To już było...
Fragment powieści wydanej w lutym. Postapokaliptyka bez zombie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Długie jasne włosy spadały na oparcie wózka inwalidzkiego, kiedy młoda kobieta o ogromnych, błękitnych oczach, których głębię podkreślały odbijające się w źrenicach barwy nieba i oceanu, z odchyloną do tyłu głową łapała ostatnie promienie zachodzącego słońca, oddychając głęboko. Promienie stygły na jej twarzy, chłodzone lekką morską bryzą, a ona uśmiechała się pełnymi, malinowymi ustami, których widok sprawia, że mężczyzna zapomina o całym świecie i staje się cały pragnieniem pocałunku, dającego ukojenie i spełnienie, niosącego nadzieję niezmąconej prymitywnym pożądaniem nirwany.
– Jak myślisz…? – powiedziała do smukłego mężczyzny w swoim wieku, może nieco starszego, z długimi, czarnymi lokami, który siedział obok, na spróchniałym pniu wyrzuconym przez fale.
– Mhm? – Podniósł głowę, zdziwiony.
– Jak myślisz, ile już widzieliśmy takich zachodów słońca? Spojrzał na nią z podziwem, zawsze uważał ją za piękną kobietę, i na jego twarzy pojawił się grymas smutku, który zaraz starał się przekształcić w uśmiech. Takiego ani jednego, pomyślał, a głośno powiedział, znajdując w głębi serca resztki romantyzmu:
– Pewnie tyle, ile ziaren piasku jest na tej plaży. Były to pierwsze słowa, jakie padły między nimi tego dnia. Dziewczyna powoli odwróciła głowę w stronę mężczyzny i z miną, z jaką matka przygląda się dziecku podczas zabaw w piasku, odrzekła:
– Nie, kochany. Może najwyżej tyle co liści na tym starym dębie na wydmie; gdyby było tak, jak mówisz, to wiesz…
– Co? – zapytał, choć domyślał się odpowiedzi.
– Pewnie dawno pozjadalibyśmy się nawzajem – powiedziała pewnym głosem i odwracając twarz z powrotem do Słońca, które już w połowie zanurzyło się w oceanie, dodała: – Albo samych siebie po kawałku. Nie skomentował tego. To była prawda, uważał tak samo i miał wrażenie, że ona czyta mu w myślach. Jakby na potwierdzenie tego przeczucia popatrzyła mu zimno w oczy, już bez uśmiechu, i szorstko wyszeptała:
– Do zobaczenia w piekle, kochany.
Mówiąc to, otworzyła dłoń, ściskającą dotąd niebieską wstążeczkę przytrzymującą mały balonik z taką siłą, że paznokcie połamały się i poraniły skórę do krwi. Nie zdążył wykonać żadnego ruchu, aby ją powstrzymać. Nie zdążył nawet krzyknąć: „Przecież słońce jeszcze nie zaszło!”. Wszystko działo się zbyt szybko. Czerwony balonik nie zdążył unieść się wyżej niż o kilka centymetrów, gdy mężczyzna kątem oka zauważył stado ptaków wzbijających się w popłochu z gałęzi potężnego dębu. Już wiedział, co teraz nastąpi. I że nastąpi to zbyt szybko, by zdołał temu zapobiec. Balonik był kolejne kilka centymetrów wyżej. Mężczyzna widział jego ruch ku niebu jak w zwolnionym tempie, za to jego myśli biegły szybciej niż wydarzenia. Podczas chwili potrzebnej na mrugnięcie okiem zdołał przypomnieć sobie najważniejsze chwile z ich wspólnego życia, przemyśleć swój plan jeszcze raz i poszukać innych rozwiązań. A potem znów rozpatrzyć wszystkie za i przeciw i podjąć decyzję. Nie miał tylko czasu na to, aby powstrzymać bieg wydarzeń. Trzepot skrzydeł towarzyszył chwili, w której głowa jego ukochanej odskoczyła do przodu w wyniku mocnego uderzenia. Jego oczy zachlapała krew i resztki mózgu. Gdy uszu dobiegł odgłos strzału, upadł bezradnie na piasek.
– Kurwa, przecież słońce jeszcze nie zaszło… – wyszeptał głosem wyrażającym na raz smutek i gniew, a potem zaczął wycierać twarz w białą sukienkę kobiety. Gdy krwawa miazga zniknęła z jego oczu, spojrzał na połowę twarzy ukochanej, ostała się w nienaruszonym stanie, i ujrzał ten sam ciepło-smutny uśmiech, który oglądał od lat. Pomyślał, że tym uśmiechem będzie mógł oczyszczać sumienie przez resztę swojego życia i chronić się przed myśleniem o sobie jako o paranoiku. Okrzyk mężczyzny wyłaniającego się zza starego dębu przerwał jego rozmyślania o przyszłości.
– Hej! – wołał tamten, schodząc powoli w dół wydmy. Machał po przyjacielsku, jakby się znali od lat. Jego pooraną przez czas, nieogoloną twarz zasłaniał kapelusz z komicznie wielkim rondem, w takim samym brudno-zielonym odcieniu moro, jaki miały jego spodnie. Z daleka uwagę zwracały przymocowany do pasa długi na jakieś pół metra, szeroki nóż oraz lornetka odbijająca się w rytm kroków od klatki piersiowej. Zza pleców wystawał fragment karabinu z ogromną lunetą. Co chwila do ust przykładał sobie srebrną piersiówkę, a wtedy jego twarz wykrzywiała się w grymasie obrzydzenia. Podszedł do zrozpaczonego mężczyzny i jego martwej ukochanej i z triumfalnym uśmiechem łowcy, który jednym strzałem powalił okazałego rogacza, usiadł na spróchniałym pniu.
– Czego tak klęczysz? – zapytał po prostu, jakby nie widział, co się stało. – Wstań. Pobrudzisz się – dodał dobrodusznie.
– Z czego się, kurwa, cieszysz? – wykrzyknął z furią zapytany. Miał ochotę dać starcowi w pysk.
– Jeszcze nie było tego pierdolonego zachodu słońca – nie przestawał się wydzierać.
– To nie ja decyduję, kiedy… Ten balonik…? – Mężczyzna z piersiówką wstrzymaną przy ustach spojrzał pytająco na wrzeszczącego.
– Co, kurwa, balonik? Wszystko było zaplanowane dawno temu, ale w innym rytmie; wydarzenia tymczasem przybrały taki obrót, że nie miał tych kilku minut przed zachodem słońca, podczas których zamierzał przygotować się do tego, co ma nastąpić. Widok rozszarpanego ciała ukochanej był przez to niespodziewany, zadziałał na jego umysł jak narkotyk i spowodował, że rzeczywistość docierała do niego z pewnym opóźnieniem. Zaskoczyła go. Nie radził sobie z myślą, że ta, którą kochał, odkąd pamiętał, nie umiała dla niego wytrzymać jeszcze trochę.
– No balonik, ten czerwony. To był twój pomysł czy jej? – dopytywał tymczasem myśliwy. Młody mężczyzna powoli dochodził do siebie. Wreszcie zrozumiał, co się stało. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz podniecenia i strachu zarazem, ale szybko się opanował. Nie lubił poddawać się emocjom, zdarzało mu się to jednak dosyć często. Częściej, niżby tego sobie życzył. Stary zapalił papierosa. To nie była jego pierwsza robota i nie ostatnia zapewne. Był spokojny i opanowany, przygotowany na każdą reakcję klienta. Po tylu latach nie reagował już na przekleństwa, obelgi, płacz, a nawet prośby o pozbawienie życia. Pozwalał po prostu, aby te zdradliwe związki chemiczne,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil JanBezdomny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…