Tydzień na uboczu
łagodny horror
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wojtek zazgrzytał zębami, a po ciele przeszedł nieprzyjemny chłód. Piwniczny chłód. To jakiś cholerny sen - pomyślał - zaraz obudzę się i wszystko przejdzie. Niestety, nie przechodziło. Trwał w tym okropnym miejscu już od jakiegoś czasu, nie wiedział od kiedy. Nie nosił zegarka, a światło słoneczne nie miało tu dostępu. Przyzwyczajone już do mroku oczy błądziły po celi. Tak, cela to dobre słowo. Drobne pomieszczenie, kilka metrów kwadratowych, kamienne ściany, niski sufit i żelazne drzwi. Nie da się ich otworzyć. Już próbował. Jedyne co osiągnął to siniaki na rękach i ból w kościach. Chciałby położyć się na miękkim łóżku w domowym zaciszu, oprzeć głowę o poduszkę i spokojnie zasnąć. Lecz w celi nie było łóżka ani poduszki. Nie było żadnych mebli, żadnych przedmiotów. Nie było też okna. A jednak - przyszło mu do głowy - musi być coś, cokolwiek, co pomoże mi uciec. Musi być jakiś sposób... Podszedł do drzwi i przyjrzał im się uważnie, dotykał ich, szukając nierówności. Stalowe, zimne, gładkie... pancerne. Tylko jeden zamek. Spojrzał przez dziurkę od klucza. Nic nie widać. Z drugiej strony musi być zasłona - pomyślał - i klamka. Żadnych krat, po prostu wielka, metalowa bryła z zamkiem... Szpara pomiędzy drzwiami a podłogą była minimalna. Za mała, by cokolwiek dojrzeć, wystarczająca jednak, by przepuszczać chłodne powietrze. Wokół drzwi tylko stalowa framuga i, zdawałoby się, zacieśniające się kamienne bloki. Usiadł ponownie w rogu i zaczął się zastanawiać. Kto mnie tu trzyma? Po co? - pytał sam siebie - i jak stąd kurwa wyjść? Któryś raz z rzędu sięgnął do kieszeni tylko po to ,by po chwili stwierdzić, że ktoś wcześniej naprawdę je opróżnił. Był senny, zmęczony, ale twarda podłoga nie pozwalała mu zasnąć. I to zimno, przenikliwe zimno bijące ze wszystkich stron, i zgniłe powietrze, którym ledwo mógł oddychać. Miał ochotę krzyczeć, walić w drzwi, kopać w ściany, lecz dobrze wiedział, że nikt nie zareaguje. Już tego próbował. Zostało mu tylko czekać, cierpliwie czekać. Odliczał w myślach czas, może żeby się uspokoić, może żeby umysł nie skostniał tak jak ręce i nogi, a może żeby uciec przed okropną sytuacją. Miał nadzieję, że doliczy do kilku minut, zaśnie i obudzi się cały i zdrowy w bezpiecznym miejscu. Liczył więc. Sekundy, minuty... Czas mijał powoli, tak powoli jakby robił mu na złość, jakby torturował go dla przyjemności. Doszedł już do jedenastu minut i dwudziestu trzech sekund, gdy usłyszał odgłos klucza w zamku. Jak to możliwe, że nie było słychać kroków? Kto to jest? Co się teraz stanie? Owładnięty nagłym impulsem, albo nauczony filmami sensacyjnymi, ruszył w stronę drzwi i schował się za nimi tak, by otwierający nie zobaczył go w pierwszej chwili i dał się zaatakować z zaskoczenia. Dasz radę - mówił do siebie Wojtek - Musisz. Musi się udać. Stalowa bryła uchyliła się, a z niej wyrosła wysoka na prawie dwa metry zakapturzona postać w ciemnych szatach. Wojtek rzucił się na nieznajomego z impetem, zacisnął ramię wokół szyi i trzymał mocno, myśląc, że ten za chwilę straci przytomność i pozostawi mu drogę ucieczki. Przez luźne szaty czuł chude, wręcz kościste ciało przeciwnika, a od niego bijący chłód, taki, który cierpiał wcześniej dotykając kamiennych ścian celi. Zakapturzona postać była zaskoczona nagłym atakiem, ale szybka i silna. Błyskawicznym ruchem obróciła się i uderzyła Wojtka w brzuch. Ból przeszedł od wnętrza do końców rąk i nóg, zabierając im wszelkie siły i paraliżując je. Uścisk na szyi zelżał w ułamku sekundy. Wojtek upadł na twardą podłogę i, nie mogąc się poruszyć, spojrzał na przeciwnika. Czuł na sobie jego wzrok mimo, że twarz nieznajomego skryta była pod kapturem. - Po co mnie tu trzymacie? - jęczał - Gdzie ja jestem? - Gdzie? - odezwał się zakapturzony chudzielec. Jego męski głos był niespodziewanie łagodny i melodyjny, zupełnie nie pasujący do sytuacji - w miejscu, w którym... Wojtek leżał na podłodze celi walcząc z druzgocącym bólem, który rozsadzał jego ciało. Po brzuchu przebiegały tysiące ukłuć, jakby spadał na niego deszcz igieł, nieruchome członki były ciężkie jak z ołowiu, głowę nękały nieznośne hałasy. Ostatnim obrazem, jaki zobaczył przed utratą przytomności były zniszczone, wysokie, skórzane buty nieznajomego.
Zapowiadały się cudowne wakacje. Maturę zdał słabo, ale zdał. O studia nie martwił się wcale, gdzieś na pewno będą go chcieli. A nawet jeśli nie, jakoś wymiga się od wojska. Postanowił wyjechać z Anką na Mazury. Cudowna, romantyczna wycieczka we dwoje. Jej rodzicom nie podobała się ta propozycja, nie lubili Wojtka, uważali go za złe towarzystwo dla porządnej córki, ale dobrze wiedzieli, że dziewczyna i tak postawi na swoim. Zdawali sobie sprawę, że odwiedziny ciotki w Częstochowie nie są wystarczającą rozrywką dla Ani wkraczającej w dorosłość. Ale dlaczego akurat on? Przecież słabo się uczył a jego ojciec podobno odsiadywał wyrok. Ania i Wojtek byli razem już prawie rok. Chodzili do tej samej szkoły. Dzięki sobie poznali smak cielesnych rozkoszy, smak miłosnych uniesień, smak dostępny tylko dorosłym. Po części zresztą byli już dorośli. Mieli po osiemnaście lat, ukończone liceum, zdany egzamin dojrzałości, a oprócz tego wizję wspólnego wyjazdu. Wojtek szczególnie cieszył się z tej perspektywy, nastawiony na opowiadanie najpikantniejszych szczegółów kolegom przy piwie. W dniu wyjazdu, kiedy odbierał Anię z domu, kiedy nieszczerze obiecywał jej rodzicom, że nie będą robić głupstw i zadzwonią jak tylko dojadą, a rodzice nieszczerze obiecywali, że będą tęsknić, kiedy siedział w pociągu z ukochaną, Wojtek był opętany tylko jedną myślą. Przeżyć przygodę o jakich piszą w książkach. Ze szczególnym uwzględnieniem wątku miłosnego. Nie zrażona wizją przesiadki w Olsztynie para, po ponad pięciu godzinach jazdy, wysiadła z ciężkimi bagażami na dworcu kolejowym w Braniewie o szesnastej trzynaście. Miał być o piętnastej pięćdziesiąt dziewięć - pomyślał Wojtek - nasze Polskie Koleje Państwowe... Dlaczego akurat Braniewo? To niewielkie, urocze miasteczko z długą historią sięgającą trzynastego wieku, położone nad Pasłęką, wydawało się odpowiednim miejscem. Czyste powietrze, cisza, piękne widoki, kilka ciekawych miejsc do zobaczenia, jezioro w odległości kilkunastu kilometrów, gdzie będą mogli robić piesze wycieczki, to wszystko zapowiadało zapowiadało wspaniałe wakacje i odpoczynek od zgiełku stolicy. Dworzec kolejowy w Braniewie był jednym z niewielu polskich konstrukcji tego typu powstałych w dziewiętnastym wieku, które przetrwały niszczący upływ czasu i ciężkie lata obu wojen. Ta potężna, lecz piękna ceglana budowla przywołała Wojtkowi wspomnienia z wycieczki do Wrocławia w drugiej klasie liceum. Tam też był piękny dworzec - pomyślał. Chociaż obiecali rodzicom Ani, że przenocują w którymś z tanich hoteli lub schronisk młodzieżowych, wcale nie mieli takiego zamiaru. Chcieli nielegalnie rozbić namiot pod miastem, w lesie lub nad rzeką i tam spędzać wszystkie wieczory. Ruszyli więc ulicą Olsztyńską najpierw mijając po lewej stronie cmentarz komunalny, a następnie opuszczając granice miasta, w poszukiwaniu miejsca, w którym nikt ich nie namierzy i nie zakłóci intymnych chwil. Około godziny siedemnastej trzydzieści znaleźli to, czego szukali. Kilkaset metrów od szosy, nieopodal brzegu rzeki, znajdowała się mała polanka otoczona drzewami od wschodu i południa. W tym miejscu szum lasu całkowicie zagłuszał wszelkie dźwięki nie będące dziełem przyrody. - Przepięknie prawda? - odezwała się Ania. - Może być. To jak? Rozbijamy namiot? - Rozbijamy? Ty rozbijasz - zaśmiała się. Wojtek wpatrywał się w jej duże, niebieskie oczy. Zawsze, gdy je widział, czuł, że nie może odmówić. - No dobra, niech ci będzie - odpowiedział - ale za to wybierzemy się dzisiaj w miejsce, które ja wybiorę. - Okej, misiu. I tak wiem co to oznacza. Chcesz mnie zaciągnąć w nocy na cmentarz, co? - Ania dobrze znała tendencje swojego chłopaka do oglądania horrorów. Kiedyś, gdy rodzice wyjechali na weekend, zaprosił ją do siebie. Była pewna, że to będzie romantyczny wieczór. Tymczasem on zmusił ją do obejrzenia wszystkich części „Teksaskiej masakry piłą łańcuchową”. - W nocy? Jest... - zawahał się i wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy - jest... za dwadzieścia cztery szósta. - Tak, już widzę jak rozbijasz namiot. Zajmie ci to kilka godzin. - Założymy się? - O co? - Hmm... Jeśli uda mi się w ciągu pół godziny, to po powrocie obejrzysz ze mną „Noc żywych trupów”. - Dziesięć minut. - Dobra. Wojtek wziął się do pracy. Wyjął z plecaka dwuosobowy namiot typu iglo, który wcześniej kupił w promocji, i cztery słupki. Słupki... Czym je wbić? Nigdy nie był w harcerstwie, nie jeździł na obozy pod namiot, zwyczajnie nie miał o tym pojęcia. No więc czym? Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu ciężkiego i płaskiego kamienia. Jeden leżał przy brzegu rzeki. Okej - pomyślał Wojtek - teraz, hmm... może jakaś instrukcja obsługi? Niestety, producent nie przewidział, że ktoś może nie wiedzieć jak rozbija się namiot. Sam Wojtek nie głowił się nad tym do tej pory, myśląc, że to żadna filozofia. A jednak... Wyjął resztę - kilka kijów i kawał poliestrowej płachty. Do czego to wszystko służy? - pytał w myślach. Ania przyglądała mu się z zainteresowaniem i rozbawieniem. Bezradny, niezręczny, zależny od kobiety szowinista, powiedziałaby ciotka z Częstochowy. Wojtek odwrócił się napotykając jej wzrok. - No co? - odezwał się - myślisz, że to takie proste? - Pewnie, że tak. - To może ty spróbujesz? - Jak uda mi się w dziesięć minut, przeczytasz któregoś Harry’ego Pottera. - Niech będzie - zgodził się i po chwili zobaczył jak Ania z wprawą składa tyczki, wpycha je w rurki, zaczepia o podłogę namiotu... Nigdy nie wiedziałem, że potrafi takie rzeczy - pomyślał - chyba jednak będę musiał przeczytać te idiotyzmy.
Klucznik od dawna podejrzewał najgorsze. Jego mistrz spowodował cierpienie wielu istnień, które mogłyby być dorodnymi okazami... Stare księgi mówiły prawdę. Już tyle razy słudzy próbowali namówić go do zmiany strategii. Ale on nie chciał nawet o tym słuchać. Gdy tylko padło hasło „Stare księgi”, natychmiast wpadał w złość. Zbyt często wpadał w złość. Nie panował nad sytuacją. Dlatego klucznik zdecydował się coś z tym zrobić. Znał konsekwencje, ale wiedział też, że to jedyny sposób, aby przerwać pasmo nieszczęść, żeby stworzyć dzieło, które psuł mistrz. To przez niego muszą tkwić w tym obrzydliwym miejscu bez szansy na odmianę. Niedługo miał wprowadzić w życie swój plan.
Ania odwróciła się z przerażeniem w oczach. - To jak? Pogadamy? - zapytała zakapturzona postać siedząca przy stole. Jedynym tłem były kamienne ściany. Jedynymi meblami były dwa krzesła i stół. - Kim jesteś? - spytała. Czuła, że cała drży. Z zimna, lub ze strachu. Jej głos też drżał. - Ciągle te same pytania. Co to za miejsce? Co masz zamiar ze mną zrobić? Kim jesteś? Mam już powoli tego dosyć. Usiądź. Mam nadzieję, że nie będziesz tak nierozsądna jak twój towarzysz. - Wojtek!? Co z nim zrobiłeś? - Znowu pytania... Usiądź - powtórzył. W jego głosie nie było ani nuty uczucia. Żadnej złości, żadnego gniewu, żadnego zdenerwowania czy zniecierpliwienia, nic. Zupełnie, jakby kupował paczkę papierosów w kiosku. Usiadła więc przed zakapturzonym nieznajomym i rozejrzała się wokół. Musiała być w jakimś podziemiu. Wszystkie zmysły jej to podpowiadały. Wilgoć, zapach stęchłego powietrza, ciemność, w której nie mogła dostrzec żadnych szczegółów nieznajomego i chłód powodujący gęsią skórkę. Cóż więc innego? - Tak już lepiej. To teraz powiedz jak masz na imię, złotko. - Ania - odparła nie dowierzając, że cała ta sytuacja jest realna. Nie czuła jednak strachu, tak jak na początku. Zakapturzona postać nie była straszna. Była... tajemnicza, dziwna. - Ładne imię - powiedział - bardzo ładne. Prawdę mówiąc, wszystkie damskie imiona są ładne... - dziewczyna popatrzyła na niego pytająco, a on zrobił krótką pauzę, w czasie której śmiertelna cisza dała o sobie znać. - no dobra, pewnie zastanawiasz się, gdzie jesteś. Zgadza się? Nie, nie... Najpierw spytałaś o moją osobę. Czy jestem aż tak interesujący? - No cóż - zaczęła, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Co za pomylony typ, pomyślała. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że drżenie w jej głosie zniknęło. - W starym, zimnym, śmierdzącym lochu każdy człowiek wydaje się interesujący. - Słuszne spostrzeżenie. Niestety mam jeszcze innych więźniów, więc zdążę odpowiedzieć na tylko jedno pytane. To jakiś absurd - pomyślała - co tu się do cholery dzieje? Co to za typ? Jakie pytanie, jakie pytanie... O co go spytać... Zastanawiała się przez chwilę, a potem przerwała nieznośną ciszę. - Co się dzieje z Wojtkiem?
- Która z nich jest najkrótsza? - Nie wiem, zastanowisz się po powrocie. - Wojtek spojrzał na rozłożony namiot. Wyglądał jak na opakowaniu, czyli jak niebieski, nadmuchany ostrosłup. - A teraz pójdziemy obejrzeć Kościół Świętego Antoniego. - Przecież to ja miałem wybrać miejsce. - Ale nie rozbiłeś namiotu. Musiał przyznać jej rację. Od chwili wyjazdu przegrywał z nią na każdym kroku. Jeszcze w pociągu spierali się o to, czy przybędą na czas. Wojtek ufał w punktualność Polskich Kolei Państwowych, co okazało się naiwne. Potem ten nieszczęsny namiot i przegrany zakład o Harry’ego Pottera. Dno, pomyślał, kompletne dno. - No dobra. Tylko wiesz, że mamy jeszcze sporo czasu? - spytał i posłał jej jednoznaczne spojrzenie. - Wiem, i dobrze go wykorzystamy.
- No, nareszcie. Już myślałem, że się nie obudzisz. Wojtek słyszał głos, chociaż nie był pewien, czy to nie złudzenie. Tej nocy miał dziwny sen. Seria przypadkowych obrazów, przytłumione głosy, krzyki, szepty, wołania. Nic strasznego, ale też nic przyjemnego. - Co jest? Która godzina? - spytał, wyobrażając sobie, że leży w swoim łóżku, a matka budzi go i przypomina, że spóźni się na maturę. - Nieważne - odparł nieznajomy. Wojtek otworzył oczy. Co za cholerna ciemność, pomyślał. Nie był przyzwyczajony do mroku po przebudzeniu, a tym bardziej do twardej podłogi i uczucia chłodu na całym ciele. - Co ci przyszło do głowy, młodzieńcze? Jestem tutaj, żeby ci pomóc. - Co? - zdziwił się i odwrócił głowę. Zakapturzona postać stała oparta o ścianę naprzeciw niego. Czuł, że jego ręce i nogi są zdrętwiałe. - Więc to nie był sen..? - To, że mnie zaatakowałeś z zaskoczenia i próbowałeś udusić? Nie, to nie był sen. - To, że zamknąłeś mnie w tym miejscu to też nie był sen. - Kto ci powiedział, że cię zamknąłem? - A kto inny? - zapytał Wojtek czując jak przybiera w nim gniew. Jednocześnie zdał sobie sprawę ze swojej zuchwałości. Osoba, która przed nim stała mogła pozbawić go życia w każdej chwili biorąc pod uwagę, jak łatwo go unieszkodliwiła jednym uderzeniem w brzuch. Uspokoił się więc i rozruszał zdrętwiałe ręce. - Tego nie mogę ci powiedzieć. - A możesz mi powiedzieć, dlaczego mnie tu przetrzymujesz? - Dlaczego sądzisz, że to ja cię tutaj przetrzymuję? Gdyby to ode mnie zależało, nie siedziałbyś w tej okropnej celi, wierz mi. Mam dla ciebie trochę jedzenia - wyciągnął spod szaty jakąś paczkę i rzucił ją do chłopaka - powinno wystarczyć do jutra. - Dlaczego chcesz mi pomóc? - Nie daje ci to spokoju? - Po prostu ciekawi mnie, dlaczego to robisz. - Każdy więzień zasługuje zasługuje na ludzkie traktowanie. Niestety ktoś, kto kieruje tym miejscem, zapomina o tym. Gdybyś wiedział, co cię jeszcze czeka... Ale to nie teraz. Mam jeszcze inne obowiązki. Trzymaj się. - Czekaj, zanim odejdziesz, chciałbym poznać twarz człowieka, który mi pomaga. - Po co ci to? - Ciekawość. A może kiedyś będziesz w potrzebie i będę mógł się odwdzięczyć? Wojtek spodziewał się odpowiedzi „Tego nie mogę, nie wolno mi”, ale postać podniosła ręce ku głowie i złapała kaptur po bokach. Chwila niepewności, dziwną siłą dłużąca się w nieskończoność, chwila ciekawości, która za moment ma być zaspokojona. W ciągu sekundy przeleciały przez głowę urywki filmów, które kiedyś oglądał, horrorów, którymi się pasjonował. Był niemal pewien, że zobaczy szkaradną twarz pełną blizn, poparzeń, albo czaszkę z kawałkami nadgnitego mięsa i jaskrawymi ślepiami wpatrującymi się prosto w niego. Kaptur zsuwał się, odsłaniając krótkie, porozrzucane w różnych kierunkach włosy jasnego koloru. Blond? A może siwe? W tych ciemnościach i tak nie mógłby ich rozróżnić. Na pewno nie był brunetem. Nos... Chyba długi, chyba wąski... Chyba... Dlaczego tak tu ciemno? Twarz nieznajomego ukazała się w mroku celi. Na pewno nie był człowiekiem wrzuconym kiedyś do kwasu, ani rozkładającym się żywym trupem. Wojtek wstał i podszedł bliżej. Zwyczajny facet, jakiego można spotkać na ulicy, czterdziesto, może pięćdziesięcioletni. Trójkątna twarz, trochę blada, łagodne rysy, błyszczące oczy osadzone głęboko. Normalny człowiek, pomyślał Wojtek, tylko ta mina. Mina pokerzysty, nie zdradzająca żadnych uczuć. Mężczyzna odwrócił się w kierunku drzwi, po czym bez słowa wyszedł i zamknął je na klucz.
Wojtek spojrzał na ukochaną. Jeszcze kilka godzin temu upajał się jej ciałem, długimi blond włosami, jędrnymi piersiami, przeżywał największą rozkosz, jaka była dana ich młodym osobom. Pieścił gładką jak aksamit skórę, by samemu być pieszczonym, dawał przyjemność, by jej doznawać. Oboje kąpali się w sobie, a świadkami ich miłości były mlecze na łące, pobliskie drzewa, rzeka biegnąca tuż obok ich nagich ciał i słońce zmierzające ku horyzontowi. - Jak ci się podoba Braniewo? - spytała. Siedzieli w jednym z ogródków piwnych przy rzece. Łagodne nocne światła otaczały ich ze wszystkich stron, zarówno od ulicy, jak i z wnętrza lokalu. - Może być. Z tobą wszędzie jest fajnie - jakiś czas temu odkryła drugą stronę jego duszy. Potrafił powiedzieć jej kilka miłych słów,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil maglarz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…