Wróć do katalogu

THE FEARKILLER

Postapokaliptyczne opowiadanie, podobno bardzo ciekawe, z zaskakującymi zwrotami akcji.

Janusz Anderson, opublikowano , 1 godz. 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

THE FEARKILLER

- Nie przespałabym się z tobą nawet gdybyś był ostatnim niezmutowanym mężczyzną na Ziemi. Na dźwięk tych słów w knajpie zapadła kompletna cisza. Niemal wszyscy prawie jednocześnie odstawili od swych ust brudne, obleśne szklanki wypełnione jeszcze bardziej obleśną, jeszcze brudniejszą cieczą. Dziesiątki osób wpatrywały się teraz niczym zahipnotyzowane w dwudziestoparoletnią, nieznaną im kobietę, która jako pierwsza postawiła się Jack’owi, właścicielowi speluny. - Mocne słowa, suko. – Jack splunął na podłogę. – Mam tylko nadzieję, że masz coś na ich poparcie, bo ładna buzia, zgrabny tyłek, długie nogi i cudowny biust nic ci nie pomogą, kiedy wpakuję ci kulkę w łeb. Kobieta ta była rzeczywiście oszołamiająco piękna; brunetka, włosy sięgające lekko za ramiona, oczy koloru błękitu oceanu, cera nieco blada – jakby przez wiele lat niedoświadczająca promieni słońca, lecz z całą pewnością dodająca urody niż jej ujmująca. Spojrzenie zdradzało dużą inteligencję; pewność siebie była wręcz uderzająca – nie sztuczna czy wyuczona, lecz całkowicie naturalna, tak naturalna, że ta dziewczyna pewnie nawet nie zdawała sobie z niej sprawy. Wokół nieznajomej dawało się wyczuć aurę zakazanego owocu – czegoś dającego niemal boską rozkosz, ale zarazem tak niebezpiecznego, że można umrzeć po skosztowaniu. Ubrana była (pewnie ze względów praktycznych, takich jak np. krycie się w nocy) jednolicie na czarno – buty, lateksowe spodnie, bluza z niemałym dekoltem (wprawne oko dostrzegłoby czerwony stanik) i skórzana kurtka. Makijaż podkreślający urodę nie był agresywny i nie rzucał się w oczy. - Głucha jesteś, suko? A może odebrało ci mowę? Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie miałbym zakopać cię żywcem na naszym owianym złą sławą cmentarzu miejskim? No? - Chcesz się pozbyć najlepszej najemniczki Pustkowi? – odparła pewnie nowo przybyła, jej głos miał barwę aksamitu. - Ponownie mocne słowa… kobieto. Nawet gdyby istotnie tak było, i tak nie usprawiedliwia to twojej odzywki do mnie. Jeszcze nikt, kto obraził Dużego Jack’a, nie pozostał wśród żywych. Uśmiechnęła się. - Na mieście mówią, że masz jakiś problem i szukasz kogoś do jego rozwiązania. Podobno zatrudniłeś już kilka osób, ale okazały się być partaczami i przepędziłeś ich na cztery strony Pustkowi. Jack machnął ręką, wyraźnie rozbawiony. - Tak, w tym mieście wieści szybko się rozchodzą. Jak ci na imię? - Beth. - Cóż, Elizabeth… - Mów mi Beth – ostro weszła mu w słowo. - W porządku. Tak więc, jak mniemam, potrafisz posługiwać się gnatami kalibru 10mm? - Oczywiście. Nawet dziecko potrafi. Duży zerknął groźnie na bywalców swej knajpy, którzy w skupieniu wciąż przysłuchiwali się tej niecodziennej rozmowie. - Na co się gapicie?! Wracać do chlania, ale już! A jak ktokolwiek z was piśnie choćby słówko o tym, co tu zobaczył i usłyszał, to każę mojej nowej najemniczce zrobić z was sito amunicją 10mm, której mam na zapleczu kurewsko dużo, na tyle dużo, że nie będzie mi szkoda zmarnować jej część na wasze zawszone łby! Chyba wiecie, że jestem do tego zdolny?! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w spelunie znów zrobiło się gwarno i znowu słychać było brzdęk szklanek. Jack zwrócił się do Beth. - Przyjdź za 15 minut na zaplecze, ustalimy szczegóły. Wejdziesz tamtymi drzwiami, spójrz, tam właśnie. Na razie możesz napić się na koszt firmy. Ja pójdę tam teraz, muszę coś przygotować. – To powiedziawszy Duży skierował się ku tylnej części budynku. *** - I co? Smakowało? - Słucham? - Whisky. Dobra była? - Śmiesz nazywać ten syf „whisky”? Nie musiałam nawet pić tego czegoś żeby wiedzieć, jakie to obrzydlistwo! - O, wybredna się znalazła. Czekaj, poszukam wina. Nim Beth zdążyła zaprotestować, Jack zniknął za pobliską kotarą i tylko słychać było, jak przebierał między butelkami. Po chwili był już z powrotem, trzymając w ręku sporych rozmiarów flaszkę. Najemniczka rozglądała się tymczasem po pokoju na zapleczu. - Po co te świece? Masz mi tylko przedstawić swój problem i swoje wymagania względem mojej osoby. Poza tym nie piję alkoholu. Duży był wyraźnie zawiedziony. Wskazał ręką najemniczce krzesło przy stole ze świecami, po czym gdy ona usiadła on również spoczął na swoim. - Chciałem po prostu zatrzeć złe wrażenie, jakie zapewne wywarłem na początku. Swoją drogą zupełnie nie wiem, o co się wtedy wściekłaś. - Czy zawsze poznając nową dziewczynę proponujesz jej seks? - Tak, czemu pytasz? Beth pokręciła głową z niedowierzaniem. - Nieważne. Ale wiesz co? Pomimo tej twojej ignorancji i tak nie jesteś taki jak mówią o tobie na mieście. - A jak mówią? - Przede wszystkim: ohydny wyzyskiwacz. Człowiek bez skrupułów. A tu te świece, wino… Masz zadatki na romantyka. Lecz nie łudź się. Nie zaciągniesz mnie do łóżka choćbyś nawet stanął na głowie. Nie mówię tego, by cię obrazić, po prostu chcę być z tobą szczera. Jack kiwnął głową, lecz widać było, że ta wypowiedź mocno go uraziła. - Rozumiem. Wobec tego ja też będę wobec ciebie szczery. Mimo tych świec i wina, i pożądania które odczuwam względem ciebie, bądź pewna, że jeśli spieprzysz robotę to osobiście poślę cię do piachu i nawet nie mrugnę przy tym powieką. Albo, co gorsza, skończysz w moim burdelu. Swoją drogą to z twoim wyglądem i wygadaniem byłabyś tam traktowana jak królowa. - Być może. Lecz będąc prawdziwą Amerykanką nie przepadam za monarchią, delikatnie mówiąc, tak więc bycie królową odpada, a niższe stanowisko to nie dla mnie. Duży uśmiechnął się w podziwie, po czym popadł w zadumę. - Ameryka… Nie sądziłem, że ktokolwiek poza mną zna jeszcze tę nazwę… - Ktokolwiek poza TOBĄ? Bardzo śmieszne. A gdzie TY mogłeś to niby usłyszeć? Jack obruszył się, lecz było to trochę sztuczne. Wstał i podszedł do zdezelowanego biurka, z którego szuflady wyciągnął spore tekturowe pudło. Następnie wrócił na miejsce, a z pudełka wyjął ledwie trzymającą się książkę, którą z namaszczeniem podał Beth. - Ta księga jest w mojej rodzinie od dawien dawna przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dostałem ją od swego ojca, on od swego, tamten zaś… - Tak, tak, rozumiem. Gdzie jest twój ojciec? Jack’owi zrzedła mina. - Zginął kilkanaście lat temu. Zabity przez mutantów. - Przykro mi. A co z twoją matką? - Zmarła na jakąś chorobę weneryczną. Normalka. Bo na cóż innego umierają ludzie? Poza napromieniowaniem i odwodnieniem, ma się rozumieć. Beth zerknęła na książkę. Na okładce widniało: „Historia Stanów Zjednoczonych Ameryki”. Jednakże w środku zamiast dziejów USA przedstawiona była… mało ambitna opowiastka dla dzieci. Najemniczka uśmiechnęła się z politowaniem. - I co? Przeczytałeś ją? Jack wyprężył się dumnie. - Oczywiście. Fascynujące. Szkoda, że nie umiesz czytać. Żałuj, jest czego. Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. - Na przykład jakich? - Eee… Nieważne. I tak byś nie zrozumiała. Musiałabyś sama zobaczyć, szkoda że nie możesz. - Niestety. A tak w ogóle to jak się domyśliłeś, że nie potrafię czytać? - Przecież żadna kobieta tego nie potrafi. A ja, nie chwaląc się, jestem jednym z niewielu piśmiennych mężczyzn. - Imponujące. Ale jako że słodkie gadki nic ci nie pomogą, przejdźmy już do meritum sprawy. - W porządku. Widzisz, sprawa jest… nietypowa. Potrafisz robić coś więcej poza strzelaniem? - Poradzę sobie. Mów. - Prowadzę rozmaite interesy. Jednak najbardziej lubię sprzedawać whisky. Wiesz czemu? Nie dlatego, że najwięcej na niej zarabiam, chociaż to też. Chodzi o to, że dzięki alkoholowi jestem uważany w mieście za jakiegoś czarodzieja, bo potrafię stworzyć magiczny napój, który sprawia, że gówniana egzystencja ludzi nabiera blasku, i to za przystępną cenę. Mimo tego co mówią, ludzie mnie uwielbiają i są ode mnie uzależnieni. Lecz powstał pewien problem… - Niech zgadnę: ktoś ci zniszczył aparaturę destylacyjną lub też ma taki zamiar? - Co?! Skąd wiesz o destylacji?! Nie waż się o tym nikomu mówić! Ludzie muszą wciąż myśleć, że tylko ja potrafię dać im whisky. Gdyby się dowiedzieli, że wytwarzanie alkoholu jest takie proste… To byłaby katastrofa! Rozumiesz?! - Spokojnie. Nikomu nie powiem. - Cholera, nie doceniłem cię. Ale tym razem nie masz racji. Gdyby ktoś chciał tknąć moje „laboratorium” już dawno osobiście bym mu to „wyperswadował”. Sprawa jest tysiąc razy gorsza… - Więc co jest grane? Twarz Dużego przyjęła zatroskany wyraz. - Nikt nie mówi o tym głośno… Bo niby jak się będzie o tym mówić, to będzie jeszcze gorzej… - No wykrztuś to wreszcie! - W mieście znikają ludzie. Powoli, acz systematycznie jest nas coraz mniej. Znikają bez śladu. Nie wiadomo jak, gdzie, kiedy, dlaczego… Normalnie miałbym to w dupie, ale mniej ludzi to mniej dóbr, mniej uwielbienia, a co za tym idzie – mniejsze wpływy… - Nie dziwię się, że nikt tego dla ciebie nie załatwił… - Kurewsko trudne, nie? Bierzesz to? - Pewnie, ale… - Słuchaj, jeszcze jedno. Co do tych wcześniejszych najemników… Niezupełnie przepędziłem ich na cztery strony Pustkowi… Bardziej pasowałoby określenie „rozrzuciłem ich prochy na cztery strony Pustkowi”. - Aha… Teraz ty posłuchaj: cena za wynajęcie moich usług jest wysoka. Bardzo wysoka. Nie wiem, czy cię stać. - Dużego Jack’a stać na wszystko. Czego chcesz? - Wody. - He he. Nie ma sprawy. Też mi problem. - CZYSTEJ, NIESKAŻONEJ wody. Takiej, po której nie będę musiała pozbyć się nocnej lampki, bo sama po napiciu się będę świeciła jak latarnia morska. Chwytasz? Jack zasępił się. - Po co w ogóle do mnie przyszłaś? Przecież wiesz, że nie sprzedaję wody. Sam muszę ją kupować. I drogo mnie to kosztuje. Chcesz wody, idź do Pastora Lloyd’a. Czego chcesz ode mnie? - Lloyd robi straszną łaskę sprzedając towar i ma chore wymagania. Poza tym, on nie chce sprzedawać hurtowo. - To ile ty chcesz kupić? - Dużo. Zresztą niewiadomo czy on by mi sprzedał jakąkolwiek ilość, nawet jednego gallona. Jak już mówiłam, on żąda chorych rzeczy i trzeba się przed nim płaszczyć. Ale jeśli ty poprosisz… - Mnie też odmawia sprzedaży hurtowej! - Mógłbyś go trochę przycisnąć… - Niech cię szlag! Już sam nie wiem, co jest gorsze: znikający ludzie, czy wywołanie wojny z Pastorem! - Przecież nie każę ci z nim walczyć… - To psychol. Bardzo łatwo można go urazić. Cholera, jestem w sytuacji, jakby to ująć… Beth uśmiechnęła się. - Między młotem a kowadłem? - Bardzo zabawne. Zrobimy tak: rozwiąż sprawę zaginionych ludzi, a ja załatwię ci wodę. Stoi? - Mowy nie ma. Jaką mam gwarancję, że nie oszukasz mnie, gdy ja wypełnię swoją część umowy? - Dam ci w zastaw coś wartościowego. – To powiedziawszy wyciągnął spod stołu pokaźnych rozmiarów skrzynkę. - Co jest w środku? - Weksle z moim imieniem. Daję je moim najbardziej zaufanym ludziom. Dla postronnych jest to znak, że mają przed sobą reprezentanta Dużego Jack’a. Można się nimi także posługiwać jako pieniądzem. Bardzo wartościowym. Każdy w tym mieście uznaje moją walutę. Beth wybuchnęła śmiechem. - I co w tym wartościowego? Każdy głupek może przecież wziąć kawałek papieru, jakich tam trzeba rozmiarów, i napisać na nim twoje imię… jeśli potrafi pisać. Znajdą się tacy, co potrafią, pięknie podrobią i puszczą w obieg te „twoje” drogocenne weksle. Twarz Dużego wyglądała teraz jakby była z kamienia. - Moich weksli nie da się podrobić. - Niby dlaczego? Jack otworzył skrzynię i wyjął z niej parę papierków - rozmiarami przypominającymi połówkę starych banknotów – po czym podał je najemniczce. Beth spojrzała na weksle. Napisane na nich było, zgodnie z jej przewidywaniami, „Duży Jack”. Lecz sposób, w jaki zostało to zapisane, zadziwił ją. - Drukowane litery? Jak TY to zrobiłeś? - To dzięki magicznej maszynie, którą kiedyś kupiłem od pewnego handlarza starszyzną. No to jak, umowa stoi? - Ile tych weksli masz zamiar mi dać? - Całą skrzynię. Oczywiście nie możesz nic wydać, bo jak to zrobisz, to będzie koniec naszej umowy. - Dobra. Wezmę teraz kilka, a po resztę wpadnę później. Na razie muszę poszukać noclegu, jestem dopiero pierwszy dzień w mieście. - Szukasz spania? To się świetnie składa, bo… - Nawet sobie nie myśl, że spędzę noc pod twoim dachem. - Nie… Nie to miałem na myśli. Idź do motelu Rose. Powiedz jej, że przysyła cię Duży, a dostaniesz darmowy pokój na jak długo zechcesz. Poza tym, z tego co się orientuję, ostatnio zaginął jeden z pracowników Rose. Będziesz więc mogła przyjrzeć się sprawie z bliska. Motel jest niedaleko mojej knajpy, zapytaj o drogę jakiegoś przechodnia. No, to by było na tyle. Od teraz czekam na wymierne rezultaty śledztwa. - Idę więc. Niedługo tu wpadnę po tę skrzynię z wekslami. To na razie. Najemniczka wstała i nic już nie powiedziawszy opuściła zaplecze i wyszła z budynku. *** - Czym mogę służyć? - Czy mam przyjemność z Rose? Niska, otyła kobieta, podchodząca już pod wiek podeszły, obrzuciła Beth nieufnym spojrzeniem. - A kto pyta? - Jack powiedział, że mogę wynająć u ciebie pokój na jak długo zechcę – za darmo. - Co ty powiesz? Masz mnie za idiotkę? Każdy jeden może tu wejść i powiedzieć, że przychodzi w imieniu Jack’a. Wszyscy wiedzą, że mam u niego kosmiczny dług. Więc nic z tego, panienko. Albo płacisz, albo idziesz spać na ulicę, czego tobie szczególnie nie radzę, szczerze mówiąc. Przyciągasz wzrok, a w tych stronach to dla kobiety rzecz bardzo niedobra. - A czy każdy pokazuje ci to? – Beth zignorowała uwagę dotyczącą urody, wyciągnęła z kieszeni kurtki kilka weksli i położyła je na blacie, tuż przed właścicielką motelu. - Skąd… skąd to masz?! Są… - Rose wzięła je do ręki i dokładnie się przyjrzała – autentyczne! Niewielu miejscowych podwładnych Jack’a może się nimi poszczycić, a już na pewno nie obcy… Czyżbyś naprawdę pracowała dla Dużego? Najemniczka skinęła głową. - Ale on nigdy nikomu z obcych nie zapewniał noclegu, nie mówiąc już o wekslach… ale ci poprzedni byli mężczyznami… Hmm… - To nie to, co myślisz. Po prostu Jack’owi bardzo zależy na rozwiązaniu pewnej sprawy, a nie ma raczej innych chętnych do tej roboty. - Co to za sprawa? - W zasadzie nie powinnam ci nic mówić… Ale i tak się zorientujesz o co chodzi. - Niby jak? - Bo chcę ci zadać kilka pytań. Potrzebuję twojej pomocy. - Tak? - Wiem, że ktoś ostatnio zaginął w twoim motelu. Możesz mi o tym opowiedzieć? Rose momentalnie zrzedła mina. - Cóż… To śliska sprawa… sama nie wiem, co o tym myśleć… Muszę przyznać, że boję się o siebie… i o syna… - Masz syna? Duży nic o tym nie wspominał. To on zaginął? Bo słyszałam, że pracownik? - Słuchaj, co ty z tym Jack’iem? Co on, chodząca encyklopedia? Niby po co miał ci powiedzieć o moim dziecku? I dobrze słyszałaś, to nie Robbie zaginął. - Robbie to twój syn? - Tak, mój malutki syneczek. Boję się, że przepadł. - Co?! Przecież dopiero co przyznałaś, że zniknął ktoś inny?! Twój pracownik?! - Niby tak… Zrozum, Robbie czasem znika na całe dnie, potem się pojawia jak gdyby nigdy nic, potem znów znika, potem znów się pojawia… - I? - Jakie „i”? - I co on robi w tym czasie? I co ty na to? I co z twoim pracownikiem? I co do cholery tu się w końcu dzieje? Jest dużo „i”, a moja cierpliwość zaczyna się pomału kończyć. Zaczniesz mówić w miarę sensownie?! Rose naburmuszyła się i przybrała nieco pseudo bojową postawę. - A jak nie to co? - To nic. Ludzie znikają, a twój syn być może tym razem przepadł na dobre, więc współpracuj ze mną, bo jestem chyba jedyną nadzieją tego zapomnianego przez Pustkowia miasta. Właścicielka motelu chciała coś odpowiedzieć, lecz w tym właśnie momencie ktoś się odezwał: - Zniknięcia ludzi to zagadka, którą może rozwiązać tylko ktoś mojego pokroju. Beth spojrzała się w kierunku, z którego dochodził głos i zauważyła ledwie widoczną, znajdującą się w mroku postać, która stała pod przeciwległą ścianą bez okien. - Kim jesteś? – spytała głośno najemniczka. - To Zachary Gravestone – rzekła po cichu Rose. – Zaoferował mi swoją pomoc w odnalezieniu moich zaginionych pracowników, bo zgubił się nie tylko jeden, ale Jack o tym nie wie. - I co? - I nic, droga panno. – Gravestone wyszedł z mroku i podszedł do obydwu kobiet, skłonił się, po czym usiadł na pobliskiej sofie. – Cały czas jacyś szumnie nazywający siebie najemnikami chłopcy, uważający się pewnie za mężczyzn i … - tu spojrzał się wymownie na Beth – dziewczęta, które choć wyglądają jak kobiety, to w sferze psychicznej i intelektualnej z całą pewnością nimi nie są, no więc ci wszyscy nieudacznicy wciąż przeszkadzają mi w moim prowadzonym na szeroką skalę śledztwie. Beth chciała przygadać Gravestone’owi, lecz Rose zdążyła odezwać się pierwsza. - Panno… - Dla was jestem Elizabeth Sarah Williams – odparła zimno najemniczka. - Proszę się nie gniewać panno Williams… I nie mówić nic Jack’owi… Zach jest trochę…ciężki w obyciu… - Słyszałem! – krzyknął Gravestone. Właścicielka motelu zignorowała go. - Proszę. – Podała klucz Beth. – Pokój nr 13, pierwsze piętro. Proszę iść i się rozgościć. Teraz muszę powiedzieć coś do słuchu Zach’owi, ale potem postaram się przyjść do panienki i pomóc, jeśli będę w stanie. Sarah bez słowa udała się do pokoju. *** Pukanie do drzwi wyrwało z drzemki najemniczkę. Ociągając się otworzyła drzwi, jednak zamiast Rose ujrzała Gravestone’a. - Czego? – zapytała oschle. On jak gdyby nigdy nic wszedł, a raczej wepchnął się, do środka i bez ceregieli rozsiadł się w fotelu. Beth zamknęła drzwi i usiadła na łóżku. - Żeby było jasne – rzekła – nie obchodzi mnie w najmniejszym nawet stopniu co o mnie myślisz i nie próbuj wtrącać się do tego co robię bo pożałujesz, przysięgam. Twoje przeprosiny też mam w dupie, więc możesz już iść. Zachary w ogóle nie przejął się tym oświadczeniem, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. - Tak, tak, jestem zdruzgotany, aż cały drżę ze strachu. – Ziewnął przeciągle, wyraźnie manifestując, że nic sobie nie robi z gróźb najemniczki. – Możemy już zacząć rozmowę czy jeszcze trochę się powyzywamy? - Masz 5 minut, potem zrzucę cię ze schodów. - Zastanawiasz się pewnie, po co w ogóle do ciebie przyszedłem? - Nie bardzo. - Miałaś rację, chodzi o przeprosiny. To znaczy, Rose mnie o to poprosiła. Wiesz, gdyby Jack się dowiedział, że jego człowiek został obrażony w motelu Rose… Robię to, żeby nie miała kłopotów. - Mam zacząć cię podziwiać, troskliwy bohaterze? - Nie, bo wcale nie chcę cię przepraszać. Jestem tu z jeszcze jednego powodu. - Tak? - Normalnie w ogóle bym się tobą nie zainteresował, ale gdy usłyszałem, z jaką niemal nabożną czcią wymawiasz swe imiona i nazwisko… wtedy zrozumiałem, że jesteś wyjątkowa. - Dużo panienek leci na taką gadkę? - To nie tak. Dla mnie jesteś wyjątkowa jako człowiek, istota, nie jako kobieta… To znaczy, nie zrozum mnie źle, masz wszystko na swoim miejscu i jesteś atrakcyjna… Ale mnie teraz nie chodzi o twoją seksualność. - Więc o co ci chodzi? Mów trochę jaśniej. - Jestem w tej przeklętej mieścinie już ponad miesiąc i zdążyłem dokonać pewnego odkrycia… - Jesteś tu miesiąc?! Co to za odkrycie?! Wiesz, co się stało z zaginionymi, prawda?! Dlaczego nikomu nic nie powiedziałeś?! - Spokojnie. Powiem ci tak: przeszukałem każdą, najmniejszą nawet dziurę, w każdym budynku, całymi dniami obserwowałem co niektórych mieszkańców, rozmawiałem z wieloma ludźmi… po prostu dwoiłem się i troiłem… i… - I co? - Nic. Żadnych śladów. Zero. Jakby zaginieni rozpłynęli się w powietrzu. Jednak nie to jest najdziwniejsze. - A co może być dziwniejsze? - Dwie kategorie ludzi: „wyjątkowi” – tacy jak na przykład ty czy ja – oraz „podróbki” jak niemalże cała reszta. Beth wstała z miejsca, wyraźnie podenerwowana. - Wynoś się, świrze. 5 minut minęło. Nie dowiedziałam się niczego użytecznego poza tym, że jesteś chorym zboczeńcem, który próbuje wciągnąć mnie w swoje gierki. „Wyjątkowi”, dobre sobie. Pewnie chcesz, żebyśmy pozbyli się tych „podróbek”, a potem zapełnili całe Pustkowia naszym niezwykle wyjątkowym potomstwem?! Precz! Gravestone uśmiechnął się bezczelnie. - Zmuś mnie. - Dobra. Doigrałeś się. Co powiesz na nóż w plecy albo kulkę w twój durny zboczony łeb? - Wybieram kulkę. - Sam tego chciałeś. – Beth włożyła rękę pod kurtkę, jakby chciała coś wyciągnąć, ale szybko ją cofnęła. – Co do cholery? - Czyżbyś coś zgubiła? - Mój Desert Eagle… to niemożliwe… nie mogłam go zgubić! - Tutaj to normalka. Straciłem większość swojego sprzętu. - Co się z nim stało? - Rozpłynął się. Po prostu zniknął. Przepadł. Zupełnie jak ci ludzie. - Potrafisz to jakoś wytłumaczyć? - Próbowałem, ale ty zwyzywałaś mnie od zboczeńców i innych takich. - Trochę mnie poniosło. - Czekam na magiczne słowo. - Nie wiem o co ci chodzi. - Wiesz. - Nie wiem. - Wiesz. Powiedz, albo stąd pójdę, a twoje śledztwo utknie w martwym punkcie. - Przepraszam. - Co? Nie słyszałem. - PRZEPRASZAM. Zadowolony? - Grzeczna dziewczynka. Teraz siadaj i trzymaj nerwy na wodzy. Możesz mnie pytać o co zechcesz. - Dobra. Ale zacznijmy od początku. Co cię zaintrygowało w moich imionach i nazwisku? - Aż dwa imiona i do tego nawet nazwisko… To bardzo rzadkie. A ty wymówiłaś je w sposób wskazujący, że jesteś świadoma tej wartości, świadoma swego pochodzenia. Przypuszczam, że masz przodka, z którego jesteś szczególnie dumna? - To prawda. Ale nie wnikajmy w szczegóły. Mów dalej. - Tutejsi ludzie mają tylko jedno imię, co większe szychy mają oprócz tego jeszcze co najwyżej jakiś głupawy pseudonim. Beth pomyślała o Dużym i uśmiechnęła się. Co za kretyńska ksywka. - Ale co w tym dziwnego? – zapytała. – Tak jest wszędzie na Pustkowiach. - Zgadza się. Tylko że gdzie indziej ludzie się tego wstydzą, bo jedno imię oznacza, że masz kiepskie pochodzenie. A tutaj? Dla tubylców to jest całkowicie normalne! Mało tego, oni sobie nawet nie zdają sprawy, że są pomiotem Pustkowi! Nawet nie marzą, żeby mieć nazwisko! Wiem co mówię: obserwuję ich od miesiąca. - Hmm… Nawet jeżeli tak jest… to czego chcesz przez to dowieść? - Nazwałem ich „podróbkami”, bo tak się zachowują: wyglądają jak ludzie, ale jeśli chodzi o postępowanie… daleko im brakuje do normalnych istot takich jak ty i ja. W porównaniu z nimi jesteśmy wyjątkowi. Już wiesz, skąd te nazwy. - Rozumiem… Ale masz jeszcze jakieś inne poszlaki na poparcie swojej teorii? Bo chyba przyznasz, że to jednak zbyt mało aby wietrzyć jakiś spisek? Zachary uśmiechnął się tajemniczo. - Poznałaś właścicielkę tego motelu, prawda? - Rose? Owszem. Przecież sam widziałeś. I co z tego? - Wspominała o swoim synku? - Tak, i co z tego? - To, że go widziałem. Ładny mi syneczek, he he… - O co ci chodzi? - Rose mówiła o nim jak o małym chłopcu, a on ma dobre 20 lat! - Żartujesz? Ja też myślałam, że to jakiś szczeniak… - Ale nie to jest najlepsze. Najemniczka zerknęła na Zach’a pytająco. - Już ci mówię. Robbie jest… czarny. - Jaki jest? - Czarny. Cholera, jest Afroamerykaninem! - Jesteś pewien? - Widziałem go przecież. - Może to nie był on. - Masz mnie za idiotę? - Przepraszam. Ale jaki stąd płynie wniosek? Przecież Rose mogła go adoptować. - Niemożliwe. Ona nigdy nie opuściła tego miasta – powiedziała mi to – a poza tym nie ma tu innych czarnych, co tez jest bardzo dziwne. - Nie ocalało ich wielu… - Ale żeby nawet jednego nie było?! A Robbie’go nie liczę, bo on tu nie pasuje. Myślę, że on jest wyjątkowy, taki jak my… może nie do końca, z pewnością jest szarym człowieczkiem, ale jest… ludzki, naturalny. - Skąd wiesz? Rozmawiałeś z nim? - Nie. Ale sama chyba przyznasz, że jego zachowanie jest bardzo niekonwencjonalne. Pojawia się i znika. Myślę, że on się ukrywa. Albo coś w tym rodzaju. - Dlaczego miałby to robić? - Nie wiem. Ale czy ty nie byłabyś wkurzona, gdybyś miała matkę o innym niż twój kolorze skóry? Zwłaszcza, jeśli nie jest to normalne? - Nie jest to normalne? Co chcesz przez to powiedzieć? - Przypuszczam, że było tak: w rzeczywistości matka Robbie’go jest rasy czarnej, aż tu pewnego dnia on przychodzi do motelu i widzi… - Obcą, białą kobietę która nazywa go swoim synkiem. - Dokładnie. Coś w tym stylu. Nic dziwnego, że chłopak jest wkurzony. Elizabeth zamyśliła się. Musiała szybko przeanalizować to, co usłyszała od Gravestone’a. Trwało to kilka minut, podczas których Zach również się nie odzywał. W końcu nie mógł już dłużej wytrzymać bez nic nie mówienia. - Tak sobie pomyślałem, że ty jesteś szczególnie wyjątkowa. - A ty nie potrafisz wstrzymać się z gdakaniem. - Nie lubię ciszy. Przeraża mnie. Ciebie nie? - Ja się niczego nie boję. - Proszę, proszę! Jesteś niezwykle szczególnie wyjątkowa. Wypełnia cię odwaga, mając dwa imiona potrafisz używać trzech… - Jak to trzech? - Przecież zdrabniasz swoje pierwsze imię – z Elizabeth na Beth. - Skąd wiesz? - Słyszałem. - Nie mogłeś tego usłyszeć. Niby jak? Gdzie? - U Jack’a. - Co? - Wmieszany w tłum popijałem whisky, podczas gdy ty konwersowałaś z tym… „Dużym”. - Co jeszcze wiesz o mnie i o Jack’u? - Słyszałem CAŁĄ waszą rozmowę. Zakradłem się na zaplecze i obserwowałem z ukrycia. - Już się nawet nie pytam, jak to zrobiłeś. I co myślisz? - Duży to żywy dowód na wadliwość mojej teorii. - Jak to? Nie wydaje ci się, że on jest taki jak my? - Na pierwszy rzut oka, tak. Ale niepokoi mnie w nim, dla przykładu, jego stosunek do tej książeczki dla dzieci, którą miałaś okazję przejrzeć. - Co jest nie tak z jego podejściem? Ktoś go po prostu wprowadził w błąd. On myśli, że te opowiastki dla dzieci to historia Ameryki, a że nie potrafi czytać, to nie wie o tym. - Jeśli nie potrafi czytać, to nie umie też pisać. Skąd więc te jego weksle? Nie wspominając o tym, że są na nich litery drukowane, co już w ogóle jest pozbawione sensu. - Mówił mi, że to dzięki jakiejś maszynie… - Wiem, co mówił. Nie ma żadnej maszyny. Wielokrotnie grzebałem w jego rzeczach i nie znalazłem nic ciekawego. Żadnego urządzenia. A co do książki… kiedyś widziałem, jak ją czytał. - Co robił?! - Czytał na głos. - To niemożliwe! - A jednak. Jemu się naprawdę wydawało, że czytał dzieje USA. Lecz w rzeczywistości był to jakiś pseudohistoryczny bełkot. To wyglądało jakby on… jakby… - No co? - Jakby był nawiedzony, jakby ktoś przez niego przemawiał. Co za bezsens. - Dlaczego? - Jak to dlaczego? Duchy? Weź przestań, nie wierzę w takie bzdury. - Są na świecie rzeczy, o którym filozofom się nie śniło. - Daj spokój, nie spodziewałem się po tobie takich banałów. - Czyli nie zgodzisz się na teorię, że to nawiedzone miasto, że upiory mają coś wspólnego z zaginięciami? - No co ty. A nawet jeśliby tak było, to co to zmienia? Co to za różnica, kto porywa: człowiek czy duch, mutant czy potwór? Tak czy siak trzeba wyjaśnić sprawę, odnaleźć zaginionych. Ale o czym my w ogóle gadamy? Jakie duchy? Dlaczego zniknął twój pistolet? Mój sprzęt? Przecież świat materialny i duchowy nie powinny się przenikać. Nie, to nie jest żadne paranormalne zjawisko. - Być może. Ale na razie za mało wiem o tym miejscu żeby wykluczyć jakąkolwiek teorię. - Co więc zamierzasz zrobić? - Rozejrzę się trochę. Koniecznie muszę porozmawiać z Pastorem. - Ach, ten Lloyd… Tak, koniecznie z nim pogadaj. - Co cię znowu śmieszy? - Już nie chce mi się gadać, sama się przekonasz… A tak przy okazji: po co ci hurtowa ilość wody? - Nie twoja sprawa. - Niepotrzebnie wchodzisz w układy z Jack’iem. Trzeba było od razu iść do Lloyd’a. - Miejscowi mówią, że on niechętnie sprzedaje wodę, stwarza duże problemy, a już na pewno nie pozbędzie się dużej ilości towaru. - Wierzysz tubylcom? - No już nie, ale wcześniej tak. A co, nie mieli racji? Ubiję z nim interes? - Nie sądzę. - Więc o co ci chodzi? - Idź do niego. Sama zobaczysz. Ale nie teraz, przecież ty dopiero dzisiaj przybyłaś do miasteczka. Jako że jest już wieczór, to odpocznij sobie, wyśpij się, jutro zrobisz swoje. A pojutrze przyjdź do mnie i powiedz czy czegoś się dowiedziałaś. Być może coś przeoczyłem, choć szczerze wątpię. – Gravestone podniósł się i podszedł do drzwi. - Gdzie cię znajdę? – spytała Sarah. - Jestem pod dziesiątką. Do zobaczenia. *** Następnego dnia najemniczka odnalazła dom Pastora. Był to niczym niewyróżniający się budynek. Zamierzała zapukać do drzwi, kiedy nagle zauważyła rzecz niezwykłą: z okna pierwszego piętra tego domu jakiś mężczyzna wylewał wiadrem bliżej nieokreśloną ciecz. Musiał to robić dość długo, bo na piaszczystej ziemi przed budynkiem były już liczne kałuże. - Co tu się dzieje? – Beth spytała jednego z przechodniów. - Pastor Lloyd wylewa wodę – odparł facet. - Co wylewa?! - Przecież mówię: wodę. - Ale słyszałam, że on nie chce sprzedawać wody?! - Sprzedawać nie chce, ale wylewać – wylewa. - To czemu nikt nie podejdzie z jakimś naczyniem?! - A po co? - Żeby mieć wodę za darmo! - A po co nam ona? Sarah zaniemówiła. Po co im woda?! Co to w ogóle za ludzie?! Ale jej już nic nie zdziwi w tym chorym mieście. Podeszła do drzwi i zapukała bardzo mocno. Otworzył przeciętnie wyglądający mężczyzna, ale nie ten, który wylewał wodę. - Chcesz czegoś, kobieto? - Muszę zobaczyć się z Pastorem. - To niemożliwe. - Dlaczego? - Jest zajęty. - Niby czym? Bo chyba nie wylewaniem wody przez okno? - Właśnie tym. Do widzenia. – Mężczyzna chciał zamknąć drzwi, lecz najemniczka zdecydowanie je przytrzymała. - Co robisz?! Zostaw te drzwi, głupia kobieto! - Albo zawołasz Lloyd’a, albo urwę ci jaja. Kapujesz?! - Nie podoba mi się twój ton, nalegam aby… - Nie dokończył zdania i czując ogromny ból w kroczu upadł na ziemię. - Ciesz się, że cię tylko uderzyłam. Koniec negocjacji. – Elizabeth wchodząc do środka nadepnęła jeszcze facetowi na klatkę piersiową. - Litości! – zawył mężczyzna. - Mazgaj. Idź się wypłacz do mamusi. Beth znalazła schody na pierwsze piętro i weszła na górę. W pokoju, w którym był Lloyd, poustawiane były w równych rzędach wiadra z wodą. Najemniczka podeszła do Pastora. - Oszalałeś?! Co ty wyrabiasz?! Lloyd odstawił wiadro, którego zawartość miał właśnie wylać i popatrzył w skupieniu na Elizabeth. - Pozbywam się tej diabelskiej cieczy! Co w tym dziwnego? - Jak to co?! To przecież czysta woda! - Czysta fizycznie, lecz duchowo brudna. - Co ty pleciesz?! - To szatański twór! Bo niby jak to wytłumaczysz?! - Ale co wytłumaczę? - To! – Pastor wziął jedno z wiader, wylał jego zawartość przez okno, potem wziął następne, także przechylił a gdy je odstawił na miejsce, Beth zobaczyła, że to poprzednie jest… pełne. - Co to za sztuczka?! – krzyknęła zdezorientowana najemniczka. - Diabelska! I tak przez cały czas! Co wyleję, to znów samo się napełnia. - To po co to w ogóle robisz? Przecież to jest pozbawione sensu. - Brawo. – Lloyd odstawił wiadro. - Jesteś pierwszą osobą, która to stwierdziła. - Pierwszą? - Tak, tych wszystkich przygłupów nic nie obchodzi, że marnuję zdrową, nieskażoną wodę! Czy to cię nie dziwi? - Masz rację, to nie jest normalne. Absolutnie nikt się nie oburzał? - Nie, niektórzy się tylko znacząco uśmiechali. - Słyszałam, że nie chcesz sprzedawać wody, a jeśli już, to stawiasz dziwaczne warunki. Dlaczego? - Jak to dlaczego? Na złość tym wszystkim durniom! Oni są nienormalni! - Nienormalni? - A tak! Oburzają się, że nie chcę sprzedawać wody, ale kiedy wylewam ją przez okno, to nie dość, że nie protestują, to nawet nie podstawią żadnych naczyń, żeby mieć za darmo! - A nie zauważyłeś tu kogoś w miarę normalnego? - Oprócz ciebie? - Tak. - Kręci się tu od miesiąca taki jeden facet… - Wiem, znam go. - On nie jest taki jak wszyscy… to właśnie on się uśmiechał… - Wiem. Ktoś jeszcze? - Taki czarny… On także uśmiechał się… - Robbie? - Nie wiem, jak ma na imię. Ten, co to mieszka w motelu od kilku miesięcy… - Jak to od kilku miesięcy? To on nie jest stąd? - Pewnie, że nie. Wydaje się być całkiem normalny i jak już powiedziałem przybył około pół roku temu. - A ty jesteś stąd? - Owszem. - Uważasz się za normalnego? - W tym mieście, wśród miejscowych, są tylko dwie normalne osoby: ja i Duży Jack, choć to palant. Chociaż nie jesteśmy jak cała reszta tej hołoty, to niepokoi mnie jednak pewna rzecz. - Jaka? - Jesteśmy tutejsi, więc czemu nie jesteśmy tacy jak inni? Wszak jestem podobny do ciebie, prawda? - Tak… Wiesz co, ciekawi mnie pewna rzecz: gdzie tu odbywają się nabożeństwa? - Nie odbywają się. - Jak to? Przecież jesteś Pastorem, czyż nie? - Tak, ale co z tego? Dziwi cię to? - Raczej nie. - No właśnie. - Ale nigdy nie spotykaliście się w jakimś budynku czy świątyni? Przecież Południe to bardzo religijny region. - Nigdy. Sam nie wiem dlaczego, przecież mamy kościół. - Gdzie? Nigdzie go nie widziałam. - Bo jest kawałek za miastem, za cmentarzem. - Byłeś tam kiedyś? - Nie. - A ktoś z mieszkańców? - Nie, nikt, chociaż… - Tak? - Zdaje się, że ten Robin… - Robbie. - Właśnie… Kiedyś tu przyszedł i zadawał mi pytania dotyczące miasta… Tak jak ty pytał, czy mamy jakieś miejsce kultu… - I co? - Z czym? - Poszedł tam? Mówił, co ma zamiar zrobić? - Słuchaj, jak on cię tak bardzo interesuje, to czemu z nim nie pogadasz? - Facet jest niedostępny. - Niedostępny? - Nikt nie wie, gdzie aktualnie przebywa Robbie. - Ja ci nie pomogę, nic mi nie mówił o swoich planach. - W porządku. Jeszcze tylko kilka krótkich pytań i już sobie idę. - Ależ nie śpiesz się, moja droga. Tutejsze kobiety w porównaniu z tobą to samice szympansów, jest mi bardzo miło, że tu jesteś. - Dziękuję. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o hormony, to mężczyźni z waszego miasteczka niczym nie różnią się od swych pobratymców z całej reszty Pustkowi. Lloyd nie wiedząc, czy to komplement czy też obelga, nic nie odpowiedział. - Tak więc wracając do poprzedniego tematu – kontynuowała rozmowę najemniczka – powiedz mi, co sądzisz o zaginionych ludziach? - Szczerze? - Tak. - Zupełnie mnie to nie obchodzi. Mam gdzieś tych dziwolągów! - Widzę, Pastorze Lloyd, że generalnie masz wszystko w dupie: ludzi, swoją misję kapłana, marnotrawstwo wody… Co jeszcze robisz w tym mieście? - Sam nie wiem. Po prostu tu jestem. Nie potrafiłbym robić nic innego, nigdzie indziej. Ot, tyle. - Ostatnie pytanie: skoro ta woda jest ci niepotrzebna, to czy mogę ją wziąć? - A bierz sobie ile chcesz. Nic mnie to nie obchodzi. Czy to już koniec przesłuchania? - Tak, dziękuję za poświęcony mi czas. - Nie ma za co. A teraz, skoro już nic nie chcesz o mnie wiedzieć, idź już, muszę wrócić do pracy. – To powiedziawszy wziął wiadro i wylał jego zawartość za okno. *** W swoich kwaterach na zapleczu Duży Jack popijał whisky. Był tym tak pochłonięty, że nawet nie zauważył pojawienia się Beth. - Uważaj, bo ktoś cię okradnie i nawet nie będziesz o tym wiedział. - Ach, to ty. – Duży wstał i odłożył szklankę. – Przyszłaś po weksle? - Nie. Już ich nie potrzebuję. Koniec naszego porozumienia. - Jak to?! - Tak to. Lloyd da mi wodę za darmo. - A niech go! - O co ci chodzi? - Przez tego krótkowzrocznego idiotę wyjedziesz i zagadka pozostanie nierozwiązana! - Zajmę się nią, ale pod jednym warunkiem. - Jakim? - Załatwisz mi transport. Muszę jakoś wywieźć tę wodę. - Transport, powiadasz? Tak się składa, że jeden z moich ludzi zajmuje się tym. Długo przekonywał mnie, żebym zainwestował w ten biznes. Wahałem się, ale teraz widzę, że dobrze zrobiłem, jeżeli dzięki temu rozwiążesz mój problem. - Świetnie. Gdzie mogę znaleźć twojego podwładnego? - No co ty, żartujesz sobie? - A co tu jest do żartowania? - Przecież on urzęduje w motelu w którym mieszkasz, każdy to wie, nie miałaś pojęcia? - Co?! Jak on ma na imię?! - Robbie, syn Rose. - Ale on zniknął! - Naprawdę? Niech to szlag! Jesteś pewna? - Zasadniczo tak… - Znaczy się, nie ma go w jego biurze? - Biuro? - Tak, w piwnicy motelu. Nie ma tam Robbie’go? - Nie sprawdzałam… - To na co czekasz? Idź do niego. On załatwi transport. Oczywiście wiesz, że teraz już ci nie dam weksli. I oddaj te, które wzięłaś. - Wiem. Trzymaj. – Sarah wyciągnęła drogocenne papierki z kieszeni kurtki. - Przyjdź do mnie, jak się czegoś dowiesz. Czegokolwiek. - W porządku. Jeszcze jedno: mówiłeś, że masz dużo amunicji 10 mm, więc pewnie masz też sporo gnatów tego kalibru. Potrzebuję jednego i drugiego. - Rzeczywiście… Miałem, ale już nie mam. - Jak to? - Wspominałem ci już, że przedmioty giną w tym samym stopniu, co ludzie? - Niech to szlag. - Zgadza się. - To znaczy, że jesteś bezbronny? To pewnie dlatego nie protestowałeś, gdy powiedziałam, że nasza umowa jest już nieaktualna? - Tak… Rozgryzłaś mnie. Ale stawiam wszystko co mam, że ty tez nie masz broni – w innym przypadku nie pytałabyś mnie o te gnaty. - Niestety. Mój Desert Eagle przepadł jak kamień w wodzie. Jestem wściekła. - Nie lubisz, jak się dzieje coś złego i dotyka to bezpośrednio ciebie, co? - A żebyś wiedział. Lepiej, żeby z tym transportem to nie był niewypał. - Jeżeli Robbie nie zaginął, to załatwi wszystko, co mu każesz. Daj znać, gdyby sprawiał problemy, wtedy się nim zajmę. I nie próbuj prysnąć z miasta zanim wykonasz robotę. Nie masz pojęcia, jak dobrze zabijam gołymi rękami. - Wierzę. To na razie. Do zobaczenia. *** - Przepraszam, jest tu ktoś? W piwnicy motelu panowała półciemność. Choć wystrojem miejsce to rzeczywiście przypominało swoistego rodzaju biuro, to emanowało jednak klimatem raczej grobowca niż siedziby jakiejkolwiek firmy, chyba że pogrzebowej. Nagle Sarah stanęła jak wryta, gdyż zobaczyła ogromną dziurę w ścianie, jakby niezdarnie rozkopaną zwykłą łopatą. Najemniczka podeszła do tej wnęki i ponownie krzyknęła, tym razem o wiele głośniej: - Czy jest tu ktoś?! Nikt nie odpowiedział. Elizabeth weszła do wnęki i zorientowała się, że tunel jest bardzo długi. I ciemny. Nie było nic widać dalej niż na półtora yarda, mimo że zamocowane w ściennych uchwytach pochodnie dawały trochę światła. Tunel był bardzo długi, a po ponad 50 yardach skręcał mniej więcej pod kątem prostym. Po przejściu dalszych 40 yardów Beth usłyszała odgłosy pracy. Jeszcze tylko kilkanaście yardów i… tunel się skończył. Oczom najemniczki ukazał się pracujący mężczyzna z łopatą w ręku. On nie zorientował się, że ktoś stoi za jego plecami i dalej drążył w ziemi. - To ty jesteś Robbie? Przypuszczam, że tak zważywszy na kolor… Nie dokończyła, bo mężczyzna na dźwięk tych słów niemalże podskoczył, gwałtownie się obrócił i zobaczywszy Elizabeth zamachnął się łopatą, aby ją uderzyć. Ona uchyliła się, zręcznie unikając ciosu, od razu skontrowała i zupełnie nie mając litości dla swego przeciwnika uderzyła go z całej siły w najczulszy męski punkt. Facet zawył z bólu, wypuścił z rąk łopatę, po czym upadł na ziemię, trzymając się oburącz za krocze i zwijając się z powodu cierpienia. - Litości! – krzyknął piskliwie. – Nie bij już mnie! - Wstawaj, nie zachowuj się jak laluś. Jesteś mężczyzną czy nie? - Jestem. – To powiedziawszy podniósł się z ziemi i stanął dumnie prawie że na baczność, co miało nieco komiczny wygląd, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę jego załzawione oczy (co można wytłumaczyć bólem, którego doznał). - Ty jesteś Robbie, prawda? - Tak. - Dlaczego mnie zaatakowałeś? - A nie chcesz mnie zabić? - Zabić?! Po co miałabym to robić?! - Żebym nie wydostał się z miasta. - A co za problem stąd odejść? Ktoś ci tego zabrania? Twarz Robbie’go rozpromieniła się. - Ty nie jesteś stąd, prawda? – zapytał z nadzieją w głosie. - To chyba oczywiste, co to za pytanie? Przecież nie widziałeś mnie w mieście przez pół roku? - Bo też nie przypatrywałem się, co za ludzie tu mieszkają. Byłem zajęty kopaniem tunelu. - Kopałeś go przez 6 miesięcy?! - Nie, tylko przez kilka. Na początku szukałem innych sposobów ucieczki z tej zabitej dechami dziury. Na przykład zaproponowałem Jack’owi utworzenie firmy transportowej, bo miałem nadzieję, że ktoś z miejscowych będzie miał ochotę gdzieś coś zawieźć i będę się mógł z nim zabrać, no bo kto jak nie miejscowi zna drogę wyjścia z tego przeklętego miasta? - Nic nie rozumiem z tej twojej paplaniny. Co za problem stąd wyjechać? I gdzie prowadzi ten tunel? Mów trochę jaśniej! - Ty nic nie wiesz, prawda? Jak długo tu jesteś? - Drugi dzień. - Pewnie chciałabyś już opuścić tę dziurę, co? - Tak, ale przedtem… - Zapomnij o jakimkolwiek wyjeździe. Stąd się nie da uciec. - Jak to? - Kiedy przybyłem do miasteczka i przekonałem się, że tutejsza Rose to jednak nie jest moja matka… - Zaraz, zaraz. O co tu właściwie chodzi? Przecież Rose twierdzi, że jesteś jej synem. Wątpię, by kłamała – ona naprawdę w to wierzy. Jak to wyjaśnisz? - Nie wiem, co to za kobieta i nie obchodzi mnie, co mówi. Wiem jedno: to nie jest moja rodzicielka, a ja zamierzam odnaleźć prawdziwą matkę. - I po to kopiesz ten tunel? - Tak. Inaczej się stąd nie wyrwę. - Nie prościej zwyczajnie wyjść poza granice miasta i iść przed siebie? - Spróbuj. W ten sposób przejdziesz maksymalnie kilka mil, po czym znajdziesz się z powrotem w mieście. - Że co? - No nagle ni stąd ni zowąd zostaniesz przeniesiona do jakiegoś miejsca w mieście. I tak będzie w każdym kierunku w którym pójdziesz. - Załóżmy, że tak jest. Po co więc kopiesz ten podkop? Przecież w końcu znajdziesz się w takim miejscu, z którego zostaniesz z powrotem przeniesiony do miasteczka. Cały wysiłek na nic. - Zgadza się. Ale ja nie chcę dokopać się poza miasto. - To co ty kombinujesz? - Jest pewne miejsce, nie będące bezpośrednio częścią miasta, ale znajdujące się kawałek za nim. Wiesz, o czym mówię? - Kościół? - Dokładnie: cmentarz, a za nim kościół. - I co? - Nie zastanawiałaś się, dlaczego to miejsce jest poza miastem? Każdy o nim wie, ale nikt nigdy tam nie był. Czy to nie dziwne? - Kontynuuj. - Kiedyś spytałem się o to Pastora. Jesteśmy w religijnych stronach, więc mówię mu, że nie widziałem w mieście świątyni. On rzekł, że jest, ale kawałek za miastem, za cmentarzem. Pytam: gdzie? Tam a tam. A często tam uczęszczacie? Nie, w ogóle. A dlaczego? Bo nabożeństwa nie odbywają się i tyle, odparł. A na cmentarz chodzicie, chociażby po to by odwiedzić zmarłych bliskich? Nie. Czemu? Bo to stary cmentarz, powiedział. Nikt tam nikogo nie ma. A gdzie jest nowy? Nie ma, odrzekł. Idź męczyć kogoś innego. A ja postanowiłem pójść na ten cmentarz i zobaczyć ten kościół. Gdy tak szedłem, w pewnym momencie zobaczyłem z oddali zamazane rysy wielkiego budynku. I wtedy… - Co? - I nagle jak rażony piorunem padłem na glebę. Poczułem paraliżujący strach, który z wielką siłą przygniótł mnie do ziemi. Czułem się… okropnie, jak gdyby nienawiść całego świata była zwrócona przeciwko mnie. I ja czołgając się, poniżony, uciekałem przed tymi odczuciami z powrotem ku miasteczku. Jeszcze tylko raz spróbowałem dotrzeć powierzchnią do kościoła. Tym razem ledwo uszedłem z życiem, strach o mało mnie nie zabił. Ale jednego jestem pewien: niemożliwe, aby nie istniał sposób ucieczki z tego przeklętego miejsca. I wszystko wskazuje na to, że dotarcie do kościoła, myślę, że do jego wnętrza, stanowi rozwiązanie zagadki i sposób na wyrwanie się stąd. - Hmm… Mam pewien pomysł, ale musisz mi pomóc. - To znaczy? - Potrzebuję jakiegoś środka transportu, żeby przewieźć wodę. Masz coś w zanadrzu? - Jest kilka wozów. Mutantcy niewolnicy je pociągną. Ale co z tego, skoro i tak stąd nie uciekniesz. - Wydostanę się z miasta. - Ciekawe jak? - Pójdę do kościoła. Odnajdę tam klucz do wszystkiego. - Ha ha, bardzo śmieszne, to jest ten twój pomysł? Nawet się nie zbliżysz. - Założysz się? - O co? - Jeśli wygram, to sam osobiście będziesz na samym przedzie razem z tymi niewolnikami w zaprzęgu ciągnął wóz wyładowany gallonami wody. - A jeśli to ja wygram, to wyświadczysz mi bardzo osobistą przysługę… - Dupek. Świnia. Ale zgadzam się, bo dobrze wiem, że to ja zwyciężę. - Niech ci będzie. Kiedy wyruszasz? - Niedługo. Muszę jeszcze z kimś pogadać, więc dzisiejszego wieczora, lub w nocy. - Idę z tobą. - Co? Mowy nie ma. Nie poradzisz sobie. - Razem z tobą dam radę, na pewno. Poza tym, kto wie, co tam znajdziesz? Co jeśli będzie to coś tak strasznego, że zdecydujesz się natychmiast uciec? A wraz z tobą przepadnie moja nagroda. - Nigdy nie uciekam. A mnie nawet nie dotkniesz, bo ja nigdy nie przegrywam. - Tak, tak. Mów co chcesz ale i tak idę z tobą. - Nie ufasz mi? - Nikomu nie ufam. - Niech ci będzie. Ale nie zamierzam być twoją niańką. Idziesz na swoją odpowiedzialność. - Dobra, to na którą się umawiamy? I gdzie? - Powiedzmy… Dwudziesta druga zero zero. Przed wejściem do motelu. Nie spóźnij się, bo pójdę bez ciebie. Aha, i daj już sobie spokój z kopaniem. Idź się trochę zdrzemnij, tylko nie śpij zbyt głęboko i zbyt daleko od głównego holu, bo nie usłyszysz bicia zegara. - Żaden problem. Do zobaczenia nocą. - Czekaj chwilę… jeszcze jedno: co wiesz o zaginionych ludziach i sprzęcie? - Zupełnie nic. Chcę tylko stąd odejść. Reszta mnie nie obchodzi. - Nie martw się, egoisto. Uda się. *** - Miałeś rację z tym Lloyd’em. - A więc nie uważasz już, że tutejsi ludzie są normalni, a tylko mnie odbiło i gadam jakieś niestworzone rzeczy o wyjątkowych i podróbkach? - Powiedzmy, że miałeś trochę racji. Dziś w nocy sprawdzimy, co tu się tak naprawdę dzieje. - Jestem tu od miesiąca i nic nie osiągnąłem, a ty zamierzasz dowiedzieć się wszystkiego w jedną noc? - Tak, bo ty zupełnie zignorowałeś kościół. - Kościół? To tutaj jest coś takiego? Nigdy bym nie pomyślał, wiesz, jestem ateistą, co oznacza, że raczej nie wypytuję ludzi o świątynie. - Ale tym razem pominąłeś ważny element układanki, bo Robbie uważa, że ten budynek położony za miastem jest kluczem do rozwiązania zagadki. - O, widzę, że jednak znalazł się nasz przybłęda. Gdzie się ukrywał? W śmietniku? - Nie mów tak o nim. Szkoda mi go. On także jest w nieciekawej sytuacji, być może jest mu ciężej niż tobie i mnie – w końcu nam nikt nie podmienił rodziców. - Co zamierzasz? - Dzisiaj o dwudziestej drugiej idziemy z Robbie’m do tego kościoła. - Tak? To powodzenia, będę śnił o tobie. - Ty też idziesz. - Ja? Po co? Mam lepsze rzeczy do roboty, chociażby spanie. - Przydasz się, a poza tym… - Co? - No tak, ty nic nie wiesz… - O czym? - Jesteś tu już od miesiąca, prawda? - Tak, i co z tego? - Próbowałeś stąd wyjechać? - Nie. Przysiągłem sobie, że nigdzie się nie ruszę, póki się nie dowiem, co się dzieje na tym cholernym zadupiu. - I dobrze, żeś sobie tak przysiągł, bo i tak byś się stąd nie ruszył. - Że jak? O co ci chodzi? - Z miasta nie da się odejść w tradycyjny sposób. Na początku też nie chciało mi się wierzyć, że to w ogóle możliwe, ale… sprawdziłam, i jest to niestety prawda. - Co przez to rozumiesz? Mówże…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych