Wróć do katalogu

Tradycja

Bluźnierczo-humorystyczna wizja czasów ostatnich czyli łotrzy w raju.

ArmiA, opublikowano , 47 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}Klucznik mu na to rzekł: - Czyśćcowy życia bieg Przepełnił się cierpieniem. Więc choć odtrącić mógł, Wolał was dobry Bóg Skazać na - Przebaczenie{/b}

Jacek Kaczmarski Teodycea

{i}Dorotce – za to, że mnie zmusiła do skończenia tego opowiadania{/i}

Zacząć należy od tego, że umarłem…

Wróć. Zacząć trzeba od przedstawienia się. To, że nie żyję, nie zwalnia mnie od zasad dobrego wychowania. Moja matka pewnie przewróciłaby się w grobie, a biorąc pod uwagę to, że całkiem niedługo być może ją spotkam, tym bardziej nie mogę pozwolić sobie na takie faux-pas. Mamusia zawsze słynęła z ciężkiej ręki. Nazywam się Marek, dla przyjaciół Profesor, niedawno stuknął mi czwarty krzyżyk i jestem…. byłem złodziejem. Nie takim zwykłym obszczymurkiem kradnącym babciom renty i włamującym się do kiosków Ruchu dla 50 złotych. O nie, moi mili, ja byłem złodziejem wyrafinowanym. Kradłem tylko dzieła sztuki, starodruki, antyki, wszelki badziew, który gdyby nie był stary to nie był by nic warty. Muszę przyznać, że w pracy dość znacznie pomagało mi wykształcenie. Wprawdzie nigdy nie byłem profesorem, zwyczajnym czy też niezwyczajnym, ani całkiem odlotowym, ale robiłem całkiem niezłą karierę na uczelni i gdyby nie rektor Darski i jego laska to pewnie i profesury bym się dochrapał. Ale nie będę teraz opowiadał o tym, uczciwszy uszy, skurwielu, bo mnie krew zaczyna zalewać na samo wspomnienie. Wystarczająco mnie stresuje to, że jestem martwy, nie potrzeba mi więcej nerwów.. Wróćmy może do tematu. O ile same studia na wydziale historii jednego ze słynniejszych uniwersytetów w kraju spędziłem w większości na bani, a to, co nocami kułem na egzaminy zapominałem zazwyczaj na drugi dzień po zaliczeniu, o tyle praca na uczelni naprawdę mnie wciągnęła. A że jak już robię coś, za co mi płacą, to staram się nie odwalać fuszerki, tak więc siłą rzeczy musiałem się czegoś w końcu nauczyć. Dlatego, chociaż wszyscy wiedzieli, że robotę dostałem bo lubiła mnie córka jednego z uniwersyteckich dygnitarzy, szybko wyrobiłem sobie opinię znającego się na temacie. Nawiasem mówiąc gdyby szanowny tatuś wiedział, za co mnie lubiła jego latorośl, to pewnie wywaliłby mnie na zbity pysk. I tak sobie egzystowałem jak setki innych pracowników naukowych niższego szczebla, lawirując wśród uczelnianych intryg, starając się nie narażać biurwom z dziekanatu, odbębniając ćwiczenia ze studentami i pisząc sobie powoli doktorat o kimś, kto od dawna nie żyje, marząc przy okazji o tym, że kiedyś ktoś będzie się doktoryzował z mojego życiorysu. I tak pewnie dociągnąłbym do emerytury, o ile oczywiście wcześniej nie kopnąłbym w kalendarz z powodu fajek, kawy lub alkoholu, które to trzy używki kochałem miłością szczerą i niezmienną. Dociągnąłbym gdyby nie pewna ekm… dyskusja z rektorem, po której to dyskusji musiałem stawić się przed bramą więzienia w Jastrzębiu- Zdroju z wyrokiem dwóch lat za pobicie. Shit happens. Więzienie, pomimo początkowych obaw, nie było wcale takie straszne. Gdy po raz pierwszy stanąłem przed celą miałem nielichego pietra. Na szczęście cela ta to nie był harem, nie było u nas frajerów, sama stara recydywa. Mówię ‘na szczęście’ ponieważ wbrew pozorom trafienie do takiej celi nie jest takie złe. O ile się bowiem nie podpadnie gitowcom i nie zrazi się ich do siebie na starcie, to poniekąd na kredyt ma się szacunek wśród innych więźniów. A szacunek w pierdlu to podstawa. Mi udało się nie podpaść , bardziej dzięki szczęściu i wrodzonemu spokojowi niż przestrogom naczelnika. Oczywiście na początku nie było łatwo. Nie czarujmy się, byłem nie dość, że świeżakiem, to jeszcze frajerem, który za kraty trafił nie za operację, za papier albo chociażby za napada z kindybałem w ręku, a za zwykły omłot, w dodatku w afekcie. Do tego nie dało się ukryć, że mam z moimi nowymi funflami nieco inny background, większość z nich pochodziła z rodzin robotniczych, byłem dla nich tylko delikacikiem z wyższym wykształceniem. Wprawdzie pozycja omegi nie jest może najgorsza, na pewno nie tak zła jak pozycja cwela lub pedofila, ale i tak nie było to nic, czym warto się chwalić. Szybko jednak się z nimi dogadałem. Widzieli bowiem, że nie cwaniakuję, nie lamentuję, ogólnie spokojnie jak na wojnie. A przy tym nie dawałem sobą pomiatać, jak ktoś nadepnął mi na odcisk. W końcu zaakceptowali mnie, a nawet na swój sposób zaczęli szanować. Przekonałem się o tym, gdy jakiś nowy frajer z sąsiedniej celi, leszczyk z włoskami na żel, któremu wydawało się, że jest mafiozem, chciał zrobić ze mnie swoje popychadło. Gdy delikatne perswazje nie podziałały przyszli mi z pomocą i zrobili z niego popychadło Rycha Pederasty. Popychał go sobie potem przez ładnych parę lat bo trzeba przyznać, że leszczyk był niczego sobie. I tak siedzieliśmy sobie w celi, godzina za godziną, dzień za dniem, aż tych dni minęło równo 730 i wreszcie wyszedłem na wolność. Wyszedłem z całkiem nielichym zapasem wiedzy praktycznej. Tak się bowiem złożyło, że moi funfle, sami starzy złodzieje, stwierdzili, że trzeba mnie nauczyć jakiegoś porządnego zawodu żebym nie zdechł z głodu na wolności.. Nie powiem, przydała mi się ta wiedza. Na uczelnię nie miałem bowiem po co wracać, na innych też nie warto było próbować, który rektor zatrudniłby wykładowcę, który mógłby dać mu w mordę. Żadnej innej porządnej pracy też nie mogłem znaleźć, z wyrokiem w papierach przy dużej dozie szczęścia można bowiem zostać co najwyżej cieciem. A i to nie zawsze. Wybór, że tak powiem, tematyki kradzieży to też nie do końca moja sprawa. Tak się bowiem składa, że jedyni paserzy jakich znałem zostali po drugiej stronie krat, a ja nie potrafiłem odnaleźć innych. Znałem za to całą masę różnych szurniętych kolekcjonerów, którzy potrafili zapłacić za starodruk lub za ikonę tyle, ile normalni ludzie płacą za M3 w śródmieściu. Dorabiałem sobie nieraz do głodowej pensji robiąc dla nich ekspertyzy i stwierdzając autentyczność obiektów. Wiedziałem więc, że ludzie ci nigdy przenigdy nie pytają o to, skąd sprzedawca wziął towar na sprzedaż. Już po paru pierwszych kradzieżach przekonałem się, że oto znalazłem swoje powołanie. Początkowo wynosiłem starodruki i rękopisy z bibliotek. Było to zadanie banalnie proste, bowiem większość bibliotek, z pominięciem tych największych, ma takie zabezpieczenia, że aż śmiech pusty łapie. Z fantami zgłaszałem się do znajomych kolekcjonerów i nigdy nie musiałem długo szukać kupca. Początkowo kłamałem, że książki udawało mi się okazyjnie odkupić, jednak po kilku transakcjach przestałem się przejmować . Jakbym im powiedział, że musiałem zabić własną babcię, aby dostać starodruk to i tak by nie mrugnęli okiem. Niektórzy z nich zachowywali się jak nałogowcy. Co najciekawsze większość z nich i tak nie miała żadnego pożytku z mojego, ekhm, towaru. Niejednokrotnie bowiem nie znali nawet podstaw łaciny. Rzeczy, które powinien znać każdy student kierunków humanistycznych aby zaliczyć lektorat na trzy. No ale nie będę was tutaj, moi drodzy, zanudzał opisem moich klientów. Musicie wiedzieć tylko tyle, że naprawdę polubiłem tą robotę i z czasem stałem się w niej naprawdę dobry. Szybko zresztą rozszerzyłem swoją działalność na obrazy i inne antyki. Szybko zresztą dorobiłem się swego zespołu. Składał się w większości ze studentów. Wiadomo, jak jest, najedzony student to w tym kraju ciągle oksymoron, a każdy grosz się przyda. Zajmowali się praktycznie wszystkim – obserwacją celu, rozpracowywaniem alarmów, śledzeniem właścicieli itd. Dla mnie pozostawała tylko rola główna – wejść do budynku i wyjść z niego z fantem w torbie. Nie powiem, w razie wpadki to ja miałbym najgorzej, dlatego zresztą dostawałem największą część łupu. Jednak ich pomoc znacząco upraszczała całą sprawę i pozwalała mi dokonywać skoków znacznie częściej. Szczególnie ceniłem sobie studentów z ASP, którzy zamiast dorabiać do stypendium malowaniem portretów bogatych turystów dorabiali sobie malowaniem kopii znanych dzieł. Dzięki temu, o ile czegoś nie schrzaniłem podczas skoku, były właściciel zazwyczaj nawet nie wiedział, że go okradziono. Nie czas i miejsce na szczegóły, ale zdziwilibyście się, jak często spacerując po muzeach widzicie kopie autorstwa moich malarzy. To, że nie żyję z winy własnego lenistwa, nie ułatwia sprawy. Nie mam na kogo zwalić winy, a brodę dawno zgoliłem i teraz nie mam w co pluć. Gdybym sam przyjrzał się celowi przed skokiem… Nic nie zapowiadało tragedii, akcja wydawała się prosta jak drut. Obiekt zabezpieczony był dość prymitywnie, alarm zdjąłem z marszu, szybko ściągnąłem obraz z kamery, zapętliłem go i podpiąłem do magnetowidu. Wszystko szło dobrze, aż za dobrze. Nie przewidziałem tylko tego, że właściciel jest tradycjonalistą i postawi na bardziej klasyczne zabezpieczenia. Często zastanawiałem się jak będą brzmieć moje ostatnie słowa. Ot, takie małe zboczenie historyka. My bowiem wiemy jak często to właśnie ostatnie słowa są zapamiętywane przez potomność. Weźmy chociażby takiego Juliusza Cezara. Nie ważne, że był człowiekiem, który podporządkował swojej woli najpotężniejsze mocarstwo wszechczasów, świetnym strategiem, znawcą prawa. Ważne, że Brutus też był przeciwko niemu. Dlatego właśnie postanowiłem, że moje ostatnie słowa będą idealnym podsumowaniem mojego życia. Że będą z jednej strony patetyczne i wzruszające, a z drugiej oddadzą mój dystans i delikatną ironię, z którą zazwyczaj patrzyłem na świat. Że będą konkretne i łatwe do zapamiętania, ale nie będą wyglądać na wystudiowane. Że ich wypowiedzenie na zawsze utrwali wśród potomnych pamięć o mnie jako o wybitnym intelektualiście. I, mówcie co chcecie, ale słowa „Dobry piesek” za cholerę nie spełniły tych warunków. No dobra, ale ja was tutaj zamęczam swoim życiorysem, a tu już kolejka się ruszyła. Mówcie co chcecie, ale ten aspekt życia zupełnie mi nie pasuje do zaświatów. No bo wiecie, niebo to powinna być radość, leżenie na chmurce z harfą w ręku i śpiewanie pioseneczek o chwale Pana. Natomiast stanie w kolejkach na mojej prywatnej liście rzeczy, których nie znoszę, plasuje się tuż za ciepłym piwem i zimną kawą. Czyli bardzo wysoko. I, wbrew temu co pisze się w podręcznikach historii, moim zdaniem to właśnie przez kolejki upadł komunizm. Ludzie bowiem, choć zazwyczaj nie wiedzą co zrobić ze swoim czasem, to jednak nie lubią go marnować, a bezczynnego stania siłą rzeczy nie da się uznać za zajęcie produktywne i ciekawe. Przepraszam was bardzo za te nieistotne dygresje, jestem gadułą i nic tego nie zmieni, więc się lepiej przyzwyczajcie. Nie powiem zresztą, że to stanie w kolejce było aż tak nudne. Zdążyłem przynajmniej poznać kilka osób. I, z tego co się zorientowałem, to wcale nie byli dużo bardziej święci niż ja. Śmiem twierdzić, że wprost przeciwnie. Ot, chociażby taki Romek i Krzysiek. Poznali się w wojsku, zamieszkali w jednym mieście, pracowali w tej samej fabryce. Normalnie sielanka. A że w życiu zazwyczaj tak bywa, że jak jesteśmy szczęśliwi to tylko dlatego, że nie znamy wszystkich szczegółów, to i ich idealna przyjaźń została wystawiona na ciężką próbę. Otóż Romek, który pracował na pierwszą zmianę, któregoś dnia poczuł się gorzej. Wrócił więc wcześniej do domu, gdzie zastał pracującego na drugą zmianę Krzyśka. Zastał go, nawiasem mówiąc, we własnym łóżku, z własną żoną. W pozie, która niewiele pozostawiała wyobraźni. Zamiast zareagować jak każdy normalny facet, czyli wyrzucić Krzycha na zbity pysk i pójść się upić, Romek wpadł na ciekawszy pomysł. Związał Krzycha i obciął mu… pewien ważny organ. Krajalnicą do chleba. Plasterek po plasterku. Gdy ta amatorska kastracja dobiegła końca, podobnie zresztą jak życie Krzycha, Romek zrobił kolację. Tak, dobrze się domyślacie z czego, ale ja tego głośno nie powiem, bo i tak mnie mdli. Zresztą Romek nie cieszył się za długo zemstą. Gdy jego żona połapała się co tak naprawdę ma na talerzu, rozwaliła mu głowę tłuczkiem do mięsa. Spotkali się zresztą z Krzychem w tej samej kolejce, dali sobie po mordzie i wszystko było okej. Innym ciekawym przypadkiem był Ali, chyba najgorszy terrorysta świata. Ali trafił do naszej kolejki ponieważ po matce był w połowie Polakiem. Jego mamuśka zresztą załatwiła mu to, że trafił do Nieba chrześcijańskiego, a nie do islamskiego Ogrodu. Jego babcia stwierdziła bowiem, że Allach Allachem, a chrzest musi być katolicki. I tak to za sprawą potajemnie sprowadzonego księdza Ali czekał w kolejce razem z nami. Chłopaki zrobili mu zresztą dość nieprzyjemny dowcip. Gdy przyszedł przedstawili się jako siedemdziesiąt obiecanych dziewic, a gdy Ali zzieleniał, Romek trzeźwo zauważył, że nigdzie w Koranie nie pisało, że dziewice będą kobietami. Wspominałem już, że Ali był beznadziejnym terrorystą? Jego pierwszym zamachem była próba zatopienia amerykańskiej korwety. Otóż, moi drodzy, Ali wpadł na genialny pomysł. Załadował małą motorówkę materiałami wybuchowymi i popłynął ku przeznaczeniu. A przynajmniej chciał popłynąć, nie wziął bowiem pod uwagę tego, że łódka ma maksymalną ładowność. Koledzy wyciągnęli go z morza zaledwie 20 metrów od brzegu, co najmniej podtopionego. Drugi zamach przeprowadził dwa tygodnie później. Tym razem za planowanie zabrał się ktoś inny, Ali miał tylko zaparkować samochód pod ambasadą. Jednak nasz drogi Ali postanowił udoskonalić ten plan. Kupił kamerę wideo i nagrał filmik, w którym tłumaczył swój czyn i wyrażał swoją głęboką nienawiść do USA i do zachodniej cywilizacji. Chciał zamieścić go na YouTube, ale nie wiedział jak. Poszedł więc z kamerą pod pachą do sklepu i poprosił o pomoc sprzedawcę. Na jego szczęście policjanci nie mogli uwierzyć, że ktoś może być aż tak głupi i potraktowali całą sprawę jako kiepski żart. Trzeci, ostatni zamach był poniekąd udany. Poniekąd, bowiem Ali, próbując wysadzić w powietrze Mc’Donaldsa, nastawił zapalnik na 3 sekundy zamiast 3 minut. Miał szczęście, że anioł śmierci miał iście anielską cierpliwość i poskładał go z kawałków, w przeciwnym razie bowiem Ali czekałby chyba zapakowany w pudełko po butach. O, moja kolej. Nie powiem, żebym był strachliwy, ale trochę się mimo wszystko boję. Jakoś bowiem w życiu nie układało mi się po drodze z moralnością, a z Kościołem jeszcze mniej. Ostatni raz zresztą odwiedziłem Dom Pański trzy lata temu, kiedy dostałem zlecenie na pewien mało znany obraz bardzo znanego twórcy, który jakimś cudem trafił do małego wiejskiego kościółka w samym środku Mazur. Zresztą, co tu ukrywać, lubiłem grzeszyć. Z dziesięciu przykazań nie złamałem bodajże tylko piątego, wielokrotnie łamiąc zresztą siódme i czerpiąc wyjątkową przyjemność z łamania szóstego. Także siedem grzechów głównych nie było mi całkiem obce, no może poza nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Wiecie, w takiej robocie jak moja trzeba dbać o linię, nigdy nie wiadomo przez co trzeba będzie się przeciskać. O pięciu przykazaniach kościelnych i dotrzymywaniu postów przez litość nie wspomnę. Innymi słowy – przesrane. Wszedłem z wysoko podniesioną głową i z kpiącym uśmieszkiem na twarzy. Piekło czy nie, fason trzeba trzymać. W małym pomieszczeniu, nieziemsko wręcz zagraconym, leżały setki akt, segregatorów i wszystkiego tego, co można znaleźć w każdym biurze. Na środku sufitu wisiała naga żarówka, tak ubrudzona, że ledwo dawała światło. Przy oknie, strasząc odłażącą farbą, stało białe biurko, model późny Gierek, a na nim nie pierwszej młodości komputer i kilkanaście szklanek po kawie. Jak tak ma wyglądać niebo, pomyślałem, to może i to piekło nie jest taką złą alternatywą. Za biurkiem siedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, na oko trzydziestoletni. Miał bujne, brązowe włosy i starannie przystrzyżoną bródkę. Z jego zadbanym wyglądem kontrastował stary i przetarty, chociaż gustowny garnitur. Gdy wszedłem, wstał ze skrzypiącego biurowego fotela, podszedł i podał mi rękę. -Witaj, jestem Piotrek. Coś mnie tknęło, jakiś trybik wskoczył na swoje miejsce. -Ten Piotrek? Ten od kluczy, chodzenia po wodzie itepe? -Do usług. -Ale nie powinieneś być przypadkiem stary, mieć siwą brodę i chodzić o lasce? - Popatrz lepiej na siebie. Spojrzałem w zawieszone na ścianie lustro, które było niemiłosiernie upstrzone muszymi odchodami. No ładnie, mają tu muchy. Ciekawe, czy komary też, karwia ich mać. Gdy już dojrzałem swoje odbicie zdziwiłem się niepomiernie. Wyglądałem, jakby ktoś odjął mi co najmniej dziesięć lat. Zniknęły ślady siwizny we włosach, zakola znacząco się zmniejszyły, miałem też znacznie mniej zmarszczek. Zniknęła nawet mała blizna nad lewym okiem, pamiątka po jednej z wielu knajpianych awantur. Blizny zresztą trochę żałowałem, ponoć dodawała mi charakteru. -Widzisz, starość nie radość. A skoro nie ma tutaj żadnego racjonalnego powodu, to po co miałem być niedołężnym staruszkiem przez całą wieczność? -Żeby ludzie ustępowali ci miejsca w autobusach. -Tu nie ma autobusów. W końcu to niebo. Nie znalazłem kontrargumentu. Święty Piotr podszedł do szafki i z jednej z szuflad wyciągnął opasłe tomiszcze. Znacznie większe niż sama szuflada, ale od jakiegoś czasu nic mnie już nie dziwiło. Położył ją na biurku a potem z tej samej szuflady wyciągnął kolejną księgę. Z cichym westchnieniem rezygnacji wyciągną ł siedem kolejnych, całkowicie zagracając nimi biurko. -Co to jest? – zainteresowałem się. -Rejestr twoich grzechów. -Aż tyle? -To tylko streszczenie. Ale nie martw się, tam nie pójdziesz – mówiąc to znacząco zerknął na podłogę, a potem zsunął książki do stojącego pod biurkiem kosza – postanowiliśmy dać wam szansę. -To znaczy? -Jeśli udowodnicie, że jesteście dla nas przydatni , to pozwolimy wam tu zostać. Szczegółów dowiesz się później. Nikomu nie zamierzałem niczego udowadniać, ale nie wyrywałem się z tym. Będzie co ma być. Piotrek wypisał mi skierowanie. Niestety bumaga była napisana po hebrajsku, więc pozostało tylko mieć nadzieję, że nie był to przydział do szorowania kibli. Pożegnałem się czym prędzej i wyszedłem drugimi drzwiami. Zgodnie z instrukcją, którą Piotrek był łaskaw mi przetłumaczyć, skręciłem w drugi korytarz z lewej. Po odebraniu od magazyniera skrzydełek i aureoli oraz zakupieniu w pobliskim kiosku fajek (po 3 zł paczka – w końcu poczułem, że to niebo!) zameldowałem się w swoim pokoju. Nie powiem, żeby zrobił na mnie wrażenie. Spodziewałem się raczej jakiejś chmurki, może niebiańskiego ogrodu, sami wiecie. Na pewno nie spodziewałem się natomiast czegoś będącego połączeniem hotelu robotniczego i akademika. Ściany w tradycyjnie polskim buro-gównianym kolorze były porysowane, pokryte obscenicznym grafitti i śladami gaszenia fajek. Drzwi skrzypiały niemiłosiernie, a w wybitej szybce odbijał się szary od brudu sufit. Za biurkiem siedział spocony portier w przekrzywionej aureoli i rozwiązywał krzyżówkę. Gdy skierowałem się w jego stronę podniósł wzrok i warknął: -Czego chce? -Przepraszam bardzo, ale miałem się tutaj zameldować… -Papier ma? Podałem mu świstek od Piotrka. Popatrzył na niego, potem na mnie. Po dłuższej chwili wstał z obrażoną miną i podał mi klucze. -Do góry schodami na trzecie piętro, potem w prawo. Pokój 617. Ukłoniłem mu się i czym prędzej oddaliłem. Pamiętałem jeszcze z czasów studenckich, że w akademiku można podpaść każdemu, ale podpadnięcie portierowi kończy się źle. Zawsze i bezwyjątkowo. W końcu to portier decyduje o tym, czy nas wpuści, gdy nawaleni wracamy z imprezy. Nie wiedziałem, czy w niebie jest alkohol, ale zawsze warto się na taką ewentualność zabezpieczyć. Moje wątpliwości rozwiały się bardzo szybko. Gdy byłem jakieś 10 metrów od drzwi pokoju do moich nozdrzy doleciał zapach gorzelni i tytoniu. Ktoś niemiłosiernie fałszował na gitarze, a pięć bełkotliwych głosów zawodziło znaną pijacką pieśń o kozaku, co to ma omijać lasy i doły. Otwarłem drzwi i zanim zdążyłem przywitać się ze współlokatorami, z których znałem tylko Romka i Krzyśka, ktoś krzyknął sakramentalne „Karniaka dla pana kierownika”. Ktoś inny szybko napełnił słoik po musztardzie jakąś przejrzystą cieczą. Walnąłem stakana na raz i poczułem się jakbym wypił szklankę kwasu solnego. Uczucie to jednak przeszło dość szybko, oddech też powrócił, a z żołądka po całym ciele rozeszło się przyjemne ciepełko. Świat niemal natychmiast zaczął wyglądać znacznie ładniej, a moi towarzysze nagle stali się interesujący i elokwentni. Popatrzyłem z ciekawością na butelkę. Pod znanym symbolem oka w trójkącie pysznił się złoty napis ‘Spiritus Sanctus’. Gdy obudziłem się rano w ubraniu, przytulony do jakiegoś kolesia, który wczoraj został moim najlepszym przyjacielem, nie zdziwiłem się nawet szczególnie. Jednak gdy postanowiłem wstać, po raz kolejny stwierdziłem, że to całe Niebo jest mocno przereklamowane. Kac, jak to zwykle u mnie bywa, zaatakował podstępnie. Gdy otwarłem oczy, jedynym objawem zatrucia alkoholowego był trampek w ustach i suchość w gardle. Nie tak źle, biorąc pod uwagę ile wczoraj wypiliśmy. Zresztą nie pamiętałem nawet, ile wczoraj pękło flaszek, ale to tylko świadczyło, że raczej była to liczba dwucyfrowa. Podniosłem się z łóżka i wtedy się zaczęło. Ból głowy uderzył niespodziewanie, a ziemia nagle skoczyła mi do oczu i dała po mordzie. Gdy już doszedłem do siebie na tyle, że byłem w stanie sobie uświadomić co się dzieje podczołgałem się do szafki. Stała na niej butelka z resztką spirytu. Odkręciłem drżącymi rękami zakrętkę, o mało przy tym nie wymiotując od zapachu alkoholu. Pokonując obrzydzenie przytknąłem usta do szyjki i pociągnąłem solidny łyk. Oczy momentalnie zaszły mi łzami i straciłem oddech, ale po chwili byłem już na chodzie. Przynajmniej na tyle, że o własnych siłach wyszedłem na korytarz. Dobiegające z innych pokojów jęki i wszechobecny zapach przetrawionego alkoholu świadczyły o tym, że nie tylko my mieliśmy wesołą noc. Idąc gdzieś bez celu korytarzem o mały włos nie potknąłem się o Alego. Wyglądał strasznie, cały spocony i czerwony na twarzy. Zdziwiło mnie to trochę, bo, o ile wiem, muzułmanie nie piją, a on wielokrotnie podkreślał swoją wiarę i pomstował na tych, którzy wrzucili go do chrześcijańskiego nieba. Są jednak takie okazje, podczas których nie da się nie wypić. Pierwszy dzień w zaświatach najwidoczniej się do nich zalicza. Wyszedłem zza rogu i wpakowałem się prosto na anioła z listą w ręce. Rzucił we mnie spojrzeniem ciężkim jak cegła i wysyczał: -A obywatel czego jeszcze nie na zbiórce? Jak obywatel nie żyje, to myśli, że mu wszystko wolno? Co? -Przepraszam najmocniej, ale na jakiej do diabła zbiórce? -Nie wyrażaj się ścierwo! Bo inaczej naprawdę pójdziesz do diabła! Jego szczęście, że byłem na kacu. Inaczej pewnie połamałbym mu skrzydła i udusił go jego własną aureolą. Widzicie moi drodzy, chamstwa nie toleruję. Jednak wczorajsza libacja pozbawiła mnie sił tak znacznie, że zamiast spuścić mu zasłużony łomot, grzecznie zapytałem ponownie o co chodzi. Dowiedziałem się, że wszyscy nowi mają się stawić w świetlicy, gdzie święci Piotr i Paweł udzielą niezbędnych wyjaśnień. Zanim poszedłem zapamiętałem dokładnie jego twarz. Kto wie, może będzie jeszcze okazja nauczyć go kultury. Do świetlicy wszedłem jakieś dziesięć minut po rozpoczęciu całej imprezy. Przekradłem się do tylnych rzędów. Właśnie przemawiał Piotrek. -…dlatego w zasadzie nie powinno was tu być. Każdy z was ma na sumieniu tyle grzechów, że spokojnie starczyłoby na trzech. Powinniście z tego powodu spędzić całą wieczność w piekle. Ale nie martwcie się! Postanowiliśmy dać wam szansę. Wy wszyscy, jak tu jesteście, weźmiecie udział w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych