Wróć do katalogu

Urwisko

Naczytałem się sporo "małoletnich" opowiadań tutaj. Czas wrzucić swoje widmo przeszłości. Lekkie, naiwne. Jedyne, które przepisałem do komputera.

Spajder, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ireneusz Mazurek U R W I S K O

– To jak, wchodzisz? - zapytał Józek. – No... Prawdę mówiąc, szczerze się zastanawiałem. Uświnić się przez zwykły zakład, to żadna chluba. Gdybym chociaż nie był w nowych spodniach. Odkąd tu przyjechałem, trzy dni temu, Józek stał się moim jedynym, przez co najlepszym kumplem. Reszta tego, w większości zabitego dechami osiedla, traktowała mnie tylko krótkimi spojrzeniami. Czy tak się zachowują normalni ludzie? Jedynie Józek podszedł do mojej, trochę speszonej osoby. Ten, średniego wzrostu, chudy blondyn przywitał się i najzwyczajniej w świecie zaczął rozmawiać. Cholera, zdaję sobie sprawę z tego, że wśród tych wszystkich obdartusów, ja ze swoim logicznym ubraniem i luźnym podejściem do poważnych spraw, mogę wydawać się dziwny. Postanowiłem problemy zostawić swoim staruszkom, a sam się bawić. Czy to dziwne? Jeszcze będę miał czas na zmartwienia, gdy ojciec postanowi włączyć mnie do interesów. Te właśnie interesy przygnały go tutaj - na kres cywilizacji. Ja, oczywiście nie miałem nic do powiedzenia. Zostawiłem całe towarzystwo za sobą i ślepo, jak na niepełnoletniego przystało wyjechałem z rodzinką w miejsce, gdzie łatwiej robić interesy. Wylądowałem dwieście kilometrów od domu i oto jestem tutaj. Ciekawe, na jak długo. Spojrzałem w górę. Mimo gorącego i oślepiającego słońca, około siedmiu, czy ośmiu metrów nad sobą zobaczyłem szczyt urwiska. To było ciekawe miejsce. Gdybym zarządzał tym osiedlem, kazałbym wybudować tu schody. Zamiast nich, dwie osiedlowe uliczki dzieliła usypana górka, pozwalająca nastolatkom na karkołomne zakłady. Istne samobójstwo. Choć, gdyby na to spojrzeć z innej strony, to nie było tak tragicznie. Ziemia była sucha, a po drodze na szczyt wystawało kilka grubych korzeni. Wniosek z tego taki, że wcale nie musiałem się uświnić. A skoro założyłem się jedynie o przekonanie, nie miałem ochoty być na tym stratny. Obawiałem się jeszcze jednej rzeczy. Józek mógł być jednym z tych osób wprowadzających mnie w towarzystwo. To urwisko, jako pewnego rodzaju otrzęsiny było dowcipem dla wszystkich nowo wprowadzających się. Jeżeli na górze spotkam ludzi gratulujących mi zdanego testu, wtedy postaram się, żeby mój "kumpel" powąchał od spodu kwiatki. – Więc jak? - przypomniał o sobie. – Czemu ci tak na tym zależy? – To wyszło z chwili. Nie zależy mi. Jeżeli masz obawy, możemy zrezygnować z zakładu. Ja wygram, ty przegrasz. "Obawy"?! Co on sobie wyobrażał? Dla mnie to kaszka z mleczkiem. Pestka. Nie takie rzeczy wyrabiało się w życiu. – Wchodzę - stwierdziłem krótko i ruszyłem w kierunku tego, malutkiego urwiska. Duma dumą, ale mnie nie było do śmiechu. O ile pokonanie dwóch pierwszych metrów było bajką, tak kolejnych zaczynało stawać się upierdliwe. Teraz byłem pewien, że opłacało się o to założyć. Kto wie? Może nikomu wcześniej nie udało się tu wspiąć i ja będę tym pierwszym. Stanę się tu popularny i kto wie?, może nawet szanowany. Tyle, że na razie pokonałem dwa metry i zastanawiałem się, co dalej. Około metra, po mojej lewej, znajdował się pierwszy korzeń, który miał ułatwić mi zdobycie szczytu. Chwyciłem go i trzymając wspiąłem się metr wyżej. Tam czekał na mnie następny. Przedostając się do niego źle postawiłem stopę. Obsunął się piasek, a ja wraz z nim. Zawisłem na korzeniu lekko wystraszony. Prawda była taka, że serce podeszło mi do gardła. – Jak ci idzie?! - krzyknął Józek z dołu. – Nie mogło być lepiej! - odkrzyknąłem. Podciągnąłem się i kontynuowałem zdobywanie Wzgórza Honoru. Zacząłem się pocić. Przestałem myśleć o wszystkim, poza tym cholernym szczytem. Kolejny korzeń - obślizgły kawał podziemnej gałęzi - skutecznie utrudnił mi posuwanie się w górę. Spojrzałem w dół i... Te parę metrów potrafiło człowiekowi zakręcić w głowie. Nie to, żebym miał lęk wysokości, ale po prostu bałem się spaść. A że bliżej do płaskiego lądu było w górze, ruszyłem tam resztką sił. Jeszcze tylko pół metra. Chwyciłem ręką jakiegoś pędu i ostrożnie podciągnąłem się. Ostatni wysiłek i Mount Everest należał do mnie. Wtedy to, skądinąd przybyło mi sił. Wstałem i spojrzałem w dół. – Józek! Wszed... - Nie było go tam. No i tak patrzyłem. Kto by przypuszczał, że to był jednak kawał. Tyle wysiłku, a on sobie poszedł. Od tak! Mógłby chociaż poczekać, aż wejdę. Ale wtedy to już nie byłoby śmieszne. Niech no tylko go dorwę, to... Moje spodnie! Moje nowiuśkie Mustangi! Zabiję go. Zabiję, zanim mnie zabiją rodzice. – Jak masz na imię? - Aksamitny, ciepły głos. Ktoś jednak przyszedł, żeby się ze mnie ponabijać. Odwróciłem się i zobaczyłem opalającą się na leżaku dziewczynę. Nie wyglądało na to, że to ona zadała mi owe pytanie. Nie patrzyła na mnie. Ona... Jezu! Co za ciało! Zgrabny biust, płaski brzuszek, długie nogi. Jej głowę zdobił duży słomkowy kapelusz. Nie sposób było dojrzeć pod nim twarzy. Nagle dziewczyna poruszyła się. Podniosła rękę i zdjęła kapelusz z głowy. Zwróciła ku mnie głowę, ale nie wzrok. – Zadałam ci pytanie. Boże! Zabijcie mnie, bo doznałem cudu. Ta twarz, buzia. Dopełnienie ideału. Duże, zielone oczy, mały zgrabny nosek, usta, mające w sobie coś ekspresyjnego. Całości dopełniały lekko zarysowane koście policzkowe i bliski ideału podbródek. Stałem jak wryty, sparaliżowany widokiem pięknej szatynki. Jej mina nieco zrzedła. Położyła głowę z powrotem na nagłówku leżaku. – Andrzej - chrypnąłem cieniutkim głosem. - To znaczy... Andrzej - kulminowałem już pełnym barytonem. Uśmiech błysnął na jej ustach. Oj, co to był za uśmiech. – Józek cię tu przysłał, tak? – Tak, to znaczy... ja, ten... Józek - zamieszałem się jak nigdy. – Kazał ci się wspinać. - W jednej chwili wybuchła pięknym, głośnym śmiechem. Mógłbym go słuchać godzinami, lecz nie dane mi to było. - To jedyny, prawdziwy przyjaciel, jaki mi został - powiedziała spokojnie. - Pewnie doszedł do wniosku, że ty również możesz się nim dla mnie stać. Przyjacielem? Tylko?! Oddałbym wszystko, żeby móc jej dotknąć, pocałować, pieścić. Taka propozycja brzmiała dla mnie jak policzek. W mordę! Ja się chyba zakochałem. To niemożliwe. Nie można zakochać się w dziewczynie, którą się dopiero zobaczyło. Nawet w tak pięknej, jak ona. To można nazwać, co najwyżej olśnieniem. Tylko dlaczego to określenie jest dla mnie niewystarczające? Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Świat mógłby dla mnie nie istnieć. Była taka piękna i... I do tej pory, ani razu na mnie nie spojrzała. Wciąż patrzyła w niebo. Jak to możliwe, przy tak oślepiającym słońcu? W moim przypadku wystarczyło, że podniosłem wzrok, a już musiałem przymrużać oczy. A jej to wcale nie wzruszało. Patrzyła w niebo; dokładnie w słońce. Na dodatek robiła to z takim spokojem, jakby nie była tego w ogóle świadoma. – Czy ty przypadkiem nie jesteś...? – Niewidoma? Tak, i co z tego. – Nic, nic. Ja po prostu... - zaciąłem się po raz kolejny. – Ty po prostu. - Jej głos nabrał chłodnego posmaku. - Jasne, rozumiem. To trochę odstrasza ludzi. Zrobiło mi się głupio. – Wiesz, nie o to chodzi. Myślałem, że niewidomi tracą kolor oczu. Uśmiechnęła się złośliwie. – Być może tak się stanie. Straciłam wzrok kilka tygodni temu. – Przykro mi. – Przynajmniej tobie. – Jak to? – Nie ważne. Jesteś tu nowy, prawda? Kiwnąłem głową, po czym doszło do mnie, że nie mogła tego zobaczyć. Musiałem zaufać swojej dykcji. – Tak. Mój ojciec przyjechał tu w interesach, a ja i moja mama wraz z nim. Nie wiem, jak długo to potrwa. Józek mieszka niedaleko mnie. Poznaliśmy się, jak jego rodzice przyszli do nas się przywitać. Zaprosili nas na kawę i ciasteczka. Tak się zaprzyjaźniliśmy. – To szczery kolega - stwierdziła. - Trzymaj się jego. – Słuchaj, czy mógłbym...? - głos mi zadrżał. To dopiero musiało banalnie zabrzmieć. – Podejdź do mnie. Wykonałem jej prośbę z najwyższą ostrożnością. Kucnąłem przy jej leżaku. Wyciągnęła dłoń i dotknęła mojego ramienia. Zawirowało mi w głowie. Przejechała ręką wzdłuż barku, szyi, aż dotarła do twarzy. Delikatnie dotykała mojego podbródka, nosa, policzków, czoła. Poczułem się wspaniale. To było takie miłe. Energicznie opuściła rękę, wyrywając mnie z transu. – Nic mi to nie mówi. - Zdenerwowała się. - Nie widzę twojej twarzy. Dotykanie jej wcale mi nie pomogło. – Musisz uwierzyć, gdy ci powiem, że jestem wcale przystojny. Chwyciła mnie za szyję i przyciągnęła do siebie. Równie szybko się opamiętała. – Co się stało? - zapytałem. – Ja... Masz gumę w ustach? – Mogę wyciągnąć. Wróciła do opalania. Dziwne. Zachowywała się tak, jakby walczyła sama z sobą. – Słuchaj - zmieszałem się. - Ja... – Odwiedź mnie jutro - przerwała mi. - Albo pojutrze jeżeli wolisz. Będę tu jeszcze parę dni. Nie zapowiadało się na to, by jakiekolwiek sprzeciwy z mojej strony były wzięte pod uwagę. – Dobrze. Wstałem i z dziwnym samopoczuciem zacząłem się oddalać. – Hej! - krzyknęła za mną. - Zapomniałam, jak masz na imię. – Andrzej! - odkrzyknąłem. – Ta górka, to nie Himalaje. Pięćdziesiąt metrów dalej masz schody! Następnym razem nie wspinaj się! – Jasne! Dzięki! Starczy, że upieprzyłem jedną parę dżinsów. Kurczę, ale dziewczyna.

* * * – Będziesz na dyskotece? - zapytał mnie Józek, gdy wychodziliśmy z budy. – Jasne. Biorąc pod uwagę, jakie sztuki chodzą pod murami naszej budy, to zanosi się na niezłą zabawę. Józek spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. – Zgrywasz się ze mnie, czy co? Nie rozumiem cię. Przez cały dzień podniecałeś się spotkaniem z Klaudią, a teraz gadasz o innych dziewczynach. Udałem dumną minę. – Właśnie - przytaknąłem, dowiadując się wreszcie, jak ma na imię moja muza. - Całkiem zapomniałem o tym, że mam do niej wpaść. Zjem coś w domu i zrobię to... skoro obiecałem. – Udajesz twardziela, co? – Jasne.

* * * Rozluźnienie opuszczało moje ciało, gdy zbliżałem się do miejsca spotkania. Cokolwiek się stanie, nigdy nie zapomnę tej dziewczyny ze szczytu urwiska. Nie myślcie, że chcę coś wykrakać. To nie tak. To wszystko było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. – Dotrzymujesz słowa. - powiedziała, gdy dzieliło mnie od niej jedynie kilka metrów. Dzień już nie był tak piękny jak wczoraj. Za to słońce wciąż przygrzewało. Robiło jedynie krótkie przerwy by zwalczyć jakąś niewielką, nadarzającą się chmurkę. Tym razem mogłem nieco się rozejrzeć. Kilkadziesiąt metrów od urwiska znajdowała się nieużywana, stara droga, prowadząca do dalszej części osiedla. Kolejnych, czerwonych dachów. Nic ciekawego. – Masz dobry słuch - stwierdziłem. – Jest bezwietrznie.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych