Uciekłam
Kiedy odzyskałam przytomność, nie było przy mnie nikogo. Pozostawione w namiocie portfele, z których zniknęły jedynie karty płatnicze i dokumenty, kazały mi przypuszczać, że znajomi wrócą, gdy tylko uzupełnia zapas kiełbasy i piw.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kiedy odzyskałam przytomność, nie było przy mnie nikogo. Pozostawione w namiocie portfele, z których zniknęły jedynie karty płatnicze i dokumenty, kazały mi przypuszczać, że znajomi wrócą, gdy tylko uzupełnia zapas kiełbasy i piw. Kania zawsze robiła długie listy zakupów. Wszystkiego jej brakowało, gdy znajdowała się daleko od domu. Może zabrała ich na wycieczkę do lokalnego wiejskiego sklepu, stwierdziła, że mają tam zbyt mały wybór i pojechała dalej, szukać supermarketu. Prawdopodobnie spotkali kogoś, przysiedli na chwile, stracili poczucie czasu, unieśli, rozpłynęli się w powietrzu i skroplą wieczorem. Z trudem wygramoliłam się na trawę. Opróżniłam łapczywie dwie już prawie puste, pozostawione na pastwę losu butelki. Kto z nas pił malinową wodę gazowaną? Cóż, to nieistotne, i tak już jej nie było. Chciałam zakaszleć, jednak ból w klatce piersiowej pozwolił jedynie na delikatne odchrząknięcie. Wody nie starczyło mi na ugaszenie pragnienia, ale już niedługo miałam się napić więcej. Wrócą. Na pewno. To znaczy, mam taką nadzieję. Pozostało jedynie czekać. Wiatr przyniósł ze sobą zapach bzu i mokrej trawy, który aż prosił, by za nim podążać. Czy powinnam? Samotność powoli stawała się jak kamień w brzuchu. Gdzie byli? Dlaczego zostawili mnie wśród pustych opakowań i puszek, jakbym była śmieciem? Czy w ogóle ktokolwiek pamiętał, że powinien po mnie wrócić? Jak najbardziej powinnam. Żeby nikt mi nic nie zarzucił, starym zwyczajem przykryłam cenne rzeczy ręcznikiem i jakimiś rozrzuconymi dookoła ubraniami. Na plaży ten sposób chronienia się przed kradzieżą zawsze działał. Był przekazywany z pokolenia na pokolenie przez babcie, mamy i wychowawców kolonijnych. Nikt nigdy nie kradł przedmiotów zawiniętych w kokon bezpieczeństwa, to był widocznie jakiś niepisany kodeks wakacyjnych złodziei. Czy przestrzegali go też na kempingach? Nie wiem, bo nie oglądając się za siebie, weszłam do lasu. Cień otulił moja spieczoną słońcem skórę. Dobrze było się skryć w cieniu. Potrzebowałam ulgi dla ogorzałych od słońca ramion nawet bardziej niż wody. W głębi leśnej gęstwiny dostrzegłam błysk, którego nie miało tam prawa być. Iskierka pojawiała się, by zniknąć, a zaraz znów pojawić nieco bardziej w prawo, lewo lub zupełnie blisko mnie, tak prawie na wyciągnięcie ręki. Potem rozbłysła jeszcze bliżej tuż przy mojej twarzy, potem tak daleko, że prawie straciłam ją z oczu. Blisko, daleko, blisko, daleko. Chciała, by za nią podążać, a ja uparcie stałam w miejscu, dopóki rozpędzony owad nie wleciał mi do ucha dziko brzęcząc. Chwilę później spadająca z drzewa gałązka musnęła delikatnie moją głowę. Ten las już nie zapraszał, on mnie wręcz popychał głębiej, trochę jak mama, musiała mnie wypychać z pokoju, gdy razem z tata robili grali. Tak jakoś miałam, ze potrzebowałam do wszystkiego zachęty i cokolwiek tam ze mną wtedy było, najwyraźniej to wyczuwało. Uległam i zapuściłam się tak daleko, że przestałam czuć na plecach ciężki słoneczny oddech sierpniowego popołudnia. Tajemniczy ognik tańczył wokół mojej głowy. Spełnił swoje zadanie i teraz zamiast pojawiać się i znikać jedynie wesoło podskakiwał, co pozwalało mi zawiesić na nim wzrok. Szłam wpatrzona w niego, po niewydeptanych ścieżkach, kalecząc sobie łydki i uda o krzaki. Parę razy straciłam go z oczu i mało brakowało bym zgubiła drogę, jednak wtedy on wracał, kręcąc w powietrzu pętelki. Nie wiedziałam już gdzie jest główna droga, boczna ścieżka ani żaden inny punkt, który pomógłby mi w orientacji. Nie wydostałbym się z tamtego miejsca, ani nie odnalazła go bez asysty latającego światełka. Poszliśmy dalej, tam, gdzie wielkie korony drzew wpuszczały nieco więcej promieni zachodzącego słońca. Gdy przystanęłam, by złapać oddech zostałam chwycona za ręce. Kobieta o zielonej skórze i włosach przypominających gałązki płaczącej wierzby porwała mnie do…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mamelunka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…