanie??!!

Nie było Jej w salonie ani na tarasie, nie ukryła się również w łazience. Kochanie, nie rób mi tego…- szepnęły omdlałe wargi tuż przed tym, jak desperackim ruchem odsunął drzwi od prysznica. Pustka. Z sączącą się z ust śliną Sebastian dopadł do garderoby. Przeraziła go armia świeżych, wyprasowanych, idealnie gładkich koszul zawieszonych na drewnianych wieszakach. Ten widok będzie prześladować go do końca życia! Trupioblade koszule, bezkrwiste strachy na wróble, zwiastuny nieuniknionego. Od razu zauważył, że po jej sukienkach nie pozostał nawet marny ślad.. Zniknęły wszystkie, co do jednej. Ta zwiewna zielona, ślicznie odsłaniająca Jej kształtne łydki, krótka niebieska, w której przeglądał się lazur nieba dnia, kiedy ujrzał Weronikę po raz pierwszy(błogosławiona Apokalipsa!), nawet ta beżowa z nierówno zszytą z tyłu czarną koronką, której tak nie lubiła twierdząc( zupełnie bez racji),iż dodaje Jej wagi. Wszystkie rozpłynęły się w powietrzu. Przeczesał rękami gąszcz swoich koszul. Jest. Zostawiła swoją ulubioną. Zwykłą, z długim rękawem, w kolorze kości słoniowej. Ta koszula należała do Sebastiana, jednak to Weronika uwielbiała się w niej przechadzać. Często zakładała ją prosto po kąpieli na swoje miękkie, pachnące różą i boską konwalią ciało. Siadała tak ze skrzyżowanymi nogami na fotelu naprzeciwko biurka i przypatrywała się jego pracy. Wyglądała tak niewinnie i subtelnie świeżo. Kremowy kontur kołnierza dotykał Jej szyi i spływał linią niżej, do cienia piersi. Zmysłowe płótno przysłaniające fragmentarycznie jedwab Jej ciała nie pozwalał mu się skupić nad pisaniem, więc od czasu do czasu odzywał się w preludium z rozgrzanym metalem jego dotyku.

Chwycił rękaw i przybliżył go do twarzy. Odebrała mu wszystko. Nie dopuściła nawet do tego, aby Jej duch pozostawał w tym mieszkaniu żywy pod postacią oszałamiających nut konwalii zabłąkanych gdzieś we włóknach koszuli. Tego dnia bowiem koszula pachniała obco – chemicznie- prozaicznym i bezosobowym proszkiem do prania. Nigdy by nie przypuszczał, ,że Weronikę stać na okrucieństwo takiego stopnia.

Zdarł nieszczęsny kawałek materiału z wieszaka i rzucił go w kat sypialni. Jest teraz bezużyteczną szmatą. Jak mógłby kiedykolwiek w życiu go założyć? Nie, nie odważyłby się; nie miałby wystarczająco dużo sił. Śmierć w płomieniach kominka będzie dla niego najlżejszym końcem egzystencji.

Usiadł ostrożnie na skraju łóżka i dotknął drżącą dłonią chłodnej tafli pościeli. Co myślała, gdy odchodziła? Czy choć raz spojrzała za siebie kierując ostateczne kroki w kierunku drzwi?

-Nie!!!- krzyknął czując nagły napływ energii, która rozpętała w jego żyłach burzę – Nie mogłaś tak po prostu odejść!!!

Sebastian zataczał się po pokoju niczym ranne zwierzę. A szaleńczym wyrazem twarzy począł wywracać stojące mu na drodze meble. Niewielkie dotąd mieszkanie wydawało się być w tym momencie olbrzymie i nieokiełznane, a do tego powleczone siatką idealnych kryjówek do zabawy w chowanego. Weronika musi tu gdzieś być!

Przeszukał wszystkie pokoje kolejny raz, cal po calu, pozostawiająca sobą wszędzie lepkie, krwistoczerwone ślady wypływające z jego rozdartego serca.

Zawrócił do sypialni.

-Weronika!!! Weronika!!! Ostatni raz Cię wołam! („ostatni”- jakże smutnie, jak prawdziwie to zabrzmiało!)

Odpowiedziała mu głucha cisza. Niczym roślina, z której pasożyty wyssały wszelkie soki życiowe, Sebastian osunął się bezwiednie na pościelone łóżko i zakrył twarz w przepoconych strachem dłoniach.

-Weronika…-szepnął już tylko cichutko czując, że zupełnie opada z sił. Nie było już lęku, niedowierzania, gniewu; może jedynie dołujący spokój… W jakim celu zawołał Ją kolejny raz? Nie potrafił odpowiedzieć. Przecież dobrze wiedział, że nikt mu nie odpowie. Wiedział, ze Jej już tu nie ma. Że trwa tu tylko on, rozdeptana miazga z czegoś, co niedawno zwykło zwać się mięśniem sercowym i szum przelewającej się gdzieś wewnątrz krwi. Chciał po prostu usłyszeć Jej imię wymawiane w tym mieszkaniu- brzmienie tych czterech drogich sylab- każdą pojedynczą literę odbijającą się od ścian ich wspólnej sypialni. Po raz ostatni.

ی

-I? Jak Ci się podoba? – Julita obróciła się powoli zataczając kąt 360’, a gdy stanęła znów twarzą do Floriana, uśmiechnęła się promieniście w jego kierunku. Właśnie szła go odwiedzić, kiedy zauważyła na wystawie sklepowej „niesamowitą oliwkową sukienkę bez pleców!” Szybko stała się chudsza o równowartość ceny owej kreacji i przybiegła jak najszybciej do swojego partnera (Florian nienawidził, gdy go tak nazywała, a jeszcze bardziej nienawidził ruchu jej warg, gdy wymawiała ten wyraz w związku z nim).

Julita wpadła jak szalona do pokoju w którym siedział, aby pokazać się mu w nowej zdobyczy. Oto i siedział teraz przed nią na swoim łóżku- spokojny i obojętny, zupełnie nieporuszony bijącym od niej pięknem.

-Hej! Mówię do Ciebie!!- podniosła głos, by zwrócić na siebie jego uwagę, by sprowadzić go z powrotem na ziemię, aby był tu razem z nią i tak jak ona cieszył się z szykownej sukienki. Podniósł twarz i popatrzył jej prosto w oczy, jednak myślami znajdował się zupełnie gdzie indziej. Najpierw, zauważając metkę z ceną i szybko uświadamiając sobie, że zapewne będzie zobligowany do pokrycia części kosztów, próbował przypomnieć sobie, czy Julita nie studiowała czasem rzeźbiarstwa– w rzeźbieniu jego kieszeni była bowiem niezastąpiona. Później…później jego myśli uciekły gdzieś w miejsce, którego sam nie potrafił bliżej zidentyfikować. Dopiero, gdy po jakimś czasie dotarło do niego zniecierpliwione kobiece chrząkanie, skierował otępiałe spojrzenie wypchanego zwierzaka na jej sukienkę. Tak przynajmniej wydawało się Julicie. Obróciła się znów powolutku na tyle, by mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Oczekiwała na istotnie wyszukany komplement. Tymczasem Florian, choć rzeczywiście wpatrywał się w okolice jej bioder, to jednak nie widział przed sobą ani Julity, ani tego, co miała na sobie.

Zupełnie niedawno była tu Maria. Stała tuż przed nim, w tym samym pokoju, w tym samym miejscu, promienie słoneczne w podobny sposób rozświetlały krawędź jej szyi, identycznie wreszcie pachniał za oknem bukiet bzu na czyimś balkonie. Podeszła do niego i z typowym dla siebie uśmiechem (Boże, ile było w niej słodyczy!) obkręcała się przed nim prezentując świeżą zdobycz. Patrząc na nią nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Bóg do samego końca nie mógł się zdecydować, czy istotę ową uczynić kobietą – czy aniołem.

Nie szczędził na nią pieniędzy. Miała wszystko, czego tylko zapragnęła. Czasami nawet nie musiała o nic prosić, wystarczyło, że o czymś wspomniała lub zerknęła z marzycielskim wyrazem twarzy. Spełniał każdą jej zachciankę, każdy błahy kaprys. Po prostu nie było powodu, aby odmawiać jej czegokolwiek … w końcu miłość to swoisty rodzaj inwestycji.

Czy żałuje teraz, że poświęcał się jej bezgranicznie – każdą sekundę, każdą złotówkę? Nie, nie żałuje niczego. We wszystkim wyglądała jak młoda boginka. Zobaczyć Neapol i umrzeć?- nie. Spojrzeć na Nią i odpłynąć na anielskich skrzydłach w wieczność zachowując w pamięci jedynie jej obraz – to najbardziej pożądany rodzaj śmierci.

Tak często powtarzał Marii, że wygląda olśniewająco, lecz zawsze było to za mało. Był przecież pisarzem – a jednak nie potrafił oddać słowami jej niezwykłego piękna. Wielokrotnie podejmował próby zaklęcia jej czaru w kleszcze słów, jednak za każdym razem kończyło się to na rodzeniu połamanych, kalekich i wulgarnie pospolitych frazesów. Bo jakże opisać zachodzące płomienną czerwienią słońce odbite w kryształowej tafli wody? Jak oddać bicie serca maleńkiego kotka, pokrytego leciutkim meszkiem, przestraszonego faktem, że spoczywa właśnie na obcej dłoni ludzkiej? Maria łączyła w sobie to wszystko. Zupełnie, jakby ktoś-geniusz czy szaleniec- skoncentrował w jednej osóbce całe zapierające dech w piersiach piękno tego świata. Kochał każdy jej ruch, każde drgnienie jej powieki, święcił każdą cząsteczką powietrza, którą wydychała. Nie, nie zwariował. To byłoby zbyt proste. Osiągnął najwyższy poziom natchnienia.

-No i jak wyglądam?- bezczelnie wtrąciła się Julita. -Ładnie. – odparł po dłuższej chwili -Ładnie? – w jej głosie wyraźnie dało się wyczuć rozczarowanie - A nie mógłbyś zdobyć się na coś bardziej poetyckiego? Zapadła minuta ciszy. Florian zmarszczył w namyśle czoło. - Bardzo ładnie.

ی

-Przeczytałem. Cóż, na razie nie ma tego za wiele – Adam mrugnął porozumiewawczo w stronę Floriana, który siedząc na wygodnym krześle naprzeciw niego wpatrywał się ze stoickim spokojem w pole szachownicy - Ale powiem Ci, że naprawdę mi się podoba. Gdybym był kobietą, z pewnością bym się rozrzewnił.

- To nie będzie romansidło – w zdecydowanym głosie Floriana dało się wychwycić pierwsze pioruny. -Oczywiście, oczywiście – spróbował załagodzić sytuację przyjaciel. Pragnął uratować sielski obrazek bezchmurnego nieba, jakie do tej pory wznosiło się nad nimi podczas leniwej partyjki.- Nigdy bym Cię o to nawet nie podejrzewał. Znając, czytając Twoje poprzednie książki. To byłoby zbyt… -Banalne. Adam podniósł w lekkim zaciekawieniu brwi: -Tak.. Hmm.. czasem zastanawiam się, dlaczego ostatecznie nie zostałeś psychologiem. Byłbyś dobry w tym fachu. Wiesz, to, co piszesz- te uczucia, emocje, myśli – wszystko zdaje się być takie realne, takie… ludzkie, nie wiem.. Spojrzał na niego uważniej licząc, że Florian podejmie temat i może nawet częściowo mu to wytłumaczy. Ten jednak nie odrywał wzroku od czarno- białych pól szachownicy. -Ale dokonałeś słusznego wyboru. Czy można wyobrazić sobie lepsze połączenie niż psycholog- pisarz w jednym ciele? -Hybryda…- mruknął pod nosem Florian przesuwając pionek -Słucham? Nie..- uśmiechnął się jego towarzysz uznając to za kolejny wymyślny żart artysty - Raczej, powiedziałbym, geniusz. Mędrzec, znawca ludzkich dusz opatrzony niezłym piórem! -Żałosna kreatura nie mająca prawa do życia. Przygniecenie butem byłoby dla niej najłaskawszym zakończeniem. -Mało romantyczny ten Twój rodzaj śmierci. -Twój ruch. -Taaaak…- Adam nie do końca nadążał za śmiałymi myślami przyjaciela. Szybko, aczkolwiek niezbyt rozsądnie wykonał ruch swoją figurą – Jak się czujesz? -Ciśnienie w normie, temperatura ciała 36,6’, w podskokach dochodzi do 36,7’, jeżeli o to ci chodzi. -Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli. Pytam o…no wiesz...ostatnio dziwnie się zachowujesz.. jakby to do ciebie znów wracało; jakbyś przeżywał to jeszcze raz. Florian nie oderwał wzroku od szachownicy, jednak ścisnął mocniej pionek, który właśnie trzymał w palcach. -Bzdura. Adam poczuł, że jest na dobrym tropie. -Domyśliłem się, że piszesz o Marii.

Tym razem z oczu Floriana posypały się ogniki. Jak on śmie wymawiać w jego obecności Jej imię??? -Cholera!! Czy wszystko musi się zawsze sprowadzać do niej?? Czy ja jestem jednym facetem na tej ziemi, którego kopnięto, odtrącono i porzucono jak parszywego pchlarza???! Mam ciekawsze rzeczy do roboty…

-Daj mi spokój, Adam – dodał po chwili, lekko już uspokojony, zauważając przestraszone spojrzenie towarzysza gry – po prostu piszę. Chcesz ode mnie kolejnej książki- więc piszę. Na pewno nie o sobie. Nie bądźmy dziećmi, niej jestem ekshibicjonistą. Nie obnażam się. Wszystko tam jest zmyślone. Sam nie uwierzył w to, co właśnie powiedział. Kłamstwa, kłamstwa. -Dobrze… naprawdę nie chciałem cię denerwować. Wybacz. Moja kolej?

Wrócili do gry.

Florian utkwił wzrok w swojej królowej, pięknej figurze z jasnego drewna. Maria miała kiedyś kolczyki z oczkiem podobnego koloru. Jednego zgubiła kiedyś na plaży, gdy wybrali się podziwiać zachód słońca. Przeczesywali suchymi palcami rozgrzany piasek wokół miejsca, gdzie siedzieli, lecz nie znaleźli nic ponad zardzewiały kapsel i parę opuszczonych muszli. „Ciekawa jestem, co też pomyśli sobie osoba, która go kiedyś odnajdzie...” –zastanawiała się na głos Maria- „czy będzie próbowała wyobrazić sobie kim była jego właścicielka? Jaka jest jej historia? Jak myślisz, kochanie?” Nie odpowiedział – bo cóż też miałby odrzec? Któregoś szarego dnia kolczyk zostanie odgrzebany przez umorusanego dzieciaka paprającego się w mokrym piasku połamaną łopatką. Podbiegnie od razu do swojej mamy, ściskając w ręce niezwykle wykopalisko w nadziei otrzymania tuzina pochwał i, być może, również jakiegoś orderu za niezwykłe zasługi. Ta zaś chwyci swą młodą latorośl za rękę, nasączy śliną chusteczkę i z całych sił pocznie wcierać ją w jego ręce, ostro karcąc za „podnoszenie z ziemi różnych paskudztw, z którymi ludzie nie wiadomo co wyprawiali”. Następnie zakleszczy piękny kolczyk w swoich chudych palcach i z zamachem rzuci go w otchłań morza. Potem, bardzo możliwe, błyskotką zainteresuje się jakaś drapieżna ryba. Wyląduje w jej żołądku wyścielonym cząstkami innych ofiar. Najzabawniejsza alternatywa wyglądałaby jednak następująco – ryba owa wylądowałaby któregoś dnia na ich stole. Rozkroiłby ją do posiłku, a wewnątrz zalśniłaby piękna biżuteria. Sytuacja zupełnie nieprawdopodobna- czy jednak kompletnie niemożliwa? Florian uśmiechnął się wtedy pogodnie pod wąsem rozmyślając o potencjalnych przygodach zgubionego kolczyka. Teraz już by się tak w tej sytuacji nie zachował. Powód pierwszy: dawno temu zgolił wąsy; drugi: było to w czasach, kiedy jeszcze potrafił się uśmiechać i czynił to nawet dosyć często. Ale wtedy miał ku temu powód. Tym powodem była Maria.

Była jego żoną. Poznali się na sopockim molo w czasach, kiedy dopiero rozpoczynał swoja karierę i zakosztował jedynie paru drobnych sukcesów literackich. Pokochał ją od pierwszej sekundy. Początkowo stał za nią w bezruchu próbując odgadnąć, czy zjawisko owo nie jest czasami fantastycznym wymysłem jego bujnej wyobraźni, lecz gdy nagle odwróciła się a ich spojrzenia skrzyżowały, wiedział już, że nie tyle kobieta ta jest dla niego wszystkim, co, że bez niej nie ma niczego. Tchnięty niezwykłym przeczuciem gotowy był się jej oświadczyć od razu tam, na miejscu; klęknąć przed nią na kolana i przyrzec wierność i miłość rozciągniętą w nieskończoność. Ze względów czysto obyczajowych uczynił to niepełny miesiąc później.

Pobrali się wśród śpiewu ptaków i biciu gorących serc. Błogostan trwał dziewięć lat. Dziewięć magicznych, natchnionych, długich, krótkich lat. Dziewięć wiosen ze złocistym słońcem i soczystą zielenią. Potem nadeszła sroga zima, która zamroziła w swoich lodowatych okowach cały świat. Jedna z takich mrocznych zim, w których ciszy słychać jedynie głosy konających z mrozu, choroby i złamanego serca.

Maria była natchnieniem dla jego twórczości, sensem życia, odciążeniem dla portfela. W dniu jego 32 urodzin podarowała mu zegarek z wygrawerowanymi słowami: „Na zawsze”, czasami własnoręcznie szykowała kolacje przy świecach, a pewnego dnia zostawiła go dla jakiegoś podrzędnego dentysty z prywatnym gabinetem i śladami po dawno przebytej ospie pod lewym okiem. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Każdego dnia budził się z rozdzierającym go straszliwym bólem.

Gra toczyła się bardzo leniwie. Przypadkowy obserwator zapytany, czy grają tu ludzie, czy może jest to rozgrywka dwóch kamiennych posągów, mógłby się zawahać. I byłby całkowicie usprawiedliwiony. W pewnym momencie z radia, (które zdawało się mieć w sobie najwięcej życia spośród wszystkich postaci i rzeczy zgromadzonych w pokoju), popłynęła piosenka „In loving memory” Alter Bridge.

„Thanks for all you’ve done, I’ve missed you for so long, I can’t believe you’re gone..”

Adam podświadomie zdawał sobie sprawę z faktu, że radio gra, jednak nie wsłuchiwał się w najmniejszym stopniu w przekazywaną treść. Florian natomiast zastygł w bezruchu. W tym momencie nawet najbardziej bystremu oku byłoby ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy koncentruje się on na piosence, czy może na możliwej linii ataku.

„You still live in me; I feel you in the wind, You guide me constantly..”

Palce, z których odpłynęła zemdlona krew zacisnęły się mocno wokół grzywy skoczka, oplatając go lodowymi kajdanami. Przyduszany konik parsknąłby zapewne upiornie i wybił mu płuca kopytami chcąc wyrwać się z morderczego uścisku- z pewnością tak by postąpił – gdyby tylko nie fakt, że był jedynie malutką miniaturą konia wykonaną z drewna. Drewniane zwierzęta można dusić do woli, bez żadnych konsekwencji.

„I never knew what it was to be alone, no..”

Florian nie potrafił już dłużej udawać, ze słowa piosenki są mu obojętne i nie sprawiają bólu. Pragnąłby stąd uciec, zniknąć, nie żyć, nie być, nie słyszeć słów, które były jak jego własne; które stanowiły precyzyjne odzwierciedlenie stanu jego duszy. Były to bowiem treści, których sam bał się wypowiedzieć. Nazbyt brutalnie przypominały mu o jego samotności. „Nie, nie słuchaj, nie myśl! Boże! Dlaczego nie uczyniłeś mnie głuchym i niewrażliwym bydlakiem??”

„’Cause you were always there for me, always waiting. But now I

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych