Wróć do katalogu

Tunsza MetalMistrza

W zamyśle fragment dłuższej powieści osadzonej w moim autorskim świecie- Ludianorze. To dopiero początek historii z tego świata. Jeśli przeczytałeś całą opowieść, dzięki za poświęcony jej czas! Wasze opinie bardzo mile widziane.

QBA, opublikowano , 3 godz. 10 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Samotne wędrowanie drogami krainy takiej jak Nurhan, nie należało do najbezpieczniejszych. Większość tych terenów była dzika i nieokiełznana jak dotąd przez żadną rasę czy plemię. Żadne jednak niebezpieczeństwa, nie są w stanie przeszkodzić młodemu magowi bitewnemu w odbywaniu tunszy. Szczególnie gdy nie był ich świadomy. Czymże jest tunsza? Tunsza jest zwieńczeniem drugiego etapu nauki dla przyszłych magów, czarnoksiężników oraz wszelakiej maści innych adeptów szkół magicznych. Polegała ona na samotnej wędrówce po krainach otaczających dane miejsce przyswajania nauk magicznych oraz przetrwaniu tego okresu bez żadnej pomocy ze strony dotychczasowych znajomych i bliskich. Próba trwała zawsze dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć dni. Liczba ta miała oczywiście swoją symbolikę, nie jest ona jednak tu istotna. Jeśli niedoszły czarodziej przeżył całą wędrówkę i szczęśliwie powrócił do miejsca nauczania na czas, musiał jeszcze zdać dokładny raport ze wszystkich swych przygód i wyczynów w czasie jej trwania. Jego nauczyciele oceniali sprawozdanie pod kontem pewnych wymogów i zadań jakie podczas próby adept winien spełnić oraz za pomocą magii umysłu sprawdzali ich prawdziwość. Sprawdzano również czy potencjalny przyszły mag postępował zgodnie z kodeksem Barwy Szat, jaką wybrał (Biała, Czerwona lub Czarna, odpowiadały kolejno dobru, neutralności i złu, czyli pewny wzorcom jakim przyszły mag chciał być wierny). Jeśli wszystko było w porządku adept mógł wejść na wyższy stopień wtajemniczenia sztuk magicznych. I dlatego właśnie młody Randwat (tak zwał się ów niedoszły mag bitewny) podjął ryzyko samotnej podróży głównym gościńcem Nurhan. Właściwie nie był to do końca jego wybór, o tym jednak później. „Ukończyć trzeci poziom nauk magicznych to już powód do dumy” Mówił niegdyś nauczyciel. „Jeśli któryś z was adepci ukończy trzeci poziom, będzie miał prawo do wybrania konkretnej specjalizacji, w jakiej chce się doskonalić na dalszych etapach. To już nie byle co.” Słowa te zapamiętał sobie młody Randwat bardzo dobrze i już od czterystu czterdziestu ośmiu dni co wieczór powtarzał je w myślach. Specjalizacja w jakiejś dziedzinie oznaczała zwykle dostatnie życie, a niekiedy nawet wielką sławę. - Gilbur Wiatropęd , Durlon Kamienny Wir , Hamfast Gleborzyzny...- Podróżując tak samotnie Randwat nabrał dziwnego zwyczaju mówienia do siebie na głos. Ze względu na jego wybitnie towarzyską naturę, samotność bardzo mu nie służyła.- Ciekawe, jaki mi nadadzą przydomek. Jeśli wybiorę szkołę władania wodą, jak to od dawna planowałem, to chciałbym się nazywać Randwat Wodny Bicz.- Podrapał się po ostro zarysowanym podbródku. Randwat miał bardzo ostre rysy, uwydatniała to jego jasna cera i proste blond włosy. Nadawało mu to pewnego uroku i osobliwej szlachetności. Nie pochodził on jednak z żadnego ważnego rodu, jego ojciec był właścicielem karczmy w wiosce z której pochodził. - A może zrezygnuję z władania wodą? Co wtedy? Magia ziemi, a może ognia?- Bardzo uwielbiał takie gdybania. Sprawiały że samotność nie była aż tak dotkliwa oraz sprawiały że podróż mijała mu szybciej. Poza tym nie odzywanie się było dla Randwata najgorszą karą i po prostu nie mógł zmusić się do milczenia. Tym razem jednak ucichł. Zaczynało się ściemniać, a on nie miał gdzie spać. Przystanął. Przez chwile bił się z myślą o nocowaniu na poboczu gościńca. Zrezygnował jednak i ruszył dalej. Nawet taki lekkoduch jak Randwat wiedział że było to ryzykowne, a wedle zapewnień właściciela karczmy z której wyruszył rankiem, jeszcze przed zachodem słońca powinien dotrzeć do kolejnej gospody. Od kiedy przekroczył granice Nurhan, poza gospodami nie spotkał żywej duszy. Nikt nie podróżował gościńcem. To było dziwne. Randwat zapomniał jednak o samotności Robiło się coraz ciemniej a gospody nie było widać. - Strasznie wolno dzisiaj szedłem. Jutro będzie trzeba zwiększyć tempo.- Pomyślał z niezadowoleniem. Szedł jeszcze dobrą godzinę, nim daleko na ciemnym już niebie zobaczył łunę światła między drzewami, pochodzącą najprawdopodobniej z jakiegoś domostwa. Przyśpieszył kroku i w niecały kwadrans był na miejscu. Rzeczywiście dotarł do karczmy, choć słowo to nie zbyt dobrze oddawało to co zobaczył. Odźwierny, stojący przy drewnianych wrotach palisady okalającej ową „karczmę” (bardzo zdziwiło Randwata takie zabezpieczanie) wpuścił gościa i przywitał mile bez żadnych podejrzliwych pytań czy nawet krzywych spojrzeń. Pomimo tak późnej pory. Gdy młody adept przekroczył granicę palisady znalazł się na małym brukowanym podwórzu. Sam widok... tego czegoś sprawił, że znużenie podróżą znikło gdzieś, a na to miejsce pojawiła się chęć do zabawy. „Pod Kopytem Centaura” było najbardziej zadbaną gospodą, jaką Randwat w życiu widział. BA! To był raczej dwór szlachecki niż gospoda! Budynek był bardzo duży, miał trzy piętra. Drewniane ściany, z bogato rzeźbionymi ornamentami pomalowane były na biały kolor, choć równie dobrze mogły być zrobione z białego drewna. Przy takim świetle trudno było powiedzieć, ale którego karczmarza stać by było na białe drewno? Na podwórzu było jasno jak w dzień, okna w sali biesiadnej pootwierane były na oścież. Ze środka dochodziły wesołe krzyki gości. Słychać było także skoczną muzykę grającą gdzieś w głębi. Również duża stajnia stojąca przy karczmie zachęcała przejezdnych do przerwy w podróży. Bardzo zadbana, o przestronnym wnętrzu była świetnym miejscem na odpoczynek dla utrudzonych ciężką podróżą zwierząt. Randwat z narastającym podekscytowaniem zbliżał się drzwi. Były to właściwie małe łukowate wrota, sądząc po odcieniu wykonane z dębowego drewna. Ozdobione były pięknymi, odlanymi z brązu ornamentami, które przy okazji mocno ściskały ze sobą grube, gładko ociosane deski. Drzwi pilnowało dwóch po zęby uzbrojonych Orków. Sądząc po rysach pochodzili oni ze szlachetnych plemion. Nie trudno było ich rozpoznać nawet komuś z głębi Goriadu. Bardzo zdziwiło to wszystko Randwata. Był to jednak dopiero czubek góry lodowej i adepta jeszcze nie raz miało tu spotkać coś dziwnego. Orkowych strażników na terenie otaczającym gospodę było co najmniej kilkunastu, a przynajmniej tylu pełniło teraz tu i tam na około wartę. Właściwie była to mała twierdza, do której wstępu nie miał nikt niepowołany. Oczywiście wewnętrzny głód wiedzy Randwata już teraz domagał się wyjaśnień, przyszło mu na nie jednak jeszcze trochę zaczekać. Na razie stał u wrót i z zachwytem przyglądał się pięknu gospody. - A może to nie jest zwykła gospoda?- Otrząsną się w końcu.- Najlepiej jak sprawdzę. Niepewnym krokiem podszedł do drzwi. Strażnicy przez chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, po czym jeden z nich odezwał się. -Witam. Jestem Grolaos, jeden z odźwiernych. Rozumiem, że masz zamiar spędzić u nas noc?. -No właśnie...- Randwat zbaraniał. Nie spodziewał się że ork może tak pięknie się wysławiać. Co prawda nigdy nie spotkał wcześniej żadnego, ale nasłuchał się o nich od babki. Albo ten ork był jakiś wyjątkowy, albo babci się coś pomyliło. - Jestem Randwat, mag bitewny. Odbywam właśnie swą tunszę i rzeczywiście szukam schronienia na noc.- Wydukał w końcu. Ork przymkną powieki by ukryć rozbawienie. - Mówisz adept magii… Dawno już nie było u nas kogoś takiego jak ty.- Rzekł badawczo spoglądając na Randwata.- Jeśli obiecasz trzymać swe magiczne moce na wodzy i nie sprawiać zbytnich kłopotów możesz wejść. Randwat przystał oczywiście na warunki odźwiernego. Wszedł do środka. Na parterze nie słychać było muzyki i śmiechów z sali biesiadnej na wyższym piętrze, panowała cisza i spokój. Było pusto, najwyraźniej wszyscy bawili się na górze. Było to ogromne pomieszczenie. Od środka karcza zdawał się jeszcze większa niż z zewnątrz. Po przeciwnej stronie drzwi znajdowały się zaokrąglone, szerokie, pięknie rzeźbione schody. Ściany pomieszczenia wypełniały wspaniałe malowidła przedstawiające najprawdopodobniej sceny z historii i bohaterów krain Nurhan. Również sufit pięknie komponował się z całym pomieszczeniem. Ornamenty z wielobarwnego drewna pokrywały go niemal w całości. Poza tym z sali odchodziło wiele grubych, drewnianych, również bogato zdobionych drzwi. Randwat stał przez chwilę podziwiając kunszt całości, po czym ruszył w stronę schodów. Teraz słychać było już muzykę i śpiew. Dostrzegł również że jednak nie jest tu sam. Przy schodach, w cieniu, w miejscu gdzie nie padało światło ogromnych lampionów zwisających z sufitu, stała drobna postać. Nieznajomy miał na sobie dziwne, powłóczyste, czarno fioletowe odzienie. Głowę zakrywał jej kaptur a dłonie gubiły się gdzieś w fałdach stroju. Randwat z uwagą przyglądał się postaci. Gdy jedna z desek podłogi skrzypnęła pod jego nogami, postać podniosła głowę. Randwat wciąż jednak nie widział twarzy. Z kaptura ziała jedynie nieprzenikniona ciemność, jakby był całkowicie pusty. Adept poczuł się nagle bardzo nieswojo i przerzucił wzrok na schody. W mroku kaptura błysnęła przez chwilę bladym, żółtym światłem para oczu. Randwat wszedł po schodach do końca czując na sobie spojrzenie nieznajomego. Schody zaprowadziły go do wąskiego, przyciemnionego korytarza którym dojść można było do pomieszczenia z którego dochodził coraz głośniejszy gwar. Randwat trafnie domyślał się że jest to główna sala biesiadna. Wszedł do niej z ustami szeroko otworzonymi z podziwu. Jego oczy nie mogły napatrzeć się na wielką salę, urządzoną z jeszcze większym przepychem. Czół się raczej jak na dworze królewskim, niż w gospodzie. Sala była ogromna! Dokładnie na jej środku stało okrągłe drewniane podwyższenie. To właśnie stamtąd rozchodziła się muzyka. Z radością nasz młody adept słuchał pięknej gry elfa na swego rodzaju skrzypcach oraz dwóch wtórujących mu na fletach aichów. Randwat nie wiedział jeszcze kim są aichowie, chwilowo jednak nie zwracał uwagi na dziwny wygląd grajków. Chodź w tej chwili jedynie ci trzej grali, na podwyższeniu z powodzeniem zmieściła by się mała orkiestra. Dookoła podwyższenia wyłożony był swego rodzaju parkiet do tańca. Poza jego granicami, po całej sali rozsiane były stoliki, zwykle na cztery lub pięć osób, bardzo suto zastawione. Ściany pokryte były pięknymi obrazami oraz innymi pięknymi przedmiotami. Przez ogromne okna wylewało się na zewnątrz światło. Po przeciwnej stronie sali za ogromną, piękną ladą siedział gospodarz „Pod Kopytem Centaura”. Randwat bez namysłu udał się w jego stronę. Gospodarz był elfem. Jego wygląd sugerował szlachetne pochodzenie. Tak też stwierdził Randwat gdy podszedł do niego nieco bliżej. Zaostrzone uszy tonęły w potoku pięknych, białych włosów spływających na ramiona. Rysy miał wyostrzone a oczy biły mądrością wieków, choć nie było widać po nim jakichkolwiek oznak starości. Gdy przeszedł już prawie połowę sali zawahał się przez chwilę. Piękny ubiór gości i wspaniały wygląd gospodarza bardzo go onieśmielały. Przystaną na chwilę. Był ubrany jedynie w skromne szaty adepta, mógł się nie spodobać szlachetnemu elfowi. I co wtedy? Perspektywa usunięcia z gospody przez orków stojących na dole nie napawała go radością. Ale w końcu sami go wpuścili. Przełamał się w końcu jednak, przekonała go dobrotliwa twarz elfa. Po chwili stał przed przepięknie rzeźbioną, wysoką ladą która sięgała mu niemal do ramion. Po jej drugiej stronie najwyraźniej również było podwyższenie. Ustawiony był na nim pozłacany fotel na którym siedział gospodarz. W pierwszej chwili nie zauważył on Randwata, obserwując swych gości. Dookoła kręciły się piękne elfie panny, roznoszące jadło i dolewające gościom wina. Za plecami elfa, ustawiony był wielki regał który aż uginał się od szlachetnych gatunków trunków. Prócz regału było tam również dość duże przejście do pomieszczenia z którego elfki wynosiły jadło. Nie trudno było się domyślić, że była to kuchnia. W końcu elf zwrócił uwagę na Randwata. - Witam. W czym mogę ci pomóc młodzieńcze?- Zapytał przyjaznym głosem, choć w pierwszej chwili sparaliżował Randwata swym wzrokiem. Oczy elfa miały w sobie coś niezwykłego. Przez to spojrzenie Randwat czół się bardzo nieswojo. -Witaj, panie. Jestem Randwat, adept drugiego poziomu szkoły magicznej białych szat. Odbywam właśnie swą tunszę. Chciałbym spędzić tu noc, jeśli jest taka możliwość i są wolne pokoje... - Nie musisz mnie nazywać panem.- Wybuchnął serdecznym śmiechem elf.- Jestem Ansilve, gospodarz tej gospody. Oczywiście, mamy wolne pokoje i jak najbardziej jest taka możliwość. -Miło mi.- Odparł Randwat wyciągając dobrym zwyczajem rękę. Ansilve znał najwyraźniej to przywitanie i podał mu dłoń.- Mówisz więc, że to gospoda. W pierwszej chwili pomyślałem ze to dwór szlachecki... jeśli nie królewski!- Adept próbował zrobić dobre wrażenie. - Hm. Gdyby nie to, że podróżujesz sam, uznałbym że jesteś na tych ziemiach po raz pierwszy. Wiesz, ostatnio rzadko widujemy tu adeptów. Właściwie rzadko widujemy kogokolwiek nowego… -Właśnie, to dziwne.- Przerwał Randwat.- Gdy wędrowałem gościńcem, od granic Nurhan nie spotkałem nikogo. Tak jakby nikt tu nie mieszkał. Ale w karczmach i gospodach panuje nie mniejszy ruch niż gdzie indziej. -Zaraz, ty chyba naprawdę jesteś tu pierwszy raz.- Stwierdził z dziwnym przejęciem Ansilve. -Zgadza się. -Podróżujesz sam, bez żadnej eskorty ani towarzyszy?- W głosie zabrzmiało jeszcze większe zdziwienie. -Właśnie. Zasady tunszy tego zabraniają. A co w tym dziwnego?- Spytał Randwat niewinnym głosem. Elf tylko szeroko otworzył oczy i usta. Wyglądał jak ktoś kto zobaczył ducha. -Jeszcze raz. Dotarłeś TUTAJ od granic Nurhan samemu?!- Pytał, jak gdyby znając odpowiedź, a nie mogąc się z nią pogodzić. - Dokładnie -A czy ty wiesz dlaczego od dawna nie mieliśmy żadnych gości?- Wciąż patrzył się na chłopca z ogromnym zdziwieniem.- Od pewnego czasu podróżni zaczęli znikać. Nie ważne ilu ich było: dwóch czy piętnastu. Po jakimś czasie odnajdywano ich ciała wiele kilometrów dalej. Ograbione i często bardzo okaleczone. Jeśli ktokolwiek odważał się na wyprawę przez te strony, to zawsze w większych grupach i pod przewodnictwem kogoś doświadczonego. A TY przeszedłeś kilkaset kilometrów nie draśnięty ani nie zauważony nawet przez Mihil Tulom. Czy wiesz co to znaczy? Miałeś KOSMICZNE szczęście. Gdybyś wiedział coś o Nurhan nigdy nie wyruszyłbyś na tunszę w te rejony. Chyba że jesteś szalony… - Właściwie nie miałem na to wpływu.- Odparł zbity z tropu Randwat.- Ostatniego dnia przed wyruszeniem na tą wyprawę, urządziliśmy wielką zabawę. Zawsze się tak robi, gdy młodzi adepci wyruszają na tunszę. Postanowiliśmy, że każdy z nas będzie ciągną losy z kraina która musi zwiedzić. Mi właśnie przypadło Nurhan. - Zadziwiające. Nie wieżę że jakikolwiek odpowiedzialny nauczyciel magii wysłał by tu swego podopiecznego na tunszę.- Odparł elf wciąż mocno poruszony.- Tym bardziej zdając się na loterię. - Racja. Nie zostałem tu wysłany przez żadnego z mych mistrzów. Normalnie każdy może wyruszyć w miejsce wybrane wedle swej woli. Losowanie wymyśliliśmy między sobą. - Rozumiem.- Odparł Ansilve uspokajając się nieco.- Nie wiesz nawet jak nieodpowiedzialny był to czyn. Porozmawiamy jednak później. Jesteś pewnie bardzo zmęczony.- Tu elf zaklaskał dwukrotnie. Niemal natychmiast zjawił się przy nim chłopiec, jeszcze młodszy niż Randwat. Miał bujną, złocistą czuprynę w której gubiły się małe niebieskie oczka. - To jest Avrin. Zaprowadzi cię do twego pokoju. Rozgości się proszę i umyj jeśli masz ochotę. Potem wróć na kolację. - Dobrze. Dziękuję.- Odparł Randwat ruszając za chłopcem. Avrin poprowadził go do drzwi, jednych z wielu odchodzących z sali, następnie szli długim korytarzem, skręcając kilka razy i wchodząc po schodach. Minęli przy tym tak wiele różnych pomieszczeń, sal i drzwi że Randwat poczuł się jak w labiryncie. W końcu przewodnik zatrzymał się. -To tutaj. Tu będziesz mieszkał. Bardzo łady pokój.- Rzekł dziecięcym, choć bardzo rzeczowym głosem. Wyciągną z kieszeni pęczek kluczy i wybrał z pośród nich właściwy. Otworzył drzwi, podał Randwatowi klucz wyciągając go zręcznie z pęku i ruchem ręki wskazał młodemu adeptowi by wszedł do środka. - Gdybyś czegoś potrzebował wyjdź na korytarz i krzyknij. - Dobrze, dziękuję. Masz na imię Avrin, tak? - Tak. A ty jak się nazywasz? - Randwat- Adept podał Avrinowi rękę.- Miło mi. - Mi również. Pogadamy później, pójdę już. Chcę się umyć przed kolacją. - Dobrze. Jest tylko jeden problem. Nie wiem jak dojść stąd do głównej sali, a Ansilve powiedział bym przyszedł do niego gdy będę gotów. Szczerze mówiąc, sądzę że zgubiłbym się gdym miał dojść tam spowrotem sam. -Jeśli chcesz przyjdę po ciebie i razem pójdziemy do sali biesiadnej. Tak się składa że mam pokój kilka drzwi dalej. Po prostu zawołaj mnie na korytarzu gdy będziesz gotów. Randwat pożegnał Avrina. Rozejrzał się dokładnie po pokoju. Był całkiem duży. Przy ścianie stało dość duże łóżko z pięknie rzeźbionymi nogami. Było tu także biurko, pusta biblioteczka oraz fotel. Mimo że były ot jedyne meble, pokój nie wyglądał obskurnie. Ściany wykonane były z tego samego gatunku drewna o pięknym, białym kolorze. Podłoga wyłożona była wspaniałym, puszystym dywanem. Okno, umieszczone po przeciwnej ścianie drzwi zasłonięte było kolorową zasłonką z misternie wyhaftowanymi wzorkami. Przy łóżku stała misa z czystą, chłodną wodą. Randwat postanowił odświeżyć się trochę. Obmył ręce i twarz. Woda była orzeźwiająca, roztaczał piękną woń lasu, jakby dopiero co zaczerpnięto ją z jakiegoś leśnego źródła. Senność całkowicie opuściła Adepta. Zostawił rzeczy i od razu udał się na korytarz. Przez chwilę bił się z myślą o próbie samodzielnego dotarcia do sali biesiadnej. Uznał jednak że lepiej zawołać Avrina. Chłopiec po chwili przyszedł. - A więc możemy już iść? Na pewno nie chcesz odpocząć przed kolacją? -Nie. Już nie jestem śpiący. -Jak chcesz.- Wzruszył ramionami Avrin i obydwaj ruszyli do sali. Tym razem Randwat postanowił dokładniej przyglądać się wszystkim pomieszczeniom przez jakie przechodzą. Naliczył ich siedem, w tym cztery długie korytarze, takie same jak ten przy którym znajdował jego pokój, ogromną kuchnię oraz dwie sale które trudno było w jakiś sposób zaliczyć do konkretnego typu pomieszczeń. W końcu znaleźli się w sali biesiadnej. Ansilve nie siedział już za masywną ladą na jej końcu. Krążył między gościom usługując im wraz ze swymi elfami pomocniczkami. Dziwiło to Randwata, że pan tak dostojnej gospody pracuje na równi ze służbą. Nie znał on jednak jeszcze obyczajów tej krainy. Elf dostrzegł gościa i zbliży się do niego. - Nie odpoczywałeś zbyt długo Randwacie. Widać nie byłeś zbyt zmęczony. Jestem za to pewien, że nie pogardzisz sutą kolacją. Stół już na nas czeka.- Rzekł Ansilve wskazując ręką długi stół, przykryty purpurowym obrusem i po brzegi wyładowany najróżniejszymi smakołykami. - Czytasz w mych myślach.- Odparł Randwat patrząc z zachwytem we wskazanym kierunku. Nie czekając dłużej zasiedli do uczty. Po chwili dołączyła do nich piękna elfia pani. Szła powoli w kierunku stołu przy którym siedzieli, zdawało się że jej piękno promieniuje dookoła świetlistą aurą. Minę miała bardzo poważną, rysy jej były równie szlachetne co Ansilve choć podobnie jak u elfa nie biło z nich uniesienie czy zarozumiałość. Uroda jej olśniła Randwata tak bardzo że patrząc na nią zapomniał na długą chwilę o wszystkim co dzieje się dookoła. Ubrana była w piękną, białą, suknię wysadzaną drogimi kamieniami, która dodawała jej jeszcze urody. Złe wrażenie robić mogła jedynie nienaturalnie blada skóra. Za nią podążał mały orszak. Pięć kobiet, również w pięknych strojach. Wyglądały jednak dziwnie, tak jak dwóch grajków snujących tą piękną, charakterystyczną melodię wraz z elfem. Właśnie teraz znów ją grali. Skóra kobiet miała kolor niebieski. Ich oczy całe były żółte, a włosy zawsze długie i proste. Były nieco niższe od ludzi. Mimo swego piękna i wdzięku, nie dorównywały elfiej pani. Był to jednak szczególny moment i adept zachował go w pamięci do końca życia. Zdawało mu się że piękna pani świeci swą własną poświatą. Ansilve odczekał aż zbliży się ona do stołu. Następnie wstał, skłonił się i rzekł: - Witaj Molivanio. Świetnie dziś wyglądasz. Usiądź proszę.- Podsuną nieco w jej stronę krzesło na którym przed chwilą siedział. Gdy patrzył na nią w jego oczach malowała się wielka troska. -Witaj mężu. Dziękuję ci. Wybacz proszę spóźnienie. Miałam parę obowiązków.- Odparła pięknym choć wyraźnie osłabionym głosem, po czym usiadła na dotychczasowym miejscu męża. Ansilve pozwolił zasiąść towarzyszkom po obydwu jej stronach, sam zaś usiadł dalej, obok Randwata oraz Avrina. Adepta bardzo zdziwiło takie zachowanie. W kraju z którego pochodził, było to nie do pomyślenia by sługi siadały obok pani, a pan siedział pomiędzy gośćmi. Poza tym, jakie „parę obowiązków” mogła mieć do załatwienia żona gospodarza? Sądząc po stroju nie wróciła raczej z pracy w stajni przy gospodzie. Coraz bardziej dziwiła Randwata ta niezwykła kraina i jej mieszkańcy. Jego wrodzona ciekawość jedynie potęgowała chęć wypytania o wszystko dokładnie Ansilve lub Avrina. Wszyscy w ciszy zaczęli jeść. Adept nigdy wcześniej nie jadł czegoś równie smacznego. Jadł pieczeń ze śliwkami. Była to co prawda potrawa znana również w Goriadzie, ale nigdy nie smakowała mu tak bardzo. Wręcz rozpływa się w ustach. Popadł w stan niezwykłej błogości, tak uderzająca dawka luksusu po długiej tułaczce i niewygodach była bardzo przyjemną odmianą. Nagle uświadomił sobie, że nie tylko jadło i luksus tak na niego wpływają. To miejsce miało jakiś tajemniczy urok, wykraczający daleko poza sfery przepychu. Otoczone było jak gdyby wielką magią. Cały znój podróży nagle gdzieś znikną. Pojawiła się za szczęście i uczucie bezdennej błogości. Siedział tak jeszcze przez kilka minut, nie myśląc o niczym i ciesząc się pięknem tego miejsca. Po chwili jednak Ansilve przerwał milczenie. - Wystarczy tych żywych melodii. Zagrajcie coś spokojniejszego.- Rzekł głośno do grajków. Pstrykną palcami i światło w całej sali nieco przygasło. Zrobiło się bardzo nastrojowo, wręcz tajemniczo. Elf zmienił melodię na spokojniejszą. Bardzo spodobała się Randwatowi. Wszyscy tańczący na parkiecie zasiedli przy swych stolikach. Ansilve, jak za sprawą czaru zamienił w jednej chwili biesiadną zabawę w uroczystą wieczerzę.- Tak lepiej. Dziękuję wam.- Dodał i usiadł.- Tak, taki nastrój o wiele lepiej pasuje do kolacji. Raz na jakiś czas możemy zjeść w innej atmosferze.- Uśmiechną się blado. Jak smakują ci nasze potrawy?- Spytał Randwata. - Naprawdę pyszne. Szczególnie dobra była ta pieczeń ze śliwkami. Pyszne…- Odparł adept. Elf uśmiechną się. - To jedna z naszych tradycyjnych potraw. Nazywamy ją drudem. Mi też bardzo smakuje. Jedz do woli, nie krępuj się. Chciałbym cię teraz spytać o coś innego. Chodzi o twą tunszę. Z tego co pamiętam adepci wybierający się w podróż wybierają sobie pewnego rodzaju patronów, o których wiedzę powinni zgłębiać w czasie swej tunszy. Wybiera się ich na podstawie szkoły magicznej jaką dany adept deklaruje zgłębiać w przyszłości. Mogę wiedzieć kim jest twój patron? - Oczywiście.- Odparł Randwat pochłaniając kolejny plaster drudu.- To żadna tajemnica. Wybrałem Arcymaga Waterfalla. Zajmował się magią związaną z wodą. Stworzył niegdyś zaklęcie którego do dziś Magowie Wody używają do tłumienia wielkiej fali zwanej Vatanasti, która co kilka lat zagraża Wyspom Słonecznym. - Waterfall…- Powtórzyła Molivania w zamyśleniu. Wszyscy popatrzyli na elfią panią - Czy mówisz o Arcymagu Tetranie Waterfallu?- Spytała. Randwat przytakną. Molivania popatrzyła na swego męża. Ten odpowiedział jej podobnym spojrzeniem i skiną lekko głową. Siedzieli przez chwilę w ciszy. Randwat wywnioskował że używają właśnie myślowy. Ansilve dostrzegł że młody czarodziej domyśla się ich mentalnej wymiany zdań. - Wybacz, że rozmawiamy na poziomie którego nie rozumiesz i skrywamy przed tobą treść rozmowy. Zapewne bardziej zaawansowani magowie również potrafią posługiwać się telepatią i jestem pewien że gdy twa moc wzrośnie dostatecznie ty też będziesz w stanie. Twój wybór jest dla nas pewnym zaskoczeniem, ponieważ z magiem Waterfallem wiąże się swego rodzaju przepowiednia krążąca wśród mieszkańców Nurhan. Ale to tylko domysły..- Na moment nastała cisza. Po chwili Molivania westchnęła przykładając dłoń do skroni. - Czyżby była chora?- Pomyślał adept.- Przecież elfowie nie chorują... - Wybaczcie, nie czuję się najlepiej.- Powiedziała przyciszonym głosem.- Opuszczę was już. Muszę odpocząć. Wstała, a za nią jej towarzyszki które przez cały czas milczały, poczym wszystkie ruszyły ku drzwiom którymi przybyły. Ansilve z cierpieniem na twarzy odprowadził swą żonę wzrokiem. Spuścił głowę i ze smutkiem patrzył w podłogę. Nikt przy stole nie odzywał się przez pewien czas ani słowem. Randwat zastanawiał się o co w tym wszystkim chodzi... Głód ciekawości zżerał go od środka, postanowił jednak nie pytać o nic. To z całą pewnością nie był dobry moment. - Dobrze. Ja też już pójdę. Mam nadzieję że wam smakowało.- Rzekł smutno elf, wciąż wpatrując się gdzieś w dół. Odsuną krzesło od stołu i wstał.- Randwacie, gdy położysz się spać nie zamykaj drzwi, proszę. - Dobrze, Ansilve.- Całkowicie zbity z tropu Randwat przytakną bezmyślnie.- Jego zdziwienie i dezorientacja wszystkim co się tu działo coraz bardziej rosła. Dlaczego nie zamykać drzwi? Niespokojna i ciekawska natura chłopaka kipiała w jego ciele jak wrząca woda w czajniku. Miał ochotę podbiec do oddalającego się elfa, zatrzymać go i dowiedzieć się co tu właściwie się dzieje wypytując o każdy szczegół. Powstrzymał się jednak resztkami sił. - Chcesz już wracać?- Spytał milczący dotąd Avrin. - Tak, chodźmy już. Chyba znów poczułem znużenie. - No więc chodźmy.- Rzekł Avrin. Wstali i ruszyli z powrotem. Po chwili obydwaj znaleźli się w korytarzu przy którym mieściły się ich pokoje. Randwat zamienił z chłopcem jeszcze kilka zdań po czym udał się do swego pokoiku. Drzwi zostawił otwarte, tak jak prosił go o to Ansilve. Zgasił świecę, którą ktoś zapalił pod jego nieobecność i położył się. Początkowo nie chciało mu się spać. Nawet nie próbował zasnąć. To miejsce było takie ciekawe… Kipiało magią i tajemniczością. Od początku gospoda wydawała mu się fascynująca. Ciekawość poznania jej sekretów wciąż narastała. Przez chwilę Randwat bił się z myślą o wymknięciu się na małe zwiedzanie. Zrezygnował jednak bardzo szybko, przypominał sobie jak rozległe jest to miejsce. Zamkną oczy wzdychając lekko. Pewnie nie dane będzie mu poznać odpowiedzi na pytania jakie postawiło przed nim to fascynujące miejsce. Jego ciekawska natura zamieniła ten fakt w prawdziwą rozterkę. Jutro rano będzie musiał wyruszyć. Nie stać go na dłuższe pozostawanie w takim miejscu. Humor pogarszała mu już myśl o rachunku za tę noc, co dopiero mówić o dłuższym pobycie? Te czarne myśli pogorszyły adeptowi humor, na tyle że fascynacja gospodą przygasła i w końcu Randwat usnął.

Zbudziło go lekkie szturchanie. Nie chciał jednak przerywać słodkiego snu, który zapewne wspomagała magia tego miejsca więc przewrócił się tylko na drugi bok. Znów poczuł lekkie szturchanie. - Wstań, adepcie.- Usłyszał nad sobą znajomy głos. Był to Ansilve. Randwat podniósł głowę. Przeciągną się mrużąc oczy od światła padającego z korytarza. Zza drzwi wyglądała czyjaś głowa. - Co się stało?- Wymamrotał zaspanym głosem Randwat. - Chcesz poznać odpowiedzi na pytania które dręczą cię od przybycia tutaj?- Spytał nieskończenie cierpliwym głosem Ansilve - Jeśli tak wstań i chodź ze mną.- Randwat usiadł na łóżku. Przetarł jeszcze raz oczy. - Gdzie?- Spytał Randwat bardziej przytomnym głosem, dostrzegając równocześnie że w drzwiach stoi Avrin. - Przekonasz się.- Odparł elf z delikatnym uśmiechem.- Na małą wycieczkę po naszej gospodzie. Randwat wstał i przeciągną się jeszcze raz odganiając resztki błogiego snu. Z rozkojarzeniem rozejrzał się za ubraniem. Przypomniał sobie jednak że zmieniał je wieczorem. Adepci nie zmieniali swych szat zbyt często, były wygodne i przewiewne. Obydwaj wyszli na korytarz. Avrin zamknął za nimi drzwi. - Czy mam iść z wami?- Chłopiec spytał swym rzeczowym głosem Ansilve. - Nie, nie musisz jeśli nie chcesz. - Dobrze. Wolałbym zostać. Podam jeszcze owies zwierzętom w stajni i położę się. Jestem zmęczony- Odparł chłopiec. Skłonił się lekko i ruszył w głąb korytarza, w przeciwną stronę niż do sali biesiadnej. - Więc chodźmy, przyjacielu.- Rzekł elf. Ruszyli w kierunku sali. - Pokażę ci możliwe jak największą część naszej gospody. Postaram się też odpowiedzieć na pytania. Widziałem po tobie że dziwiły cię nasze zwyczaje i bardzo ciekawiło to miejsce. Avrin mówił że mało nie rozniosło cię z ciekawości, gdy odchodziłem od stołu.- Zaśmiał się serdecznie Ansilve. - O tak.-Randwat oblał się rumieńcem. Przyjazny głos elfa ośmielił go jednak nieco.- Przyznam że jestem bardzo ciekaw wszystkiego co się tutaj dzieje. - Dobrze więc. Czego chciałbyś się dowiedzieć na początku?- Spytał Ansilve. Szli teraz przez znajome już korytarze prowadzące do sali biesiadnej. - Kim właściwie jest Avrin? Kim są jego rodzice?- Palną bez zastanowienia Randwat. - Długa historia.- Zaczął Ansilve przygryzając na chwilę wargi.- Jego rodzice nie pochodzili z Nurhan. Właściwie nic więcej o nich nie wiemy. Ani ja, ani on. Był bardzo mały gdy pierwszy raz go spotkałem. A może raczej powinienem powiedzieć znalazłem.- Ansilve odgarną dłonią złociste włosy opadające mu na twarz.- Podczas jednego z patroli po dalszych okolicach gospody natknąłem się na Mihil Tulom. To zdarza się dość często Pewnie nie wiesz kim są? Nieważne. Później ci to wyjaśnię. W każdym bądź razie jeden z moich ludzi, bo nie podróżowałem przecież sam, został przez nich porwany gdy rozbiliśmy obóz w puszczy. Minęło parę godzin, nim zorientowaliśmy się co się stało. Długo ich tropiliśmy. W końcu jednak udało nam się odnaleźć obóz wroga. To była prawdziwa bitwa. Musisz wiedzieć, że ONI są niezrównani w strzelaniu z procy i łuku. Są biegli również w posługiwaniu się inną bronią, niewielu jednak potrafi im dorównać w strzelaniu z łuku czy procy. Część z nas nie miała wtedy ciężkich zbroi. Ci niemal wszyscy zginęli. Ja na szczęście należałem do tych rozważnych, którzy założyli pancerz przed szturmem na wrogie obozowisko. Zabili z daleka nieuzbrojonych, nie byli jednak przygotowani na walkę w zwarciu. Nie mieliśmy litości. Otoczyliśmy ich wokół namiotu herszta, i wyrżnęliśmy w pień. To była jatka! Ni jestem barbarzyńcą, wiem co to miłosierdzie, jednak po tym wszystkim... nie dla Mihil Tulom. W jednym z namiotów znaleźliśmy naszego towarzysza. Był wycieńczony i posiniaczony, nie stało mu się jednak nic poważniejszego. Był tam również Avrin. Miał wtedy może parę miesięcy. Członkowie Mihil Tulom napadli zapewne jego rodziców i zabili, samego chłopaka zaś wzięli na wychowanie by w przyszłości zasilił ich szeregi. Te napady na podróżnych ostatnimi laty strasznie się wzmogły. Teraz prawie nikt tędy nie podróżuje. Co do Avrina, gdyby został jednym z Braci Cienia, byłby nie lada nabytkiem. Już teraz widać, że będzie to naprawdę rosły mężczyzna. Jest duży... i to duży przez masę mięśniową, nie tłuszcz. Ma dopiero osiem lat... - Nigdy bym nie powiedział... ja tak wyglądałem w wieku czternastu...- Randwat był naprawdę zdziwiony. - Właśnie. Wyrośnie na wielkiego mężczyznę. Nie wolno pozwolić by zmarnował ten dar. Już teraz uczymy g władania mieczem. Chciałbym by został wojownikiem i w tym kierunku będzie na razie szkolony, ale gdy podrośnie sam podejmie wybór kim chce być. Bez względu na to co wybierze, mam nadzieję ze zostanie tutaj, w Nurhan i będzie pomagał w naszym wielkim wspólnym dziele... Jest przywiązany do tego miejsca. - Jakie to dzieło?- Spytał zaciekawiony Randwat. Doszli do sali biesiadnej. Mimo późnej pory zabawa trwałą w najlepsze. - W tej sali zabawa chyba nigdy nie ustaje.- Pomyślał z uśmiechem. Zdziwiłby się wtedy, gdyby ktoś powiedział mu że to właściwie prawda. - Zaczekaj chwilę. Wezmę coś do jedzenia i ruszamy dalej.- Rzekł Ansilve i ruszył w głąb sali. Po chwili znikną w drzwiach kuchni. Randwat wciąż nie mógł się nadziwić pięknem i niezwykłym klimatem tej sali. W tle nadal przygrywała słodka dla ucha melodia elfiego fletu. Ansilve powrócił po krótkiej chwili z kilkoma zawiniątkami rękach. - Wziąłem z kuchni kilka bundów. Pewnie nie wiesz jeszcze co to bundy?- - Wiem.- Odparł adept.- Dostawałem je jako prowiant na drogę kiedy opuszczałem poprzednie gospody. Trochę jak kanapki. Suszone mięso zapieczone w takim smacznym cieście. - Tak.- Uśmiechną się ponownie elf.- Pakujemy je naszym żołnierzom wychodzącym na dalszy patrol oraz podróżnym opuszczającym gospodę, choć tych nie ma zbyt wielu. Są naprawdę smaczne i mają krzepiącą moc.- Wyszli z sali i ruszyli z powrotem tą samą drogą. Szli najpierw przez kilka znajomych już Randwatowi pomieszczeń. Potem weszli przez jakieś duże drzwi które wcześniej omijali i znaleźli się w całkowicie nowym miejscu. Przechodząc przez kilka korytarzy doszli w końcu do ogromnego pomieszczenia. Jak wszystkie inne w tej gospodzie, miało ono miało swój wspaniały i niepowtarzalny klimat. Była to swego rodzaju zbrojownia. Pełno było tu wszelakich pancerzy stojących na manekinach, tarcz, hełmów oraz innych elementów pancerza. Znajdowały się tu również ogromne ilości uzbrojenia. Miecze sztylety, topory, łuki, buzdygany, lance... Było tu dosłownie wszystko. Część z nich zapełniała ściany, inne stały na specjalnych stojakach, leżały w skrzyniach lub były po prostu porozrzucane luźno. Mimo to całość nie robiła wrażenie bałaganu. W całym tym gigantycznym zbiorze widać było rękę wykwintnego kolekcjonera, który nadał temu miejscu niepowtarzalną atmosferę i dba o nie. Sala miała kształt sześcianu i była bardzo duża, choć może nie dorównywała rozmiarami sali biesiadnej. Randwat nigdy nie widział naraz tyle ekwipunku wojennego. Były tu piękne, misternie grawerowane zbroje Rycerzy Nurhańskich (Nie wiedział że były to zbroje rycerzy. Nie wiedział nawet że tej krainie służyli jacyś rycerze.), zaczarowane, świecące własną poświatą lekkie napierśniki magów bitewnych pozłacane, adamentowe karwasze oraz wiele, wiele innych. Również wśród broni znaleźć można było prawdziwe arcydzieła, unikalne na skalę całego Północnego Ludianoru. Znajdowały się tu na przykład wachlarze bitewne. W kraju Randwata była to broń egzotyczna, tu zaś wachlarze, choć może nie tak piękne jak te tutaj, były bronią powszechną. Randwat popadł po raz kolejny w zachwyt i wielkie zdziwienie. Atmosfera tego miejsca bardzo przypadła mu do gustu. Panowała tu cisza. Nie było ani jednego okna- jak widać sala mieściła się gdzieś po środku budowli, a sztuczne światło padające z żyrandoli zawieszonych wysoko nad ziemią było lekko przyciemnione co powodowało że na dole panował prawie półmrok. - Ta GOSPODA nie może być aż tak wielka!- Randwat powiedział sam do siebie wciąż z rozdziawiona buzią. - A jednak. Budynek z zewnątrz zdaje się być durzy, ale dopiero od środka widać jak duży jest na prawdę. -Czy to magia?- Spytał Randwat skupiając w końcu uwagę na swym towarzyszu. Przypuszczał że może Ansilve za pomocą magii w jakiś sposób rozciągnął przestrzeń wewnątrz -Nie, choć można byłoby rozwiązać ten problem za pomocą magii.- Odparł elf.- Został on po prostu zaprojektowany tak, by zmieścić w sobie jak najwięcej pomieszczeń przy jak najmniejszym wykorzystaniu powierzchni.- Na moment zapanowała cisza. Randwat rozejżal się jeszcze po sali. Ansilve czekał cierpliwie aż gość się napatrzy. Po dłuższej chwili Randwat znowu zaczął. - Mówiłeś coś o jakimś dziele, gdy doszliśmy do Sali biesiadnej. Jakie to dzieło? - Zapomniałam... –Uśmiechną się.- Właśnie to chciałem ci dokładnie wyjaśnić. Chodzi oczywiście o… Hm może lepiej byłoby zacząć o historii naszej krainy, bo wszystko to układa się w jedną całość. Chcesz jej wysłuchać? - Oczywiście!- Odparł Randwat z entuzjazmem. Był szczerze zainteresowany i od początku słuchał wszystkiego z wielkim zaciekawieniem. Miał zresztą ogólnie bardzo ciekawską naturę i był bardzo gadatliwy. Mógł godzinami trajkotać o byle czym, ale i sam lubił wysłuchiwać opowieści. Słyną przy tym ze swej odwagi, która graniczyła momentami z szaleństwem a niekiedy nawet stawała się nim. ”Jesteś zupełnie jak kenderzy” Rzekła mu kiedyś babka. „Gadasz bez przerwy i nie wiesz kiedy skończyć”. Choć zarówno on jak i jego babcia znali kenderów jedynie z opowieści, bo ci rzadko zapuszczali się w tę część Ludianoru, to Randwat rzeczywiście miał dużo wspólnego z tymi istotami. Ansilve pod tym względem był bardzo podobny do Randwata. Zapewne dlatego od razu się polubili. Wróćmy jednak do samej historii. Przyjaciele wyszli już z sali z uzbrojeniem i teraz schodzili w dół po długich krętych schodach. Randwat nie liczył stopni, ale od kiedy zaczęli schodzić minęło już dobrych kilka minut i wciąż nie było widać końca. - Co do historii tej krainy, jako państwa Nurhan.- Zaczął dopiero teraz Ansilve.- Pierwszych jej mieszkańców oczywiście nie znamy. Wiadomo jednak że kilka tysięcy lat temu na terenach obecnych puszcz Nurhan mieszkało jakieś plemię. Nie wiemy kim byli dokładnie. Wykluczyć można chyba jedynie krasnoludów, bo ci pozostawiają po sobie ogromne siedziby połączone z jakąś dużą górą lub chociaż wzniesione w ich pobliżu, a tych jak wiemy nie ma. Choć samych gór u nas nie brakuje. Przecinają się tu trzy długie łańcuchy. Wzdłuż jednego podróżowałeś. - Góry Brunatne- Wtrącił Randwat. - Tak, Góry Brunatne. Jak już mówiłem jednak możemy wykluczyć krasnoludów gdyż nigdzie nie zachowały się ich budowle. Mało prawdopodobne jest również aby mieszkali gdzieś wewnątrz gór lub pod nimi. Właściwie jedynie co się po tamtej cywilizacji zachowało, to ruiny świątyń. Czarne kaplice, otoczone okropnymi rzeźbami, dziś zniszczone, zarośnięte i w dużej części znajdujące się już pod ziemią. To miejsca mroku. Najczęściej z takich kaplic nad powierzchnią wystaje jedynie wyjście oraz szczątki przerażających rzeźb. Strzeż się ich jednak. Ta rasa czciła złe moce i uprawiała czarną magię. Sądzę że był to jakiś upadły szczep elfów, choć to tylko moje prywatne zdanie Nikt przy zdrowych zmysłach nie wszedłby do Czarnej Kaplicy. Nikt, poza członkami Mihil Tulom, którzy z tego co nam wiadomo opanowali niektóre z nich i przeszukując je dotarli do Złej Magii jaka w nich drzemie. - Kim są ci Mihil Tulom?- Przerwał Randwat.- Już o nich wspominałeś.- Schody w końcu skończyły się. Szli teraz tunelem wydrążonym w litej skale. Było chłodno i wilgotno. Jedynym źródłem światła były pochodnie wiszące na ścianach w kilkunastometrowych odstępach. Płomienie pochodni tańczyły w miejscu rozpraszając mrok i ukazując na krótkie chwile zielonkawe ściany pokryte miejscami jakimiś porostami. Tunel zdawał się ciągnąć bez końca. Złudzenie takie powodował zakręt znajdujący się kilkaset metrów przed nimi. Z tej odległości nie był jeszcze widoczny. Pochłonięty słuchaniem elfa nie zwracał jednak na to wszystko zbytniej uwagi. - Po kolei.- Ciągną cierpliwie elf.- Wyjaśnię ci to w trakcie opowieści. Tajemniczy, mroczny naród wyginą lub opuści te ziemie. Przez długi czas pozostawały one niezamieszkane. Przez te lata Nurhan musiało bardzo zdziczeć. Po pewnym okresie znów jednak zaczęli osiedlać się tu ludzie, aichowie i przedstawicie różnych innych ras. Było nawet kilku elfów. Początkowo była to głównie mieszanka dezerterów, łotrzyków, zbiegów i różnych innych drobnych przestępców chcących by świat o nich zapomniał. Około 500 lat temu powstało tu pierwsza osada. Szybko rozrosła się ona do rozmiarów miasta, które nazwano Gronurhamat. Jako że na tereny Nurhan wciąż napływali nowi osadnicy, elfowie, którzy rządzili w Gronurhamat zaczęli zastanawiać się nad podporządkowaniem sobie Dzikich Ziem i ustanowieniem jakiejś formalnej władzy nad jej mieszkańcami. Wielu popierało elfów i widziało w nich nadzieję na lepszą przyszłość i oswojenie Dzikich Ziem. Elfowie, wraz z największymi entuzjastami stworzenia „państwa Nurhan” zaczęli je budować. Z ich pomocą pojedynczy osadnicy zaczęli zbijać się w grupy i zakładać osady. Tworzył się system administracyjny. Jednocześnie część mieszkańców nie chciała podporządkować się władzy elfów. Byli to głównie aichowie, a ich rasa stanowiła niemal połowę wszystkich mieszkańców ówczesnego Nurhan. - Kim właściwie są ci aichowie?- Znów przerwał Randwat. Tunel kończył się. Minęli zakręt i widać było już światło w jego końcu. - Pozwól że przerwę na razie mą opowieść. Dojdźmy do końca tunelu. - Dobrze.- Odparł Randwat ze zdziwieniem w głosie. Kenderska, niespokojna dusz wołała o dalszą część opowieści, tym mocniej że ostatnio musiała dość długo pościć. Z trudem wstrzymał się od protestu i czekał cierpliwie. Gdy jednak wyszli z korytarza, zapomniało wszystkim momentalnie. To co zobaczył odebrało mu mowę, a nawet możliwość myślenia. Przez chwilę mógł się tylko gapić z szeroko rozwartymi ustami. Mógł się spodziewać wielu rzeczy: tego że znajdą się u wyjścia jakiejś jaskini położonej o kilkadziesiąt mil od gospody, staną u wrót Goriadu (oddalonego o całe setki mil) lub że stanie się cokolwiek równie dziwnego. To co miał teraz przed oczami jednak przeszło jego najśmielsze wyobrażenia o tajemnicach gospody. Korytarz wyprowadził ich do gigantycznej, podziemnej komory wydrążonej w litej skale. Była naprawę GIGANTYCZNA i Randwat nie był w stanie nawet objąć jej wzrokiem. Znajdywali się teraz na rozległym balkonie który umieszczony był na dużej półce skalnej. Randwatowi sam balkon wydawał się on bardzo duży, z drugiego końca komory był jednak ledwie widoczny. Z trudnym do opisania wyrazem twarzy, podszedł w końcu do balustrady. Wodził oczami od jednego do drugiego krańca komory niczym obłąkany. Trwało to kilka minut. Nie był w stanie nic powiedzieć. Po chwili odwrócił się do elfa, który stał z tyłu i tylko pokręcił lekko głową. Ten na widok miny adepta parsknął śmiechem. Randwat nie zważając na to znów odwrócił się w stronę balustrady. Spojrzał w dół. Tam, wiele, wiele metrów pod nim rozciągały się… pola uprawne! Widać było przesuwające się małe punkciki. Byli to ludzie... Jak to wszystko możliwie pod ziemią? Skąd tu tyle światła? Pytania mnożyły się w głowie Randwata. Jeszcze dalej, za polami rozciągała się gigantyczna rampa prowadząca na podwyższenie. Pierwsze co przyszło Randwatowi do głowy, to że znajduje się tam jakaś kopalnia. Nie pomylił Poznał to po dwóch wielkich kopcach usypanych z siarki, zasłaniających to co znajdowało się dalej. Było to już blisko przeciwnej ściany i Randwatowi wszystko wydawało się stąd małe. Randwat rozglądał się dalej Mniej więcej po środku komory stało nawet małe miasteczko! Poza tym na ścianach, licznych półkach i nierównościach gigantycznego sklepienia umieszczone były najrozmaitsze konstrukcje, połączone ze sobą siecią lin, drabin a nawet małych wind. Z daleka wszystko to wyglądało jak sieć małych drewnianych domków połączonych sznurkami. Po przeciwnej stronie balkonu znajdywała się mały otwór, przez który po drabinie można było zejść w dół. Kilka metrów niżej, na dużej platformie pracowali ludzie. Balkon był w rzeczywistości kondygnacją wielkiego rusztowania, które od dna komory sięgało aż po sam strop. A do niego było jeszcze dobre kilkadziesiąt metrów. Nieco dalej znajdowała się drabina po której można było wspiąć się wyżej. Randwat zaczął w końcu dochodzić do siebie. Spojrzał nieco przytomniej na elfa który wciąż się śmiał. - Wiem.- Powiedział Ansilve ocierając łzy śmiechu.- Chcesz żeby ci to wyjaśnić. Wież mi jednak. Nie da się tego zrobić bez dokończenia naszej historii. To wszystko łączy się w jedna wielką całość. Opowiem ci ją tutaj.- Wskazał na jedną ze zgrabnych ławeczek które stały rzędem kilka metrów od balustrady. Usiedli. Elf podał Randwatowi jedno zawiniątko z bundem, drugie zaczął odwijać sam.. Obydwaj zjedli ze smakiem. To miejsce miało w sobie jakieś monumentalne piękno, niepowtarzalną atmosferę jaka panowała w całej gospodzie, a zarazem własny klimat jak każde jej pojedyncze pomieszczenie. Randwat po raz pierwszy w swym życiu doznał wtedy tego niezwykłego uczucia które później towarzyszyło mu za każdym razem gdy wracał do gospody. Jako ktoś zafascynowany wszystkim co piękne i tajemnicze doznawał tu esencji szczęścia. Doznał pewnej niezwykłej euforii wywołanej taką dawką specyficznej radości wypływającej z niego samego. Rozmarzonym wzrokiem w głąb komory. – Tak pewnie wygląda raj kenderów- Pomyślał pamiętając o słowach babki. - Pytałeś więc kim są aichowie?- Spytał elf kończąc jedzenie. Randwat przytaknął. -Widziałeś już zapewne kilku z nich. Są mniej więcej wzrostu ludzi. Może nieco niżsi. Różnią się jednak od nich ciemno niebieskim zabarwieniem skóry oraz tym że ich oczy są niemal całkowicie żółte. Zazwyczaj włosy mają czarne i proste. Łatwo ich rozpoznać. Wróćmy teraz do naszej historii. Jak już mówiłem większość aichów sprzeciwiła się rządom elfów. Początkowo stawiali jedynie bierny opór. Wkrótce jednak, gdy tworzenie systemu państwa posunęło się znacznie na przód zaczęli się buntować. Powołali do życia organizację- Mihil Tulom. To w rdzennym języku aichów. W Tondarze (mowie wspólnej) nazwa ta oznacza Bractwo Cienia. Mihil Tulom postawiło sobie za cel obalenie władzy elfów i ich sprzymierzeńców. Bali się że Livande, przywódca elfów zechce usunąć ich z tych ziem. Nie były to bezzasadne obawy. Większość aichów miała za sobą mroczną przeszłość i osiedliła się tu właśnie po to by się od niej odciąć. Było już jednak z późno na konkurowanie z grupą Livande. Pozycja rządzących umocniła się i aichowie nie byli w stanie sami obalić rządów elfów. Czas mijał, państwo coraz bardziej rosło w siłę. Ludność była zadowolona. Zawiązano wiele sojuszy i traktatów handlowych z innymi krajami. Sąsiedzi Nurhan jednak zorientowali się gdzie przybywają poszukiwani banici i szybko stali się oni przyczyną kłopotów. Livande zgodził się na ekstradycję byłych złoczyńców do państw w których łamali prawo. W szeregach Mihil Tulom było wielu właśnie takich aichów. Ci zdążyli już zbiec w głąb puszczy. Mihil Tulom zaczęło knuć. To wszystko jednak nie przeszkadzało wewnętrznemu rozwojowi państwa. Zaczęły powstawać Pandamy oraz Pondamy…- Ansilve przerwał na chwilę i spojrzał na Randwata. Po minie poznał że Randwat nie wiedział co to.- Już wyjaśniam ci czym był. To ważny element naszej kultury i swoisty symbol Nurhan. Przynajmniej kiedyś. Widzisz, jeszcze u zarania dziejów po terenach tych rozlana została jakaś dziwna, tajemnicza magia. Puszcze nie dają wydrzeć sobie ani skrawka ziemi. Próbowano je karczować, wypalać i niszczyć na wiele różnych sposobów. Drzewa i roślinność odrastały niemal błyskawicznie. Livande zmuszony był do działania, bowiem w rozwijającym się kraju zaczynało się robić po prostu ciasno. Z pomocą przyszła magia. Livande, mistrz magii Szkoły Ziemi zaczął drążyć pod powierzchnią komory i tunele. W największych z nich zaczęto budować miasta. Był to bardzo udany pomysł. Z czasem sieć podziemnych miast, które zwały się właśnie Pandamami bardzo się rozrosła. Nie tylko pod ziemią jednak Livande rozbudowywał swe państwo. Z dalekiego południa sprowadzono kilka sadzonek starożytnych i szlachetnych drzew Trivien. Rozrastały się one do gigantycznych rozmiarów, znane również były ze swej nieśmiertelności. Nie zaobserwowano by drzewo to umarło śmiercią naturalną. Być świat jest po prostu za młody być może świat jest po prostu za młody by pierwsze z nich umarło? Nie wiadomo. Za pomocą magii Livande sprawił, że sadzonki mogły rosnąć na ziemiach Nurhan i to w błyskawicznym tempie. Również na nich zaczęto budować miasta. Zwano je Pondanami. Niezwykła moc tych drzew sprawiała nawet że puszcza cofała się w promieniu ich gigantycznych, rozłożystych gałęzi a wszystko co żyło pod ziemią pokornie ustępowała miejsca korzeniom. Wedle legend z dawnych dni, pierwsze z tych drzew zasadzili bogowie. Elfowie Aluin oraz niektóre plemiona leśnych elfów czczą je jako święte. Zaprawdę, drzemie w nich jakaś moc. Wyższa nawet niż magia. Pondamów nie było jednak tyle co podziemnych miast i nie dorównywały im raczej rozmiarami. Mimo to stały się rozpoznawalnym znakiem tej krainy. Za czasów powstawania Pondamów i Pandamów państwo przeżywało swój rozkwit. Mieszkańcy byli szczęśliwi. Żyli w dostatku i pokoju. Ale również Mihil Tulom rosło w silę. Około 250 lat temu liczyło ono sobie ponad trzy czwarte wszystkich aichów mieszkających w Nurhan. Większość jednak, póki co nie przyznawała się do przynależności do organizacji i utrzymywała prawdę w tajemnicy. W tym właśnie czasie agenci Bractwa Cienia zaczęli przeszukiwać Czarne Kaplice. Nie wszystkie oczywiście, jest ich bardzo wiele. Odnaleźli i zajęli kilkanaście z nich...- Ansilve ściszył głos.- Głupcy… Nie wiem co drzemie w tych siedliskach mroku, pewien jestem jednak że jest to jakieś niewyobrażalne zło. Wielu z nich musiało zginąć, gdy po raz pierwszy stawali twarzą w twarz z tak wielką zgrozą. Jakimś sposobem jednak ujarzmili złą magię i wszystkie koszmary związane z tymi miejscami a nawet uczynili sobie z nich kryjówki. By móc wprowadzić w życie swój plan zniszczenia państwa potrzebowali jeszcze wojska. Ich siły były raczej słabe i nie doświadczone. Wiedzieli że nawet najmroczniejsza magia okazać się nie wystarczająca. Mihil Tulom zawarło sojusz z Holdarem. Jak wiesz Holdar zawsze prowadził bardzo agresywne działania wobec swych sąsiadów i dążył do podbicia ich. Ten sojusz był katastrofalny w skutkach tak dla rządów Livande jak i dla Mihil Tulom. Zaczęło się piekło. Najpierw podpalono drzewa Trivien. Najprawdopodobniej Bractwo użyło Złej Magii, Trivien nie da się ot tak podpalić. Zginęły tysiące mieszkańców. Płonące drzewa widoczne były w nocy z odległości setek kilometrów. Początkowo nikt nie wiedział co się dzieje. Wybuchła panika, a Livande sam całkowicie zdezorientowany przestał panować nad sytuacją. Mihil Tulom wykorzystało okazję i natychmiast uderzyło. Rozpoczęła się otwarta walka. Siły Bractwa maszerowały ze wschodu, w stronę Gronurhamat zdobywając i niszcząc po drodze wszystkie wsie, miasta i miasteczka. Z zachodu zaś nadciągały siły Holdaru. Gdy Livande w końcu zrozumiał co się dzieje, Mihil Tulom zrównało już z ziemią kilka dużych miast. Takie postępowanie bardzo dziwiło elfa, a jednocześnie napełniało przerażeniem. Wszystkiego mógł się spodziewać po wojskach Holdaru, dlaczego aichowie niszczyli wszystko tuż po zdobyciu? To nie był jednak czas na dociekanie przyczyn takiego postępowania. Livande pośpiesznie organizował obronę pozostałych miast. Do wszystkich sojuszników rozesłał gońców z prośbami o pomoc. Początkowo wojska wysłane do obrony miast na wschodzie skutecznie odpierały ataki. Nie trwało to jednak długo i w końcu linie obrony zaczęły się załamywać. Livande zrozumiał że dzieje się coś niedobrego. Armia była dobrze wyposażona i przeszkolona. Liczebnością dorównywała siłom wroga, a morale było świetne. Nawet jeśli Mihil Tulom pomagali żołnierze Holdaru, wojsko powinno być w stanie stawiać opór o wiele dłużej. Tymczasem miasta padały bardzo szybko. Livande zaczął domyślać się, że Mihil Tulom użyło złej magii z Kaplic. Było już za późno by pomóc innym miastom, pozostała obrona stolicy. Nadchodzące raporty informowały o coraz to bardziej dramatycznej sytuacji. Posiłki nie nadchodziły. Livande nie załamał się jednak. Wszystkim wojskom nakazał natychmiastowy odwrót do stolicy. Roztoczył nad miastem potężny czar ochronny, który miał powstrzymać złą magię z Kaplic. Pozostało tylko czekać. Dwa dni po zdobyciu ostatniego miasta poza stolicą, Mihil Tulom wraz z wojskami Holdaru rozbiło obóz na odległość dwóch strzałów z łuku od bram Gronurhamat. Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem bractwo zaatakowało. Choć aichowie nie mogli liczyć już na pomoc Czarnej Magii, mięli ogromną przewagę liczebną. Sytuację obrońców pogarszało dodatkowo niezwykle niskie morale spowodowane zmęczeniem i zgrozą, jaka opanowała żołnierzy ocalałych z wcześniejszych walk. Ci, którym udało się wycofać z upadających miast, opowiadali o przerażającej przemianie jaka zaszła w członkach Mihil Tulom. Stali się niezwykle silni. Opowiadano o dziwnym zabarwieniu oczu aichów i przerażających dźwiękach jakie wydawali. Mówiono nawet że aichowie zamienili się w bezlitosne zombie. Jeszcze osiemnastego dnia miesiąca wilka 534 roku według kalendarza Nurhan, Gronurhamat upadło. Niemal wszyscy obrońcy zginęli. W tym Livande. Choć magiczna obręcz jaką rzucił on na miasto powstrzymała Złe Moce, nie miało to wpływu na zachowanie Mihil Tulom. Moc którą dawała im zła magia opuściła ich gdy przeszli przez obręcz ochronną, jednak ich serca zostały przeżarte złem. Dalej byli bez względni i rozwścieczeni. Zdarzało się że wbiegali między obrońców wymachując orężem i choć sami ginęli zabierali ze sobą przeciwników. To był koniec starego Nurhan.- Ansilve przerwał swą opowieść. Nastała cisza. Randwat przez cały czas słuchał go z wielką uwagą. Historia była bardzo ciekawa, choć smutna. Adept starał się zapamiętać jak najwięcej. - Jakie są późniejsze losy Nurhan?- Spytał w końcu. - Ci, którzy uciekli z oblężonej stolicy, lub jakimś cudem przeżyli wcześniejsze walki i w ogóle się w niej nie znaleźli zamieszkali w kilku nie zniszczonych do końca Pandamach. Z nadzieją zemsty na Mihil Tulom i wskrzeszenia dawnego państwa rozpoczęli cichą walkę. Trwa ona do dzisiaj. Znajdujesz się w najlepiej zachowanym Pandamie. TO miejsce można chyba nazwać dzisiejszym Gronurhamat. Odbudowa osad mijała się z celem. Z pewnością znów zostałyby zniszczone. Wybrano więc inny sposób. Nad ocalałymi Pandamami zaczęto budować gospody. Wrogowie jakoś nie próbowali ich niszczyć. Właściwie nie mięli w tym żadnego celu. Bractwo samo korzysta z gospod. A przynajmniej z większości. Tu nie mają wstępu. Oprócz tej jednak w całym Nurhan jest ich około kilkudziesięciu. To wszystko co pozostało po państwie Livande. To zarazem zaczątki nowego państwa. W ten sposób powoli dźwigamy się i przygotowujemy do jego odtworzenia. - Dalej nie rozumiem dwóch rzeczy. Co stało się z Mihil Tulom po upadku Gronurhamat, Gronurhamat jaką rolę w tym wszystkim właściwie pełnisz ty, drogi Ansilve? -Widzisz Randwacie.- Elf uśmiechną się blado.- Holdar nie po to wysłał swe najemne oddziały do Nurhan by służyły Bractwu w zamian za przyjaźń. Tuż po zrównaniu Gronurhamat z ziemią wojska Holdaru zaatakowały Mihil Tulom. Zmęczeni bitwą aichowie nie byli w stanie oprzeć się ciężkozbrojnym żołnierzom. Tego dnia dokonały się dwie rzezie. Tego dnia w ataku na stolicę brali udział niemal wszyscy członkowie bractwa. To oni padli ofiarą drugiej rzezi. Niedobitki Mihil Tulom tak samo jak my, musiały zaczynać wszystko od nowa kryjąc się w puszczach Nurhan. Jeśli chodzi o mnie… Livande miał syna. Urodził się kilkadziesiąt lat przed atakiem Mihil Tulom, gdy Nurhan cieszyło się jeszcze szczytem potęgi i chwały. Nie długo jednak mieszkałem w Starym Nurhan. W wieku zaledwie kilkunastu lat wysłano mnie na dalekie południe. Zamieszkałem tam by się uczyć. Do Nurhan wróciłem niedawno. 62 lata temu. Wiem, że dla was ludzi jest to bardzo dużo, jestem jednak potomkiem Najwyższych Elfów, toteż nie podlegam prawom przemijania...- Ansilve skończył raptownie ściszając głos. Na jego twarzy malowało się teraz przygnębienie. Przez ostatnie zdanie nie przebrzmiewała ani odrobina dumy czy uniesienia. - I czasami bardzo tego żałuję.- Dodał. - Dlaczego?- Zdziwił się Randwat. – Sam powiedziałeś że państwo powoli podnosi się z ruin. - Widzisz, jesteś jeszcze taki młody… To nie jest takie proste. Mihil Tulom znów rośnie w siłę. Bractwo otrząsnęło się o wiele szybciej niż my. Obawiam się że znów mogą próbować okiełznać moc Czarnych Kaplic, o ile już tego nie zrobili. W dodatku…- Ansilve mówił z coraz większym trudem. W jego oczach pojawiły się łzy.- Moja żona… Jest chora. Nie wiem jak to możliwe, ale umiera z powodu choroby. Elfka! To może być dowód na to, że magia z Kaplic znów jest w rękach bractwa. Wiedzą, że mnie nie da się w ten sposób zgładzić. Jakoś jednak udało im się spowodować chorobę u Molivanii. Wiedzą, że gdyby ona umarła to byłby koniec także dla mnie… - Ansilve zamkną oczy i przygryzł górną wargę, wzdychając przy tym ciężko.- I jeszcze Holdar… Także ich ostatnio kręci się tu coraz więcej. Chcą uczynić Nurhan swoim dominium. To wróg o wiele groźniejszy niż Mihil Tulom. Na szczęście w tej chwili są bardziej pochłonięci innymi sprawami. Jak wiesz prowadzą kilka wojen naraz. Ale gdy przyjdzie czas na Nurhan...- Ansilve nic już nie mówił. Nieobecnym wzrokiem spoglądał gdzieś w głąb komory. Randwat dość często widział wcześniej elfów. Nigdy jednak żadnego tak przygnębionego. Elfowie byli dla niego zawsze synonimem tryskania radością i szczęściem. Jakże inny od tego wizerunku był teraz Ansilve. Zatroskany, smutny zdawał się nawet jakby postarzeć. Randwatowi się naprawdę przykro. Wiedział już skąd blada cera pani Molivanii. Milczeli jeszcze przez chwilę. W końcu Ansilve nieco weselszym głosem rzekł.- Jesteś moim gościem. Nie będę cię zadręczał moimi problemami. Bawmy się, zamiast zamartwiać na zaś. Wracajmy do Sali Biesiadnej! Randwat nie czół się już zmęczony i z chęcią przystał na propozycję elfa.. Wrócili do Sali Biesiadnej i bawili się razem z innymi gośćmi do rana. Ansilve okazał się bardzo spontaniczny. Była to kolejna cecha która łączyła go z adeptem. Randwat jadł, pił i tańczył całkowicie zapominając o zmęczeniu. Od początku tunszy bardzo brakowało mu takich zabaw. Poznał podczas niej wielu mieszkańców (jak się okazało goście w większości wcale nie byli przejezdnymi) gospody. Poza tym bardzo polubili się z Ansilve. Byli odtąd prawdziwymi przyjaciółmi. Dowiedział się też wielu innych ciekawych rzeczy na temat gospody i całego Nurhan, a goście cierpliwie udzielali odpowiedzi na wszystkie pytania młodego adepta. Była to dla Randwata niezapomniana noc. Spać położył się gdy za oknami już świtało. Przez noc zrobiło się pochmurno i zaczął padał deszcz, choć adept wcześniej tego nie zauważył. W Nurhan często padało. Było mgliście i dżdżysto, ale słaniającego się na nogach (ale szczęśliwego) ze zmęczenia Randwata mało to teraz obchodziło. Wszedł do pokoju, zamkną drzwi i runą na łóżku zasypiając natychmiast w ubraniu i z błogim uśmiechem na twarzy.

Ponownie otworzył oczy dopiero wczesnym wieczorem. Był obolały po harcach ostatniej nocy. Mimo to czół się wypoczęty i szczęśliwy. Magia tego miejsca wspomagała ten stan. Wypełniał go wewnętrzny spokój. Miał ochotę zapomnieć o wszystkim co działo się przed tym jak się tu znalazł. Pozostać tu do końca życia. Leżał tak jakiś czas, wpatrując się w drewniany sufit i nie myśląc o zupełnie niczym. Nie miał ochoty ruszać się z ciepłego łóżka. Podczas ostatniej zabawy elf zaproponował mu wycieczkę po Pandamie. Spodziewał się więc że Ansilve wkrótce przyjdzie do niego. Cóż, to może być nawet lepsze niż leżenie tutaj. W pewnym momencie Randwat usłyszał cichy szelest, który normalnie nie zwróciłby pewnie niczyjej uwagi. Akustyka pokoju sprawiła jednak że szelest ten mocno wybił się ponad niezmąconą ciszę, do tego stopnia że Randwat zwrócił na niego uwagę. Adept przechylił głowę i zdał sobie teraz sprawę że wcale nie jest w pokoju sam. W przeciwnym niż łóżko rogu, będącym najbardziej zacienionym miejscem, ktoś stał! Randwat momentalnie poderwał się z łóżka. To ta sama postać którą miną wchodząc po raz pierwszy po schodach do sali biesiadnej! Jego zmysł magiczny (choć słabo jeszcze rozwinięty to jednak dość skuteczny) nie wykrył żadnego nowego źródła magii. Wszystkim magom bitewnym od początku nauki wpajano, by w wypadku zagrożenia pierwsze co robili to szukali źródła wrogiej magii. Tym razem jednak nie było niebezpieczeństwa z jej strony. Adept nie poczuł się jednak przez to lepiej. Drzwi były zamknięte i nikt poza Ansilve lub Avrinem nie powinien móc tu wejść. - Kim jesteś?- Zapytał Randwat nerwowym głosem. - Jestem Viman. Przysłał mnie tu… Ansilve.- Odparł dziwny, niewyraźny głos stłumiony dodatkowo przez dziwną szatę skrywającą obcego.- Chce się z tobą widzieć. - Czy nie dało się obudzić mnie pukaniem? - Spytał Randwat ze słabo ukrywaną irytacją w głosie.- Mimo wszystko dziękuję. Zaraz zejdę do sali biesiadnej. - O nie. Ansilve Nie czeka na ciebie w sali biesiadnej. Jest teraz w puszczy. On… chce ci coś pokazać. Znam drogę, młody magu.- Odparł Viman. Randwat spojrzał na obcego z nieufnością. Zdziwiło go zachowanie gościa i zwrot „młody magu” którego tu wcześniej nie słyszał od nikogo. Uznał jednak że musi to być jeden ze służących. Ansilve nie dałby w końcu klucza byle komu. - Dobrze. Tylko się przebiorę.- Powiedział zapominając o podejrzeniach. Wyciągną ze swego podróżnego tobołka czystą szatę Białego Adepta i ruszył w stronę drzwi przy których Viman już czekał. Randwat pociągną za klamkę. Zamknięte! Dziwne, czemu Viman zamkną drzwi spowrotem na klucz? Nie zastanawiał się jednak nad tym dłużej. Otworzył drzwi własnym kluczem i wyszedł pierwszy. - Muszę jeszcze coś załatwić. Dołączę do ciebie na zewnątrz. Poczekaj na mnie w stajni, dobrze?- Rzekł Viman bezszelestnie wychodząc za Randwatem. Gdy ten przytaknął oddalił się pośpiesznie w kierunku przeciwnym do sali biesiadnej. Randwat nie zwracał uwagi na podejrzane zachowanie Vimana. Cały czas rozmyślał co też tym razem chce mu pokazać Ansilve. Żywił głęboką nadzieje że dowie się zobaczy coś równie fascynującego jak ostatniego wieczora. Przeszedł przez znane mu już pomieszczenia i po chwili znalazł się w sali biesiadnej, która jak zwykle tętniła życiem. Rozmowy, śmiech, wesoła muzyka i zapachy pysznego jedzenia unoszące się w powietrzu. Randwat spostrzegł że na podwyższeniu gra Torman- aich którego poznał ostatniego wieczoru. Był on jednym z nielicznych stojących po stronie Ansilve. Samego elfa w sali nie było. Randwat rozejrzał się na wszelki wypadek dokładnie.- Cóż, jak mógłby tu być skoro czeka na mnie na zewnątrz…- Pomyślał wesoło, będąc wciąż ślepym i głuchym na niebezpieczeństwo. Niedługo miał się przekonać czym grozi taka głupota. Ruszył w stronę schodów prowadzących na parter. Chwilę później znalazł się na zewnątrz. Było dżdżysto i pochmurno. Deszcz wciąż delikatnie kropił. Na zewnątrz kręcili się jedynie wartownicy. Stali na posterunkach lub patrolowali teren wokół gospody. Randwat spostrzegł teraz że nie są to jedynie orkowie ale także ludzie, aichowie a nawet jeden elf. Kilku, stojących na ogromnym rusztowaniu przytwierdzonym wzdłuż palisady od środka, obserwowało co dzieje się na zewnątrz. Drewniane ogrodzie było dość wysokie, rusztowanie jednak również sięgało na tyle wysoko by stojącemu na nim strażnikowi zaostrzone czubki pali sięgały najwyżej do piersi. Przy wejściu przywitał Randwata ork Grolaos. Ten sam który wczoraj wpuścił go do gospody. Randwat odpowiedział mu grzecznie, po czym udał się do stajni. Gdyby znał całą gospodę wystarczająco dobrze wszedłby do stajni drzwiami od wewnątrz, mając jednak na uwadze jej ogromne rozmiary budynku postanowił nie ryzykować zabłądzenia i dostać się tam przez główne wejście do którego znal już drogę. Ork po chwili przestał się interesować Randwatem, więc ten skierował się do stajni. Gdy tylko przekroczył jej próg poczuł przyjemny zapach siana. Stajnia była bardzo duża, mieściła kilkanaście rzędów zagród i boksów. Jedna z bocznych ścian zasłonięta była przez równo poukładane snopki siana. Magiczne lampy rozwieszone na suficie były przyciemnione, toteż panował teraz półmrok. Po stajni kręciło się paru pomocników dbających o zwierzęta i czystość. Widać było że się nie obijali, stajnia śliniła czystością a zwierzęta były zadbane i najedzone. Nie było czuć smrodu, w powietrzu unosił się jedynie przyjemny zapach siana. Randwat miną klika rzędów boksów, nie zwracając na siebie jak dotąd uwagi obrządzających. Nagle ktoś go szarpną. Przystaną na chwile i odwrócił się. W półcieniu jaki panował przy ścianie, tuż obok niego stał Viman. Znów siedział w ukryciu i znów przestraszył Randwata. - Dobrze. Jesteś, młody magu. Chodźmy więc- Spytał szepcząc. Jego głos był niespokojny. Randwatowi zdawało się że jego towarzysz jest czymś bardzo zdenerwowany. - Dobrze.- Odparł Randwat wzruszając ramionami. -Ciiiiicho! Bo nas usłyszą!- Powiedział Viman z irytacją.- Nie możemy się zdradzić! -Dlaczego? - To… to tajne spotkanie i nikt nie może o nim wiedzieć! Ansilve chce ci pokazać coś… coś specjalnego. Tak! - Dobrze.- Odparł ściszonym głosem z ogromnym podekscytowaniem. -Chodź za mną!- Viman wyłonił się z cienia i w dziwnej pozycji, niemal kucając przemkną szybko i bezszelestnie w kierunku ściany zastawionej snopkami siania. Przylgną do nich rozglądając się nerwowo. Wciąż nikt nie zwracał na nich uwagi. Wyciągną jeden ze snopków przy samej ziemi. Za nim ukryty był otwór! Niezbyt szeroki, wystarczający jednak by mógł przecisnąć się rosły człowiek. Gestem pokazał Randwatowi do niego wszedł. Spojrzał dziwnie na Vimana, ale gdy ten ponaglił go gestem, wszedł. Adept wczołgał się do otworu. Viman tuż za nim. Przez chwilę poruszali się czołgając w ciemnościach. Było duszno, powietrze było pełne pyłu i ciężko było oddychać. Ze wszystkich stron otaczało ich siano, jego zapach był teraz niezwykle intensywny. Randwat nie bał się jednak ciasnych pomieszczeń, właściwie nie wiele było rzeczy których się bał. Po chwili przestał ocierać o odstające kłosy. Siano skończyło się i czołgali się teraz po czymś chłodnym i dość twardym. Tuneli był teraz nieco szerszy i zrobiło się wiele chłodniej. Randwat spróbował wymacać sufit. Nie wyczuł go ręką. - Tutaj możemy wstać i normalnie iść. Wystarczy że pochylisz trochę głowę.- Powiedział zadyszanym głosem Viman. Po paru minutach doszli do końca tunelu. Randwat prawie uderzył nosem o ścianę. Viman w jakiś sposób również wiedział że to koniec. Zaczął macać strop tunelu. Znalazł w końcu pewne miejsce i zapukał w nie. Było to drewno, a dokładniej drewniana klapa. Po chwili wspólnymi siłami podnieśli ją i znaleźli się na dworze. Byli o na zewnątrz palisady, zaledwie kilka metrów od niej. - Moment, coś tu nie gra.- Umysł Randwata ockną się i przez chwilę zaczął pracować tak jak powinien u porządnego maga.- Po co takie przejście w gospodzie? Czy na pewno wysłał cię Ansilve? Czy ty go w ogóle znasz?- Randwat zrobił krok w tył. Ręką zaczął odruchowo szukać sztyletu który zwykle miał przytwierdzony do pasa. - Oczywiście.- Rzekł Viman dziwnym głosem. Ten głos i akcent bardzo się różnił od tych u mieszkańców gospody. Jedną rękę włożył głęboko między swą powłóczystą szatę szukając w niej czegoś. Tylko głupiec nie dostrzegłby potencjalnego zagrożenia. Serce zaczęło bić Randwatowi jak oszalałe. Przez moment jednak ani nie drgnął.- To przejście jest... noo… na wypadek oblężenia gospody. Czyżby Ansilve nie wspominał ci jak niebezpieczne jest to miejsce?- Mówił teraz pewniejszym głosem. Wyciągną rękę w której trzymał teraz chustkę z wyhaftowanym centaurem i zbliżył się nieco do adepta. - Musimy mieć przecież jakaś drogę ucieczki. Prawda? - No tak.- Przyznał po chwili wahania niepewnym głosem Randwat. Poczuł wielką ulgę. To fakt. Trzeba mieć jakieś wyjście ewakuacyjne.- Nagle wszystkie obawy i podejrzenia rozwiały się równie szybko jak się pojawiły. - Stać!- Usłyszeli za sobą głośny krzyk orka.- Stać w imię Nurhan!- To wartownik stojący na palisadzie który ich zauważył. Błyskawicznie wyciągną łuk i wycelował. Randwat nie wiedział czy orkowie posługują się łukami równie dobrze jak toporem, nie miał jednak ochoty się o tym przekonać. - Szybko!- Ryknął z trwogą w głosie Viman.- Biegnij w głąb lasu!- {opchną Randwata do przodu. Ten stał przez chwilę jak wryty ,poczym sam ruszył pędem przed siebie. Biegł bardzo szybko, nie zwracał teraz uwagi na nic. Strach gnał go do przodu niemal na oślep. Był odważny, ale w sytuacji gdy był świadomy że jego życie jest zagrożone był się jak każdy inny. Viman okazał się równie dobrym biegaczem i nie zostawał w tyle. Żadna strzała nie została puszczona za nimi w pogoń, gdyby jednak Randwat zatrzyma się teraz usłyszałby może jeszcze głos orka.- Alarm! Alarm! Mihil Tulom pod palisadą! Robią podkop! Alarm!

Oddalali się coraz bardziej od gospody. Randwat nie zatrzymał by się nawet gdyby wyrosła przed nim ściana ognia. Panika gnała go do przodu przez jeszcze kilka minut. Gdy w końcu zwolnili nieco, byli już bardzo głęboko w lesie. Randwat przystaną w końcu nie mogąc złapać tchu. Również Viman dyszał ciężko. Krajobraz zmienił się teraz mocno. Było wiele chłodniej i Randwat poczuł to. Puszcza w głębi była dzika, o wiele dziksza niż mogło to by się zdawać na jej obrzeżach. Drzewa były tu ogromne. Rozłożyste gałęzie nie pozwalały przebić się światłu. Pnie porośnięte były mchami, gdzie niegdzie zwisały liany. Niższej roślinności przez brak światło było niewiele. Dominowały barwy od ciemnej zieleni do szarości. Choć zdawało się że dookoła poza nimi i drzewami nie ma nikogo, tajemnicze szelesty i pohukiwania świadczyły o tym że mieszkańcy puszczy są zaniepokojeni. Słychać było również bulgot wydawany przez podziemne gazy uwalniające się z rozsianych tu i tam kałuży gorącego błota. Miejscami były dość duże, trzeba było uważać by nie wpaść w jedną z większych. - Po co nam to było?- Spytał Randwat podpierając się ręką o jakiś spróchniały pień i dysząc ciężko. Wciąż nie mógł złapać tchu.- Po co zaczęliśmy uciekać?- I w tym momencie stało się to co było tak oczywiste, choć całkowicie nie docierało dotąd do Randwata. W jednej chwili zrozumiał jak głupio dal się nabrać i jaka naiwnością się popisał. Viman błyskawiczne wyciągną gdzieś ze swej szaty sztylet i przystawił go Randwatowi do gardła. - Ani kroku iwnah! Rusz się a posmakujesz ostrza Mihil Tulom.- Wyszeptał Viman swym jadowitym głosem. Teraz przebijały się przezeń dodatkowo przewrotność i złośliwość.- Nie radzę ci próbować czarów, młody magu. Nie wiem jak szybko jesteś w stanie użyć swej mocy przeciw mnie, nie sadzę jednak byś był szybszy od mego ostrza.- Randwat w pierwszej chwili doznał szoku. Zamarł na chwilę. Momentalnie zrozumiał swą głupotę. Pierwsze co mu przyszło do głowy to rzeczywiście użycie czaru. Niestety Viman miał rację. Gdyby przeciwnik znajdywał się w pewnej odległości, mógłby sobie z nim poradzić. Jakikolwiek czar wymagał gestów i słów. Mając nuż przy gardle wątpliwe by zdążył rzucić jakiekolwiek zaklęcie. - Ręce na głowę.- Syknął Viman. Randwat wykonał polecenie nie próbując stawiać jakiegokolwiek oporu.- Ty naiwny głupcze! Mihil Tulom obserwowało cię już od kilku dni. Od początku widać było że jesteś niedoświadczony i nieostrożny, ale dając się tak łatwo wywabić z tej przeklętej gospody wykazałeś się szczytem bezmyślności.- Zakończył złośliwym chichotem. Teraz dopiero zdjął kaptur. Randwat zobaczył twarz aicha. Cała poorana była bliznami, co świadczyło o długiej i barwnej służbie w szeregach Mihil Tulom. Usta wykrzywione miał w drwiącym uśmiechu. Czarne proste włosy zaczesane miał w kucyk. Przez długą grzywę błyszczały żółte oczy. Zdawało mu się to dziwne by oczy mogły same błyszczeć, nie znał jednak aichów i nie wiedział czy to normalne. Poza tym ni był to dobry moment na takie rozważania. Viman był naprawdę dobry w tym co robił. Błyskawicznie związał adepta. Zrobił to z niesamowitą zręcznością. Randwat spróbował poruszyć rękoma. Widać żołnierz Bractwa wiedział z kim ma do czynienia. Ręce miał związane razem, jednak w taki sposób by nie mógł w żaden sposób wykonywać skoordynowanych ruchów. Uniemożliwiało to nawet najprostsze zaklęcia. Aich prowadził go teraz przed sobą. Adept czół nóż przystawiony do pleców. Wyglądało na to że wszystko było dokładnie zaplanowane od samego początku, szli teraz bowiem w tym samy kierunku, w który skierował go Viman uciekając z pod gospody. Randwat mało pamiętał z tego co działo się kiedy był prowadzony przez las. Nie zdawał sobie również sprawy ile to trwało. Wkrótce krajobraz zaczął się nieco zmieniać. Drzewa przerzedziły się na rzecz kałuż bulgocącego błota. W powietrzu snuła się mgła. Unosił się delikatny odór zgnilizny i rozkładu. Drzewa rosły coraz rzadziej, często były obumarłe. Na ziemi leżało wiele spróchniałych konarów. Ściółka przybrała kolor ciemnobrązowy. Jedynie gdzieniegdzie wystawały kępki pożółkłej trawy lub mniej wybredne gatunki mchów na jakimś kamieniu wybijały się z monotonii opadłych liści. Nagle nie wiadomo skąd wyrosła przed nimi… droga. O dziwo bardzo dobrze zadbana, ciągnęła się w kierunku w którym zmierzali. Nie wymaga wielkiego intelektu domyślenie się, że idą do obozu Mihil Tulom. Pojawiła się pewna nadzieja, że wróg nie doceni jego możliwości i zostanie zamknięty bez stałego nadzoru na tyle długo, by mógł spróbować ucieczki. Popatrzył w górę. Było jeszcze dość jasno. Choć stracił rachubę czasu, wiedział że nie mogli iść zbyt długo. Sytuacja była dramatyczna, robił jednak wszystko by się nie załamać. Wiedział że będzie trzeba zaryzykować odpowiednim momencie użycie magii, a być może uda mu się uciec. Nie może pozostać bierny... nie brak mu odwagi by zdobyć się na ryzyko. Był odważny, nawet bardzo. Często powtarzano mu nawet że odwaga graniczy u niego z szaleństwem. Przypomniał sobie, jak dzięki księdze magicznej zostawionej niegdyś przypadkowo w sali wykładowej przez jednego z nauczycieli przywołał istotę z innej płaszyczyzny. W normalnych warunkach byłoby to nie możliwe dla kogoś o jego umiejętnościach i mocy. Jednak w sali treningowej zabezpieczonej przez różnego rodzaju bariery oraz wyplenionej aurami potęgującymi moc maga, wystarczyło jedynie wyrecytować zaklęcie. Na szczęście nie trafił na nic niebezpiecznego. Dziwaczny stwór był niegroźny i skończyło się na wystraszeniu kilku młodych adeptów, a jedyną konsekwencją była nagana od przełożonego. Gdyby jednak źle trafił, kto wie co mógłby przywołać? Nie był jednak głupcem, zrozumiał swą lekkomyślność i nie zbliżał się więcej do księgi pod nieobecność mistrza. Przypominając sobie tą sytuację zaśmiał się nawet w duszy. Dodało mu to otuchy i pozwoliło spojrzeć na swoją sytuację z nieco większym optymizmem (o ile to było w ogóle możliwe). Nagle jego magiczny zmysł zaczął wariować. Poczuł ogromne skoki energii, największe z jakimi w życiu się spotkał! Nawet przy niewyrobionym zmyśle wyczuwania magii, czuł potencjał tej tajemniczej mocy na tyle mocno, że zakręciło m się w głowie. Obraz zaczął mu się nagle rozmazywać przed oczyma. Zaczął słyszeć jakieś głosy. Tysiące otaczających go głosów recytujących zaklęcia jakiejś straszliwe zaklęcia w haniebnym języku. Choć szeptały, ich słowa wbijały się Randwatowi w mózg jak pineski. Randwat zatoczył się z bólu. To było nie do zniesienia. Czół się jakby ktoś przystawił mu trąbę do uch i dmuchał w nią z całych sił. Udało mu się jednak zebrać na tyle aby wyciszyć swój zmysł. Chwila koncentracji i wszystko wróciło do normy. I całe szczęście, bo był już bliski omdlenia. - Idź prosto!- Zasyczał Viman popychając go do przodu niecierpliwie. Nie było już problemów z dziwnymi anomaliami mocy. Szli dalej. Po jakimś czasie drzewa znów nagle zaczęły gęstnieć. Co dziwne jednak, niemal wszystkie były uschnięte. Nieliczne żywe, skarlałe i całkowicie niemal pokryte wrzodami były jedynie upiornymi karykaturami prawdziwych drzew. Teren zaczął się nieco podnosić. Zbliżali się do podnóża jednego z łańcuchów górskich przebiegających przez Nurhan. Przez większość swej drogi przez tą krainę, Randwat podróżował wzdłuż tego właśnie łańcucha. W końcu, doszli do małego zagajnika. Właściwie był to obszar gdzie po prostu drzewa stały niezwykle gęsto. Droga prowadziła w głąb zagajnika. Pomiędzy ciasno rosnącymi drzewami znajdowało się tylko jedno miejsce przez które można było wejść w głąb zagajnika. Wszędzie indziej zagajnik skrzętnie bronił swych tajemnic blokując drogę zwalonymi konarami i gałęziami. W środku mieściła się mała polanka. Ziemia była tu całkowicie jałowa. Nic na niej nie rosło. Miała dziwny purpurowy kolor. Nie ona jednak była najdziwniejsza. Nieco w głębi „polanki”, poprzez gęstniejącą mgłę wyłaniał się zarys ogromnej rzeźby. Nie było to na pewno dzieło natury. Miała ona kształt wielkiego pazura. Gdy podeszli trochę bliżej Randwat spostrzegł jego ponure, rdzawo szare barwy. Był pokryty jakimiś dziwnymi znakami. Bardzo możliwe że były to runy, jednak Randwat nie miał ochoty ani nawet możliwości by przyjrzeć się im uważniej. Na polanie było jeszcze kilka podobnych posągów. Stały niczym posępni strażnicy budowli usytuowanej w centrum. Przekrzywiony, jak gdyby na poły pochłonięty przez ziemię budynek, nasuwający namyśl kryptę barwą nie odbiegał od otaczających go rzeźb. Do środka prowadziły elipsoidalne drzwi zdobione w dziwne wzory układające się z wyrzeźbionych w nich linii. Niektóre z nich świeciły własnym złowieszczym światłem. Randwat nie miał wątpliwości: Czarna Kaplica. Te dziwne skoki mocy jakie wyczuł tylko to potwierdzały. Było w nich naprawdę dużo energii. Złej energii. „Dobrze że odciąłem zmysł magiczny tak szybko” pomyślał. „Kto wie co teraz mogło by mi się stać ?”. Byli o wiele bliżej źródła mocy co oznaczało że była ona tu o wiele większa niż w miejscu gdzie Randwat poczuł ją po raz pierwszy. Aich wykonując jakiś dziwny gest spowodował że owalne drzwi otworzyły się. Ze środka ziały nieprzeniknione ciemności. Randwat poczuł nieprzyjemny odór wydobywający się na zewnątrz. Żaden sposób nie przeszkadzał on jednak aichowi. Wziął nawet głębszy oddech jakby napawając się smrodem. Nogi adepta zastygały w proteście wobec perspektywy przekroczenia progu budowli, aich pomógł jednak Randwatowi brutalnym popchnięciem. Schodzili teraz długimi schodami w dół. Wciąż panował mrok. To miejsce było całkowitym przeciwieństwem gospody. Tęsknił teraz za salą biesiadną i drudem… Jak odległy zdawał mu się teraz wczorajszy wieczór. W końcu zeszli na dół. Oczy zaszły mu łzami. Tutaj smród osiągną swe apogeum. Mało brakowało aby wczorajszy drud nie znalazł się na kamiennej posadce wielkiej sali do której właśnie weszli. Była dość wąska, ale za to bardzo długa. Wyglądała dość dziwnie jak na kaplicę, wyposażeniem bardziej przypominała prowincjonalną oberżę, i to o taką o nienajlepszej sławie. W pomieszczeniu rozstawionych było kilkanaście długich, niechlujnie zrobionych stołów. Wzdłuż nich rozstawione były długie ławki, równie wątpliwej jakości. Większość z nich zajęta była przez aichów w „mundurach” Mihil Tulom. Było ich tu co najmniej pięćdziesięciu. Gdy Viman wprowadził do Sali Randwata wszyscy podnieśli głowy z nad kufli i talerzy. Na chwilę zapanowała cisza którą przerwało jedynie kilka przekleństw i złośliwych chichotów. Po chwili znów zaczął się gwar, a żołnierze wrócili do swoich spraw. Po ziemi walały się różnego rodzaju odpadki, resztki jedzenia i inne śmieci. To one w znacznym stopniu musiały przyczynić się do tego strasznego fetoru. Miejsce to było zaniedbane. Miejsce to zdało się teraz Randwatowi jakąś upiorną drwiną z gospody. „Wierna karykatura”, jak później opisywał to Randwat. Dalej, za długimi stołami ciągnęły się przy ścianach rzędy dwupiętrowych pryczy. Randwat nie miał czasu się dłużej rozglądać i chyba nawet tego nie chciał. Bał się odkryć gdzie bracia cienia załatwiają swoje potrzeby. Viman przycisną boleśnie sztylet do pleców adepta, by ten szedł dalej. Aich prowadził go w głąb sali. Randwat zauważył dziwną rzecz- całe pomieszczenie wypełniało żółte światło, nigdzie jednak nie było żadnych lamp ani pochodni. Strop i nachylone pod niewielkim kontem ściany były puste, choć gdyby się im lepiej przyjrzeć można by zobaczyć mocno wyblakłe i zatarte freski. Minęli stoły i prycze. Dalej był jeszcze tylko rodzaj magazynu składający się z dwóch potężnych regałów przy ścianach, kilkunastu skrzynek porozstawianych w różnych miejscach po całej długości oraz worków rozłożonych w równie przypadkowych punktach. Po środku mnie więcej, Randwat zobaczył coś bardzo dziwnego i nie pasującego do całego miejsca. Stało tam… pięknie rzeźbione, ogromne, dębowe biurko. Przy nim zaś krzesło z czerwonym, aksamitnym obiciem. Siedział na nim aich, niewątpliwe członek bractwa. Nie przypominał jednak pozostałych. Miał prawdziwy mundur, nie zaś dziwną, purpurowo czarną szatę. Oczywiście na mundurze widniały emblematy Mihil Tulom: para żółtych, wrogo patrzących oczu na czarnej tarczy z purpurową obwódką. Przy nim na warcie stało dwóch strażników. Mieli na sobie zbroje, chyba jako jedyni w tym miejscu. Niewątpliwe był to ktoś ważny. Zatrzymali się przed biurkiem. Viman wyprężył się na baczność i zameldował: - Muddona hav, generale!- Misja wypełniona! Oto i mag.- Wybełkotał szybko z podnieceniem i popchną Randwata w stronę biurka. Ten potknął się i poleciał na twarz uderzając boleśnie czołem o podłogę. Ni stracił jednak przytomności i zdołał podnieść się na kolana. Viman przyłożył mu sztylet do szyi, by nie próbował stanąć na nogi. Generał, pochłonięty był czytaniem jednej z ksiąg zapisanych w dziwnym alfabecie, które wraz z dużą ilością pojedynczych kartek i rysunków zaścielały całe biurko. Po chwili podniósł głowę. Miał poważną minęła jego twarzy malowała się oziębłość. Szpiczasty podbródek sprawiał że wyglądał wręcz zarozumiale. Popatrzył na Randwata marszcząc grube, ciemne brwi. Usta miał zaciśnięte w prostą kreskę. - Bardzo dobrze, Vimanie. Zaczniemy dopiero jutro wieczorem. Zrób z nim coś do tego czasu.- Rzucił bez emocji i powrócił do lektury. Randwat poczuł mocne uderzenie w tył głowy. Momentalnie ogarnęła go ciemność.

Mrużąc oczy od zimnego, żółtego światła próbował zorientować się gdzie jest. Nic nie widział, przez monet niczego też nie pamiętał. Leżał na czymś twardym i zimnym, to mogła być kamienna podłoga. Drżał z chłodu. Każdy mięsień ciała bolał go niemiłosiernie, głowę trawiła gorączka. Przez chwilę zrobiło mu się niedobrze. Po chwili udało mu się przyzwyczaić nieco oczy do światła i zorientować w sytuacji. Momentalnie przypomniał sobie co się stało. Leżał pół nagi, obdarty z szat adepta i związany powrozem, który wrzynał mu się boleśnie w skórę. Spróbował poruszyć lewą ręką. Nie czół jej. Przez głowę przetoczyła mu się straszliwa myśl- stracił w niej władzę. Jednak gdy przycisną ją mocniej ciałem do ziemi i poczuł nieznaczny ból. To go nieco uspokoiło. Poruszył głową aby się rozejrzeć. Otaczali go aichowie. Było ich naprawdę wielu. Gdy otworzył oczy zaczęli szeptać i chichotać. Spośród tłumu po chwili na środek wyszło dwóch. Byli to Viman i generał. - Jak tam samopoczucie, magu?- Spytał drwiąco generał.- Dziś twój wielki dzień. Użyjesz swej magii by wspomóc Mihil Tulom.- Randwat miał wielką ochotę dać jakiś znak protestu, nie był jednak w stanie mówić. Drgną więc tylko rozpaczliwie. –Obawiam się że nie masz wielkiego wyboru.- Kontynuował generał.- Odmowa oznacza naprawdę długie i bolesne konanie, nawet jeśli nie zgodzisz się pomóc nam teraz, zaręczam ci że już po niewielkiej dawce tego co przygotowaliśmy dla niepokornych, będziesz posłuszny jak pies. A wież mi, niewielu potrafi tak zadawać ból jak Bractwo Cienia.- Tuż za plecami generała rozległo się kilka chichotów. Najgłośniej śmiał się Viman, który cały czas wpatrywał się w Randwata z jadowitym, złośliwym uśmiechem.- Generał bąkną jeszcze coś w niezrozumiałym dla adepta języku. Kilku aichów podniosło Randwata i zabrało go na chwilę na bok. Napoili go stęchłą wodą i włożyli do ust kawałek czerstwego, starego chleba. Powoli przeżuł i połkną z obrzydzeniem. Aichowie postawili go i przytrzymali. Rozluźnili też nieco uścisk powrozu. Po kilku minutach był już na tyle przytomny i sprawny by utrzymać się na nogach samemu. Znów został zaprowadzony do generała. Ten kazał posadzić więźnia przed sobą, by nie zemdlał z osłabienia. - Oto co masz zrobić.- Zaczną tłumaczyć Randwatowi.- Widzisz tą ścianę?- Wskazał przed siebie w kierunku ściany naprzeciw wejścia do komory.- To nie jest pierwotna ściana Kaplicy. Została tu wzniesiona wiele lat po wybudowaniu samej kaplicy przez tych głupich elfów. Jest zrobiona z adamentu. Wiesz chyba jak twardy jest to stal? Długo badałem wszystkie możliwości ale chyba tylko magia jest w stanie zniszczyć tę ścianę. Nie muszę chyba mówić, co masz zrobić?- Randwat popatrzył na ścianę. Rzeczywiście, gdy się jej dobrze przyjrzeć różniła się nieco od całości. Zdawała się być nieco jaśniejsza i nie świeciła tym zimnym światłem. Poza tym gdy przyjrzeć się dokładniej bocznym ścianom, freski na nich urywały się w połowie. Reszta znikała za adamentowym blokiem. Za ścianą rzeczywiście coś musiało być. - Dlaczego?- Spytał Randwat słabym głosem. - Czy to ważne?- Spytał generał uśmiechając się nieprzyjemnie. – I tak ta wiedza na nic ci się nie przyda. Właściwie nie mam nic do stracenia. I tak już stąd nie wyjdziesz żywy, mogę ci więc chyba powiedzieć.- Pluną na ziemię.- Za tą ściana znajduje się pomieszczenie z artefaktami stworzonymi lub przyniesionymi tu przez pierwszych mieszkańców Nurhan. Tych samych, którzy wznieśli tą Kaplicę. Większość z nich nie przedstawia żadnej większej wartości. Jakaś zdobiona broń i pancerze, dobre żeby powiesić je sobie na ścianie. Znajdują się tam jednak także kule z esencją Magii Kaplic. To dzięki nim właśnie żona tego przeklętego elfiego maga umiera.- Tu wyszczerzył się w uśmiechu tak złośliwym że Randwat wzdrygnął się.- Jego chronią specjalne magiczne bariery, których nawet ta magia nie potrafi skruszyć, lecz tarcze które poroztaczał nad swymi towarzyszami są i o wiele słabsze. Jeśli zdobędziemy te kule, wkrótce będzie jedynym mieszkańcem tej przeklętej gospody. Zabić go będzie wtedy dziecinnie prosto. Jeśli wywiążesz się ze swego zadania dobrze, być morze nawet pozostawię cię przy życiu. Kto wie? Jak będziesz posłuszny może nawet zostaniesz w Bractwie? Więc bierz się do roboty.- Machną ręką i dwóch aichów podeszło by podnieść Randwata z ziemi. Postawili go, rozwiązali i pomogli mu podejść do ściany. - To już koniec.- Pomyślał Randwat.- Adament... jeden z najtwardszych metali. Ci głupcy nie wiedzą, że moc jaką władam nie wystarczyłaby by przebić się choćby przez warstwę grubości ostrza miesza, co dopiero przez TAKĄ ścianę. Nawet gdybym posiadał wystarczającą moc, znam tylko fragment inwokacji do czarów Szkoły Ziemi, bo chyba właśnie do niej zaliczają się czary związane ze stalą. Sytuacja była naprawdę ciężka. Widać członkowie Mihil Tulom nie mieli żadnego pojęcia o magii. Zdawało się że to już koniec. Generał z pewnością nie przyjąłby wyjaśnień Randwata. Adepta czekałaby śmierć w męczarniach. Jakiekolwiek sztuczki też nie maiły sensu. Pozostawała nadzieja, że nieudolna próba rzucenia czaru zabije go w miarę szybko. Z całą pewnością rozerwanie przez magię było bardziej humanitarne niż oferta generała. Nie było czasu na myślenie. Randwat wiedział że to szaleństwo, postanowił jednak spróbować. Stracił nadzieję na przeżycie. Teraz stawką był rodzaj śmierci. Rozejrzał się jeszcze raz dokładnie. Nie widząc z nikąd ratunku zmówił szybko modlitwę, wziął głęboki oddech i zaczął. Przez chwile zastanawiał się jeszcze czy zacząć od uproszczonego fragmentu pierwszej części inwokacji Magii Ziemi którą znał, czy też może spróbować improwizacji. Doświadczeni magowie potrafili tym sposobem zdziałać więcej niż magią konwencjonalną, niestety z potencjałem jakim dysponował Randwat sytuacja zdawała się być przesądzona. Wybrał jednak improwizacje. Stwierdził że w obydwu przypadkach rzucanie zaklęcia mogło się skończyć jedynie na dwa sposoby: przyzwana moc rozerwie go na kawałki lub nie wydarzy się po prostu nic. Improwizacja dawała większą szansę na to pierwsze. Zaczął snuć swe zaklęcie, oparte jedynie o to co na bieżąco wymyślał. Zdziwił się jak łatwo mu to przyszło. Wykonując intuicyjne gesty i w równie intuicyjny sposób snując długie zdania w języku magii zaczął rzucać swe zaklęcie. I w tym właśnie miejscu wydarzyła się rzecz będąca punktem zwrotnym nie tylko w naszej historii, ale także w całym życiu Randwata a nawet dziejach Ludianoru... Zaklęcie ani się nie zapadło ani go nie rozerwało! Wręcz przeciwnie! Zaczął się w nie zagłębiać. W taki sam sposób jak przy zaklęciach o wiele prostszych które był już w stanie rzucać. Całkowicie naturalnie wpadł w rodzaj transu, swoistego dla prawidłowego używania magii tym niezwykle trudnym sposobem. Jedynie mag mógł zrozumieć jak niebywałe i zaskakujące jest to zjawisko. Zwykle rzadko kiedy ktoś poniżej poziomu mistrza mógł pochwalić się taką płynnością improwizacji. Dla naszego adepta jednak było to w ty6m przypadku coś całkowicie naturalnego, pomimo że był zaledwie adeptem niższego poziomu. Jak geniuszowi w swej dziedzinie, przychodziło mu to bardzo łatwo. Mimo że czół jak błyskawicznie opuszczają go siły nie przerwał zaklęcia. Ogromna moc jaka tkwiła w Kaplicy zaczęła walczyć z tą którą skumulował wokół siebie, mieszając się z nią i próbując ją wchłonąć. Czół jakby ktoś z jednej strony oblał go lodowatą wodą a z drugiej przypiekał. Wciąż jednak nie przerywał, zacisną jedynie mocniej zęby. Nagle cała Kaplica zatrzęsła się w posadach. Pomiędzy dłońmi adepta, wykonującymi coraz bardziej skomplikowane serie gestów zaczęła pojawiać się świetlista kula. Kula czystej, niczym nie zmąconej energii zebranej i ściśniętej na bardzo małym obszarze. Salę wypełnił szum, który powoli zaczął narastać i przeradzać się w osobliwy ryk. Dźwięk ten zdawał się wydobywać z wnętrza adepta. Kula rosła. Znów Kaplica zatrzęsła się. Aichowie zaniepokojeni zaczęli szemrać i rozglądać się nerwowo. Podłoga wciąż lekko drżała. Nagle zaklęcie urwało się na moment. Na ułamek sekundy wszystko ucichło i zastygło w bezruchu. Nikt nie śmiał zaczerpnąć nawet tchu. Randwat wydał jeszcze jeden krótki krzyk i z ogromnym hukiem, uwalniając się spomiędzy dłoni adepta wiązka uderzyła w ścianę zamieniając się w oślepiający snop światła. Przez chwile dało się słyszeć okropny jęk giętego metalu. Wszystko potoczyło się teraz błyskawicznie. W tym samym momencie ktoś wywarzył drzwi do wnętrza Kaplicy. Przez jedyne wejście zaczęli wsypywać się wojownicy. To odsiecz z gospody! Randwat nie miał jednak siły by na radość. Właściwie nawet nie zauważył co się dzieje. Osuną się na kolana z wyczerpania, niemal mdlejąc. Rozpoczęła się walka. Wojownicy wbiegali teraz falami. Orkowie, ludzie i elfowie, prowadzeni przez samego Ansilve! Aichowie na rozkaz generała wydany w dziwnym języku niemal jednocześnie dobyli broni. Sala była tak długa, że nim przeciwnicy dobiegli do siebie minęło jeszcze kilka sekund. Rozpoczęła się bitwa. Randwat słyszał jeszcze oddalające się krzyki, jęki i szczęk stali. Orkowie bezlitośnie cięli swymi długimi mieczami i toporami, a ludzie i elfowie dzielnie ich wspierali. Aichowie mieli jednak przewagę liczebną. Było ich co najmniej pięć razy więcej niż wtedy gdy Randwat został tu przyprowadzony. Aichowie walczyli głównie krótkimi mieczami i wachlarzami. Była to niezwykle groźna broń. Ostrza wachlarzy wchodziły w cienką blachę jak w masło. Również Ansilve walczył wachlarzami, choć wyglądały one nieco inaczej. Randwat nie był już jednak w stanie analizować sytuacji. Próbując bronić się przed zemdleniem zdobył się jeszcze na wysiłek by podnieść głowę. To co zobaczył przed sobą, w dziwny sposób zwróciło mu na chwilę trzeźwość umysłu. Patrzył teraz na to co znajdowało się za adamentowy ścianą, która w skutek jego genialnego, zaimprowizowanego zaklęcia niemal przestała istnieć. Randwat ujrzał podwyższenie, a na nim kilka stojaków ze zbrojami, wiele mieczy, toporów oraz wspomniane kule zawierające w sobie esencję mocy. Leżały wszędzie- na ziemi, w ogromnych worach i kilku skrzyniach. Nie one jednak tak na niego podziałały. Randwat był teraz wpatrzony w jedną ze zbroi. To było drugie wydarzenie tego dnia, które miało mieć diametralny wpływ na całe jego przyszłe życie. Nagle cały zgiełk bitwy, i tak ledwie słyszalny przez osłabienie, odpłynął gdzieś daleko wraz ze wszystkim co go otaczało. Randwat widział tylko tę jedną zbroję, na samym środku podwyższenia. Zdobywając się na potężny wysiłek wstał. Sam nie wiedział jak udało mu się dotrzeć do podwyższenia. Ostatkiem sił wspiął się po schodach. Zbroja całkowicie go zaślepiła. Był to piękny pancerz o metalicznym połysku z ochraniaczami na ramiona. Kryła się w nim pewna trudna do wytłumaczenia niesamowitość. Na piersi wygrawerowany był jakiś napis, który w kunsztowny sposób splatał się ornamentami wykutymi wzdłuż szyi i barków. Z dołu pancerz zakończony był czymś w rodzaju długiej przepaski z jakiejś pięknej tkaniny której nazwy Randwat nie znał. Miała ona również kolor stali. Prócz tego dłuższy pas tej samej tkaniny przytwierdzony był w taki sposób by zakrywać lewe udo noszącego zbroję. Adept doznał dziwnej ulgi, gdy zbliżył się do pancerza. Popatrzył nań przez chwilę i zdjął go ze stojaka. Przycisną mocno do piersi i od razu zemdlał.

Kiedy kolejny raz otworzył oczy, przez kilka minut leżał w bezruchu kompletnie zdezorientowany. Nie wiedział gdzie, ani nawet kim jest. Leżał na czymś miękkim i wygodnym. Przekrwionymi oczyma wpatrywał się w sufit pogrążony w półmroku, jaki panował dookoła. Po dłuższej chwili dopiero usłyszał dziwnie znajomy głos. - On się obudził!- Ktoś krzykną.- Otworzył oczy! Szybko, Ansilve! Wołać Ansilve!- Nim zdołał zwrócić wzrok w stronę z której dochodziły krzyki, nikogo już tam nie było. Słyszał tylko oddalający się głos powtarzający „Obudził się! Obudził!” Teraz dopiero zaczął powoli przypominać sobie wszystko. Jakaś walka, zaklęcie, wyczerpanie i coś jeszcze… coś bardzo ważnego... nie pamiętał co. Głowa zaczęła go mocniej boleć, nie miał siły ani nawet ochoty by próbować sobie przypomnieć co. Spróbował się podnieść. Nie dał rady. Był bardzo osłabiony, ciało odmawiało posłuszeństwa. Dopiero teraz uświadomił sobie że trawi go gorączka. Po chwili znów zasnął. Choć nie spał długo, gdy znów się zbudził czół się lepiej. Leżał przez chwilę nie otwierając oczu. Świadomość wróciła mu na tyle, że przypomniał sobie ostatnie zdarzenia. Wszystko jednak zdawało się wciąż tak zamglone że nie był nawet pewien czy to wszystko nie było jakimś koszmarnym snem. Otwierając oczy modlił się by tak nie było. Z ulgą stwierdził że z całą pewnością nie znajduje się już w Kaplicy. Zobaczył ten sam pogrążony w półcieniu drewniany sufit. Przekręcił nieco głowę. Obok niego, na bujanym fotelu, rzeźbionym w dobrze znanym mu już stylu siedział jego przyjaciel. Bujając się delikatnie, Ansilve przyglądał się adeptowi pykając fajkę. - Biedny, głupi, młody adepcie- Zaczął od razu, wyrywając się z zamyślenia.- Może lepiej byłoby dla ciebie żebyś tam zginą? Dlaczego po prostu nie wybiegłeś z gospody w głąb puszczy krzycząc że szukasz Mihil Tulom.- Rzekł elf na wpół żartem na wpół z politowaniem. Randwat oblał się rumieńcem. Rozumiał swoją głupotę bardzo dobrze. - Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać. - Bo i nie ma usprawiedliwienia na taki akt głupoty. - Chyba nie nadaję się na maga. – Powiedział cicho Randwat robiąc przy tym żałosną minę. Ansilve odpowiedział śmiechem. -Jak już mówiłem: biedny głupi adepcie. Albo odjęło ci pamięć albo naprawdę jesteś tak głupi że nie powinieneś parać się nawet uprawą ziemi. Być może wyleciał ci z głowy ten nieistotny szczegół, że bez niczyjej pomocy przebiłeś ścianę adamentu o grubości kilku metrów. W sumie to taki detal że mógłbyś o tym zapomnieć.- Ironia…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych