W kręgu śmierci
Losy nastolatki, która wyjechała z Polski do Londynu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nie potrafię przestać o tym myśleć, ciągle mam w pamięci ten widok i krzyk mojej matki, która znalazła go w toalecie. Wyglądał, jakby unosił się w powietrzu, a ona krzyczała: „Dlaczego nas tu zostawiłeś? Dlaczego nas zostawiłeś?!”. To wciąż wraca, obrazy, sceny i to poczucie winy za wszystko, co się później zdarzyło.
To ja widziałam go po raz ostatni. Przed oczami ciągle widzę, jak się do mnie uśmiecha i macha mi na pożegnanie, po czym zamyka za sobą drzwi do toalety. Miałam wtedy pięć lat i cztery miesiące. Byłam jego ukochaną córeczką. Pamiętam, że zawsze bardzo go kochałam. Był dla mnie dobry i czuły. Mówił, że jestem jego oczkiem w głowie, małą dziewczynką. To było niedzielne popołudnie. Mama ugotowała kapuśniak. Zjadłam i poczułam, że muszę iść do toalety. Ale drzwi były zamknięte. Miałam jednak swoją metodę. Otworzyłam drzwi monetą. Ojciec wisiał obok muszli klozetowej. Spojrzałam na niego i powiedziałam: „Tatusiu przepraszam, ale już nie mogłam wytrzymać”. Nic nie odpowiedział więc usiadłam na muszli i zrobiłam kupę. Spuściłam wodę, umyłam rączki i wróciłam do kuchni, do mamy. Na drugie danie były naleśniki. Mamusia spytała gdzie jest ojciec. Powiedziałam, że dynda w toalecie. Zawołała go, ale nie przychodził, więc poszła za nim. Potem pamiętam jej rozpaczliwy krzyk. Dopiero wtedy zrozumiałam, że coś było nie tak.
Matka nigdy mnie nie kochała. Była samolubną, złą kobietą. To przez nią ojciec się powiesił. Jedyne, co jej zawdzięczam, to uroda. W pięknym, obdarzonym anielską twarzą ciele matki, mieszkała zimna dusza. Doskonale potrafiła udawać miłą osobę, dzięki czemu nie miała wrogów i wszyscy ją lubili. Faceci za nią się oglądali i mogła mieć praktycznie każdego, na którego miałaby ochotę. Miała w sobie ogromne pokłady seksapilu. Często słyszałam, że jestem do niej podobna. Nie zasługiwała na takiego człowieka jak mój ojciec. Nie potrafiła dostrzec w nim niezmierzonej czułości i dobroci. Tata nigdy się nie denerwował, a jeśli nawet, to nigdy nie okazywał wzburzenia. Jestem pewna, że musiał przechodzić piekło z tą jędzą. Zawsze miał dla mnie czas. Powinien był zostawić tę czarownicę i zamieszkać ze mną. Opiekowałabym się moim tatkiem jak najlepsza na świecie córka. Wierzę, że bylibyśmy bardzo szczęśliwi. Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, dlaczego odszedł. Zastanawiam się, czy jako dziecko byłam w stanie obronić go przed matką. Gdybym była trochę starsza, na pewno by do tego nie doszło. Tak bardzo mi go brakuje.
Kiedy poszłam do gimnazjum, ona poznała Bronka. Na początku nawet się ucieszyłam, że ta wredna jędza znalazła sobie kogoś. Liczyłam na to, że da mi wreszcie trochę spokoju. Odkąd ojciec odszedł matka całą swoją złośliwą naturę skoncentrowała na tym, by wyhodować mnie na swojego klona. Ciągle słyszałam: „Gdy byłam w twoim wieku...” albo „Ja nie miałam tyle, co ty”. Co niedziela chodziłyśmy ze świętymi minami do kościoła, a w domu odgrywało się prawdziwe piekło. Bronek był zupełnym przeciwieństwem mojego tatusia. Ciągle zapracowany, znacznie niższy, miał rozbiegane spojrzenie i wielki brzuch. Ta wredna jędza ciągle coś mu tam warzyła, a on pochłaniał jak odkurzacz to, co znalazło się w okolicach jego otworu gębowego. Wyglądał naprawdę obrzydliwie. Na dodatek ubierał się jak ostatni wieśniak. Wstyd było się z nim pokazać, nawet na niedzielnej mszy. Za to matka wpatrzona była w niego jak w obrazek. Bronisław miał własną firmę. Całe swoje dotychczasowe życie spędził na budowaniu przedsiębiorstwa. Dało mu to kupę kasy, której jednak nie potrafił wydawać. Nowy facet mojej matki był bardzo oszczędnym człowiekiem. Nigdy nic mi nie kupował, za to założył lokatę posagową. Ludzie włazili mu w tyłek. Wszyscy wiedzieli, że miał pieniądze. Nie wiem, skąd o tym wiedzieli, bo nie było tego po nas widać.
Moje nadzieje na spokojne życie szybko okazały się płonne. Bronek wprowadził się do naszego domu i zaczął ustanawiać swoje rządy. Na początek razem z jędzą powyciągali z szafy wszystkie rzeczy taty. Nic nie pasowało na Bronka. Spodnie miały za długie nogawki i były za wąskie w pasie. - Wyrzućmy to wszystko albo spalmy - powiedziała matka. - Oddajmy to lepiej do czerwonego krzyża, szkoda wyrzucać - ocenił Bronek. - Zostawcie te rzeczy! To należy do mojego ojca - głośno zaprotestowałam. Oboje spojrzeli na mnie ze zdziwieniem, a ja wydarłam z rąk konkubenta matki spodnie mojego taty, krzycząc przez łzy: - Nigdy się nie zmieścisz w jego spodnie, bo jesteś za gruby i za niski! Wystarczy, że wchodzisz w jego żonę! - wyrzuciłam to z siebie, po czym wybiegłam z płaczem i zamknęłam się w swoim pokoju.
Ostatecznie ubrania po moim tatusiu zostały spakowane w czarne worki i zniesione do piwnicy. Bronek wrzucił do kieszeni spodni ojca białe kostki naftaliny, żeby, jak to ujął, „łachów nie zeżarły mole”. Ten cap miał bardzo praktyczne podejście do życia. Znał się na wszystkim i wiedział wszystko lepiej. Taki filozof z ludu, z receptą na każdy problem. W wolnym czasie naprawiał krany, malował ściany i ulepszał meble. Na miejscu mojej matki nigdy bym nie pozwoliła nawet dotknąć się takiej kreaturze. Był dla mnie obleśnym starym zgredem. Kiedy czasem w nocy słyszałem rytmiczne skrzypienie łóżka w ich sypialni, zbierało mi się na wymioty. Gdyby próbował mnie kiedykolwiek dotknąć tymi swoimi obleśnymi, porośniętymi czarnymi włosami łapami, to odrąbałabym mu tę kończynę bez zastanowienia. Tak bardzo mnie brzydził. Moja matka była natomiast bardzo atrakcyjną kobietą. Nie wiem, dlaczego zdecydowała się na życie z takim dziadem jak Bronek. Na dodatek zaszła z nim w ciążę. Z przerażeniem pomyślałam, że moje rodzeństwo będzie miało geny Bronka. Wyobraziłam sobie małego, spasionego chłopczyka o pucułowatej buźce, skośnych od zatłuszczonej twarzy oczkach, paluszkach jak paróweczki i rączkach jak bochenki chleba. Mały potworek, Bronio-bis. Takie coś miało być moim braciszkiem.
Na dnie szafy z ubraniami ojca znajdowała się jeszcze stara tekturowa walizka. Przemyciłam ją do swojego pokoju. Był wieczór. Matka z Bronkiem wyszli do szkoły rodzenia. Zostałam w domu sama. Wysunęłam spod tapczanu kuferek. Był dla mnie jak kapsuła czasu. Pod tekturową pokrywą znajdowały się rzeczy człowieka, którego już od tak dawna nie było wśród żywych. Były tam różne papiery po ojcu, które matka spakowała zaraz po pogrzebie. Chyba przez cały okres od śmierci taty nikt nigdy nie otwierał tej walizki. On odszedł już ponad dziesięć lat temu, a ja ciągle pamiętam jego uśmiech, ciepło jego dłoni. Był bardzo przystojnym mężczyzną, około metr osiemdziesiąt wzrostu, ciemne i gęste włosy. Miał zielone oczy sklepione czarnymi, grubymi brwiami. Był szczupły, ale muskularny. Pamiętam, jak leżąc na plecami trzymał mnie na wyciągniętych do góry rękach i mówił coś do mnie, dziś już nie pamiętam co. Ale doskonale pamiętam jego szczery, szeroki uśmiech i przepełnione miłością do mnie oczy. Otworzyłam zakurzoną walizkę. Na ciele poczułam gęsią skórkę. Na samym wierzchu sterty pachnących kurzem papierów było zdjęcie moich rodziców. Na starej, trochę wyblakłej fotografii była para szczęśliwych, obejmujących się ludzi. Ojciec, wyraźnie wyższy od mojej mamusi, obejmował ją w pasie, przytulając delikatnie do siebie. Ona z głową wtuloną w jego tors, uśmiechała się z wyrazem spokoju na twarzy. Z tyłu zdjęcia znajdował się napisany ręką mojego taty wiersz:
Kocham Cię i tęsknię, Chciałbym przytulić się i poczuć znowu twoje ciepło Cały jestem pragnieniem Nie potrafię dać Ci tego, czego potrzebujesz Więc Ty także pozbawiasz mnie siebie Ty pierwsza odeszłaś Nie wiń mnie więc, że nie chcę być tu sam. Odchodzę tam, skąd już nie wrócę jeśli kiedyś za mną zatęsknisz zapal za mnie świeczkę i zmów modlitwę.
Spojrzałam głęboko w oczy uśmiechniętemu przystojniakowi ze zdjęcia. Tato, nie byłeś sam. Dlaczego nie zostałeś ze mną? Tak bardzo chciałabym, żebyś mnie przytulił, brakuje mi twego ciepła... Poczułam na policzku łzy. Kropla spadła na zakurzoną fotografię wprost na twarz mojego ojca i spłynęła po zdjęciu, tak jakby on także płakał. Tak bardzo go kocham. Czuję, że mnie nie porzucił. Jest tu ze mną. Jego duchowa obecność chroni mnie przed całym złem tego świata. Dlaczego ciałem musiał odejść na zawsze tam, skąd nie ma powrotu? Pozostała mi tylko stara fotografia, z której uśmiecha się do mnie przystojny mężczyzna o zniewalającym spojrzeniu. Wszystko przez tę wredną jędze. To ona zabiła mojego ojca. Nienawidzę jej. „Co za zimna i bezwzględna suka” - pomyślałam. Zamieniła takiego faceta jak mój ojciec na jakiegoś Bronka.
- Kochanie, proszę chodź ze mną do piwnicy - zwróciła się do mnie matka. Wstałam leniwie z kanapy i wyłączyłam telewizor. Zeszłyśmy powoli na dół. Matka była już w siódmym miesiącu i ciężko jej było się poruszać. Podobno płód rozwijał się normalnie, ale w jej wieku każda ciąża traktowana była jako ryzykowna. Mimo tego starała się prowadzić normalny tryb życia. Nie zgodziła się na leżenie w łóżku. Prała, gotowała i chodziła na spacery. W piwnicy stanęła naprzeciwko wysokiego regału zrobionego przez Bronka, na którym poustawiane były przetwory. Matka starała się sięgnąć po kompot truskawkowy, stojący na samej górze. Stopę postawiła na najniższej półce i wyciągnęła rękę w stronę zakurzonego słoika. Zauważyłam, że pod wpływem ciężaru matki regał zaczął się chybotać. Delikatnie pchnęłam drewnianą konstrukcję, która runęła na bok. Na uwięzioną pod przewróconym regałem ciężarną posypały się jak lawina słoiki z przetworami. - O Boże! Dobrze, że nic się nie stało! - krzyknęła spod przewróconego regału przerażonym głosem matka. - Ale się załatwiłaś – powiedziałam, nie bez satysfakcji. Chciałam, żeby coś jej się stało. To ona była winna śmierci mojego tatusia. To niesprawiedliwe, że jego już nie ma, a ona żyje sobie od nowa z innym facetem i zamierza urodzić mu dziecko. Matka spojrzała mi w oczy i powiedziała instruującym tonem. - Spróbuj odsunąć ten regał, ale ostrożnie, żeby nic nie uderzyło mnie w brzuch. Patrzyłam w milczeniu jak próbowała się wyczołgać ze swojej pułapki. Wyraźnie zirytowana zwróciła się do mnie podniesionym głosem: - No, pomóż mi! Rusz się albo zawołaj Bronka. Spojrzałam na nią z niesmakiem i powiedziałam: - Pomóc ci? A ty pomogłaś ojcu, kiedy tego potrzebował? - O czym ty mówisz, córeczko? - O tym facecie, z którym miałaś dziecko. O moim tacie. Doprowadziłaś go do takiego stanu, że musiał się zabić. Zaszczułaś go. - Córeczko, twój tata miał depresję. Kochałam go tak samo jak ty, ale on zupełnie się pogubił. Nie wychodził prawie z domu, nie pracował. Nie mieliśmy pieniędzy... - To zabiłaś go dla pieniędzy? Bo stał ci na drodze do szczęścia z bogatym Bronkiem? Mój tato musiał zginąć, bo był biedny? - O czym ty mówisz, córeczko? Nie chciałam jego śmierci! Bronka poznałam długo po pogrzebie twojego ojca. On nie ma z tym nic wspólnego! - tłumaczyła przerażona moim spojrzeniem matka. - To ty go zabiłaś, suko - wyszeptałam. Podniosłam z podłogi masywny słoik z truskawkowym kompotem i z całej siły walnęłam nim w głowę mojej matki. Momentalnie przestała się ruszać. Na jej twarzy pojawiła się krew zmieszana z rozgotowanymi owocami. Kawałki szkła rozsypały się po podłodze. Odruchowo odwróciłam głowę, ale po chwili spojrzałam na nią i pomyślałam, że wreszcie stała się sprawiedliwość. Mój ojciec był wspaniałym człowiekiem, a ta jędza doprowadziła go do samobójstwa. Teraz sama leżała martwa w kałuży krwi i słodkiego kompotu truskawkowego. Los sprawił, że zapłaciła za to, co spotkało mojego tatusia. Ja tylko troszeczkę pomogłam przeznaczeniu. „Chciałaś wiedźmo, żebym zawołała Bronka?” - wyszeptałam, pochylając się nad zwłokami mojej matki i wydarłam się na cały głos: - Ratunku, o Boże, Bronek! Ratuj! Mama, Bronek, Jezu ona chyba nie żyje. Mamo, mamusiu, mamuniu...
Po śmierci mojej matki Bronek całkowicie się załamał. Nie było mi go żal. Przez niego straciłam rodziców, najpierw tatusia potem mamusię. Gdyby nie on, moi rodzice prawdopodobnie by żyli. Przypięłam na macie obok łóżka zdjęcie znalezione w kuferku ojca. Co noc zasypiając spoglądałam na fotografię moich rodziców i modliłam się za nich. Na pewno są teraz razem w niebie i opiekują się mną z góry. Bardzo mi ich brakowało.
W dalszym ciągu mieszkałam w naszym domu z kochankiem tej jędzy. Bronek zaczął pić na umór, prawie nie trzeźwiał. W łazience często znajdowałam zaschnięte wymiociny, a jego brudne skarpetki i majtki walały się po całym domu. Na ogół leżał zarzygany na tapczanie do góry brzuchem i spał z otwartymi ustami. Stracił swoją firmę, a zgromadzony majątek szybko topniał. Nienawidziłam go z każdym dniem bardziej i bardziej, jednak jego pieniądze były jedynym moim źródłem utrzymania. Byłam skazana na życie z nim pod jednym dachem. Sama nie dałabym rady. Czasami zdarzało się, że wracał do domu trzeźwy. Siadał wtedy ze mną przy stole i próbował rozmawiać.
- Posłuchaj, kochanie, jesteś już prawie dorosła. Chciałbym cię o coś poprosić. - O co? - zapytałam zupełnie bez zainteresowania. - Wiesz, nie ogarniam tego wszystkiego. Odkąd twoja mama odeszła, zawalił się mój świat... - Mów o co chodzi - przerwałam zniecierpliwiona. - Chciałbym, byś zajęła się płaceniem wszystkich rachunków. Dam ci upoważnienie do korzystania z mojego konta bankowego. Wiem, że jesteś rozsądną dziewczynką i można ci zaufać. Jak widzisz, ja już sam sobie nie ufam... Obwiniam się o śmierć twojej mamusi i braciszka. To moje skąpstwo. Chciałem zaoszczędzić i zamiast kupić normalne solidne regały zrobiłem półki sam. To nie musiało się tak skończyć... - rozpłakał się. Podeszłam do niego, położyłam mu rękę na ramieniu i powiedziałam ciepłym głosem. - Nie, wujku. To nie ty ją zabiłeś. Pójdziemy rano i podpiszesz wszystkie dokumenty. Tylko nie pij już dzisiaj, bo nie będziemy mogli jutro tego załatwić. Bronek spojrzał na mnie ufnie i spytał: - Naprawdę uważasz, że to nie ja ich zabiłem? - Nie. To nie byłeś ty.
Następnego ranka poszliśmy do banku i Bronek przepisał na mnie swój rachunek bankowy. Forsy starczyło tylko do matury. Skończyłam szkołę i postanowiłam uciec z piekła, w którym żyłam, gdzie wszystko kojarzyło mi się z tragicznym odejściem moich rodziców. Poza tym miałam już dosyć tego zapijaczonego tłuściocha, który przepijał cały swój majątek. Zdecydowałam się na wyjazd za granicę. Przed wyjazdem postanowiłam zakończyć pewną sprawę, która nie dawała mi spokoju od lat. Ze względu na pamięć o rodzicach, musiałam ukarać tego zapijaczonego degenerata za to, co stało się z moją rodziną. Była czwarta rano. O dziesiątej odlatywał mój samolot do Londynu. Bronek jak zwykle leżał pijany na wersalce. Dyszał głęboko, pochrapując. Jego wielki tłusty brzuch unosił się i rytmicznie falował. Gdybym przyłożyła teraz do jego twarzy poduszkę, to po kilku minutach przestałby oddychać na zawsze. Bałam się tak zrobić, bo zalany w trupa Bronek był jednak silnym mężczyzną. Mógł mnie odepchnąć, uderzyć. Poza tym brzydziłam się jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z nim. Nie chciałam go dotykać. Za kilka godzin i tak zniknie z mojego życia na zawsze i nigdy już nie zobaczę tego pijaka, który próbował zająć miejsce mojego ojca. Już samo to wystarczyło, by życzyć mu jak najgorzej. Na pożegnanie kupiłam mu butelkę alkoholu metylowego.
- Bronek, pobudka, wstawaj pijaku. Śpiący mężczyzna praktycznie nie zareagował. Kopnęłam go w bok z całej siły. Obudził się zdezorientowany i zaczął coś mamrotać. - Co się stało? Co się dzieje? - Nic, maturę zdałam, musisz to opić - powiedziałam stawiając szklankę metanolu na nocnej szafce przed na wpół przytomnym Bronkiem. - To dobrze, córeczko, że zdałaś, ale ja już nie mogę pić. Innym razem opijemy. Znowu dostał kopniaka. Tym razem poczuł, bo usiadł i przetarł oczy. - Pij, wujek, za moją maturę - powiedziałam zdecydowanym tonem. Bronek wychylił szklankę jednym łykiem i otarł twarz dłonią. Polałam mu drugą, mówiąc: - A teraz strzemiennego. - Jak to strzemiennego? - A tak to, wyjeżdżam. Pij. - Dokąd wyjeżdżasz? - zapytał, wypijając kolejną porcję alkoholu. - Do Londynu – odpowiedziałam, nalewając kolejną porcję metanolu do naczynia. - Na drugą nóżkę, wujek. Bronek wypił kolejną szklankę, przetarł oczy i zapytał z wyrazem zakłopotania na twarzy. - A kto się teraz mną zajmie? Spojrzałam mu głęboko w oczy. Nie widziałam na razie żadnych objawów zatrucia. Wyglądał zupełnie normalnie. To znaczy uchlany jak świnia, ale żywy. - Wujek, widzisz mnie? - Jesteś taka piękna, zupełnie jak mama. Bez słowa nalałam jeszcze jedną szklankę, którą wypił praktycznie duszkiem. Butelka była pusta, a on ciągle żył. Spojrzałam na zegarek. Mój czas się kończył. Musiałam powoli zbierać się do wyjścia. - Wujek, słabo wyglądasz. Dam ci jakąś tabletkę - Dobrze, córeczko. Rzeczywiście, jakoś mi słabo. Pobiegłam do łazienki. W szafce koło lustra znalazłam pół opakowania paracetamolu. Były tylko cztery tabletki. „Musi wystarczyć” - pomyślałam. Kiedy wróciłam, on znowu leżał na tapczanie i chrapał. Nie było nic do popicia, pobiegłam więc do kuchni po wodę. - Wujek, wstawaj, mam te tabletki. Weź cztery, bo kiepsko wyglądasz. Mężczyzna łyknął posłusznie paracetamol popijając go wodą, potem padł na tapczan i zachrapał głośno. Pozostało mi się tylko modlić, by tabletki zadziałały. Już nic więcej nie miałam czasu zrobić. Wychodząc z domu zgasiłam światło, mówiąc do siebie samej pod nosem: „Jemu już światło nie będzie potrzebne. Żegnaj, Bronek”.
Co mogła robić sama w Londynie dziewiętnastolatka z Polski? Praktycznie wszystko, ale ja zostałam sprzątaczką. Moja mop-mama dała mi na początek kilka adresów i godziny, w których miałam odwiedzać mieszkania i sprzątać. Praca nie była specjalnie ciężka. Najtrudniejsze było odnalezienie właściwego adresu. Od klientów otrzymywałam klucze do mieszkań i sprzątałam bez jakiegokolwiek nadzoru. Zazwyczaj nie przemęczałam się w pracy, bo trafiały mi się czyste miejsca. W dodatku miałam kilka swoich tricków, dzięki którym wszyscy byli ze mnie zadowoleni. Zawsze kierowałam rurkę odkurzacza tylko za drzwiami od pokoi, tam, gdzie na ogół przezorne gospodynie sprawdzały. Polerowałam w zasadzie tylko krany i inne połyskujące powierzchnie, na których widać było brud, rozkładałam w różnych miejscach zapachowe chusteczki higieniczne i tyle. Dwugodzinne porządki zajmowały mi dziesięć minut. Potem oglądałam telewizję, podjadałam z lodówki albo kąpałam się w pięknych łazienkach w domach ludzi, dla których pracowałam. Tylko jeden klient był zupełnie inny. Mieszkający w znajdującej się trochę na uboczu dzielnicy Blackheath stary angielski gentleman wyglądał na około siedemdziesiątkę. Mieszkał sam w wielkim wiktoriańskim domu. Wysoka na dwa piętra strzelista nieruchomość stała ostatnia w szeregu podobnych. Otoczony trochę zaniedbanym ogrodem dom, wyglądał jak neogotycki zamek. Mur wokół posesji obrośnięty był dzikim bluszczem, a stalowa furtka wejściowa skrzypiała przy otwieraniu. Zapukałam do czarnych masywnych drzwi, które po chwili otworzył wysoki, elegancko ubrany w jasne kremowe spodnie i granatową marynarkę klubową ze złotymi guzikami, staruszek. - Dzień dobry, przyszłam u pana posprzątać. - Jak się masz? - zapytał kurtuazyjnie właściciel domu. - Dobrze, od czego mam zacząć? - Zacznij od początku - zażartował i zaproponował, bym rozpoczęła pracę od wypicia herbaty i chwili rozmowy z nim. Zgodziłam się ze zdziwieniem, bo na ogół klienci w pośpiechu mówili mi w trzech słowach co mam zrobić, po czym zostawiali klucze i wychodzili. Nikt wcześniej nie proponował mi herbaty. Weszliśmy do sklepionego wysokim sufitem salonu z kominkiem. Pomimo że na zewnątrz było bardzo ciepło, w domu panował przyjemny chłód, a w kominku palił się ogień. Wnętrze domu, także utrzymane w neogotyckim stylu, przypominało muzeum. - To może ja zaparzę herbatę? - zaproponowałam usłużnie. - Nie, dzisiaj jeszcze jesteś moim gościem. Poza tym nikt nie zaparzy herbaty tak dobrze, jak prawdziwy Anglik. Uśmiechnęłam się zmieszana i usiadłam w salonie w starym, wykonanym z wiśniowej skóry fotelu. Rozglądałam się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. W całym domu było mnóstwo różnych bibelotów: porcelanowych figurek, starych sepiowych fotografii w złoconych ramkach, szkatułek, starych książek i gazet poukładanych jedne na drugich. Pomimo pewnego chaosu, w domu było czysto. Nie było widać brudu ani nawet kurzu. - Ma pan bardzo ładny dom. - Jego najlepsze lata niestety już minęły - odpowiedział mężczyzna i po chwili pojawił się w salonie niosąc tacę, na której były dwie filiżanki z przepięknej, ręcznie malowanej porcelany, cukierniczka ze złotą łyżeczką i dwa porcelanowe czajniczki. - Przepraszam, że to trwało tak długo, ale ja zawsze przywiązuję bardzo wielką wagę do sposobu w jaki przygotowywana jest herbata. To nasza narodowa tradycja. Zalewam listki herbaty gorącą, ale nie wrzącą wodą do połowy czajniczka i odstawiam na pięć minut. Potem dopiero dolewam wrzątku do pełna. Tak smakuje najlepiej. Starszy pan podniósł mniejszy czajniczek i wlał do filiżanek mleko. Uśmiechnęłam się zakłopotana i uciekłam wzrokiem od jego pytającego spojrzenia. Nie pijam herbaty z mlekiem, ale byłam tak onieśmielona nienagannymi manierami i pewnym rodzajem wrodzonego dostojeństwa serwującego mi herbatę starszego dżentelmena, że nie śmiałam mu odmówić. Mężczyzna dolał do filiżanek z mlekiem bursztynowego płynu i podał mi napój wprost do rąk. - Proszę, mów do mnie Christopher. - Joasia, bardzo mi miło - dygnęłam w grzecznościowym ukłonie. - Podoba ci się u mnie? - Tak, proszę pana. - Mieszkam w tym domu od urodzenia, a przedtem mieszkali tu moi rodzice i ich rodzice, czyli moi dziadkowie. Mogę powiedzieć, że ten dom jest w naszej rodzinie od zawsze. Niestety, już niedługo. - Dlaczego? - zapytałam ze zdziwieniem. - Bo historia mojej rodziny dobiega końca. Ja mam już dziewięćdziesiąt lat i nie mam potomka. Razem ze mną ród wygaśnie, a dom przejdzie w ręce kościoła. Może uda mi się dostać za niego trochę lepsze miejsce w niebie - zażartował Christopher. - Niech pan tak nie mówi - powiedziałam ośmielona bezpośredniością mojego rozmówcy. - Miałaś mi mówić Christopher - zaprotestował mężczyzna. - Kiedy takie młode panny mówią do mnie „pan”, to czuje się już stary. Oboje roześmialiśmy się serdecznie. Poczułam ogromną sympatię do tego człowieka. Miał nienaganne maniery, był dla mnie bardzo miły i serdeczny, a smak angielskiej herbaty z mlekiem wprawił mnie w dobry nastrój. - Mam nadzieję, że nie zanudzę cię swoimi historiami? - Nie – zaprotestowałam. - Proszę opowiadać. Bardzo miło mi pana słuchać. - Kiedy miałem tyle lat, co ty, wybuchła wojna. Hitler napadł na twój kraj, a mój postanowił stanąć w waszej obronie i wypowiedział nazistom wojnę. Nie zdawaliśmy sobie jeszcze wtedy sprawy z konsekwencji tego wszystkiego. Nikt nie był przygotowany na to, co nadejdzie. Byłem zakochany w najcudowniejszej dziewczynie na świecie – Nathaly. Ciągle widzę jej błękitne jak wody Pacyfiku oczy z ciemnooliwkowymi źrenicami. Miała cudownie bladą i delikatną jak majowy śnieg skórę. Jej anielsko subtelna twarz, zawsze uśmiechnięta, jakby obramowana miedzianymi lokami, ciągle jest dla mnie wspomnieniem tak żywym, że gdy o niej pomyślę... - zauważyłam łzy w oczach starca. Położyłam dłoń na jego ręce i uśmiechnęłam się ze współczuciem. Musiał ją naprawdę kochać, skoro siedemdziesiąt lat później ciągle tak bardzo się wzruszał na samo wspomnienie o niej. - Co było dalej z Nathaly? - zapytałam. - Zginęła w trakcie niemieckiego nalotu na Londyn. Byliśmy umówieni w sobotnie popołudnie na spotkanie przed figurką Anterosa na Piccadilly Circus. To była piękna sierpniowa noc. Hitlerowskie bombowce odebrały mi ją na zawsze. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Dom, w którym mieszkała, został trafiony niemiecka bombą. Tak naprawdę ona ciągle żyje we mnie. Czasami mam poczucie, że jest tu gdzieś ze mną i za chwilę wyjdzie z łazienki owinięta w wielki biały ręcznik i zacznie rozczesywać swoje piękne rude włosy. Mam wrażenie, jakby
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Surmaczynski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…