Victoria Spring: Historyjka o zielonym ogniu.
Jeden z wielu losów bohaterki grubszego projektu, dziejąca się poza historią główna. Trochę o paranoi, psychologia chyba też się znajdzie, storynka nieco DZIWNA.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Historyjka o zielonym ogniu.
Po raz kolejny przyszło mi spędzać poranek w ten dziwaczny, a jednocześnie sympatyczny sposób. Robię to, bo sprawia mi to przyjemność? Może. Może, ale moja prywatna, chora satysfakcja nie wlicza się do ogólnej definicji przyjemności. Robię to codziennie, zmiany są drobne, ale mój równie drobny rytuał pozwala mi je dostrzec i ewentualnie zneutralizować. Zmiany drobne, pryszczyk tu, pryszczyk tam, jeden, dwa piegi więcej wśród tych wielu rozsypanych, nie wiedzieć czemu, dokładnie i tylko na linii nosa. Ale wciąż te same, wytarte dżinsy, tęczowe skarpetki z palcami, burza rudych, grubych włosów, a między tym wszystkim chuda szyja, zniszczone dłonie i lustrujące to wszystko orzechowe, otępiałe spojrzenie. Nawet zielony odcień koszulki się nie zmienia. Tak, przeglądanie się w lustrze daje mi wręcz autosatysfakcję. Nie zostaje mi nic innego jak wciągnąć buty, zawiązać luźno naokoło szyi i rudej czupryny apaszkę i wyjść. Za drzwiami mojego przestronnego domu czeka lato, owoce na drzewach, chłodny wiatr i białe od chmur niebo. I całe miasto Nottimporta pełne Ludzi, Których Nie Znam. I ja. Maluczka ja, przeciw całemu miastu. Czy sama? Tak, sama. Arty'ego nadopiekuńcze ciotki zawiozły na ciąg serii wizyt psychiatrycznych do Szpitala im. św. Walentego. Hiava wyjechała na obóz harcerski. Zostałam tylko ja. - Viictoria! Viictoria! No tak, jest jeszcze ona. Siedzi w złotej klatce o cienkich i zarazem mocnych prętach, ma szare pióra, jest duża jak na swój gatunek i ciągle wyskrzekuje moje imię, zwyczajowe 'a o co chodzi?' lub przekleństwa wyłapane w locie. Papuga żako, imieniem Mirraoko. - Viictoria SPRING! Pora wyjść.
Szczerze mówiąc nie przepadam za wychodzeniem. Ale Arty kiedyś stwierdził, mimo wszystko trafnie, że nie mogę całe życie siedzieć w domu i gapić się na rosnące liście. Odezwał się ten, co pół życia spędził w swojej ciemni z pędzlem w ręku. Jak to zabrzmiało w dziobie Mirraoko: Atreus, nieudany Picasso. Jednak gdyby chłopak mógł 'zobaczyć' mój punkt widzenia Ludzi, Których Nie Z nam chociaż przez chwilę, zmieniłby zdanie. Chwila wystarczy. Smętne, białe kukły, dosłownie kukły, takie z kulkami w miejscach stawów, o twarzach zastygłych w formach najprostszych, teatralnych masek, odziane w kolorowe materiały, przez które wyśwituje dziura na klatce piersiowej, w której drga nieustannie szklany witrażyk w kształcie kier, prześladowałyby go w koszmarach do końca życia i jeszcze po śmierci.
Brama do parku. Szeroka, strzelista, bajecznie pozawijana, której mury ciągną się w olbrzymim okręgu, znacząc teren ledwo tkniętej zieloności, ładnie wykończonych ławek i starej kostki brukowej. Szarej, szarej jak niebo, szarej jak Ludzie. Szarej, mętnej, nieciekawej. Przechodzę przez te majestatyczne 'drzwi do lasu'. Powietrze jest tu czystsze niż gdzie indziej, aż rozbolała mnie głowa. Stęchły zapach spalin zadomowił się w moich płucach, to pewne. Pokasłując trochę przemierzam dokładnie wyznaczone ścieżki. Ludzi tutaj praktycznie nie ma. Ciekawe czemu? Wiatr jest chłodniejszy niż zwykle, to fakt, ale dzień jest ciepły. Ciepły i duszny. Jak burza ma być to będzie, nie zamierzam zaprzestać spaceru z powodu kilku kropli spadających na mnie z nieba, nie jestem z cukru. W gruncie rzeczy zawsze zastanawiało mnie, dlaczego Ludzie uciekają przed deszczem. Według naukowców życie zaczęło się w wodzie, co prawda wodzie z metanu, amoniaku i wodoru, ale zawsze wodzie. Więc tym bardziej nie rozumiem hydrofobów. Deszcz nadszedł. Niebo szybko zakryło jasne oblicze granatowym kocem, zimny już wiatr wzmógł sie niesamowicie. Chmury upuszczają deszcz na park i resztę Nottimporta, drzewa uginają się pod naporem pędzącego powietrza. Wiem jedno: takiej burzy Nottimporta jeszcze nie miało okazji zobaczyć. Nieźle przemoczona, ale i z uśmiechem przechadzam się, biegnę, podskakuję i zataczam piruety, przyglądam się, jak Ludzie uciekają z najdalszych zakątków parku ku bramie, przysłuchuję się, jak uderzający w ziemię deszcz i gwiżdżący wiatr zagłuszają skrzypienie 'drzwi do lasu'. A ja pędzę, twarz mam mokrą, włosy mam mokre, ubrania też, ale pędzę, czerwone buty o ciężkiej podeszwie łomoczą o chodnik, usta rozciągają się w uśmiechu. Park jest mój. Ku polanie naprzód! Jestem na miejscu. Moim, naszym, moim, Arty'ego i Hiavy miejscu. Nietkniętym jak zawsze, spokojnym nawet podczas burzy. Polana, w centrum której wbity jest w ziemię zgarbiony posąg, o odsłoniętych, obwisłych piersiach i pozbawiony głowy. Figura, którą w przypływie weny nazwałam Hedles. Zwalniam, zastanawia mnie jeden fakt. Co u diabła ona tam robi? Ona. Siedzi na wyszczerbionej szyi Hedles, zapatrzona centralnie w chmury i wyczekująca deszczu. Bo deszcz ustąpił. Nagle. Jestem tak przemoczona, że nawet tego nie zauważyłam. A ona siedzi, suchutka, ubrana w szkolny uniform rodem z kreskówki o Czarodziejce z Księżyca, którą pasjami oglądałam w dzieciństwie. Opasła, wzdęta powietrzem granatowa spódnica furkocze na wietrze. Dziwny dźwięk, wpada w ucho. Tylko czemu? I - co najważniejsze - czemu widzę ją, a nie białą, szaroduszną marionetkę? - Co tu robisz? - pytam. To pytanie jest ważniejsze od 'kim jesteś'. Dla mnie ważniejsze. Żadnej reakcji, totalna ignorancja. Nieboskłon wciąż jest granatowy, a jej czarne, krótkie włosy, do tej pory smagane wiatrem, cichną razem z nim. - Jestem Nakazoku X. Zastanawiam się, po co mnie o tym informuje, nie racząc nawet odpowiedzieć na moje pytanie. Owa Nakazoku X odwraca ku mnie swój wzrok piwnego koloru, zarazem podkulając nogi pod siebie i obejmując je ramionami. Nie wiem, co mam myśleć o całej tej sytuacji. Przecieram pięściami oboje oczu, po części w geście niedowierzania całej tej sytuacji, po części dlatego, że woda spływająca z mokrych włosów naleciała mi do oczu i nic nie widziałam. Skończyłam, rozglądam się wokoło. Nie ma tu śladu po czyjejś obecności, kark Hedles jest nienaruszony, niebo się przeciera. Czy to ja, czy to było naprawdę, czy to mój umysł płata mi figle...? W pierwszym odruchu odrzucam głowę do tyłu: impuls, jakby nabuzowany wyładowaniami elektrycznymi grom uderzył mnie prosto między oczy, boleśnie przeszywając mózg na wskroś. Potem była tylko ciemność.
Zapadłam w ten ciemny, lepki i gęsty budyń, zwany potocznie snem, i co w nim widzę? X. Słyszę jej furkoczącą spódnicę i widzę olbrzymie, piwne oczy wpatrujące się we mnie. Nieprzyjemne uczucie spadania ściąga mnie w granatową otchłań, to inny budyń, nie mniej lepki i nie mniej ciemny. Granatowy, furkoczący budyń. Z ociekającego strumienia X i innych porwanych myśli wyrywa mnie ostry ból, niemal wyskakuję z łóżka, a przynajmniej zrywam się. Myślę, czy to był tylko sen (sny z reguły są dziwne, nierzadko pozbawione sensu), czy to było naprawdę, a jeśli tak, to jakim cudem znalazłam się w moim pokoju, w moim łóżku, w moim domu? Spoglądam na zegarek. Jest czwarta, mama nie wróciła jeszcze z pracy, więc się jej nie spytam. - Mirra, a może ty wiesz, co tu się stało? - pytam, jakby ptak nagle miał otworzyć drzwiczki klatki, poprawić pióra i opowiedzieć mi całą historię. Na szczęście tak się nie stało. Żako się na mnie obraziła, bo zapewne całe zdarzenie było prawdziwe, a co za tym idzie - zostawiłam ją samą na jakieś półtorej godziny. Papugi to zaiste niezwykle ludzkie stworzenia. I niezwykle fochliwe. Nagle coś muska mnie w tył głowy. Odwracam się, i na głowę zlatuje mi papierowa girlanda w kształcie białych kwiatów. Na początku myślę, że to miłe, ale... ...ale ktoś sobie ze mnie okrutnie zażartował. Kwiaty. Ten jeden powtarzający się kwiatowy wzór to kamelia. Kwiat, który nie pachnie. - Nakazoku X! Nakazoku X! NAAKAZOKU! Nawet papuga jest przeciwko mnie, przypominając mi imię dziewczyny maltretującej nieszczęsną Hedles. Tylko... Skąd Mirraoko zna jej imię? - Granatowy furrkoczĄcy BUDYŃ! Ten dzień robi coraz dziwniejszy.
Gnam w stronę parkowej bramy, celem poszukania jakiś dowodów, że Nakazoku
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Shibiki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…