Teatr
O prawdzie, po części, w nietypowy sposób. o sztuce życia. O teatrze zwanym światem...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
-Graj – ponaglił sufler, podkreślając swoje słowa zamaszystym ruchem ręki. – Graj. Oni nie mogą czekać... Musisz wyjść na scenę. Graj. Nieśmiało wyłoniłem się zza kurtyny, spojrzałem na widownie. Sala pełna. Na razie siedzieli spokojnie, ich twarze były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. To, czy opuszczą tę sale zadowoleni, czy też nie, zależało już tylko ode mnie, i mi podobnych. -Graj – powtórzył sufler. Na jego starej twarzy pojawiły się rumieńce. Musiał być bardzo podekscytowany. I zdenerwowany, przy okazji. – Graj, do cholery! Te ostatnie słowa były tak głośne, że siedzący w pierwszych rzędach wbili się w siedzenie i popatrzyli na pustą scenę z dezaprobatą. Przełknąłem ślinę, przeżegnałem się. W gruncie rzeczy byłem człowiekiem wierzącym, choć niezbyt religijnym... No i byłem aktorem. A podobno aktor to, to samo, co ateista... Wypadłem na scenę. Ot, tak sobie, wypchnięty przez stojącego za mną, który już nie mógł doczekać się swojej roli. Głupiec. Nie wiedział, jak się ta sztuka kończy... Sufler spojrzał na mnie spode łba, zaklął obrzydliwie, i zaczął kręcić rękoma. Spojrzałem głupawo na publikę, jeszcze raz przełknąłem ślinę. Zaczyna się, pomyślałem. Jakżeż ja musiałem wtedy głupio wyglądać. Stojąc tak, w blasku reflektorów, w tej czarnej szacie, z głupim grymasem na twarzy, wpatrzony w publikę... Tak, nadeszła moja chwila sławy. Ale nie byłem jeszcze chyba na nią gotowy. Dojrzałem zniecierpliwienie na Ich twarzach. Tak, musieli być już zdenerwowani. Sztuka opóźniała się. A oni tego nie lubili... -Graj – szepnął sufler. Zamachnął się, jakby chciał czymś we mnie rzucić, ale powstrzymał się. – Graj, błagam, graj... Życie to scena, świat to teatr. Każdy musi grać swoją rolę. Przyszedł czas i na mnie. Więc będę grał... Okręciłem się na środku sceny, tak, jak ćwiczyłem to już od miesiąca. Ukłoniłem się Im, ściągając z głowy cylinder, przejechałem nim kilka razy po podłodze. -Witam – powiedziałem wreszcie, powracając do pozycji stojącej. – Witam. To jest moja chwila sławy, nieprawdaż? Moje pięć minut w świetle reflektorów, czyż nie? Więc niech się stanie. To będzie opowieść o życiu, o prawdzie, o wierze. O miłości, o cierpieniu. O uczuciach. To będzie gra. Jak życie... Kilku z nich klasnęło. Nie wiem, skąd nagle wzięło się we mnie tyle odwagi, ale drugą kwestie wypowiedziałem już pewnie, zbyt pewnie, jak się potem okazało... -Świat to scena, życie to teatr. Każdy musi grać swoją rolę. Gram więc. Gram więc przed wami. Zapłaciliście, macie prawo wymagać... Znów ten głupi ukłon, cylinder powrócił na moją głowę. Powoli usunąłem się ze sceny. Niech inni robią teraz z siebie błazna. Niech się przeklinają, żrą, nienawidzą. Zapłacili, niech się bawią. Co to za tekst w ogóle? Jestem aktorem, nie potworem. Chyba pomylili pojęcia...
* * *
Gra... Aktorstwo. Boże... W co ja się wpakowałem. Na jakiej ja scenie gram?! Boże! Zabierz mnie stąd! Znów zostałem popchnięty przez jakiegoś... niewydarzonego aktora. Monstrum, nie człowieka... Jedynie wrodzona gracja pozwoliła mi uniknąć potknięcia się o leżące na ziemi zwłoki. Aktorka... Zagrała najlepiej jak mogła. Wyszła na scenę i dała się zabić. To była najlepsza scena gwałtu i mordu, jaką widziałem. Szkoda, że była aż tak prawdziwa... Dziesięć dźgnięć w tors. Potwory. Potwory. Nie, przepraszam, aktorzy... Publiczność chciała jej śmierci, więc czemu by nie? Wszystko dla sławy. Sufler pokazał, że jak nie będę grał, to mnie zabije. Ciekawe, dlaczego nie poczułem dreszczyku emocji... -Chcecie gry – powiedziałem, obejmując publikę szerokim gestem. Podczas uniku cylinder osunął mi się na oczy i niezbyt wiele widziałem... Ale cóż, zapłacili. Niech się bawią. Ja tu tylko zapowiadam... – Chcecie gry. Chcecie uczuć. Chcecie radości. Chcecie smutku. Chcecie krwi. My wam to damy. Jesteśmy aktorami. A Wy publiką. Zapłaciliście. Macie prawo wymagać. Macie prawo osądzać, macie prawo zabijać... Tych ostatnich słów nie było już w scenariuszu, toteż dwóch aktorów udając, że tak to miało wyglądać, wyrzuciło mnie za kulisy. Odetchnąłem z ulgą. Byle do końca. Potem już pójdzie z górki... O ile wytrzymam...
* * *
„Śmierć. Mord. Pożoga. To wam damy” – pisało na plakacie. Cholera, dlaczego wtedy w to nie wierzyłem... Dlaczego, do cholery?! Kolejne trupy. Kolejne sceny śmierci, które Ich niewiarygodnie rajcowały. Publika od siedmiu boleści... Tylko im zabijanie w głowie. No ale cóż, wszystko dla sławy. Nawet dusza. Nawet życie... Tym razem wyszedłem na scenę z własnej, nieprzymuszonej woli. Znów ten głupawy ukłon, znów ten idiotyczny wyraz twarzy. Spojrzałem na siedzącą w czwartym rzędzie dziewczynkę. Miała może z pięć lat. Była bardzo podniecona. Widać, wczesna edukacja. Teatr. Tylko, dlaczego ten? Dlaczego? O nie. Tym razem nie będę bezmózgą marionetką. W tym akcie nie będę aktorem. Będę człowiekiem. Człowiekiem. Przez duże C. Powoli zszedłem po schodkach ze sceny, ignorując klątwy suflera. Niech sam da się zabić. Ja mówię dość. Dość się już napatrzałem. Dość... Życie to scena, świat to teatr. Każdy musi grać swoją rolę... Życie to gówno, taka prawda. Jeśli tak ma wyglądać życie, to ja dziękuje... Byle do końca. Byle do końca. Potem już pójdzie z górki... O ile wytrzymam... -Chcecie gry, tak? – Zapytałem, powoli odwiązując czarną pelerynę, którą potem porzuciłem na ziemi. – Chcecie gry? Nie, moi drodzy – mój głos ociekał sarkazmem – wy chcecie krwi. Wasze piękno to jedynie zabijanie. Krwawa łaźnia. Więc ja wam to, do cholery, dam! Poderwałem jednego z widzów, wyciągnąłem zza paska nóż (narzędzie zbrodni, AKT V, Śmierć Mauricia) i przystawiłem mu go do gardła. Nie żartowałem. Niech wiedzą, co to za ból. Niech wiedzą, że śmierć boli. Wszystko dla sławy, nieprawdaż? -Chcecie jego śmierci, pytam się? – krzyknąłem. Wiedziałem, jak zareagują. Niestety, nie pomyliłem się. Dlaczego się nie pomyliłem? Dlaczego? Pokiwali głowami, przyklasnęli w dłonie. Poszeptali po sobie. „Dobry aktor”, usłyszałem. „Bardzo dobry”. Upuściłem nóź, podniosłem pelerynę. Nie warto. Jego śmierć będzie i tak tylko przerywnikiem. Lepiej wrócić na scenę. Grać. Może oszczędzą, może pozwolą zagrać następnym razem. Może tak, a może nie... -Przedstawienie musi trwać – szepnąłem, znikając za kurtyną. – Dalej więc. Niech trwa.
* * *
Cios, blok, unik, pchnięcie...I znowu. i tak w kółko. Tak jest napisane w scenariuszu. Więc tak musi być... Musi. Piękne kostiumy, idealnie odwzorowujące realia czasów „oświecenia”. Doskonali aktorzy. Zawodowi szermierze. Szkoda, że ze sceny zejdzie tylko jeden z nich. I jeden kostium nasiąknie krwią. Szkoda. Przed nimi było przecież tyle gry...
* * *
Zapłacili. Niech się bawią. Niech się śmieją, niech płaczą. Życie to teatr, świat to scena. Każdy musi grać swoją rolę. Nie obchodzi mnie, co o mojej grze myślą inni. To jest moja chwila chwały. Moje pięć minut w świetle reflektorów. Moje. Jestem aktorem. Marionetką. To sztuka. To gra. Nie mam uczuć. Jestem aktorem. Gram. Niech się śmieją. Zapłacili. Mają prawo wymagać. Poniżenie. Ból. Śmiech. Wszystko dla publiki. Wszystko... Jestem aktorem. Gram. Publika upomniała się o mnie. Nadszedł mój czas. Mam grać, więc gram. Gra jest dla mnie wszystkim. Świat to scena. Każdy musi grać swoją rolę. Każdy musi skryć się pod maską. Od tego zależy nasze istnienie. Publika żąda rozrywki. Więc gram. Jestem aktorem. A to jest moje pięć minut na scenie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Qbista
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…