Wróć do katalogu

Urojenia ksobne

Opowieść o tym, w jaki sposób własna psychika może stać się wrogiem.

Marvellous, opublikowano , 28 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Sam już nie wiem. Wydaje mi się to dziwne, więc pewnie takie jest. Irracjonalne - absurdalne wręcz! A co najgorsze, prawdziwe. Te niezwykłe uczucie mrowienia, które mi towarzyszy w pisaniu oraz dziwny zapach, wręcz drażniący moje nozdrza, który nie pozwala mi zapomnieć, iż wszystko jest prawdziwe. A szkoda. Wydawać się może, iż nie ma magii na tym świecie, ale to nieprawda. Jeżeli spytasz mnie, czym jest magia – to odpowiem w ten sposób – jest nią biały proszek, czasem piguła, w każdym razie syntetyk, który przeobraża nicość w byt. Koloryzuje codzienność, wyostrza zmysły do tego stopnia, iż każdy dotyk jest niczym empiryczne doznanie a muzyka, kiedy się zamknie oczy, przenosi w świat surrealistycznych wizji, gdzie towarzyszyć ci będzie euforyczny stan. Bilet powrotny jest nieistotny. Tym jest magia. A ja jestem magikiem. Uczucie mrowienia oraz ten zapach - wyostrzony jak nigdy dotąd, pozwalający poczuć woń mego własnego ciała - w normalnych okolicznościach jest bezwonny. Ale to nie są normalne okoliczności. To jest festiwal zmysłów. Tylko sam już nie wiem czy biorę w nim udział czy jedynie wierzę w iluzję, którą sam kreowałem przez długi czas.

W eterze leci, a raczej rozbrzmiewa dosyć głośno muzyka, bardziej zahaczająca o klimaty klubowe aniżeli przyjemne ballady, gdzie sopran śpiewaczki działa nieraz niczym ekstaza, unosząc myśli ponad wyżyny marzeń.. Jednak potrzebuję czegoś szybkiego. Przynajmniej teraz. Psychika. To ona dowodzi całemu procesowi. I ten zapach, i te zmysły, i wyobraźnia oraz umiejętność pisania; także możliwość zrozumienia tego, co się dzieje. Pytanie tylko, co się dzieje? Tak więc z uśmiechem, od ucha do ucha szepczę prostą acz zdumiewającą odpowiedź – Zgubiłem się pomiędzy tym co prawdziwe, a tym czego nie ma. Bo gdzie kończy się codzienność a zaczyna wyobraźnia, której oblicze bywa nieraz przerażające; coś jakby spojrzenie śmierci w oczy, czy sadomasochistyczny ascetyzm sprawiający radość.

Spytasz mnie pewnie jak to działa, czemu w ogóle tak uważam? A może w tym momencie uznasz, że patrząc przed siebie nie widzisz tego, co prawdziwe i widoczne a dostrzegasz to, czego nie ma. Jeżeli tak będzie to witaj w świecie psychozy, po której Cię teraz oprowadzę. Trzymaj się mocno… tego, co prawdziwe, bo tutaj wszystko jest i fikcją i realne zarazem.

Pamiętam ten dzień jakby był wczoraj. Lecz te wczoraj tak naprawdę było pięć miesięcy temu I wtedy się wszystko zaczęło. To nie był mój pierwszy raz zasmakowania hedonistycznej jazdy. Wcześniej często to robiłem. Potem była przerwa, czy spontaniczna czy spowodowana czymś – nie pamiętam. Ale nie miałem problemów z wyjściem z tego. Wróciłem niejako z tęsknoty. Słodkie nieprawdaż? I znów było jak dawniej, niekończące się uczucie rozkoszy życiem, apogeum doznań i chęć do wszystkiego. Cieszyłem się z tego, tym bardziej, iż kontrolowałem sytuację, ba, cały czas kontroluję. Jednak nigdy nie sądziłem, że radość z powrotu będzie platoniczna. Dawała mi znów nacieszyć się tak jak kiedyś, lecz nie miałem pojęcia, iż planuje zemstę. Jej działanie było takie jak dawniej; dni mijały normalnie i nic nie wskazywało na to, iż w mojej głowie tworzy się mentlik- do tego stopnia niepojęty, iż absurdalny. Jakiś czas temu była pierwsza oznaka tego. Ujawniła się; jej imię psychoza. Z gatunku urojeń ksobnych. Niby prosta droga autobusem przez miasto, wpatrywałem się zaciekle w okno szukając wśród mijających przechodniów jakiejś ładnej dziewczyny, o pięknym uśmiechu i z urokiem bijącym w oczy niczym aura. Dlaczego to robiłem? Jestem przecież facetem, przyjemnie jest znaleźć piękną osobę i móc z nią wymienić spojrzenie, nieraz mówiące więcej niż potok słów, czy obdarzyć uśmiechem oczekując w zamian tego samego. Każda podróż autobusem, dla wielu, stanowi coś więcej niż przebyte kilometry i zmaganie się z cwanymi, niemal krwiożerczymi, starymi wyjadaczami, którzy dla miejsca siedzącego będą w stanie zniszczyć człowieka. Dla mnie osobiście czas spędzony w tym długim, czerwonym pojeździe jest jak inny świat.

Obserwowałem ludzi; w oko wpadła mi młoda, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że dużo młodsza dziewczyna o wyrazistych rysach twarzy, brązowych włosach delikatnie opadających na ramiona i ustach pokrytych cienką warstwą różowej szminki. Miała może czternaście lat. Jakie to miało znaczenie, ładnie wyglądała. Skrycie ją obserwowałem. Żuła gumę a jej policzki pokryte rumieńcami z zimna tylko koloryzowały jej wdzięk. Jednak była za młoda; domniemane czternaście lat mogło się równać liczbie ciut mniejszej. W pewnym momencie podchwyciłem, iż nie tylko ona jest obiektem zainteresowania społecznego wśród pasażerów. Koleś, na oko dwadzieścia pięć lat, blondyn o czarnych oczach i grymasie twarzy, jakby ktoś wbijał mu w pewną część ciała ostre pinezki siedział i patrzył na mnie. Też skrycie, możliwe, że tylko spojrzał raz a ja to wyolbrzymiłem. Jednak podchwyciłem te spojrzenie, które nie miało w sobie żadnej treści. A jednak wyczytałem coś: wstyd i zażenowanie. Spojrzałem raz jeszcze na dziewczynę siedzącą na swoim siedzeniu, ciągle żuła gumę i myślami była gdzieś daleko stąd. Ponownie przypatrzyłem się kolesiowi i jakbym zrozumiał jego wzrok. Ale zaraz? Przecież ja nie jestem żadnym zboczeńcem. I nie fantazjuje o dużo młodszych od siebie dziewczynach. Gdyby te opowiadanie pisał obiektywny narrator mógłby stwierdzić, iż spojrzenie blondyna było zwykłe, tak jak każde, niczym się niewyróżniające. Tym czasem w moich myślach trwała gonitwa moralnego niepokoju. Czy tylko on się patrzył na mnie, kiedy ją zerkałem na nią? Jak tak dalej pójdzie to wezmą mnie naprawdę za jakiegoś zboczeńca. I znów przyszły dreszcze, po plecach, zimne i ochładzające ciało, które nagrzało się pod wpływem tej złości i lęku. Przecież ja nic nie zrobiłem – powtarzałem sam sobie, lecz raz po raz kolejna osoba spoglądała na mnie tymi samymi oczyma, co ów blondyn. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, iż sam zaczynam wierzyć w to, co sobie uroiłem. Szukałem jakiś podpowiedzi mówiących, czemu na nią patrzyłem, chciałem się bronić. I w ten oto sposób stałem w autobusie patrząc raz po raz na dziewczynę oraz tego blondyna. Toczył się proces, gdzie byłem oskarżony. Proces toczył się tylko w mojej głowie. Reszta ludzi była zajęta swoimi myślami, problemami i nikt nawet nie zwracał na mnie uwagi. Autobus dalej jechał, dzień, jak co dzień. Jedynie niezapowiedziana wizyta psychozy wygoniła na resztę dnia mój dobry humor zostawiając po sobie uczucie dziwnej pustki.

Reszta dni mijała normalnie. Te zdarzenie udało mi się zamienić w anegdotę - tak jest łatwiej. O wiele lepiej śmiać się z czegoś niż być przerażonym i nie potrafić ogarnąć tego, co zaszło. Trochę humoru i cała sytuacja wygląda inaczej. Ale czemu oni mnie tak ocenili, nie znając mnie? Absurdalne prawda?

Minęło parę dni i już praktycznie nie przejmowałem się tym. Wytłumaczyłem sam przed sobą, iż to było wynikiem zmęczenia, pogody oraz innych takich. Wszystko było dobre, co mnie usprawiedliwiało. Nawet kłamstwo, które z czasem musiałem zacząć traktować jako oręż do walki ze swoją psychiką. Marzec. Kilkanaście dni po tamtej śmiesznej już(!) przygodzie; idąc środkiem chodnika zobaczyłem w oddali idącą w moim kierunku postać. Im była bliżej, tym stawała się coraz większa. A wraz z nią moje uczucie lęku. Idąca postać w końcu była na tyle, blisko, iż zdałem sobie sprawę, iż jest to koleś, którego testosteron często nakazuje wyładowanie się w formie agresji; obiekt celu – pierwszy lepszy. Nie minęła nawet sekunda, a już miałem w myślach plan ucieczki, plan pojedynku i plan negocjacji. Szukałem szybko jakiś rozwiązań, które pomogą mi osiągnąć PLAN! Którykolwiek! Kamień, cztery metry na prawo od mnie. Ukształtowałem w swojej wyobraźni tyle schematów, że rozrysowanie ich na tablicach w formie kilku strzałek zajęłoby długi czas. Kątem oka dostrzegłem też przejeżdżający samochód - niebieską Honda Civic, jechała zbyt szybko bym wyskoczył przed nią prosząc o ratunek, więc pozwoliłem jej pojechać. W oddali za rogu wyszedł jakiś człowiek, stary, schorowany i zgarbiony emeryt. Kiepski z niego będzie sojusznik. A może ta kobieta w oknie, patrząca jakby od niechcenia przed siebie i co chwilę ziewająca jakby na tym polegała jej praca. Nie, zbyt apatyczna. Tak mało czasu było! Szukałem dalej, mijała kolejna sekunda. Wyobraziłem sobie policyjne zeznania, nekrolog także mi przeszedł przez myśl i adrenalina, a w zasadzie jej nadmiar zwiotczył chwilowo moje nogi, nie pozwalając na ucieczkę. Postać była coraz bliżej, jakieś siedem metrów od mnie, lecz już wtedy wiedziałem, iż stężenie alkoholu w jego krwi wykracza poza normę i gdzieś musi mrugać światełko z napisem – Niebezpieczeństwo, policz do iluś tam i zacznij działać! Już dwa metry dalej wiedziałem, że to jest kiepski pomysł iść dalej, przystanę może – pomyślałem. I tak też zrobiłem. Jego głowę zdobiły sznyty, rozcięcia i skrzywiony nos, pewnie w wyniku bójki. Z jego oczu biła złość, gniew i nienawiść. Już dostrzegałem w jego poczynaniu agresję, kiedy zagaił rozmowę – Hej stary! Ty… Czekaj… Głos miał przepity, dość ostro, mówił jakby z ledwością. Jak na ironię zatkało mnie, bo już byłem gotów wyciągać swoje rzeczy i je oddać, lecz nie byłem w stanie nic zrobić. Ani powiedzieć, ani się ruszyć. Co ja jestem, manekin czy jak? - Masz może papierosssem poczęstować? – Powiedział to w taki sposób, iż miałem wrażenie, że każdego wyrazu musiał się uczyć tygodniami a i tak nie był pewny jego znaczenia. - Nie palę. - Pierdolisz. Kurwa, chociaż jednego. – Objął mnie całego wzrokiem, tworząc w umyśle analizę mojej osoby. Wymówienie kolejnych słów było dość trudne. Paniczny lęk oraz strach i uczucie bezradności ciągle zwyżkowały, do tego stopnia, iż miałem ochotę już mieć to za sobą. Za wszelką cenę. Ciarki, niekontrolowane ruchy mięśni i przyśpieszone bicie serca pojawiły się tak szybko, jak zdałem sobie sprawę, iż koleś wykonuje jakiś ruch. Przez cale życie w takich sytuacjach zachowywałem czystość umysłu, racjonalizm i szybki przegląd sytuacji, dzięki czemu czułem się w miarę pewnie. Teraz zanikły i racjonalizm i czystość. Bo jak sobie przypominam, kiedy staliśmy tak przez ten ułamek sekundy, w mojej głowie zaroiło się od tych schematów, które i tak się na nic nie przydały. Mruknął tylko coś pod nosem, nie dosłyszałem, co dokładnie, ale chyba powiedział, co myśli o tym, że nie mam papierosów i wykonał ten enigmatyczny ruch, który w moich oczach był niczym wyprowadzony atak karate, a tak naprawdę koleś potknął się o swoją nogę. Ale zdążył się opanować jakoś, nie upadł. Tylko się uśmiechnął, odszedł mówiąc – jebane chodniki. I Procenty, rzekłem. Lecz sam siebie nie usłyszałem. Co się ze mną działo?

Kolejne dni znów były normalne, żadnych tego typu jazd a jedynie mile spędzone wieczory w towarzystwie pewnej uroczej damy, w której objęciach czułem się wyjątkowo, do tego stopnia, iż automatycznie wzrosła moja próżność. Moja towarzyszka była od mnie starsza o dwa lata, co nikomu raczej nie przeszkadzało, gdyż doskonale się dogadywałem z osobami mającymi więcej przeżytych dni niż moja skromna persona. Jednak tego wieczoru nie gadaliśmy, choć nasze języki zaciekle uczestniczyły w jakiejś gonitwie. Bez odpoczynku, długiej, namiętnej i subtelnej. Miała szafirowe oczy, które tego wieczoru cały czas były zamknięte a jej usta, zmysłowe i czerwone; smakowały jak truskawki. Nie przeszkadzało mi to. Dziewczyna nosiła w uchu dwa kolczyki, w pępku miała kolejny. Miałem ochotę sprawdzić czy gdzieś jeszcze nie ukrywała kolejnego, lecz coś mnie powstrzymywało. Nie, nie żadna moralność. Może jej pruderia, fałszywa i wyolbrzymiona nutka wstydliwości w jej zachowaniu? Ostatni weekend dobrze się bawiłem, od piątku do niedzieli. Wiedziałem już, co było wynikiem mojego irracjonalnego zachowania. Lęk, który zamieszkał w mojej psychice wraz z weekendową dawką białej magii. Chyba wyczuła go, bo nagle zrobiła się inna, taka, o jakiej marzyłem całe życie, wyrozumiała i rozumiejąca. Bałem się bliskością z nią, ze względu na nią, w żadnym wypadku nie balem się fizycznych przyjemności. Czułem przed nią lęk. Dziwny, niewytłumaczalny, nie do zrozumienia. Bo czemu wyobrażałem sobie jej łzy, smutek kiedy wszystko było tak pięknie? Kompletnie zgubiłem się tego dnia w swoich deliberacjach. Z mile zapowiadającego się wieczorku wyszedł zawód, beznadziejny humor i wyniknął z tego dół, który przez kilka dni potem mi nie dawał spokoju.

Pozbyłem się go, kiedy mój krwioobieg znów transportował biały proszek, oczywiście wcześniej strawiony w żołądku i po krótkiej chwili produkcja dopaminy sięgała zenitu. Prawdę mówiąc to ignorowałem tamte sytuacje. Byłem pewny, że nie tylko ja takie coś przeżywam i wmawiałem sobie, że na pewno nie wynikają one z brania. Tak, chyba wtedy pierwszy sam siebie okłamałem. W duchu wiedziałem skąd to przyszło, ale nie miałem ochoty się z tym rozstawać. Mijały dni. Każdy kolejny niczym szczególnie się nie różnił od poprzedniego. Można było odnieść wrażenie, iż są takie same, z wyjątkiem daty na kalendarzu. Kończył się marzec, planowaliśmy tego dnia zrobić imprezę. Z tamtą dziewczyną już nic nie bajerowałem, za to pojawiła się inna. Krystalicznie niebieskie oczy, blond włosy opadające na nagie ramiona. Tak ją zapamiętałem z pierwszego naszego spotkania, poznałem ją w Internecie. Często gadaliśmy ze sobą, miałem wrażenie, że znam ją niczym alfabet, mógłbym patrząc w jej oczy recytować słowa, które zamierza powiedzieć. Pierwsze spotkanie, miało miejsce pół roku temu. Potem kontakt się urwał, wiadomo dlaczego – poznaliśmy nowe osoby. Jednak tak jakoś wyszło, że…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych