Wróć do katalogu

To nie koniec świata - część I

Humorystyczna opowieść o dążeniu do celu i otrzymywaniu szczęścia od losu z najmniej spodziewanej strony.

Basiek, opublikowano , 28 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}CZĘŚĆ PIERWSZA{/b}

Kończyłam właśnie makijaż, kiedy usłyszałam donośne pukanie. Doskonale wiedząc, kto znajduje się za drzwiami, przejrzałam się jeszcze raz w wiszącym na ścianie lustrze. Przygładziłam włosy, które wymknęły się z fantazyjnego koka, poślinionym palcem usunęłam plamkę tuszu z grzbietu nosa. Plecy proste, brzuch wciągnięty, pierś wypięta… o cholera, a centralnie na środku bluzki kilka rdzawych plamek, które sprytnie ukryły się przed moim wzrokiem, gdy się ubierałam. Cholera razy dwa. Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natarczywe i energiczne, od razu można było wywnioskować, że gość jest zniecierpliwiony. Zresztą kto by nie był; czeka na otwarcie drzwi już około minuty, czyli kilkakrotnie dłużej niż normalnie. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie szczękanie jego zębów, oddech zmieniający się w parę, opadające i znów podrywające się do rytmu przytupywania główki kwiatów, ułożonych w bukiet. Jednocześnie pomyślałam: „Jak kocha, to poczeka”. Postanowiłam poddać swojego mężczyznę małemu testowi cierpliwości i na tyle szybko, na ile pozwalały mi dziesięciocentymetrowe obcasy, wbiegłam na piętro. Ciężko było mi utrzymać równowagę na wypolerowanych panelach – raczej nie byłam typem bizneswoman urodzonej w szpilkach, a kilka kilogramów nadwagi wcale mi nie pomagało – i niechybnie upadłabym, tracąc przy tym życie, gdyby z pomocą nie przyszła mi masywna balustrada, której mogłam się złapać. Wpadłam do sypialni, z rozpędu uderzyłam w szafę, a wazon na jej szczycie zatrząsł się niebezpiecznie, lecz na całe szczęście nie spadł mi na głowę. Sapnęłam, z wdzięcznością patrząc w sufit, ale pozwoliłam sobie na ten rytuał tylko przez sekundę, bo w tej chwili usłyszałam ostry dźwięk dzwonka. Przywołana do pionu, zaczęłam przerzucać ubrania, znajdując w końcu lekką szarą bluzkę. Wiedząc, że nie mam nic innego, co pasowałoby do ołówkowej spódnicy, wbiłam się w nią szybko i popędziłam po schodach. Dzwonek powtórzył się. Pawełek musiał się zniecierpliwić, że mu nie otwieram, ale przecież nie mogłam wyjść mu na spotkanie w poplamionej bluzce. – Sekundę! – wrzasnęłam rozdzierająco. Szybki skok do łazienki, ogarnięcie rozwichrzonych przez przebieranie się włosów, poprawienie butów, wdech wydech. Gotowe. Wyrównując oddech podeszłam do drzwi, niepewnie balansując na szpilkach. Przywołałam na twarz swój najbardziej powalający uśmiech i otworzyłam. Od razu zrozumiałam, że coś jest bardzo nie w porządku. Paweł, czerwony na twarzy, stojący ze skrzyżowanymi ramionami w pozie wyrażającej irytację i niechęć, nie miał w rękach kwiatów ani wina. Zmierzył mnie zabójczym spojrzeniem, po czym bez powitania wyminął mnie w progu. Oniemiała, cicho zamknęłam za nim drzwi i podreptałam tam, gdzie spodziewałam się go znaleźć – do salonu. – Musimy porozmawiać – rzucił szorstko, zdejmując kurtkę i ciskając ją na fotel. Patrzyłam na niego, zszokowana. Mój kochany Paweł nigdy się tak nie zachowywał, nawet kiedy go czymś bardzo zdenerwowałam, a i to zdarzało się rzadko. Byliśmy razem już od roku, zdążyłam go nieźle poznać i wiedziałam, że jest opanowany i spokojny. To miał być nasz przełomowy wieczór, byłam tego tak pewna, jak faktu, że już niedługo będę wydawała połowę pensji na świeczki tortowe, gdyż nieubłaganie zbliżałam się do trzydziestki. Brakowało mi do niej co prawda jeszcze całych ośmiu lat, ale czas płynie cholernie szybko. Wracając jednak do Pawła – musiało go coś bardzo zdenerwować. Usiadłam obok niego i zaczęłam się tłumaczyć. – Przepraszam, że nie otworzyłam ci od razu, ale zauważyłam na bluz… – Poczułam jego rękę na ustach. Zdziwiona, spojrzałam mu w twarz i zobaczyłam na niej niespotykany wcześniej wyraz zniecierpliwienia. Ucichłam momentalnie i wzbiłam wzrok w swoje paznokcie. Przez chwilę miałam nadzieję, że posadzi mnie sobie na kolanach, pocałuje, przeprosi za oschłość i wyjaśni, co go tak zdenerwowało, a potem powie, że już możemy zająć się sobą… tak się jednak nie stało. Pawełek westchnął ciężko, zabrał ode mnie ręce i poprawił włosy niedbałym gestem. Popatrzył na mnie dziwnie i rzekł po prostu: – Nie możemy już być razem. Zamurowało mnie. Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko w filmach i głupawych telenowelach z nieskończoną ilością planowanych odcinków! Ewentualnie jeszcze w beznadziejnych powieściach melodramatyczno-romantyczno-bzdetnych, które zazwyczaj kończą się śmiercią wszystkich bohaterów. To po prostu nie mogła być prawda! Nikt nie kończy rocznego związku od tak, z dnia na dzień, bez powodu! A jednak. – Słucham? – spytałam nadzwyczaj opanowanym głosem, oddychając ciężko przez nos. Czułam, jakby wokół piersi powoli zaciskał mi się szeroki pas. Zbliżał się jeden z moich ataków i odruchowo zacisnęłam palce na leżącym obok inhalatorze, jednocześnie starając się uspokoić. Zapiekły mnie kąciki oczu. Paweł splótł palce dłoni i założył nogę na nogę. – Poznałem kogoś. I poczułem, że to jest… – Co? Co takiego poczułeś? Że „to jest to”? Mnie też tak mówiłeś. – Nie patrzyłam na niego, tylko na swoje dłonie. Obracałam w nich inhalator. – Powiedz mi jeszcze, że ta twoja nowa dziunia ma wielkie cycki, wary obciągary, nogi do szyi i tlenione kudły, a na dodatek nazywa się Monika i pracuje w twojej ulubionej kawiarni! Mój ukochany, a raczej już eks-ukochany lekko się zmieszał. Powiedziałabym nawet, że kompletnie stracił pewność siebie; uleciała z niego w jednej chwili. Zamrugał jak spłoszony królik. – Skąd wiesz? – spytał głupio. Nie znalazłam siły, by mu odpowiedzieć, że po prostu zgadywałam. Potarłam skronie i wstałam, splatając dłonie na karku i patrząc pod nogi. Jedyne, czego teraz brakowało, to żebym się przewróciła i zbłaźniła przed tym… tym… tym złamasem, który jak gdyby nigdy nic siedzi teraz w moim salonie i opowiada, że znalazł sobie inną! – Jak długo to trwa? – Chciałem wcześniej ci powiedzieć, być w porządku… – zaczął cicho, jak gdyby zdał sobie sprawę z własnej hipokryzji. Być w porządku?! Spotykasz się z jakąś blondyną od dłuższego czasu i teraz mówisz o byciu w porządku?!” – wrzeszczałam w myślach, na zewnątrz jednak zachowując pozory opanowania. – Jak długo? – Podniosłam wzrok i wpatrzyłam natarczywie w jego twarz. – Około miesiąca. Odetchnęłam głęboko i stanęłam w miejscu. Skrzyżowałam ramiona na piersi i patrzyłam na Pawła długą chwilę, walcząc ze łzami. Opanowałam się jednak, za co składam dzięki Bogu czy też innej sile wyższej, która była za to odpowiedzialna. Zaskoczenie ustąpiło miejsca rezygnacji i złości. – Wyjdź. – Ale… – Wynoś się! – ryknęłam, celując palcem w drzwi. Paweł bez słowa zabrał kurtkę i założył ją w drodze do wyjścia. W progu chciał jeszcze coś powiedzieć, ale znalazłam w sobie siłę, by go popchnąć, zatrzasnąć za nim drzwi i przekręcić klucz w zamku. Oparłam się plecami o zimne drewno i osunęłam powoli na podłogę, nie zważając na to, że przegrałam w końcu walkę z łzami, od dłuższego czasu wypełniającymi mi oczy. Wypływały strugami, mieszając się z makijażem i zamieniając – jak przypuszczam – moją twarz w groteskową maskę oraz plamiąc mi elegancką bluzkę. Nie zważałam na to. Siedziałam i gorzko płakałam, czekając na jakiś znak, że to był tylko żart, nieporozumienie, a Paweł nadal jest we mnie zakochany; WE MNIE, a nie w jakiejś idiotce rozmiarem stanika większym od ilorazu inteligencji. Ale żaden taki znak się nie pojawił. Nie było białego gołębia, choć zadowoliłabym się pewnie zwykłym wróblem, który narobiłby mi na ramię. Nad moją głową nie ukazało się ogniste serduszko przebite strzałą, a Paweł nie zawrócił, tknięty nagłym przeczuciem, że to jednak ja jestem miłością jego życia. To też mogło zdarzyć się tylko w filmie. W kiepskim filmie.

*** Udało mi się przestać szlochać dopiero po pół godziny. Zrzuciłam buty, wgramoliłam się na piętro prosto do swojej sypialni. Rozpuściłam włosy, rozebrałam się szybko i ruszyłam do łazienki, gdzie nie patrząc w lustro wskoczyłam pod prysznic; nie chciałam widzieć, w jakim stanie jest moja twarz. Zmyłam makijaż przy pomocy żelu i zimnej wody, mając nadzieję, że chłód zmniejszy spowodowaną płaczem opuchliznę. Kiedy wróciłam do pokoju zawinięta w swój ulubiony „chorobowy” szlafrok, przypomniałam sobie, że w spiżarni czeka na mnie butelka białego wina „na czarną godzinę”. Nie chcąc pakować się do zimnej piwnicy w negliżu – w moim przypadku mogłoby się to skończyć zapaleniem płuc – wytarłam się, wysuszyłam włosy i ubrałam w grube getry i rozwleczony, szary sweter, co wszyscy w domu znali pod nazwą „porozstaniowy ałtfit Poli”. Powłócząc nogami, zeszłam po schodach i odnalazłam butelkę schowaną za kilkoma słoikami unikatowego jagodowego dżemu. Usiadłam na stołku barowym przy ladzie w kuchni, sięgając wcześniej z szafki kieliszek i pudełko ciastek. Nalałam sobie do pełna i wypiłam tę pierwszą porcję duszkiem. Dolałam sobie. – Zdrowie, Pawełku! – mruknęłam i wzniosłam toast w bliżej nieokreślonym kierunku, po czym zagryzłam wino ciastkiem z kremem. Hmm, typowa samotna kobieta. Brakuje mi tylko gromadki miauczących kotów i sterty płyt ze smutnymi filmami… zaśmiałam się gorzko i zajęłam zapijaniem smutku. – Choleeerni fassesi… – burknęłam pod nosem po czwartym kieliszku, najprawdopodobniej zwracając się do własnego odbicia na blacie; sama nie wiem, co wtedy myślałam. – Zaufszsz takiemu… zwiąższsz sze z nim… a tu nagle słyszsz, że od miesząssa się kotłuje z jakąsz sysssatą Moniszką! Od sceny z Pawłem minęły już trzy godziny, gdy w stanie emocjonalnego rozbicia i totalnego upojenia alkoholowego znalazła mnie moja młodsza o kilka lat kuzynka, Amelka. Dzięki Bogu, że wcześniej wróciła do domu tylko ona – reszta ferajny, czyli moi rodzice i ciocia, lansowali się jeszcze u znajomych, ale gdyby to oni mnie znaleźli w takiej kiepskiej formie, przez miesiąc kpiliby ze mnie do żywego. – Pola! – Pełen zgrozy i zdziwienia okrzyk wyrwał mnie z pijackiego półsnu. Swoją drogą, na blacie było mi całkiem wygodnie, a strużka śliny w kąciku ust dobitnie świadczyła o tym, że przysnęłam. W tamtej chwili ostatnie, czego chciałam, to budzić się i gdziekolwiek przemieszczać, a do tego postanowiła mnie zmusić moja kochana kuzynka. – Pola, dziewczyno, co ty ze sobą zrobiłaś! – Słyszałam jej pełen dezaprobaty głos jak przez mgłę, gdy potrząsała mnie za ramiona i rozchylała powieki. Doszła do wniosku, że jestem zupełnie nabzdryngolona, i zdecydowała się użyć odrobiny siły. Jest ode mnie wyższa i silniejsza, więc jakoś udało jej się dotargać mnie do kanapy w salonie. Nie rejestrowałam za bardzo, co się ze mną dzieje, poczułam tylko, że przykrywa mnie kocem. – No nieźle. No nieeeźle. – Usłyszałam śmiech. Otworzyłam niechętnie jedno oko, a widząc ładną twarz Amelki, mruknęłam coś, co miało zabrzmieć jak „Zamknij się”, ale z moich ust wydobył się niezrozumiały bełkot. Odpuściłam więc sobie komunikację i odpłynęłam w sen.

*** Kiedy obudziłam się rano, od razu zerwałam się na równe nogi. Pożałowałam jednak tego, ponieważ moją głowę momentalnie przeszył taki ból, jak nigdy wcześniej. Zawroty głowy, mroczki przed oczami… musiałam złapać się oparcia kanapy, by utrzymać równowagę i nie polecieć na podłogę. Przeczekałam kilka sekund, po czym nieco otumaniona ruszyłam w kierunku kuchni, czując potworną suchość w ustach, jakby język wysechł na wiór i stanął mi kołkiem w gardle. Rzadko piłam, a jeśli już, to tylko symbolicznie, kieliszek wina lub jedno smakowe piwo na spółkę z kuzynką czy ciocią. Nic dziwnego, że po wychlaniu w samotności całej butelki wina moja słaba głowa zareagowała aż tak drastycznie. I na dodatek obudziła mnie… o szóstej rano. Jęknęłam, przecierając dłonią twarz, wlokąc się do szafki, w której zwykle stała specjalnie dla mnie butelka coli. Wszyscy w tym domu pili soki, tylko nie ja. W kilku łykach opróżniłam butelkę do połowy, jednak picie takiej ilości gazowanego napoju na raz nie było zbyt dobrym pomysłem, o czym zaraz przypomniało mi potworne bulgotanie w brzuchu. Czułam się przeżuta i wypluta, dosłownie. Zanim pozbierałam się na tyle, żeby móc się pokazać ludziom, moja szanowna rodzinka sturlała się z wyrek i łaskawie zjawiła w kuchni. Wcale by mnie to nie zmartwiło, gdyby nie ich ukradkowe, rozbawione spojrzenia. Tylko ciocia spoglądała na mnie z troską i wyglądała jakby chciała się spytać, co mnie doprowadziło do takiego stanu. Posłałam jednak im wszystkim tak gburowate spojrzenia, że nikt się nawet do mnie nie odezwał, gdy usiadłam przy stole i zaczęłam pogryzać bułkę grubo posmarowaną nutellą.

*** Było mi okropnie zimno, nawet mimo warstwy pokrywającego moje ciało nadprogramowego tłuszczyku. Mimo przyspieszonego tempa marszu czułam, jak drętwieją mi wszystkie kończyny. W szczególności jednak cierpiała moja nieosłonięta, czerwona od mrozu twarz. Początek stycznia był wyjątkowo lodowato-mokry i nieprzyjemny. Temperatura oscylowała w okolicach zera stopni, chmury pozbywały się wciąż nowych ton marznącego deszczu ze śniegiem, a tej zupełnie nie-sielankowej atmosfery dopełniał porywisty wiatr, wciskający się wszystkimi szparami i prześwitami pod ubranie, wysysający resztki ciepła, tnący po twarzy. Nic dziwnego, że w jego silnych podmuchach ślizgałam się po chodniku. Nierówno ułożona kostka brukowa pokryta cieniutką warstwą lodu stanowiła nie lada wyzwanie dla moich starych kozaków o wyślizganych podeszwach. – Cholera jasna! – mruknęłam, kiedy podwinęła mi się noga i wylądowałam w wielkiej stercie brudnej, mokrej mazi, niezasługującej na miano śniegu. Stojąca nieopodal grupka pryszczatych wyrostków, którzy mogli mieć nie więcej jak po szesnaście lat, wybuchnęła podłym śmiechem na ten widok. Nawet gdy się pozbierałam, otrzepałam z śniegu i błota, po czym – upokorzona – ruszyłam w stronę samochodu, niemal…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych