Wróć do katalogu

Turniej Mistrzów

komedia, dramat sportowy z przymruzeniem ocząt

ewan, opublikowano , 14 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Turniej Mistrzów”

Tamtego dnia Mistrz przyszedł po mnie do mojego pokoju. Cały dzień szukał Drugiego, lecz nie mógł go odnaleźć i potrzebował pomocy. Nie było już zbyt wiele czasu do roztrwonienia. Wszak niedługo mieliśmy wspólnie towarzyszyć Mistrzowi w kolejnym niezwykłym dniu. Ale o tym później. Drugiego zastaliśmy w ogrodzie. Przy stoliku. Pod parasolem. Niczym umęczony filozof spał w dziwacznej pozycji z głową na książce. Mistrz popatrzył na niego z litościwym uśmieszkiem, po czym zwrócił się do mnie; - Ten to usnąłby nawet na połamanym krześle. – wskazał na śpiącego filozofa, z trudem powstrzymując śmiech. Miał wyjątkowo dobry humor. Zważywszy na to, że przed nim stało nie lada wyzwanie. Ale o tym później. Stłamszonym śmiechem zgodziłem się z jego słowami. W tym czasie przybliżył się do Drugiego. – Drugi! – żadnej reakcji. – Drugi! – krzyknął ponownie. Uniosła się jedna powieka. Gdy oko dojrzało twarz Mistrza, a mózg połączył ją z konkretną osobą na efekt nie trzeba było długo czekać. Drugi zerwał się na równe nogi zahaczając głową o parasol. - Witam Mistrzu – rozcierał miejsce kontaktu głowy z parasolem. - Jak mija dzień? – wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu próbując załagodzić sytuację, ale że uśmiech miał okropny, na nic się to zdało. Mistrz położył obydwie dłonie na swej drewnianej lasce. Przez chwilę postukiwał nią w czubek swego sandała spoglądając w niebo i pogwizdując jazzowo. W końcu się odezwał. - Wiesz Drugi, jakoś tam leci. Jedni muszą pracować. – spojrzał na mnie. - By inni mogli odpoczywać. Roześmiał się, a my wraz z nim. Miał wyjątkowo dobry humor. Wziął każdego z nas pod ramię i spytał: - Gotowi na swój pierwszy Turniej Mistrzów? – zadziwiające, iż mówił o tym ze stoickim spokojem. Obaj przytaknęliśmy.

Turniej Mistrzów odbywa się co pięć lat. Najprawdopodobniej gdzieś na południu Szwajcarii, ale nie wiadomo dokładnie, gdyż każdy z uczestników dowożony jest na miejsce specjalna karetą. Ponadto przez całą drogę oczy przesłonięte ma przepaską. Uczestnicy przez dokładnie dwadzieścia jeden dni, dwadzieścia jeden nocy, dwadzieścia jeden godzin, dwadzieścia jeden minut i piętnaście sekund mieszkają w malowniczo położonym zamku. Zmagania odbywają się w najróżniejszych konkurencjach, tj.: spirytystyczne szachy, telepatyczne pojedynki na hipnozę, czytanie z żołądka kaszalota i wiele innych. Ostatniego dnia ma miejsce nie tyle konkurencja, co właściwie pokaz. Każdy uczestnik przedstawia swój unikatowy, oryginalny wynalazek. Ten dzień i ta impreza mają decydujący wpływ na wyniki Turnieju. Mistrz wygrywał już pięć razy z rzędu i w tym roku miał zamiar pobić rekord sześciu wygranych dawnego Mistrza Von Ubernauera. Teraz Ubernauer zasiadał w Radzie Mistrzów, czyli jury i był serdecznym przyjacielem naszego Mistrza. Największym zaś rywalem miał być, jak co roku, Fun Shui, który jako jedyny miał realne szanse na nawiązanie z nim równorzędnej walki. Emocji nie mogło zabraknąć. W dodatku wraz z Drugim mieliśmy szansę, po raz pierwszy, zobaczyć wszystko na własne oczy. Czuliśmy wielka presję. Mistrz nie mógł się skupić. Wzrokiem ciągle zmieniał punkt odniesienia. Gdy zmęczyła go filiżanka herbaty jego piwne oczy kierowały się na nas, co tylko wzmagało rosnący niepokój i podniecenie. Ledwie zdążyliśmy dopić wieczornego earl greya, a rozległ się dzwonek do drzwi. Cisza. - Mistrzu! To do Pana! – zabrzmiał niebiański głos asystentki. Mistrz zachłysnął się ostatkiem herbaty. - Już idę. Niech poczeka! – odparł lekko podenerwowany. Jakby ta chwila nadeszła znienacka. A przecież oczekiwał jej od wielu miesięcy. Niedbale narzucił płaszcz i wyszedł na korytarz. Wraz z drugim wyjrzeliśmy nieśmiało wychylając głowy z gabinetu. W drzwiach stał ciemnoskóry goniec w eleganckim fraku. Wręczył Mistrzowi zapieczętowaną kopertę z symbolem smoka. Ukłonił się nisko. - Czekam – na jego twarzy nie było żadnych emocji. Jedynie wymuszony uśmiech. Mistrz przylizał grzywkę i zaczął otwierać kopertę. - Tak wiem – ręce trzęsły mu się jak portki nastolatka na randce – piętnaście minut. Wiem. Panowie, bagaże! – krzyknął na nas.

Potykając się o własne nogi i zahaczając o wszystkie dywany w domu pobiegliśmy z Drugim po bagaże. Mistrz w tym czasie udał się do swojego gabinetu. Medytował i nałożył specjalny strój wymagany na Turnieju. Strój barwy złotej (barwa ubiegłorocznego triumfatora) był hybrydą eleganckiego smokingu i sportowego dresu. Mistrz odszykowany i pełen bojowego optymizmu pojawił się na korytarzu. Aparycją zrobił olśniewające wrażenie na wszystkich obecnych. Asystentka pisnęła w wysokiej tonacji, czarnoskóry goniec patrzył na Mistrza, niczym na bożyszcze. Z Drugim w międzyczasie załadowaliśmy bagaże na powóz. Mistrz pożegnał się z asystentką. Wręczył gońcowi przełamaną kopertę. Czarnoskóry chłopak odebrawszy potwierdzenie odebrania wiadomości uchylił drzwiczki karety. Założył wszystkim przepaski na oczy. Mistrz wsiadł pierwszy, a my tuż za nim. Ruszyliśmy. Mistrz wyciągnął fajkę i zaczął rytmicznie pykać. Zapach waniliowego tytoniu wypełnił wnętrze. Drugi wyjął książkę filozoficzną. Uniosłem lekko opaskę, by dojrzeć tytuł: „Dendrologia, a zachowania godowe samicy komara andaluzyjskiego”. Miał wszystkie klasyki filozofii elitarnej w wydaniu dla niewidomych. Jako, że znał Braille’a nie miał problemów z wypełnieniem sobie czasu. Mistrz wyczuł, że moja przepaska nie jest na swym miejscu i natychmiast zganił mnie zostawiając drewniany zapach swojej laski na mojej ręce. Przesłoniłem oczy i zasnąłem. Sądząc po charakterystycznym ujadaniu wilków obudziłem się, gdzieś w okolicach Transylwanii. Mistrz wciąż pykał fajkę, Drugi zasnął z ręką na dwunastym rozdziale. Powóz gnał na złamanie karku po niezbyt równej, kamienistej drodze.

- Już niedługo – rzekł Mistrz. Jego zęby coraz mocniej wbijały się w ustnik fajki. Dym wypełniał powietrze z narastającą częstotliwością. Nerwowo przebierałem nogami. Mistrz poklepał mnie po ramieniu.

- Nie przejmuj się. Będzie dobrze – pocieszał mnie nadaremno. Położył dłoń na mojej twarzy i po raz kolejny pogrążyłem się we śnie.

Na miejscu obudził mnie Drugi. Odsłoniłem oczy. Na szczęście przybyliśmy późnym wieczorem, co zmniejszyło cierpienie źrenic. Wyładowaliśmy bagaże, a przed naszymi oczyma zarysował się zamek, bajeczny w swym kształcie i wyglądzie. Wyjęty z innej epoki, zdobił wzgórze gęsto zalesionego szczytu. Najbardziej jednak zastanawiało nas, jak dostaliśmy się na górę karetą, skoro w zasięgu wzroku nie było śladu żadnej drogi, która by tu prowadziła. Wrota zamku rozwarły trzaskiem kilkusetletnich zawiasów. Mistrz witał się ze znajomymi, a my staliśmy u jego boku i kłanialiśmy się nisko każdemu. Mimo ogólnej sympatii i miłych słów atmosfera była gęsta. Jak dowiedzieliśmy się od Oktawiana Pióropusza kilku uczestników nie wytrzymało presji i doszło do wzajemnego obrzucania

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych