Ubique demon
Czym i kim mogą być w rzeczywistości demony?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Strings of the universe vibrate Sending black messages ahead Mutant waves across the world Chaos is on the air Vader, "Dark Transmission"
To nie nadaje się do jedzenia. Mięsiste, różowe płatki wyglądają tak apetycznie, słodki zapach sprawia, że ślina napływa do ust... Tyle ich tutaj, starczy, by najeść się do syta i zrobić zapas... Nie jedz tego. No to co, że są trujące? Już trzy zaćmienia nie miałem nic w ustach. Te dłuższe zaćmienia. Najem się i umrę syty. Nie umrzesz. Będziesz się zwijał z bólu żołądka, krzyczał i majaczył. Wyrzygasz wszystko przed zmrokiem, odchorujesz i będziesz jeszcze bardziej głodny. Kurna, mówię do samego siebie. Jest źle. Nie mogę tego zjeść. Tyle tu tego... Tak pachnie.... Nie wytrzymam. Zrywam płatki, krzew oczywiście odskakuje jak oparzony. Nie ucieknie mi chyba? Nieważne, chcę coś zjeść, nieważne, jak potem będę żałował. Mmm, takie słodkie... Dlaczego trucizna zawsze jest taka słodka, a od goryczy prawdziwego jedzenia cierpnie gęba? Takie słodkie...
***
Nikt nie wyszedł im na spotkanie, nikt nie odtrąbił larum; podwórzowe psy zaledwie szczeknęły dla porządku. To się zdarzało, Półmrok pod Bramą Świata to dość spokojna okolica, żadne wojska nie przechodziły tędy od śmierci Astrogatora, a justycjariusze Rady skutecznie tępili rozbójników i drapieżców. Ale że wrota by rozwarte na oścież, a na płytomurze wokół osady żadnego wartownika, to już mogło dziwić. - Te kmiotki aż proszą się o to, by jacyś Łowcy zrobili im wjazd na wioskę. - stwierdził Osioł. - Tu jest bezpiecznie. Zresztą, co nas to obchodzi? - wzruszył ramionami Zabójca Demonów - Niech ich wyrzynają, byle nie tej nocy. - - Wolę spać tam, gdzie mogę zaufać gospodarzom.- - Nigdy nie ufam gospodarzom. Zresztą, lepiej tam, niż w głuszy na kamieniach. - wojownik wskazał na tarczę Czerwonej Gwiazdy, prawie w całości niknącą już za Archaniołem Michałem. A może Gabrielem, kto by ich tam rozróżnił. Zabójca Demonów pierwszy przeszedł przez bramę, Osioł za nim, z wyraźnym ociąganiem. - Myślisz, że mają tu gospodę? - spytał towarzysza. - Oczywiście, i aptekę, i płatnerza, i sklep z magią, i nawet burdel z elfkami, specjalnie dla ciebie postawiony, Ośle Dardanelski, byś mógł sobie użyć, gdy jeden jedyny raz w historii tej dziury raczysz tu zanocować.- - Nie kpij, najemnicy muszą czasem tędy przechodzić...- zaczął Osioł, wnet jednak stracił nadzieję. Zaniedbane, przekrzywione chatki z byle jak sklejonej płyty pełzaczowej z pewnością nijak nie mogły pomieścić żadnej oberży, nigdzie nie wisiały chorągiewki wyszynku, w ogóle żadne chorągiewki, poza smętną flagą Bramy Świata na maszcie pośrodku podwórca. Prócz kilku psów nikogo nie było w zasięgu wzroku; poszukiwacz przygód naliczył dwanaście chałup, do tego kilka stodół, studnię i archaiczny, oblepiony krwawym pyłem wiatrak naprzeciw wejścia, zapewne główne źródło pożywienia chłopów na tej kamienistej równinie. -Znowu dżem z pyłu... Gorzkie paskudztwo. - skrzywił się Osioł - Wszystko jest gorzkie. - - Pył najgorszy, do tego się lepi i parzy w język. Ustrzelę psa, będzie na kolację.- najemnik podniósł muszkiet do oka, celując w ogromnego, kudłatego czworonoga drzemiącego przed małym szałasem na lewo od wejścia. Zabójca błyskawicznym ruchem wyrwał mu broń. - Ja zmierzam spać dzisiaj w tej wiosce. Jak zaczniesz od strzelania do psów, każą nam się wynosić w diabły. - - Dobra. Oddaj muszkiet.- zażądał stanowczo Osioł. Nienawidził być bezbronny. - Zrozumiałeś? - Zabójca nadal trzymał broń. - Oddaj. - strzelec spojrzał w oczy towarzyszowi. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, po czym właściciel muszkietu spojrzał w ziemie. - Proszę, Max.- dostał swoją strzelbę z powrotem. - Idź do wodza i spytaj o nocleg. - rozkazał Zabójca. - Szybko. - Wodza należało się spodziewać w chacie z wiatrakiem, najemnik pociągnął za sznurek i wszedł do środka. Jednakże to, co zobaczył, wstrząsnęło nim do głębi. - Co to, kurna, jest?! -
***
Wiedziałem, wiedziałem. Uch... Już dosyć, nie chcę więcej wymiotować! Święty Antoni, dosyć, zrozumiałem lekcję! Zachciało mi się nażreć mięsokwiatu, jasna i pieprzona cholera, zaraza, mór, franca i trąd! Od małego dziecka uczyli, nie jedz nic, co nie oczyszczone, a od tych różowych krzaków wara! Dorósł i zgłupiał, choroba. Ruszaj się, nie wolno zostawać na jednym miejscu, to niebezpieczne. Za co mnie Bozia taką głupotą pokarała?!
***
Tak nie powininna wyglądać chata wodza wioski. Normalna chata wodza wioski była zawsze zamieciona do czysta (bo sprzątały ją wszystkie kobiety z osady), przystrojona idiotycznymi dywanikami ze scenami z Nowego Testamentu (tkanymi przez żonę wodza, więc potwornie brzydkimi) i pozawieszanymi różańcami. Na ścianie winien wisieć ponury żelazny krzyż (jest jeden Bóg) a pod nim miał siedzieć na stolcu brzydki, śmierdzący staruch w kolorowej kamizeli i mycce z pomponem (tylko wodza było stać na ubranie z miasta). Po lewej od wejścia (zawsze!) musiał stać rozgrzany piec kuchenny, po prawej cedzak, waza i ubijak do dżemu. Gdzieś w okolicy powinna kręcić się gruba baba w spódnicy w jakieś głupie wzorki, powinny biegać małe dzieciaki. Na widok wchodzącego obcego wódz odczekałby chwilę, nim wstanie z krzesła (dla okazania, kto tu rządzi), po czym wszedłby w rolę łaskawego, gościnnego gospodarza, wypytałby o drogę (jakby to go obchodziło), zaoferował własne łóżko (trzeba wtedy odmówić) i wspólny obiad (nie można wtedy odmówić, a szkoda), po czym ewentualnie zaoferowałby najemnikom jakąś pracę (idiotyczne zadanie, w stylu przepędzić gryzacze spod bramy, za równie śmieszną płacę, ale również konieczne). Zaś rano gospodyni powinna przyszykować gościom jakieś zapasy na drogę (choć nic ją nie obchodzili), a gospodarz życzyć szczęścia (choć nikt tych życzeń nie potrzebował), tudzież ostrzec przed złymi bestiami i zbójami czyhającymi na gościńcu (mimo, iż zbrojni sami o nich dobrze wiedzieli). Tak powinno się to odbyć, tak musiało wszystko wyglądać. Był też inny scenariusz. Najemnik mógł wejść do wnętrza chaty i owszem, ujrzeć różańce, dywaniki i krzesło, ale ubazgrane krwią, ślady walki, potłuczone naczynia, rozlany, śmierdzący purpurowy dżem zmieszany z posoką... Jeśli na podłodze leżałyby trupy, oznaczałoby to najazd bandytów, jeśli ciał by brakło - rajd Łowców. Osioł widywał już takie sceny i podświadomie był na to przygotowany, ilekroć przestępował drzwi pierwszej chaty w wiosce. Była też najgorsza możliwość. W zasadzie najmniej prawdopodobna, ale najemnik raz już się z nią spotkał; od tego czasu zawsze trzymał strzelbę w ręku, gdy wchodził do jakiegoś domu na uboczu. I palec na spuście. W tym scenariuszu gość wchodził do środka, by spojrzeć prosto w czarne, nieludzko spokojne ślepia Łowcy. I w ułamku sekundy zrozumieć, że jego towarzysze na dziedzińcu są już martwi, a jego za chwilę czeka taki sam los. Nie tym razem.
***
Wioska! Dzięki Bogu, na pewno będzie tam jakiś zielarz, babka guślarka, zresztą , każdy wieśniak zna się na leczeniu zatruć, bo... Uch! Każdy zatruwa się goryczą kilka razy w życiu. Boli! Nie chcę nic jeść ani pić, tylko się położyć i czekać aż przejdzie. W głowie się kręci, w gardle pali, niech to wszystko demony!
***
Chata była pusta. Nie było nikogo i nic. Ani ludzi, ani rzeczy. Został tylko piec i samotny, żelazny krucyfiks wisiał naprzeciw wejścia. - Uciekli, czy co? - zdumiał się Osioł. - Hmm, raczej się wyprowadzili. Dziwne, nie zabrali flagi ani krzyża? - Zajrzał do spiżarni i sypialni, to samo. Nie znalazł zapasów ani hamaków, tylko trochę kurzu na podłodze. - Buntownicy. - wpadł na pomysł najemnik. - Albo heretycy, dlatego zostawili krzyż i flagę! Wyrzekli się dawnych panów i wynieśli się stąd, zabierając wszystkie użyteczne rzeczy. - Zawrócił na pięcie i wypadł na podwórzec. - Max, oni się wynieśli! - pokrótce zdał relację towarzyszowi. - Mówię ci, to jacyś odszczepieńcy! Zabrali wszystko, co miało wartość i zwiali! - Tamten przez chwilę przetrawiał informacje, co chwila wysuwając trochę miecz z pochwy i chowając go z powrotem. - Mówię ci, Max, to rebelianci! Idźmy za nimi, dostaniemy nagrodę za ich wyśledzenie. Pewnie poszli gdzieś w góry! - Milcz, Ośle. Nigdzie nie pójdziemy.- - Ale Max, nagroda!- - Nie ma żadnej nagrody. Zaćmienie temu byliśmy w Bramie i nie było żadnego obwieszczenia. Jeśli ich wyśledzimy, nikt nam nie zapłaci. Wpierw trzeba będzie wrócić do miasta i donieść o buncie staroście jurydycznemu. A zanim to zrobimy, musimy obszukać wioskę. Może znajdziemy ślady, dokąd uciekli.-
***
Co, jest, na wszystkie demony piekieł? Gdzie są ludzie? Pusto, cicho, ani śladu walki. Choć nie, na bramie ślad jakby od rykoszetu... Niech mnie cholera, jeśli to rozumiem. Nie podoba mi się to miejsce, coś mi mówi, bym zbyt długo tu nie zostawał. Dziwnie tu jakoś, i to nawet nie chodzi o pustkę. Coś jakby... głosy? Dźwięki? Bardzo ciche, słabe.. Słyszę je, ale gdy tylko usiłuję zrozumieć, co mówią, zaraz je zapominam. Czy to w ogóle ludzki język? Trzeba sprawdzić, co jest grane. Hmm, wszędzie te kundle, spasione jak pełzacze. Są spokojne, znaczy w okolicy nie ma drapieżników. Gdyby ktokolwiek zaatakował ludzi, byłaby tu krew, ślady walki i przede wszystkim, zwierzęta zginęłyby w obronie ludzi. Może wieśniacy uciekli? Bzdura, bez psów? Bez wiatraka, choć można go rozmontować w dwa wizgi i wsadzić na jeden wóz? Za to z mnóstwem bibelotów? Nonsens. Kundle nie rzuciły się na mnie na wejściu, czyli ktoś je musi karmić. Sprawdzę ten szałas, obok którego leżą puste miski.
***
Osioł zbaraniał tej nocy. Wszystkie chaty wyglądały identycznie, gdzieniegdzie tylko szwendały się psy. Zapadł zmrok, zbrojni stracili już nadzieję na znalezienie człowieka, gdy w spiżarce, w czymś, co bardziej przypominało szałas, niż dom, ujrzeli śpiącego smacznie na sienniku staruszka.. Osioł nachylił się nad tubylcem, tamtemu woniało z ust spadziowym piwem. Zabójca bez słowa wyszedł na podwórze. - Max, gdzie idziesz?! - zawołał za nim Osioł, bez reakcji. - Powariowali wszyscy tutaj?! Kurna, cała wioska wyparowała, a ten drzemkę sobie ucina. Wstawaj, gamoniu! - rozdrażniony całą sytuacją najemnik wlepił śpiącemu kopniaka, ten tylko zamruczał i przekręcił się na drugi bok. - No niech cię demony!- - Demony?! - stary niepodzianie poderwał się ze snu. - Demoniszcze, tysiącletnia wskazówka i krewetki! - - Że co, kurna? - wyraził swe zdumienie Osioł. - Co to "krewetki?" - - Tak powiedział! I krewetki! Tym jest! - wybełkotał miejscowy, błądząc nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu. - Zdurniałeś, dziadu jeden?! - - Ubique daemon! - Tymczasem Zabójca wrócił, trzymając wiadro wody, bez ceregieli wylał je na starucha; następnie spoliczkował go kilkakrotnie, w końcu podał mu własną manierkę. Oszołomiony starzec łyknął, spodziewając się klina, po czym odskoczył jak oparzony. Krasnoludzki wstrząsowytrzeźwiacz składał się z octu, oleju z nierośli, soku z trupojada i jeszcze kilku trzymanych w ścisłej tajemnicy składników, wśród których był ponoć proch strzelniczy . Działał piorunująco. - Boże Wszechmogący, za co? Khy! - poddany wstrząsowemu trzeźwieniu zakrztusił się, kaszlał dobre kilka minut. Dopiero po dłuższej chwili doszedł do siebie na tyle, by można go było przesłuchać. - Co tu się dzieje, kurna twoja mać?! Gdzie są wszyscy?! - zaczął Osioł, wyraźnie już wściekły. - Zbuntowaliście się, czy jak?! - - Ktoś ty...- - Milcz i odpowiadaj na pytania.- najemnik kopnął starca w pierś, aż ten się zachwiał. - Już, jaśnie panie! - staruszek zasłonił się rękoma - Oni... oni sobie poszli.- - Że, kurna, co?!- - W podróż dookoła świata. Tak powiedzieli.- I tak właśnie Osioł zbaraniał.
***
- Że gdzie odeszli? - staruszek zdaje się nie mówić poważnie. A może oszalał? - Adorjan mówił, że wrócą do wioski, tylko z drugiej strony świata. - tamten nakłada sobie drugą porcję gorzkiego dżemu, gestem zachęca mnie do uczynienia tego samego. Nie, jeszcze mi słabo. - Tylko obejdą dwa bieguny, tysiące lig pustkowi, kilka słonych jezior, wąwozów i takich tam. - - Czy ich...- - Tak, trzepnęło.- - Wszyscy poszli?- - Wszyscy, ale nie wszyscy za Adorjanem. Poza tym jeszcze nasz myśliwy, Marton wziął kilku chłopa i polazł polować na harpie w górach. Smarkacze poszły do Bramy Świata, jak jeden mąż zaciągnąć się do marynarki...- - Co tu się stało? Kiedy to się zaczęło?- - Zaczęło się od tego, że Verena, żona Zotmunda, płytarza naszego, jęła słyszeć głosy jakoweś, widziadła we śnie, dziwy a cuda. „One mi mówią, cobym przestała się bać”, prawiła babom.- - Bać czego? - - Bo to ja wiem? Żem na to babskie gadanie uwagi nie zwrócił, ot głupie to i sieczkę ma w głowie. I się okazało, źle żem zrobił, bo dwa zaćmienia potem męża swego ubiła.- - Ubiła?!- - Na śmierć, młotkiem od roboty. Taka suka! - staruszek opluwa sobie brodę. - Ale to nic jeszcze. Ja mówię, trza ją do miasta, do starosty jurydycznego, on jest od tych spraw. Na to moi ludzie - moi, ja ich wodzem byłem! Oni mi na to, że baba w prawie była, bo on ją bijał. Może i bijał, co to kogo obchodzi! Tak już jest świat ułożon, aże chłop może czasem, jak zły doma wraca, kobicie przywalić, a ona cicho ma siedzieć. Że baby jeszcze za nią się stawiły, to srał pies, durne to i bezrozumne. Ale Adorjan, Morton?! - starzec potrząsa głową. - Nie wiedziałem, co w nich wstąpiło. Ale najgorsze dopiero potem przyszło Następnego dnia Elmer wyrzekł się Boga. Normalnie wypieprzył krucyfiks i Biblię do gnojówki, coby go pokopało, bluźniercę. Rzekł mi, że nie będzie więcej marnował życia na absurdy, niech go piekło pochłonie! Dziw, bo zawsze wielce pobożny był. A ludziska znowu nie pozwolili mu nic zrobić, choć przecie trza by inkwizycje wezwać. Ale co miałem, sam przeciw całej wiosce wystąpić?- przechyla do ust kubek z piwem. Ja swojego nie ruszam. - A potem znikły dzieciaki. Wszystkie. Ponoć któryś smarkacz powiedział rodzicielom na wieczór, że jutro będzie już w Bramie Świata, na statku żeglował. A rano hamaki puste. - starzec nagle markotnieje, jakby opuściła go dawna energia. Chyba sam zastał pusty hamak w swojej chacie. To dlatego śpi w tym szałasie, a nie w swoim domu? - A potem to już ludziom kompletnie na rozum padło. Morton wziął kilku swoich i poszedł tępić harpie, Folkus, nasz kowal, rzekł mi, że idzie sam w góry, bo chce rzeźbić w kamieniu, Sandor guślarz poszedł do miasta uczyć się na maga, w końcu nawet Pantaleon bimbrownik uciekł, bo stwierdził, że nie może dłużej wytrzymać w tej biednej, nic nie wartej dziurze. Tak powiedział! O wiosce, w której się urodził! Tak nie powinni być, panie. - tubylec mówi coraz ciszej, coraz mniej chętnie. - Coraz to nowi odchodzili, sami czy z innymi, za jakimiś mrzonkami, szaleństwami. W końcu nawet moja stara odeszła, z Adorjanem, na ten ich koniec świata. Jak oni to zrobili, to sam chciałem pojechać do starosty, ale mnie związali i zostawili. I tak ostałem tu sam. Były wódz byłej wiochy. - śmieje się gorzko. - Zostałem tu, bo i gdzie miałem iść? Ja żyłem dla tej wioski, dla nich. Ale bez ludzi... wioska jest martwa. A jeszcze ostatnio.... Ostatnio... chyba słyszę to samo, co Verena... ubique daemon ... ignis demonia... quod nomen meus legio , quoniam est nos plures ... nie rozumiem, nie wiem... co to znaczy... tylko "demon" rozumiem, bo to tak samo, jak po naszemu. Demon. Diabeł. Coś do mnie mówi... To jest chore. Tu wszystko jest chore.- chwilę patrzy pustym wzrokiem przed siebie, w moją stronę, ale jakby mnie nie widział. Nagle jakby się przebudził, gwałtownie zmienia temat. - Do starosty żem nie pojechał, bo po cóż? Wyśmiał by mnie jeno. Coś ty, głupcze, wieśniaków swoich upilnować nie umiał. Ale co, do kurwy nędzy, miałem zrobić?! - patrzy na mnie obłąkanym wzrokiem. Sam jest chyba równie szalony, jak ci, o których opowiadał. - No co?! Strzelać do nich żem miał?! Z kijem na nich pójść? - chyba czeka na jakąś odpowiedź. Ale co można powiedzieć człowiekowi w takiej sytuacji? - Nic pan nie mógł zrobić. Oni zwariowali.- Wódz wyraźnie się uspokaja, chyba czekał na taką odpowiedź. Oddaje mi własny hamak twierdząc, iż nie pójdzie spać tego zaćmienia. Rano znajduję go powieszonego w bramie wioski.
***
- "Ubique daemon" - mruknął pod nosem Zabójca. - Że co? - Osioł przerwał czyszczenie broni. - Ten staruch z wioski, tak gadał na początku.- - Co to znaczy?- - Kij wie. Ale jest w tym słowo "demon". A to mi niepokojąco pasuje do tej dziwnej układanki. - Powiedział też coś o krewetkach. Co to, kurna, są krewetki? - - A co ci będę tłumaczył, Ośle jeden.-
***
Ubique daemon. Wszędzie demon. Ogień demonów. A imię me Legion, bo jest nas wielu. Łacina, klasyczna łacina w ustach kmiecia z osady na pustkowiu. To może oznaczać tylko jedno. Jasna cholera.
***
- Gdzieś tu w okolicy uwaliło się demoniszcze i szkodzi ludziom. - - Znaczy..- - Demon. Taki prawdziwy, z rogami, ogonem i wielkim, ognistym mieczem.- - I ty, zamierzasz go...- - A ja, tępy Ośle, każe się zwać Zabójcą Demonów. Zgadnij, czemu.- - I my, zamierzamy, tego...- - Ruszaj tyłek z tego kamienia, dziadu jeden. Mamy robotę.-
***
Gdzie mógł obrać swą siedzibę demon? To oczywiste, w najwyższym punkcie terenu, tak by móc łączyć się telepatycznie z innymi jemu podobnymi. Tylko, czy ja chcę tam iść? To niebezpieczne. Kurna, jasne że chcę. Zresztą, muszę.
***
- I niby gdzie mamy tego diabła szukać? - - Cholera wie. Czekaj, Ośle, wiem. Wejdziemy na te górę, to może uda się wypatrzeć jego straszliwy zamek z wysoka.- - Zamek?- - Każdy demon ma straszliwy zamek. Bez tego nie byłby w pełni demonem, czy jakoś tak.-
***
Ciężko się podchodzi tym zboczem, moglem wybrać łatwiejszą ścieżkę. Nie dość, że źle się czuję i jestem słaby, to teraz jeszcze tak się wysilam. Wódz miał rację. Ja jestem chory. Cała ta okolica jest chora, czuję to przez skórę, widzę kamienną pustkę, słyszę głosy szaleństwa. Czy to jego wina? O co chodzi tej istocie? Dlaczego doprowadza ludzi do utraty zmysłów? Nie rozumiem.
***
- Daleko jeszcze? - spytał Osioł. - Tak. - odpowiedział Zabójca po raz setny, tak przynajmniej mu się zdawało. Jakieś dwa pacierze później Osioł znowu spróbował. - Daleko jeszcze? - - Tak. - Dwa pacierze. Jak klepsydra. - Da...- zaczął najemnik i spojrzał prosto w lufę pistoletu. Zabójca miał dość. - Nie. Mamy szczęście. Na szczycie widać zamek..-
***
O, coś majaczy tam na szczycie? Czy ja rzeczywiście chcę tam iść? Chcę. Czemu aż tak bardzo mi na tym zależy? Czemu pnę się najgorszą, najbardziej niebezpieczną, najtrudniejszą ścieżką? Jest szybsza, ale mogę spaść i skręcić sobie kark. Czemu wybrałem taki szlak? W moim stanie?
***
Demon się postarał - zamek wyglądał imponująco. Ukryty w całości w kraterze wygasłego wulkanu, zbudowany na planie koła niebyt szeroki, ale za to wysoki. Mury z miejscowego, czarnego bazaltu, zwieńczone machikułami, dziesiątki iglic i strzelistych wieżyc, z najwyższą i najcieńszą, sięgającą powyżej krawędzi wulkanu; pękaty barbakan, wysoki portal wejściowy z półkolumnami i głęboką fosą nabijaną ostrymi palami, z opuszczonym nań mostem zwodzonym. Pierwszym, co rzucało się w oczy po wejściu na dziedziniec, były czaszki. Wyrzeźbione wszędzie, nad bramą, na arkadach i balkonach, nawet na cembrowinie studni... , Do tego wstęgi z ludzkich kości wijące się wokół kolumn, ornamenty na ścianach przywodzącą na myśl żebra i miednice... Po uważniejszym przypatrzeniu Zabójca dostrzegł aluzje do szkieletu w całej konstrukcji budynków. Kolumny były monstrualnymi piszczelami, barbakan wielką czaszką, iglice to paliczki dłoni... Obrzydliwe kształty, ni to architektoniczne, ni to organiczne, przerażające i budzące chęć ucieczki. I wrota, dokładnie naprzeciw bramy. Owalne, stalowe, z wyrzeźbioną wielką czachą pośrodku. A jakże by inaczej. Najemnik podszedł bliżej - nad wrotami srebrnymi runami napisano: "Pedo mellon a minno" Zbrojny uśmiechnął się szeroko. Nie znał elfiego, ale przecież każdy głupi czytał Tolkiena. - Mellon! - Drzwi ani drgnęły. Uśmiech zniknął z twarzy najemnika. - Sezamie otwórz się?- Brak reakcji. - Kurwa mać.- To też nie podziałało.
***
Demon, jeśli rzeczywiście to zbudował demon, odwalił straszną chałę. Co ja widzę, Boże? Ni to barok, ni secesja, ni neogotyk. Dziwne, zamek nie nadaje się do zamieszkania, bo brak w nim pomieszczeń…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Buldog Myrke
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…