Wróć do katalogu

Victor znaczy - "zwycięzca"

Opowiadanie pisane troche pod Hollanka (ówczesnego redaktora "Fantastyki", piewcy romantyzmu w literaturze SF), ale też pod wpływem kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego, co widać po dacie

Boguc, opublikowano , 32 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na tle wyjątkowo rozgwieżdżonego nieba mały, srebrzysty punkt nie wyróżniał się niczym szczególnym, dopóki tkwił w miejscu. Jego niezauważalny dotąd ruch zwiększał się z każdą następną chwilą, podkreślany dodatkowo wzrastającą jasnością. Wkrótce punkt rozczepił się na szereg różnokolorowych lampek i po pewnym czasie można było dostrzec wyłaniające się w aureoli świateł lotniska brzuchate cielsko wahadłowca i cztery wysmukłe wrzeciona coleopterów eskorty. Platformy lądownicze rozjarzyły się gwałtownie laserowymi nitkami oznakowań, po czym na największą z nich majestatycznie osiadł ciężki PT-2. Statki eskortujące nadal utrzymywały się nad ziemią w nienagannym szyku, a ich pokładowe reflektory zaczęły omiatać pole wokół wahadłowca wspomagając naziemne źródła światła, które skupiły całą swoją moc na spoczywającej nieruchomo sylwetce pojazdu. Gdy zgasł ostatni jego silnik, otworzyła się niewidoczna dotąd pokrywa włazu i zanim jeszcze dotknęła ziemi, wyskoczyło dwóch komandosów, kieryjąc natychmiast swoją broń w ciemną czeluść wyjścia. Pojawiła się w niej nikła postać mężczyzny z odkrytą głową i spiętymi z tyłu rękoma. Tesseridge przesunął obraz nieco w lewo, wcisnął przycisk transfokatora i zwolnił go dopiero wtedy, gdy twarz pojmanego wypełniła prawie cały ekran. Na Tesseridge'a patrzyły wielkie, ciemne oczy, a przenikliwość ich spojrzenia potęgowały ściągnięte brwi i lekko zmarszczone od oślepiającego światła powieki. Usta, wykrzywione w grymasie dumnej pogardy, dopełniały wyrazu twarzy najwyżej dwudziestoparoletniej, raz po raz przysłanianej rozwiewanymi kosmykami długich, czarnych włosów. "Więc tak wygłąda Victor... ot, Robin Hood - pomyślał Tesseridge - Co za wzrok! Co za mina! Ech, wy chłopcy z różami na rękawach, nawet nie przypuszczacie, jacy jesteście śmieszni". Zmniejszył nieco zbliżenie, gdyż więżeń zniknął z pola widzenia, a zamiast niego ukazały się następne dwie głowy w komandoskich kaskach i dwie lufy automatów. Żołnierze nie opuszczając broni zeszli po zewnętrznej, schodopodobnej powierzchni klapy włazu i zamknęli od tyłu skromny orszak, towarzyszący Victorowi. Cała piątka skierowała się do nadjeżdżającego z przeciwka transportera i znikła w jego wnętrzu. Samochód szybko ryszył w kierunku zabudowań lotniska, nieustannie śledzony rozjarzonymi oczami naziemnych reflektorów i punktowców nadal unoszącej się w powietrzu eskorty wahadłowca.

* * *

- Komandor Tse- se-rydz! Teraz rozumiem ten smród panujący wokoło. Moje nieuszanowanie! - wykrzyknął Victor, stając utwejścia do gabinetu Tesseridge'a w asyście dwóch wartowników. - Twoje imię w kontekście obecnej sytuacji brzmi o wiele zabawniej. I to bez przekręcania - odparował Tesseridge i skinął na żołnierzy, którzy niezwłocznie opuścili pokój. - Siadaj, porozmawiamy. - Obawiam się, że nie mamy sobie nic do powiedzenia. - Ależ mamy, mamy. - Niczego się ode mnie nie dowiecie! Tesseridge wstał i sięgnął do szufladki po paczkę papierosów. - Nie o to chodzi - powiedział, przypalając zwitek białego papieru, pamiętającego czasy jeszcze przed Inwazją. - Czyżby? - ironicznie spytał Victor. Przeczuwając, że nieprędko opuści to pomieszczenie, rozsiadł się wygodnie na kanapie, założył nogę na nogę, skrzyżował ręce i oparł wyczekujące spojrzenie na Tesseridge'u, który przechadzał się wzdłuż gabinetu, znacząc swą drogę niebieskawym dymem. - Do czego pan zmierza, komandorze? - Po pierwsze: skończmy z tytułami. Victor uśmiechnął się. - O nie! Nie spoufalam się z takimi, jak pan - odparł pogardliwie. - A szkoda - wtrącił komandor. -Wbrew pozorom więcej nas łączy, niż dzieli. - Na przykład to, że jesteśmy ludźmi? Zaręczam panu, komandorze, pan stanowi egzemplarz stuprocentowego futrzaka, choć nie urodził się pan na Ces. Agresywne słowa Victora nie wywarły większego wrażenia na Tesseridge'u. Spacerował nadal tam i z powrotem z papierosem wtręku, jakby przygotowywał się do dłuższego wystąpienia. - Otóż oprócz tego, że jednak oboje jesteśmy ludźmi, to stoimy na dodatek po tej samej stronie barykady. Victor westchnął. - Czy po to sprowadził mnie pan tutaj, aby mi to powiedzieć, komandorze? - odrzekł i powoli podniósł się z kanapy - Lepiej będzie, jeśli wezwie pan swojego psychiatrę. On wykaże więcej zrozumienia i cierpliwości, słuchając takich idiotyzmów. Niech pan każe tamtym futrzakom wyprowadzić mnie stąd - dodał, zatrzymując się przy drzwiach. - Zanim cię stąd wypuszczę... - zaczął Tesseridge i skierował swoje kroki do ściany, gdzie stał ekran, na którym niedawno oglądał przylot Victora. - ...zanim cię stąd wypuszczę, chciałbym, żebyś zobaczył coś, co cię z pewnością zainteresuje - dokończył i włożył uprzednio przygotowany optodisc do czytnika. Victor, wsparty jedną ręką o ścianę, przypatrywał się obojętnie czynnościom Tesseridge'a, dopóki na ekranie nie ukazały się piersze obrazy filmu. Kpiący wyraz szybko zniknął z jego twarzy i drugą dłoń, którą chciał nonszalancko wsadzić do kieszeni, zatrzymał w pół drogi. Teraz Tesseridge zajął miejsce na kanapie i wyzywająco spokojnym tonem cedził słowa, odbijające się nieznośnym echem w głowie Victora. - Taaak... główna placówka w Alpach. Cesjanie są wrażliwi na niskie ciśnienie, więc może by tak zainteresować się Tybetem? Proszę... ukryty generator jądrowy... jeden z wielu... toć to niemal niezależność energetyczna... wracając do rzeczy: może by tak zainteresować się Saharą? Wysłaliście tam już tajny zwiad - i słusznie - futrzaki, jak sama nazwa wskazuje, gorzej znoszą słoneczko, nie będą się rwali do przeczesywania pustyń... o! Kogo my tu mamy! Pan Victor! Pułkownik Victor, dowódca Komendy Głównej i... reszta towarzystwa. Całkiem grzeczna organizacja, najlepsze wzory sprawdzone na długo przed inwazją... pełna konspira... proszę, składy amunicji... zakonserwowana żywność... na "czarną godzinę", co? A oto i legendarna eskadra... trzy klucze "Harrierów"... czymś takim wzbijać się w powietrze, to rzeczywiście w waszym stylu... ah, przepraszam! Jest jeszcze "niespodzianka"... stary SR-91 przerobiony na szturmowiec nuklearny... ciekawe, skąd będzie startować... fiu, fiu... łączność maserowa... jak się siedzi w górach, to można całkiem daleko puszczać zajączki... jest i propaganda... a jakże, duchem też walczyć trzeba, bibuła obąwiązkowa... te tytuły, mój Boże... "Wolność", "Jutrzenka", "Victoria"... jesteście monotematyczni... taaak... pół miliona chłopców i dziewczynek, bawiących się w wojnę... smutne... a takie ambitne plany... liczymy na zaskoczenie? Błąd! Cesjanie myślą nie po waszej myśli... Victor kamiennym wzrokiem wpatrywał się w ekran, gdzie komputer modelował właśnie schemat budowanego dopiero tajnego prototypu małej siłowni termojądrowej. - Zostawać bez ochrony z więźniem mającym wolne ręce to też błąd! - wypowiadając, a raczej wykrzykując ostatnie słowo, Victor rzucił się na Tesseridge'a. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak komandor z nadspodziewaną chyżością uskakuje w bok, jak cały pokój rozjaśnia się nagłym błyskiem - i potworny ból pozbawił go przytomności. - ...potrzebować, więc bądźcie w pobliżu - usłyszał daleki głos Tesseridge'a. Leżał na kanapie, zdrętwiały i oszołomiony elektrycznym udarem. Komandor, odprawiwszy żołnierzy, zapalił następnego papierosa i usiadł na fotelu po przeciwnej stronie. Jego spokojny wzrok spoczął na leżącym. - O ile sobie przypominam, dyskutowaliśmy o błędach, czy nie tak? Victor milczał. - Czy naprawdę myślałeś, że po to odprowadzało cię tylu doborowych futrzaków, żebyś rozkuty mógł atakować bezbronnego komandora Zjednoczonych Sił Zbrojnych i szefa Ośrodka Informacji? W ogóle nie myślałeś. Widziałeś tylko, że nie ma wartowników, że masz rozwiązane ręce, a ja nie trzymam cię na muszce. Tak właśnie postępujecie wszyscy! - głos Tesseridge'a przybierał na sile. - Jakież to proste! Najeźdźca spada z nieba, więc kula mu w łeb! Potem do lasu i znowu: kula w łeb! Kul coraz mniej, trupów coraz więcej - nic to, do krwi ostatniej, duchem zwyciężymy! Tesseridge wstał i rozpoczął swoją charakterystyczną wędrówkę z kąta w kąt. Victor, który już całkowicie przyszedł do siebie, usiadł, nie odzywając się nadal. - Wszystko rozpoczyna się od zbyt pobieżnej oceny sytuacji - kontynuował Tesseridge, uspokoiwszy się. - Ilu jest futrzaków, co? - zwrócił się nagle do Victora. - No, ilu? - odczekał chwilę, aby spotęgować efekt odpowiedzi. - Jest ich ponad trzydzieści miliardów! Trzydzieści miliardów Cesjan, silnych i zdrowych, bo to cywilizacja podtrzymująca w swoich socjostrukturach naturalną selekcję bez żadnych sentymentów. Długo by o nich mówić... i co z tego, że nie mają dobrze rozwiniętej technologii komputerowej, dzięki czemu tu jestem? Rozłożyli nas w dwa miesiące! Mogą nas nakryć samymi hełmami, a wasza śmieszna partyzantka co najwyżej przyspieszy tę chwilę. Zamiast poświęcać, trzeba ratować, ile się tylo da... - Na przykład własną skórę. - wtrącił Victor. Tesseridge zmrużył oczy. - Wiele, wiele skór... . Chodzi o to, że przez cztery lata pracy... ach, przepraszam, przez cztery lata zdradzieckiej kolaboracji nie robię niczego innego, jak tylko próbuje naprawiać wasze kretyńskie posunięcia. Bardzo to żałosne wyskoki, kiedy to jak za dawnych, przedinwazyjnych czasów bywało, zestrzeliwujecie jakiś transport lub rozwalacie paru ważniejszych futrzaków. Ale potem nie wy idziecie pod mur dla zemsty i na postrach. Idą niewinni, a nie idzie ich, jak za dawnych, dobrych czasów, stu, ale pięciuset, drugie tyle wywożą do obozów po każdej waszej "akcji". Jest ich tylu, bo... to ja właśnie wydaję rozkazy. Tak, "krwiożercza bestia Tse- se znowu szaleje! Pomścimy!". Gdyby bowiem na moim fotelu siedział futrzak, szły by na stracenie nie setki, ale tysiące. Tesseridge podszedł do stojącego pod ekranem pulpitu. - To jest terminal największego, działającego obecnie kompleksu obliczeniowego na Ziemi. Futrzaki nie mają pojęcia o maszynach tej generacji, mają natomiast zaufanie do mnie. Dzięki mojej pozornej lojalności zostałem szefem tej placówki i tylko ja znam wszystkie dane. Symulowałem już wszelkie powstania, rewolucje, zamachy, przewroty, przeanalizowałem wszystkie ich warianty. Szans nie ma. Szkoda, że nie macie chociaż części informacji, do których ja, jako członek władz okupacyjnych, mam dostęp. Może wtedy przejaśniłby się wam wzrok, bo przez przyłbice widać mało. Na razie zachowujecie się jak owi mityczni marynarze, smagający łańcuchami wzburzony ocean, który zatapia okręt - Pan za to wyrzuca ludzi za burtę, żeby zmniejszyć ciężar statku! Brawo! - Innej możliwości nie ma. W takich wypadkach jedyną etyką jest matematyka. Trzeba bilansować straty i ocalenia. Dlatego pracuję tutaj i podpisuję wyroki śmierci, starając się maksymalnie ograniczyć ich liczbę. Dzięki temu... - Tesseridge wskazał na rzędy klawiatur pod ekranem - ...mam pewność, że udało mi się zmniejszyć zagładę do minimum, do granicy, po przekroczeniu której ściągam na siebie podejrzenia, zostaję stracony, a mój następca niweczy wszystko. - Pozostaje mi zatem rzucić się przed panem na kolana z okrzykiem: "Zbawco świata, wybacz mi moją ślepotę, jutro poddaję ci całe moje wojsko!", czy tak, komandorze? - Nie przede mną, ale przed tymi, którzy pzez was umierają! Byłoby ich dużo mniej, gdybyście przestali się wygłupiać. Przez cztery lata przysługujecie się futrzakom o wiele lepiej, niż ja sam, dając im preteksty do odwetu. - Mamy zatem wyleźć wszyscy, złożyć broń i grzecznie pójść na rzeź i wówczas zbawca ludzkości, mesjasz Tse- se-rydz uratuje świat, to znaczy odwlecze jego koniec o parę lat, co sobie na komputerach wcześniej wyliczy. Zaiste... - ...lepsze będzie efektowne samobójstwo, prawda? - dokończył Tesseridge. - Lubicie to. Wystarczy urodzić się w kraju, gdzie każdy już w kołysce jest rycerzem, a po paru głębszych - bohaterem narodowym, zebrać bandę podobnych wojowników i - hajda! Victor zacisnął pięści. Tesseridge zauważył to i uśmiechnął się. - Czyżbyś chciał znowu popróbować szczęścia? Victor zmierzył go nienawistnym spojrzeniem. - Będzie pan wisiał, komandorze. - Howgh! To się nazywa duch wojownika! - stwierdził z uznaniem Tesseridge. - Ale masz krótką pamięć, wielki wodzu, muszę ci ją chyba odświeżyć. Jeszcze niedawno puściłem ci taki ładny filmik, z którego, jak widzę, nie wyciągnąłeś żadnych wniosków. Pomogę ci w tym. Jesteście całkowicie zdekonspirowani. Po prostu wielki kocioł. Umiejętne przetwarzanie informacji ma wartość ich zdobycia, futrzaki póki co potrafią to drugie, dlatego mało wiedzą. Ale dowiedzą się. Zostaniecie powyłapywani jak szczury. Victor wstał. Jego twarz nie zdradzała już żadnych emocji. Stanął przy drzwiach i przez moment wpatrywał się wtbiały prostokąt ekranu. - Traci pan swój cenny czas, komandorze. Nasza dyskusja od początku była bezcelowa. - Nic podobnego. Właśnie się do niego zbliżamy. - Bzdura! - Nie udawaj Greka. Dobrze wiesz w czym rzecz. Wiem, że wiesz. I ty wiesz, że ja wiem. - Nie bawi mnie ten bełkot. - Dobrze, powiem krótko: chodzi o powstanie. Victor zmarszczył brwi. - ...i to już wiecie? - Ja wiem - odparł Tesseridge. - Oni dowiedzą się wtodpowiedniej chwili. Victor zasępił się. - Skoro pan wie od tych swoich komputerów, czy raczej od bardziej... człowieczych źródeł informacji o jedynie elektronicznych określeniach - nazywamy takich "wtyczki" - skoro pan wie... to na cholerę ja panu? - O, nie wiem jeszcze wszystkiego. - A moja wizyta miała pogłębić stan wiadomości? Niedoczekanie! - Już się nieźle pogłębił, więcej, niż sądzisz. Jesteś mi do czego innego potrzebny. - Do rzeczy, komandorze. - Dobrze. Powstanie nie wybuchnie. Ty je odwołasz - wskazał palcem na Victora, który oniemiawszy na chwilę wybuchnął gromkim śmiechem. - Nie ma sprawy, już się robi, szefie!! Tesseridge westchnął. - Powiedz mi, czy wy naprawdę liczycie na zwycięstwo? Victor śmiał się nadal i nie odpowiadał. Komandor rozpoczął swoje charakterystyczne chodzenie tam i z powrotem z nowym papierosem w ręku. - To jest tak przykre, że aż śmieszne. Beznadziejnie śmieszne. Pytam jeszcze raz: na co wy w ogóle liczycie? Po co? Gdzie leży sens? - Sens powstania leży w powstaniu. Tesseridge zachichotał. - Jeden do jednego w obśmiewaniu. Jeżeli takie argumenty łykają twoi żołnierze, to brawo. No, ale pora na konkrety. Ja zacznę dla zachęty. Otóż stłumienie waszej rebelii zajmie nam około trzech dni. Co prawda macie siły wystarczające na prawie tygodniową walkę, lecz znając wasz rozkład pozycji, punkty węzłowe, linie komunikacyjne, a także plany, możemy się z wami uporać przez dwadzieścia cztery godziny. Dlaczego trzy dni? Po pierwsze, trochę czasu zajmie nam odciągnięcie głównych starć od większych skupisk ludności cywilnej, gdyż chodzi nam o najmniejszą liczbę ofiar. Ciekawe, czy wam też... . Po drugie, jest coś, co Cesjanie nazywają fanatyzmem, wy - "duchem", a co ja nazywam potencjałem emocjonalnym i biorę pod uwagę, gdyż ja wszystko biorę pod uwagę. Opracowałem już dokładny program działań, futrzaki wniosą najwyżej parę mniej istotnych poprawek. Według moich obliczeń, zginie około pięciu milionów ludzi plus minus pół miliona, jeśli uda mi się w całości przeforsować mój system taktyczny, w co nie wątpie. W przeciwnym razie ilość zabitych wzrośnie dwukrotnie. Odwetowych represji po powstaniu nie da się uniknąć. Spróbuje je maksymalnie zmniejszyć, przekonałem już futrzaki, że najekonomiczniejsze są obozy pracy, gdzie stosuje się halucynogeny, więc tym, którzy tam trafią, będzie jak w raju, póki się nie wykończą. Jest to najbardziej... humanitarne rozwiązanie, jakie istnieje. Wy natomiast zginiecie wszyscy od razu. To konieczne. Zresztą z tego, co od ciebie usłyszałem, mogę śmiało wnioskować, że o to wam chodzi. Załapiecie się więc na "śmierć na polu chwały". Trzy dni i po krzyku. Co ty na to? - Widzi pan ten znak? - spytał Victor, pokazując wyhaftowany na rękawie jego kurtki emblemat, przedstawiający stylizowaną, czerwoną różę. - Ładny. - Niech pan sobie wyobrazi, komandorze: idzie pan wzdłuż kwietnika i widzi pan różę. Piękną, krwistoczerwoną różę, rosnącą wśród niepozornych…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych