Trzej Muszkieterowie
To opowieść o dobrych czasach, które uciął wypadek
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Trzej Muszkieterowie
Było nas siedmiu. Nie będę teraz wymieniał ich imion bo to bez sensu. Zrobię to później. Trudno byłoby zapamiętać kto jest kim…kto kim był. Chodziliśmy do szkoły, która w naszym województwie uchodziła za najgorszą, zarówno pod względem nauczania, jak i pod względem obsady uczniowskiej, co wzajemnie się uzupełniało. Błędne koło, które jednak musiało trwać. Do naszej szkoły przyjmowano tych wszystkich, którzy nie dostali się gdzie indziej. Powody były różne, od prozaicznych jak czysta głupota, poprzez brak ambicji, do zawirowań rodzinnych, które skutecznie uniemożliwiały naukę. Proste sprawy, prostego świata. Nie umiem dobrze pisać, pewnie zostanę skrytykowany przez ludzi, którzy odebrali staranniejsze wykształcenie, ale nie dbam o to. Jak mawiał Dekster, jeden z nas: „Lata mi to koło jajek” albo jak powiadał Nawaro: „Fruwa mi to kalafiorem”. Wszystko zaczęło się z chwilą, gdy zostałem wyrzucony ze szkoły, która w opinii wielu ludzi była szkołą z tradycjami, wspaniałą szkołą dla elit, renomowaną i cudownie pachnącą wiedzą. Skoro zostałem wyrzucony znaczy nie pasowałem. Powody wyrzucenia były dwa. Definitywnie olewałem panią od polskiego, jak i pana od historii, którego nazywałem Prawy Bolek. Zupełnie nie wiem dlaczego Bolek. Nazywał się przecież Wiesiek. Prawy pewnie dlatego, że był kawalerem w wieku 50 lat, a bycie kawalerem w tym wieku, jednoznacznie kojarzyło mi się z byciem prawiczkiem. Teraz wydaje mi się, że celniej byłoby nazywać go Wieśkiem Prawiczkiem. Mniejsza z tym. Wiesiek bał się kobiet. Unikał ich, starał się nie patrzyć. Miało to swoje skutki. Odważniejsze laski w naszej klasie ubierały się na historię bardzo wyzywająco, co było gwarancją tego, że Wiesiek ich nie zapyta. Dziewczyny w klasie miałem ładne więc system, który wybrały mógłby mi się podobać, gdyby nie fakt, że zamiast dziewczyn Wiesiek niemal zawsze pytał mnie. Ten złośliwy Prawy Bolek.
- To może odpowie nam- Wiesiek wepchnął nos do dziennika w poszukiwaniu mojego nazwiska, którego tutaj jednak nie wymienię. Na potrzeby dialogu nazwiemy mnie M- odpowie nam pan M- zawsze, kiedy wypowiadał moje nazwisko, tak dziwnie marszczył brwi. Wstałem i rozejrzałem się po klasie. Z tej wysokości koledzy zawsze wydawali mi się jacyś dziwni, tacy nieskłonni do pomocy. -Jakie były przyczyny wybuchu wojny secesyjnej?- zapytał i zaczął rozglądać się po klasie unikając jednak dłuższego wpatrywania się w dziewczyny. Wiesiek zmieniał się w łowczego, który najmniejszą oznakę pomocy traktował jak bunt na pokładzie i karał pałką. -Nie wiem- odpowiedziałem i usiadłem. -Jesteś bezczelnym nieukiem!- Wiesiek zrobił się czerwony ze złości- Bezczelny! Nie pozwoliłem ci usiąść! Wstałem ponownie. Wzrok klasy utkwił na mnie. Ciekawi mnie co sobie wtedy myśleli. Pewnie dziwiło ich jak można nie znać przyczyn wybuchu wojny secesyjnej. -Nie wiem co mam z tobą robić? Koniec roku a ty nie masz ani jednej oceny pozytywnej- wlepił te swoje gigantyczne okulary w karty dziennika i zaczął podliczać jedynki i mierne, jakie zdążyłem nałapać. Nie pamiętam jaki podał wynik. Była w tym pewna niesprawiedliwość. Nie nałapałbym tyle złych ocen, gdyby mnie tak często nie pytał. Nie chciałem się już jednak wychylać z tą teorią. Mógłby jej nie zrozumieć.
Kolejną siłą, która pchała mnie po równi pochyłej za szkolne drzwi, była ruda pani od polskiego. Nawet teraz, gdy ją wspominam otwiera mi się nóż w kieszeni. Wredne, rude babsko, które jak na złość, jakby w porozumieniu z Prawym Bolkiem, się na mnie uwzięło. Może dlatego, że podpadłem jej już trzeciego dnia w szkole, gdy przeszedłem obok niej z papierosem i używając dosadnych słów tłumaczyłem koledze na czym polega podrywanie Gośki, koleżanki z osiedla. Świat był wobec mnie niesprawiedliwy- gdybym wiedział, że ta ruda pani, która właśnie mnie mija, będzie mnie uczyła polskiego, wyrzuciłbym papierosa, przestał „kurwować”, ukłoniłbym się nisko i kto wie, może skończyłbym „szkołę dla elit” i umiał pisać „nie” z przymiotnikami i rzeczownikami. Teraz mam z tym problemy. I pewnie nie miałbym wielu innych kłopotów językowych, które wytknął mi tutaj, na tym forum, pewien pan. Chwała mu za to, pewnie jakiś dobrze wykształcony, tonący w książkach i nie używający świata. Tacy też są potrzebni. Szkoda, że go nie widzę, pewnie bym go jakoś nazwał. Pani od polskiego nazywała się Halina, ładne imię zupełnie nie pasujące do nieładnej pani. System plusów i minusów, jaki stosowała Halina był zły. Na każdej lekcji pytała kogo popadnie z wiadomości z poprzedniej lekcji więc ciągle trzeba było być na bieżąco. Nie było czasu na grę w piłkę nie mówiąc już o wyskoczeniu na piwo. Początkowo broniłem się i nie nałapałem zbyt wielu minusów, ale z chwilą, gdy moje kłopoty z Prawym Bolkiem przybrały na sile i wiedziałem już, że nic mnie nie uratuje przed wylotem, olałem i Halinę. Pamiętam, że robiłem to z czystą premedytacją i nawet, gdy coś wiedziałem (co później zdarzało się rzadko), odpowiadałem źle. Minusy szybko się rozmnożyły by w sumie dać kilka pałek. Koniec roku przyszedł zadziwiająco szybko. Rodzice, którzy dali sobie spokój z namawianiem mnie do nauki, już wcześniej przygotowywali się psychicznie na widok świadectwa, które przyniosłem wraz z papierami ze szkoły. Wyleciałem ze szkoły, ale zaczęły się wakacje.
Po dwóch miesiącach, w czasie których rozwaliłem ojcu samochód i nieco się opaliłem, zaczęła się szkoła. Ze Szkoły z Tradycjami wyleciałem po drugiej klasie (warunkiem, że zostanę przepuszczony do trzeciej, było to, że się przeniosę) więc nową Szkołę bez Tradycji rozpocząłem w klasie trzeciej. Apel na rozpoczęcie roku szkolnego. Właśnie podczas niego poznałem człowieka, z którym przez następne kilka lat imprezowaliśmy i olewaliśmy system, i pewnie robiłbym to do tej pory, gdyby nie jego śmierć. Dzień apelu był słoneczny, piękna pogoda. Pamiętam błękitne niebo, na którym samolot pozostawiał smugę spalin. Pamiętam, gdyż spojrzałem na niebo zadzierając głowę do góry, gdy jakiś głos zapytał: -Samolotu, żeś nie widział?- jakiś idiota popatrzył na mnie głupim wzrokiem. Jego długie włosy otulały bladą twarz. - No, widziałem- odparłem. -Jestem Kazek- uśmiechnął się i podał rękę. Po chwili jakiś koleś rzucił mu się z tyłu na szyję, podciągnął do tyłu i walnął nim w ziemię. -To nie jest Kazek tylko Tytus- oboje wstali i przedstawili mi się prawdziwymi imionami. Wysłuchaliśmy apelu do końca i rozeszliśmy się do klas w sprawach organizacyjnych, co w Szkole bez Tradycji było tylko niepotrzebną formalnością. W klasie siedziało 38 osób. Właśnie tego dnia widziałem moją klasę pierwszy i ostatni raz w pełnym składzie. W ciągu roku szkolnego uczyliśmy się systemem dwuzmianowym, to znaczy, że połowa klasy wagarowała przez tydzień, druga połowa przez kolejny tydzień. To było sprawiedliwe. Oczywiście to uogólnienie. W każdej klasie trafi się czarna owca, która wagarować nie lubi. My mieliśmy takie trzy. Sasanka, Beatka i Marker. Sasanka była mała i gruba, strasznie sepleniła i rzucała butami po szatni, gdy miała gorszy dzień. Beatka była w miarę normalna i nawet ładna, chorobliwie lubiła szkołę i podkreślała temat w zeszycie fluorescencyjnym flamastrem. Marker to ogromna dziewczyna, której raczej nikt nie chciał podpaść. Była ruda i goliła brwi. W miejscu gdzie powinny znajdować się naturalne brwi robiła jakąś dziwną kreskę. Nam wydawało się, że robiła to markerem stąd ksywa. Czasem jedna brew była wyżej niż druga, czasem udało się i obie były na jednym poziomie. Było to śmieszne.
Po półrocznych starciach i rozróbach w naszej klasie front się ustabilizował. Jak wszędzie niektórzy lubili się bardziej, inni mniej, jeszcze inni nie lubili się bardzo i okazywali to sobie na każdym kroku. Ja osobiście miałem zaszczyt być znienawidzonym przez Sasankę, co było bardzo wesołe. Każde wyprowadzenie Sasanki z równowagi kończyło się jej spektakularną wiązanką podczas, której sepleniła i bardzo pluła. Sasankę najlepiej było wyprowadzać z równowagi pod światło. Wtedy wyglądała jak wodotrysk. Ja, Benek, Dekster, Marcin, Tytus, Nawaro i Gruby- razem tworzyliśmy paczkę, która potrafiła wysłać się na wagary w każdym momencie. Właściwie nigdy nie potrzebowaliśmy planów. To było piękne. Pełen spontan, który zawsze się opłacał. Każdy dzień nauki zaczynał się na Zakręcie, miejscu gdzie w lecie wszyscy palili.( w zimie paliło się w kiblu) Zakręt było widać z tarasu, na którym z kolei palili nauczyciele, toteż często słychać było ich krzyki: -Chłopcy, co wy tam znów robicie!?- to pytanie niezmiennie zadawała pani od biologii. Pulchna babka, ale z jajem. Świetna kobieta, która ułatwiała nam życie gdzie tylko się dało. Widocznie wiedziała, że i tak nic z nas nie będzie a chciała zostać dobrze zapamiętana. Udało się jej to. To właśnie ona na naszą siódemkę wołała „trzej muszkieterowie”. -Palimy!- szczera odpowiedź, na którą nikt z nas nie mógłby sobie pozwolić w Szkole z Tradycjami. Najwyższa forma szczerości przyjęta z całkowitym zrozumieniem. Bez durnych konsekwencji jakie często się spotyka. Kolejnym przystankiem przed wagarami była szatnia. To tutaj czekaliśmy na autobus, który miał nad podwieźć na rynek. Dopiero z rynku szliśmy do knajpy. Naukę zaczynaliśmy o 7:15 więc były trudności ze znalezieniem knajpy, która byłaby otwarta od tak wczesnej godziny. -Proponuję Malwę- powiedział Tytus wsiadając do autobusu. -Dobra, albo do parku karmić łabędzie. Mam trochę…- Nawaro dyskretnie pokazywał nam kostkę haszu zawinięta w sreberko. To głównie on załatwiał jakieś drobne halucynogenne substancje, które urozmaicały dzień. Nawaro w naszej klasie znalazł się z odzysku w tym samym czasie co ja. Każdy dzień, choć mógł wydawać się taki sam, był inny. Jedyną
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lotnik Tramalowy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…