Wróć do katalogu

Trzeci czynnik część VIII

Opowieść o trojgu rodzeństwa: Piotrku, Adamie i Monice, które zostaje postawione w niesamowitym i przerażającym splotowi niebezpiecznych zdarzeń, które można określić wspólnym mianem: Nie z tego świata.

Joker23, opublikowano , 33 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}Rozdział VIII – Z otchłani czasu{/b}

Monika po krótkim pobycie w celi mogła cieszyć się wreszcie upragnioną wolnością, która mimo wszystko nie była w końcu taka pewna. Pierwsza rozprawa miała rozpocząć się już za dwa tygodnie. Przez ten czas, profesor chciał zadbać o jak najlepszą kondycje jej zdrowia psychicznego. Gdy więc dziewczyna w raz z resztą rodziny zasiadła do stołu by zjeść poranne śniadanie, zaproponował wszystkim wspólny wypad na biwak nad jeziorem węgorzy, jakieś 5 km od ich domu. Była to pierwsza dobra wiadomość od dłuższego czasu. Chłopcy zgodzili się bez wahania nic, bowiem nie mogło tak cieszyć, jak odpoczynek od kłopotów i zjawisk paranormalnych w zaciszu mazurskiej przyrody, Monika jednak, nie była jakoś specjalnie uradowana, zdecydował jednak głos większości jaką stanowili jej bracia. Tak, więc następnego ranka, wszyscy spakowani i przygotowani, byli gotowi ruszyć na podbój jeziora. Profesor przed wyjazdem przekazał kierownictwo nad laboratorium Marcie. Mimo że zaufanie, jakim ją obdarzył zostało przez nią dość mocno nadszarpnięte, była jedyną osobą z kompetencjami kierowniczymi, której mógł powierzyć to zadanie. Po 15 minutach jazdy, wąskim asfaltem, dotarli na miejsce. Trzeba przyznać, że udało im się znaleźć doskonałe miejsce na rozbicie obozu. Leśna polana odgrodzona od świata przez kilkumetrowy, spadzisty brzeg, porośnięty sosnami, z drugiej strony natomiast znajdowało się ogromne jezioro, w większości zarośnięte trzciną, w tym miejscu jednak znajdowało się jedynie kilka źdźbeł, dojście natomiast było wręcz wymarzone, dodatkowo otoczone po bokach przez potężne wierzby, które nadawało temu miejscu niezwykły charakter. Dojście do polany stanowiła jedna ścieżka biegnąca wzdłuż brzegu części jeziora, tuż przy niej w miejscu docelowym leżało powalone drzewo, sądząc po śladach ścięte przez żyjące tu bobry, było ono znakomitą alternatywą twardego podłoża przykrytego jedynie kocykiem. Dzięki kontaktom profesora w leśnictwie mogli tu nie tylko rozbić biwak, ale także rozpalić ognisko. Każdy miał przydzielone przez mamę i Connorsa zadanie. Monika miała zająć się prowiantem, chłopcy mieli przynieść gałęzi do rozpalenia ogniska, mama razem z profesorem mieli zaś rozbić namioty. Wszyscy zabrali się z ochota do pracy. Wszyscy, z wyjątkiem Moniki, która najwyraźniej wyglądała na przygnębioną. Profesor podszedł do niej, by spytać ją co się dzieje. Dziewczyna zwróciła uwagę na całą sytuację z biwakiem, podziałem obowiązków, wszystko to było kopią, czymś w rodzaju Dejavu , okoliczności, która zapoczątkowała serię niewyjaśnionych zjawisk, i walkę z X-sem. Profesor usiłował pocieszyć dziewczynę, co przyniosło pozytywny skutek. Monika poszła do pikapa profesora z którego to wypakowała dwie lodówki turystyczne oraz kosz z kanapkami. Ustawiła je na trawie. Następnie rozłożyła koc, na którym wyłożyła to wszystko. Jej zadanie z pozoru proste, nie zaowocowało u niej jakimś większym entuzjazmem i ochotą jego wykonania, za to sztuka rozbicia namiotu i owszem, mogła być powodem do większego zaangażowania. Przez całą godzinę Rybicka i Connors męczyli się z jego rozłożeniem, najpierw źle ustawili konstrukcje z szkieletu, potem wlekli się z naciągnięciem na to materiału, a na końcu usiłowali wbić w twardą ziemię śledzie. Nie byli jednak z tego powodu zgorzknieli, wręcz przeciwnie, igraszki z namiotem dostarczyły im wiele zabawy i radości, których przecież od jakiegoś czasu było u nich jak na lekarstwo. Widząc ich Monika uśmiechnęła się, mając nadzieje, że wkrótce ich życie znów stanie się tak szczęśliwe i beztroskie, jak ta wspólna zabawa jej mamy z profesorem. Gdy namiot dla niej i dla Moniki stał gotowy do ’’ zamieszkania’’ przyszła kolej na rozłożenie następnego, tym razem dla chłopców. Nim jednak do tego się zabrali, usiedli na pieńku by chwilę odsapnąć. Pani Rybicka spojrzała na profesora z uśmiechem na twarzy, profesor jednak starał się unikać z nią bliższego kontaktu. Zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później może dojść do niezręcznej sytuacji. W końcu on sam z kobietą, która niedawno straciła męża…to i tak było dość krępujące, tym bardziej, że kobieta spoglądała na niego w dość niejednoznaczny sposób. Monika patrzyła na nich z za drzew, chciała wiedzieć, do czego są oboje wstanie posunąć, i czy nie okaże się tak, że wkrótce będzie miała nowego ojca. Jako pierwsza odezwała się Rybicka: - Muszę panu z całego serca podziękować. - E, za co? – Zapytał lekko zamyślony. - No za to, że zechciał pan z nami, być tu i teraz, choć wcale pan nie musiał. - A tak, to nic takiego, po prostu chcę wam wynagrodzić te wszystkie przejścia, po części czuję się za to odpowiedzialny. - Ale to nie pana wina. - Może, ale coś mi mówi, że tak właśnie powinienem robić. - Jest pan dobrym człowiekiem. - Tak pani uważa? - Ja to wiem. Mogę panu zadać osobiste pytanie? - Oczywiście. - Nie wiele wiem o pana przeszłości, pan o mojej i moich dzieci, właściwie znamy się od niedawna, i nic o sobie nie wiemy. - Właściwie, to nie wiem czy moje życie by panią zaciekawiło. - A tak w ogóle, jak to się stało, że postanowił pan zostać naukowcem?- Zawsze interesowała mnie nauka, odkrycia, rzeczy nieznane. Postanowiłem, więc, a było to jeszcze w liceum gdańskim, że zostanę tym, który będzie poznawał świat, odkrywał jego tajemnice. Wyjechałem, więc do stanów, tam zdobyłem magistrat, a potem doktorat, a potem wróciłem do kraju, tu zostałem profesorem. - Jak na profesora, to jest pan dość młody. - Wie pani, mam 45 lat, znów taki młody nie jestem, zresztą pani też nie wygląda na starą. - Niech pan nie żartuje, ja także jestem po czterdziestce i w dodatku mam dzieci, a to potrafi sprawić, że człowiek może osiwieć. – Odparła z uśmiechem Rybicka. - Na pewno nie jest pani łatwo, z trójką dzieci. - Lekko nie jest. A pan nie jest żonaty? – Zapytała z zaciekawieniem. - Jakoś nie było nigdy okazji, zresztą, jestem ciągle w ruchu, w ciągłej pracy, po prostu nie mam czasu, na rodzinę. – Odrzekł lekko zasmucony. - To musi być okropne, żyć samotnie… - Ja bym znów z tą samotnością nie przesadzał, otaczają mnie naukowcy, moi przyjaciele, no i Marta… - Ale sam pan mówił, że ta cała Marta zdradziła pana dla tego dr Ryk-sa czy jak mu tam. - Tak, ale wciąż liczę na to, że w porę opamięta się i przejrzy na oczy, że X nią tylko mami i manipuluje jej uczuciami, by móc dotrzeć do mnie. - A jeżeli tak nie będzie? - Nawet nie chce o tym myśleć, nie teraz. Z resztą powinniśmy być dobrej myśli. - Jestem pod wrażeniem tego, że, mimo iż ostatnio dość często groziła panu śmierć, jest pan wstanie mieć taki tok myślenia. Ja niestety nie mogę sobie na to pozwolić, tak jak pan powiedział: „nie teraz”. – Odpowiedziała mu zmartwiona. - Dlaczego? - Widzi pan, moje dzieci, po stracie ojca nie jest im łatwo, a teraz w miasteczku jest coraz niebezpieczniej. Chciałabym, aby ich przyszłość, była pewna, żeby mogły dojść do czegoś, nie tak jak ja, zwykła kura domowa, bez większego wykształcenia, i bez żadnych perspektyw na lepszą przyszłość. Teraz, coraz częściej boję się, że gdyby nie daj boże coś mi się stało… Profesor przerwał kobiecie i złapał za jej prawą dłoń, ściskając ją delikatnie - Jeżeli coś się wydarzy, jeżeli miały by pozostać bez opieki, to niech mi pani wierzy, dzieci nie pozostaną same, nie zabraknie im bezpiecznego dachu nad głową ani edukacji, obiecuje pani. - Profesorze, czasem mam wrażenie, że pana, przysłał sam stwórca, by nieść pomoc ludziom. - Ja po prostu jestem człowiekiem, który pomaga rodzinie w trudnej chwili. - Jeszcze raz dziękuje panu z całego serca. Monika słysząc każde wypowiedziane przez nich słowo, wzruszyła się na, tyle, że z jej oczu poleciało kilka łez. Żałowała, że nie mogą tego słyszeć chłopcy. Ci, jakąś godzinę temu udali się do lasu by uzbierać chrustu. Ten był wprawdzie wszędzie, ale obaj uznali to za dobry pretekst do tego by pozwiedzać trochę okolicę. Jak się później okazało, był to zły pomysł. Puszcza piska to największy kompleks leśny w Polsce i jeden z największych w Europie, dlatego też zgubić się w niej nie jest trudno. Błąkali się tu i tam, próbując znaleźć wyjście na drogę asfaltowa, ale było to właściwie niewykonalne, nie tylko, dlatego że w lesie było praktycznie setki leśnych drużek, a każda z nich prowadziła do kolejnej, a kolejna do następnej…, nie tylko, dlatego że jak na złość nie mogli trafić na nikogo, kto mógłby im pomóc (A w dzisiejszych czasach to z reguły nie jest problem), ani także z powodu zapadającego powoli mroku, ale przede wszystkim, dlatego że po prostu się bali. Wieczorna aura powodowała, że każdy ruch w gęstwinie, każda złamana gałązka, każdy szelest w ich mniemaniu mógł być dzikiem albo wilkiem, a w tym lesie o spotkanie z którymś z tym zwierząt nie jest trudno, na dodatek przypomniała im się historia z zbirami, którzy na nich napadli. Po kilku godzinach, natrafili na zarośniętą ścieżkę prowadzącą w dół niewielkiego zbocza. Na chwile odzyskali nadzieję, że mogą być na miejscu, szybko jednak do nich dotarło, że znaleźli się zupełnie gdzie indziej. Porośnięte trawą i krzewami zbocze, oraz znajdująca się na nim ścieżka prowadziły do niewielkiej polany utworzonej z mchu płonnika strojnego, otoczonej zewsząd potężnymi świerkami, który tworzyły coś w rodzaju ’’bramy’’ prowadzącej do tego niesamowitego miejsca. Widząc to, Piotrek nie bacząc na nic zaczął biec w dół zbocza. Po drodze jednak zahaczył stopą o wystający z pod ziemi korzeń. Sturlał się na dół, potykając się, co rusz o krzaki i gałęzie. Adam zbiegł do niego ostrożnie, nie chcąc przy tym popełnić błędu młodszego brata. Gdy był na dole, podbiegł pośpiesznie do rannego chłopca. Na całym jego ciele były liczne siniaki obtłuczenia, a najgorsze było to, że skręcił, albo, co gorsza złamał sobie prawą nogę. Trzymał się jej kurczliwie, płacząc i jęcząc z bólu. Adam, chcąc by jego brat był bezpieczny, zaciągnął go powolutku na wypatrzoną wcześniej polankę, tam ułożył go delikatnie na miękkiej poduszce, jaką tworzył mech. Chcąc ulżyć bratu w cierpieniu, podwinął jego nogawkę, a potem zaczął masować jego łydkę, mając nadzieję, że to uśmierzy ból, chociaż częściowo. Zapadł zmierzch. W obozowisku, wszyscy zaczęli się zamartwiać o niewracających z lasu chłopców. Najbardziej zmartwiona była oczywiście ich mama. Cały czas chodziła wokół ogniska rozpalonego dzięki zebranym przez Monikę patyków i roślin, łapiąc się za głowę, i spoglądając nerwowo na swój zegarek. - Niech się pani uspokoi, na pewno nic im nie jest. – Próbował ją uspokoić profesor. To jednak wcale jej nie uspakajało, tym bardziej, że od jakichś dwóch godzin, zaczęło towarzyszyć jej przeczucie, że mogło im się przytrafić coś naprawdę złego. Również Monika przez cały ten czas martwiła się o nich, okazywała to jednak w inny sposób. W skupieniu siedziała na pieńku wpatrzona, z pozoru bezmyślnie w ziemię, w rzeczywistości jednak w jej umyśle przewijały się najróżniejsze myśli, te pozytywne i te przerażające. Podobnie jak u jej mamy, także i u niej objawiało się to straszne przeczucie, że wydarzyło się coś strasznego. Był to dowód na to, że tą rodzinę łączy silna więź, to też każda strata członka jej, była by dla nich prawdziwym ciosem. Prawdziwy horror przeżywali po starcie męża i ojca zarazem, dlatego kolejnej straty, mogliby już nie przetrwać. Wyczekiwanie na nich, przerwał im dźwięk silnika motorowego, który stawał się coraz głośniejszy. Profesor spostrzegł na wodzie, zbliżającą się do nich białą łódź motorową. Jak się wkrótce okazało, należała ona do lokalnych strażników przyrody, którzy zaniepokojeni unoszącym się dymem, podpłynęli by zorientować się w całej sytuacji. Załogę stanowiły dwie osoby, Starszy z siwą bródką, w białej, marynarskiej czapce na głowie, oraz młodszy bez zarostu, również w takiej czapce. Po dopłynięciu do brzegu, ostrożnie zacumowali, po czym wyszli na brzeg. Na powitanie wyszedł im profesor, który pokazał im zezwolenie na rozbicie biwaku i rozpalenie ogniska. Strażnicy wyjaśnili im, że uznali ich za kłusowników, i że zobowiązani byli to sprawdzić. Rybicka podeszła do nich, prosząc ich o pomoc w odnalezieniu jej synów. Strażnicy zgodzili się bez chwili zastanowienia. Młodszy wrócił na łódź, próbując się skontaktować za pomocą radia z przystanią, coś jednak zakłócało łączność. Starszy zaczął rozmawiać z nią próbując ją uspokoić. Jednak jemu, podobnie jak profesorowi, również się to nie udało. Profesor, usiłował mu pomóc, jednak nawet połączone siły nic nie dały, kobieta nie była wstanie ustać w miejscu, ruszyła z miejsca, znów zataczając kółka wokół ogniska. - Co się z nią dzieje? – Zapytał zdenerwowany strażnik. - Nie mam pojęcia, może zniknięcie chłopców wywołało u niej coś w rodzaju szoku. - Skąd pan to wie? Jest pan lekarzem? - Nie, ale studiowałem psychologię, także znam się na tym trochę. - A co z nią? – Wskazał palcem na siedzącą na kłodzie Monikę. - Nie wiem, boże, to miejsce miało przynieść nam spokój i odpoczynek, a nie obłęd i zgubę! – Wrzasnął zrozpaczony. Do starszego strażnika podszedł jego młodszy kolego oznajmiając, że radio nie działa tak jak powinno. Również komórki kompletnie przestały działać. Pozbawieni zostali, jakiejkolwiek łączności z światem zewnętrznym. - No to już po nas. – Odezwał się starszy strażnik. - Co pan ma na myśli? – Zapytał się profesor. - Nie wiem czy pan w to uwierzy czy nie, ale tym lasem rządzą potężne siły. - Nie rozumiem. - Słyszał pan legendę o leśnym lichu? - Nie, a powinienem? - Wg legendy, leśne licho to coś w rodzaju ducha, który panuje nad całym lasem i tym, co w nim się znajduje. - Pan w to wierzy? - Nie jestem pewny, tutejsi ludzie uznają istnienie tego widma na równi z panem Bogiem. A pan, co o tym myśli? - Widziałem ostatnio takie rzeczy, że jestem gotów uwierzyć we wszystko. – Odparł profesor. Młody, zwrócił wzrok na brzeg, przy którym zacumowali, to, co ujrzał wprawiło go w osłupienie. Szarpnął za marynarkę kapitana, krzycząc by spojrzał na jezioro. Ten pośpiesznie odwrócił się, wpatrując się w puste miejsce, linii brzegowej. Po zacumowanej przez nich łodzi nie było ani śladu. Kapitan podbiegł do miejsca, z którego ona zniknęła. Nagle coś wynurzyło się z wody, chwytając go za głowę, wciągając go tym samym w głębinę. Młodszy chciał rzucić się koledze na ratunek, profesor jednak powstrzymał go, przeczuwając, że to coś może zaatakować również jego. Kilka metrów od brzegu woda zaczęła się kotłować, na powierzchnie zaczęły ulatniać się pęcherzyki powietrza oraz…ciało kapitana, które wypłynęło na powierzchnię w dosłownie, chwilę po tragicznym zdarzeniu. Profesor krzyknąłby zwrócić uwagę Rybickiej i Monikę, nie wpłynęło to jednak na zmianę ich zachowania. Za to zachowanie Młodszego zmieniło się i to diametralnie. Rzucił się z gołymi rękami na profesora, przygważdżając go do drzewa. Rękami trzymał go za gardło, próbując go dusić. - To przez ciebie on nie żyje, był moim przyjacielem, a ty go zabiłeś. - Ja? Uspokój się! Coś ci się stało! - Mnie? Zaduszę cię sukinsynu jeden, ty! Profesor z całych sił próbował wyrwać się z łap szaleńca, jednak pod wpływem furii jego siła była znacznie większa niż u zwykłego człowieka. Z pomocą przyszła mu…śliska kora buku, po której ześlizgnął się, razem z furiatem na brzeg. Leżąc pod nim, profesor, ciosem kolana w brzuch, oraz zwinnym ruchem, wrzucił go do wody, w której to był łatwym ruchem, dla czającego się w niej…czegoś. Profesor mógł jedynie patrzeć jak to straszne stworzenie, rozdziera go na części. Była to jednak ostatnia rzecz, jaką widział normalnie. Po chwili przed oczami ujrzał zamglony obraz, do jego uszu zaczęły docierać dziwaczne odgłosy. Zataczającym się ruchem próbował podejść do krążącej wokół ognia matki rodzeństwa, upadł jednak na trawę. Zamykając oczy zdążył jedynie ujrzeć rosnącą przed nim roślinę o pięciu, ząbkowatych liściach, po czym zapadł w sen.

Nic nie sprawia X-sowi takiej przyjemności jak strzelanie. Tą noc spędził w strzelnicy, pracując nad swoją celnością. Spędził w niej niemal całą noc. Nad ranem, zabawę przerwał mu Kamil, który przywlókł do jego pracowni jakąś dziwną paczkę. Zawołał go, by

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych