Wróć do katalogu

W Przyszłość (2012,5)

Post-apo które zaczęło się rozwijać po obejrzeniu (sic!) filmu 2012...

janko, opublikowano , 1 godz. 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W Przyszłość (2012,5)

***

Kama właśnie skończyła nocną zmianę w szpitalu. Było bardzo późno, chciała już tylko szybko wrócić do domu. Od wybuchu epidemii opustoszałe, nocne ulice miasta przerażały ją. Szybko podeszła do stojącej na parkingu Toyoty, otworzyła drzwi i wsiadła. Torbę rzuciła na siedzenie pasażera i uruchomiła silnik. Smugi światła z reflektorów na chwilę omiotły szare ściany szpitala. Przez chwilę prowadziła po wyboistym parkingu, by wyjechać na drogę. Nie było widać żadnego innego samochodu. Wjechała na środkowy pas i przekraczając dozwoloną prędkość zmierzała w kierunku samotnej kawalerki, którą wynajmowała na przedmieściu. Światła drugiego samochodu dostrzegła w lusterku, dopiero gdy ten wjechał, kilkaset metrów za nią, na ten sam pas. Chwilę później, chyba z tego samego zaułka, wyjechał drugi znacznie większy pojazd. Tylko dzięki temu zobaczyła, że pierwszy z samochodów ma coś na dachu. Policja! Zwolniła do dozwolonej prędkości. Radiowóz zbliżał się dość szybko, zjechała na prawy pas w nadziei, że pomknie dalej. Niestety. Gdy tylko ją wyprzedził włączył „koguta”. Zatrzymała się na poboczu i wyłączyła silnik, czekając aż policjant do niej podejdzie. - Proszę wysiąść z samochodu. – Głos policjanta był miły, ale stanowczy. - Wracam z pracy, przepraszam, że jechałam nieco za szybko – mamrotała wysiadając i uśmiechając się szeroko. - Proszę wsiąść do radiowozu. – Czyli chodziło im o alkomat… Zauważyła, że duża ciężarówka, która jechała za policjantami, zatrzymała się zaraz za radiowozem i zgasiła światła. Zauważyła też, że na tylnym siedzeniu samochodu, do którego ją prowadzono, ktoś siedział. Policjant nie zamknął za nią drzwi tylko się pochylił jakby chciał przykucnąć. W tej chwili poczuła ukłucie w ramię. Niemal natychmiast wszystkie jej mięśnie zwiotczały a obraz przesłoniła gęstniejąca mgła. - Ratu… - głos uwiązł w gardle, oczy zeszkliły się od napływających łez rozpaczy. Z ciężarówki wysiadło dwóch ludzi ubranych w białe kombinezony, podeszli do radiowozu i przy pomocy jednego z policjantów podnieśli wiotkie ciało dziewczyny. - Niezła sztuka, warto było – powiedział jeden z nich przyglądając się kształtnej figurze ofiary. – Dawaj jej teczkę.

****

- Kapitanie, mamy tu chyba problem. Jest ze mną pan Dufe z ochrony linii. Chce z panem rozmawiać. - Nawet przez telefon było słychać, że stewardesa jest zdenerwowana. - Pan Dufe? A co to za jeden? – zapytał. - Nie wiem, już go panu daję. – Przez chwilę było słychać jakieś trzaski, chwilę później odezwał się stanowczy, męski głos. - Witam, kapitanie. Mamy tu poważny problem. Trójka pasażerów jest zarażona, już to sprawdziliśmy. Proszę skontaktować się z kontrolą lotów i potwierdzić moją tożsamość. Mój numer to WJ-54-AH. Potem wejdę do kokpitu i przekażę panu dalsze instrukcje. Drugi pilot spojrzał na niego pytająco. Skinął tylko głową. Bob latał z nim od prawie dwóch lat i rozumieli się niemal bez słów. - Kontrola lotów, tu lot numer pięćset siedemdziesiąt dwa do Vancouver, mamy na pokładzie człowieka o nazwisku Dufe, twierdzącego, że pracuje, jako agent ochrony. Jego numer to WJ-54-AH. Przesyłam numer identyfikacyjny z terminala. – Drugi przez chwilę stukał w klawiaturę, a potem ze skupioną miną nasłuchiwał wiadomości zwrotnej. Spojrzał na kapitana i skinął głową. – Szybko potwierdzili, ale wszystko się zgadza, Jack. - Proszę wejść do kokpitu, panie Dufe – powiedział do mikrofonu. Drzwi otworzyły się, wystraszona stewardesa przepuściła przez nie niezbyt wysokiego jegomościa ubranego w trzyczęściowy garnitur. Wyglądał raczej na biznesmena niż agenta. - Kapitanie, proszę skierować się na te współrzędne. – Dufe podał mu kartkę przypominającą wizytówkę z wydrukowaną pozycją geograficzną. - Co mam powiedzieć pasażerom? - Nic, zaraz rozwiążemy ten problem. – Głos był bardzo spokojny. Właściwy człowiek na właściwym stanowisku. – Za chwilę przyjdzie mój współpracownik, zejdzie do luku. Musimy upewnić się, że na pokładzie nie wybuchnie panika. Lepiej, żeby wirus się nie rozprzestrzenił. W drzwiach zmaterializował się kolejny mężczyzna ubrany w niemal identyczny garnitur z małym neseserem. Z wprawą otworzył luk w podłodze i wsunął się do niego. - Proszę odizolować kokpit od reszty samolotu. Wprowadzimy środek usypiający do systemu klimatyzacji kabiny pasażerskiej. Lepiej dla nas wszystkich, by panowie pozostali przytomni. – Dufe nadal nie zmienił wyrazu twarzy. - Chce pan uśpić pasażerów? To chyba nie jest standardowa procedura? – zapytał kapitan. - Wie pan, że ma wykonywać moje polecenia. – We wzroku agenta pojawiła się natarczywość. – To tylko działania prewencyjne. Proszę nakazać wszystkim usiąść na miejscach i zapiąć pasy, także załodze. Jack spojrzał na drugiego, ten tylko skinął smutno głową. Kapitan wykonał polecenie. Odczekali dłuższą chwilę. Kilka przełączników zmieniło położenie i kokpit został odizolowany od reszty samolotu. Parę minut później w całym samolocie, pozostało tylko czworo przytomnych ludzi. Reszta pasażerów i załogi zapadła w błogi sen. Lot trwał niemal godzinę. W tym czasie agent nie odezwał się już ani słowem. Stał za fotelami i przyglądał się beznamiętnie horyzontowi widocznemu za oknami. Celem okazała się tyć stara, opuszczona baza lotnicza. To znaczy, powinna być opuszczona, ale przy końcu pasa, na którym lądował samolot zgromadziła się kawalkada samochodów. Były tam dziwne ciężarówki, kilka wojskowych samochodów, ale żadnych karetek. Maszyna zatrzymała się przy pojazdach na końcu pasa. - Świetne lądowanie kapitanie, zapewne nikogo nie obudziliśmy. – Zabrzmiało to niczym żart. – Proszę zaczekać w kabinie. Zaraz przyjdzie oddział medyczny, by panów zbadać. Proszę pamiętać, że nie możemy pozwolić na rozprzestrzenianie się wirusa – powtarzał to niczym mantrę. Piloci spojrzeli na siebie ze zdziwieniem a agent wyszedł z kokpitu. Jedna z ciężarówek błyskawicznie podjechała do samochodu. Okazała się być ruchomym rękawem, przez który na pokład weszli ludzie w białych kombinezonach. Przez chwilę szeptali o czymś z agentem, a potem weszli do kokpitu. Jack zauważył tylko, że strzykawka, którą mu przystawiono do ramienia zawiera jakiś niebieskawy płyn. Chwilę później stracił świadomość. Na płycie lotniska major Dufe podszedł do swego zwierzchnika. - Dwieście szesnaście osób, razem z załogą – zameldował. - Dobrze. Samolot nie wraca już do służby. Niech go odholują na stanowisko parkingowe i oficjalnie poinformować o katastrofie. - Tak jest. – Major zasalutował.

****

Igor prowadził swój patrol po opustoszałych ulicach Murmańska. Zasypane śniegiem miasto było niemal wymarłe. Przez ostatnie trzy miesiące, zachorowało tu prawie trzy czwarte mieszkańców. Wszyscy zostali wywiezieni do szpitali w strefach kwarantanny. Szli środkiem pustej ulicy i szukali tych, którzy próbowali zarobić na nieszczęściu innych. Od czasu wybuchu epidemii, zamieszki były na porządku dziennym. Na początku, różnego rodzaju męty podburzały ludzi, by nie zgadzali się na przenoszenie chorych do szpitali. Potem pojawiła się masa szabrowników próbujących ukraść wszystko, co nie było trwałe przymocowane. Przechodzili w pobliżu dużego sklepu komputerowego, gdy dostrzegli grupkę ludzi próbującą ukryć się w bocznej uliczce. Igor wskazał cywili ruchem ręki. - Stać! Zatrzymać się! – krzyknął. Szabrownicy wiedzieli, że wojsko nie będzie się patyczkować z takimi jak oni. Zatrzymali się natychmiast i podnieśli ręce go góry. Trzech z nich przy okazji upuściło kilka kolorowych pudeł. Prawdopodobnie ostatnią zdobycz. - My tylko zbieramy to, co nikomu się już nie przyda! – krzyknął jeden z mężczyzn. - Dobra, dobra. Rączki do góry i idziecie z nami, pajace! Dziadek Mróz w tym roku nie przyszedł. Nie wiedzieliście? – Saszka energicznie zapędzał pojmanych na środek ulicy. - Ale my nic… - tym razem tłumaczyć próbowała się jedna z dziewczyn. - Cisza! Ruszać się! – Igor nie miał ochoty na wysłuchiwanie kolejnych wyjaśnień. Do posterunku nie było daleko. Pojmani chyba pogodzili się ze swym losem, bo nie odezwali się słowem przez całą drogę. Gdy tylko dotarli na miejsce, zabrano ich na przesłuchanie i badania. Po kilku minutach, do patrolu podszedł oficer i jeden z tych naukowców, ubrany w biały kombinezon. - A co z nimi? Są zdrowi? – zapytał odziany na biało. Nieco zbyt mocno zaakcentował ostatnie słowo. - Pewnie tak. Ale mamy i tak już za dużo patroli. – Oficer przyglądał im się tajemniczo. - Jak to „za dużo”, panie poruczniku? – Igor był bardzo zdziwiony. - Nie jesteście już tu potrzebni, ludzi coraz mniej. Przejdziecie badania i pojedziecie w inny rejon gdzie bardziej się przydacie. - Tak jest. - Proszę za mną. – Człowiek w bieli wskazał im boczne wejście do budynku, w którym mieścił się posterunek. Szli za nim do wielkiej hali. Uwagę Igora zwróciła olbrzymia ilość prostokątnych skrzyń zalegająca pod ścianami. Każda z nich miała namalowany numer. Ten w kombinezonie wskazał im krzesła, przy każdym z nich stał tak samo ubrany człowiek. Strzykawkę z niebieskim płynem dostrzegł chwilę po tym jak usiadł na wyznaczonym miejscu. Po ukłuciu, świadomość błyskawicznie uciekała. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że próbuje wykrzyczeć słowa protestu, gdy ogarniała go ciemność. Człowiek w bieli, który ich tu przyprowadził przyglądał się wiotczejącym ciałom żołnierzy. - Ilu mamy do wysłania? – zapytał oficera, który właśnie podszedł. - Z tymi od szabru… trzysta dwadzieścia siedem osób. - Wezwijcie, więc transport, poruczniku. Trzeba ich już zabrać. - Tak jest, panie kapitanie. - A co robimy z trupami? - Jak zawsze, zakopcie na cmentarzysku. - Tak jest.

****

Rahul przekładał na wpół świadomie plastikowe końcówki do otworów w dziwnych gumowanych pasach. Jego firma dostała intratne zamówienie rządowe. Setki tysięcy, a może nawet miliony instalacji tlenowych do nowoczesnych izolatek medycznych. Na świecie chorowało tylu ludzi, że takie urządzenia były bardzo potrzebne. Choroba atakowała ludzi w sile wieku. W niektórych tabloidach pojawiły się nawet doniesienia, że czym ktoś inteligentniejszy tym ma większe szanse na zarażenie. Kolejna plastikowa końcówka trafiła na swoje miejsce - pracował niczym automat, ale mimo to czuł się potrzebny. Możliwe, że w ten sposób, uratuje komuś życie. Sprawdził następną uszczelkę i włożył w nią plastikowy element. Jeszcze trzy miesiące temu rozpaczliwie szukał pracy w Kalkucie, ale teraz wiedział że to będzie dobry rok. Miał dobrą posadę, wymagania nie były zbyt wielkie a płaca, więcej niż sowita, jak na takie stanowisko. Wszystko zaczynało się układać. Jeszcze jeden przezroczysty element znalazł się na swym miejscu. Za chwilę kończył zmianę, ktoś go zastąpi przy przesuwającej się w nieskończoność taśmie produkcyjnej, a on wróci do domu, do rodziny. Tym razem zmiana skończyła się nieco wcześniej, nie było dzwonka a zegar na ścianie hali wskazywał, że jest za dziesięć siedemnasta, gdy taśma się zatrzymała a z głośników rozległ się komunikat: - Wszyscy pracownicy sekcji „A”, zgłoszą się na kontrolę do sali medycznej na drugim piętrze. Powtarzam. Wszyscy pracownicy sekcji „A”, zgłoszą się na… Automat beznamiętnie powtarzał wiadomość. Rahul zdjął lateksowe rękawiczki ochronne. Szedł w niemym pochodzie za innymi pracownikami do końca chodnika wiodącego wzdłuż linii produkcyjnej. Tu rzucił zmiętą lateksową kulę do kosza na odpady. Kolejne badania. Badali ich co tydzień i zawsze ktoś dostawał czerwoną kartkę - był chory. Ale on czuł się dobrze, nie miał żadnych objawów. Maszerował więc pewnie, wraz z całym tłumem innych robotników. Miał nadzieję, że badania nie potrwają zbyt długo, że zdąży na przygotowaną przez żonę kolację. Nie wiedział, że kila godzin wcześniej pod blokiem w jednej z biedniejszych dzielnic miasta zatrzymało się kilka wielkich ciężarówek i białych nieoznaczonych vanów. Do budynku weszli ubrani na biało ludzie, uzbrojeni w pneumatyczne strzykawki z niebieskawym płynem. Gdy kończył pracę, w budynku, w którym mieszkał, nie było już nikogo. Taki sam niebieskawy płyn sprawił, że on też stracił przytomność chwilę po tym jak mu go zaaplikowano. Dwóch odzianych w białe kombinezony ludzi ułożyło jego bezwładne ciało w prostokątnym pojemniku i nałożyło mu na twarz taką samą instalację medyczną, jaką jeszcze kilkanaście minut wcześniej montował. Sarkofag z uwięzioną wewnątrz, nieświadomą ofiarą został załadowany na ciężarówkę. Gdy ładownia samochodu zapełniła się, odjechał on w nieznanym kierunku.

****

Budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot kolejny, niewielki biurowiec zbudowany przez mało znaną firmę w całym szeregu podobnych budowli. Gdyby jednak ktoś mu się dokładnie przyjrzał, zauważyłby, że większość pracowników tej firmy nie wracała popołudniami do domów. Zapewne tu mieszkali. Tylko dostawcy jedzenia i kurierzy z rzadka wchodzili do budynku. Mieli jednak dostęp jedynie do recepcji. Zawsze tam zostawiali zamówione dostawy lub przesyłki, nie przeszkadzało im to, zwłaszcza, że zazwyczaj odprawiani byli z sowitym napiwkiem. Na frontowej ścianie budynku widniał napis „In Future”. Gdyby ktoś mógł dostrzec cokolwiek przez odblaskowe okna, zauważyłby także, że pracownicy firmy nosili dość swobodne stroje. - Jak stoimy z planem? – zapytał mężczyzna po pięćdziesiątce, stojący przy jednej z przeszklonych ścian, patrząc na niemal opustoszałą ulicę. Ubrany był w rozciągnięty bury sweter i wytarte jeansy. - Po dwóch miesiącach mamy zapakowane niemal trzy czwarte ludzi w wieku produkcyjnym i nieco więcej dzieci. Tylko wśród starszych współczynnik jest niższy. Ale cała akcja przebiega szybciej, niż zakładaliśmy. Jego rozmówca nie okazywał niemal żadnych emocji. Ot po prostu właśnie zakończył sprawozdanie dla przełożonego. To, że było pozytywne, nie miało w tych okolicznościach większego znaczenia. - Dziękuję. – Nadal wpatrywał się w zalaną słonecznym blaskiem ulicę. Był dopiero początek lutego, ale ten rok zapowiadał się bardzo ładnie. Szkoda, że miał to być ostatni rok świata, jaki znał. Nie zareagował nawet na ciche stuknięcie, które oznaczało, że został sam w przestronnym biurze. Zrobiło się tak spokojnie. I to nie tylko tu, wszędzie na świecie. Oficjalnie Epidemia szalała od pięciu miesięcy, mieli jeszcze kolejne trzy. Akcje prowadzili od czterech miesięcy. Mimo iż był jednym ze znających niemal wszystkie szczegóły, wiedział, że prawdą nie może podzielić się z nikim. Nie tylko ten, komu by ją przekazał, ale i on i wszyscy jego współpracownicy natychmiast zostaliby „zapakowani”. Rozumiał też, że to jedyny sposób. A i rozwiązanie okazało się być lepsze, niż początkowo sądził. Gdy zaczynali, pojawiały się protesty, demonstracje i różnego rodzaju teorie spiskowe. Jednak tym razem nie było problemu z eliminacją potencjalnych zagrożeń. Każdy propagator działalności która nie pasowała do planu, znikał błyskawicznie wraz z całym otoczeniem, zwolennikami a nawet demonstrantami. Tylko dzięki ulotnemu odbiciu na ciemnym szkle zauważył, że mimowolnie na jego twarzy zarysował się delikatny uśmiech. Jak bardzo ironiczne było to, że to między innymi takie demonstracje przysłużyły się prowadzonej operacji. Zresztą podobnie było z wszystkimi zgromadzeniami ludzi, wystarczyło zapakować wszystkich w jednym miejscu. Jeszcze nie tak dawno temu przerażały go przypadkowe ofiary. Teraz już rozumiał, że nie było alternatywy. To właśnie było zadanie jego i jego ludzi. Czym lepiej pracowali, tym akcje przebiegały sprawniej i bezpieczniej. Na drodze pojawił się samochód, kierowca jechał powoli jakby czegoś szukał. Biały van zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy, na wprost wejścia do przychodni medycznej. Z wozu wysiadły dwie osoby, kobieta i mężczyzna, zapewne para. Byli zbyt daleko, by mógł im się dokładnie przyjrzeć ale nawet z tej odległości widział, że byli zdenerwowani. Poganiany przez kobietę mężczyzna zabrał z tylnego siedzenia auta kilkuletnie dziecko. Potem szybko weszli przez obrotowe drzwi na których namalowany był duży czerwony krzyż. Przyjechali tu szukać pomocy, prawdopodobnie nie znali tej części miasta. Zapewne była to ostatnia czynna przychodnia w tej dzielnicy. Cała trójka zniknęła wewnątrz budynku. On wiedział, że już z niego nie wyjdą, sam wydał takie polecenia. Powinien już wrócić do pracy, trzeba było przejrzeć raporty, rozesłać polecenia i przygotować kolejne operacje. Ale miał naprawdę świetny zespół, wiedział, że może jeszcze przez chwilę przyglądać się scenie z której zeszli wszyscy aktorzy. Kilka minut po tym jak rodzina zniknęła wewnątrz budynku, wyszedł z niego samotny, ubrany w szary mundur mężczyzna. Energicznie podszedł do stojącego na poboczu białego vana, wsiadł za kierownicę i nieśpiesznie odjechał, zapewne by odstawić samochód na któryś z parkingów. Jego właścicielom już się nie przyda. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, jego promienie nieco przygasły. Sprawiło to że odbicie w szybie stało się wyraźniejsze. Wyglądało to tak, jakby jego eteryczna postać przyglądała się całemu zajściu niczym mistyczny olbrzym. Niczym bóstwo patrzące na swe dzieło. Nad lewym ramieniem odbicia majaczył jakiś napis. Nie dało się go odczytać, był lustrzanym odbiciem trzech rzędów złotych liter na szklanych drzwiach gabinetu: „Arturo Madane Dyrektor operacyjny Europa południowa”

****

„Zybcys662: Pomylka, jesteś tam??” Kolejny raz wstukał pytanie w komunikator. Odpowiedź nie nadchodziła. Od rana, pisał różne wersje tego samego pytania. Ale rozmówca z drugiego końca globu, nie odzywał się. I tak powinien już skończyć pracę, u nich była już… 22. Wczoraj pisał, że coś odkrył. Że coś widział. Że to większa sprawa. Że wie coś na temat Epidemii. Obiecywał, że dziś powie coś więcej, wieczorem miał jeszcze coś sprawdzić. Dziś jego znajomy, nie odezwał się nawet słowem. Marek Witewicz, był administratorem sieci klienckiej u jednego z dostawców Internetu. Roboty nigdy nie miał zbyt wiele, a teraz gdy większość firm była zamknięta, a ludzie mieli inne zmartwienia niż niedziałający Internet, nudził się potwornie. Miał jednak pracę, musiał utrzymywać sprawność łącz. Sieć potrzebna była do koordynacji akcji ewakuacyjnych do stref kwarantanny, organizacji zaopatrzenia i wielu innych istotnych teraz spraw, rząd płacił za to sowicie. Tyle, że zazwyczaj całość działała bez zarzutu. Pogadać nie było z kim, w całej firmie pracowało już tylko kilka osób. Ale i tak wszyscy unikali bliższych kontaktów. Pewnie bojąc się zarażenia. Z jego znajomych, których nigdy nie miał zbyt wielu, chyba wszyscy byli już na kwarantannie. Matka wylądowała w szpitalu jako jedna z pierwszych. Nigdy nie był zbyt towarzyski, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak dużo dawały mu te pogaduchy w pracy. Dopiero teraz zaczął zdawać sobie sprawę jak bardzo jest samotny. A do tego jeszcze ta nuda. Jakiś czas temu próbował nawet sprawdzić swe zdolności hackerskie i włamać się do zaszyfrowanych kanałów informacyjnych. Skończyło się to dywanikiem u szefa i dość stanowczą poleceniem, by przestał zachowywać się jak „lamer”. Wybawieniem, z tej trwającej od tygodni nudy, okazał się ktoś o ksywce „Pomylka_darwina”. Facet był Polakiem, mieszkał i pracował na północy Australii, w mieście o nazwie Darwin. Zaczęli ze sobą rozmawiać przez sieć, było to miłą rozrywką, nawet jeśli jeden musiał przychodzić wcześniej a drugi zostawać po godzinach. Obaj nie bardzo mieli dokąd wracać po pracy. Nie miał pojęcia jak tamten się naprawdę nazywał. Nie wiedział ile ma lat, choć chyba był nieco młodszy. Gadali o wszystkim, o pogodzie, polityce, grach, filmach, dziewczynach, Ufo, szkolnych latach… Długo by wymieniać. Ale chyba nigdy nie rozmawiali o sobie, nie rozmawiali też o Epidemii i o tym co się dzieje. Tak jakby unikanie tego tematu, podobnie jak odległość, miało zapewnić im bezpieczeństwo. Aż do kilku wczorajszych postów. Dziś usiadł do komputera gdy tylko wpuszczono go do biura. Natychmiast napisał, że już jest. Ale nikt się nie odezwał. Innego kontaktu nie miał, ale chyba wiedział, że już nigdy nie dostanie żadnej wiadomości od użytkownika „Pomylka_darwina”. - Panie Marku! – W drzwiach jego pokoju stała, pani Iwona. Podstarzała asystentka szefa, oczywiście z maseczką na twarzy. Ta to miała paranoję. – Dyrektor prosi by przyszedł pan do jego gabinetu. Znowu wymyślili jakieś bezsensowne zajęcie. Dyrektor chyba też się nudził. A może w końcu doszli do wniosku, że nie ma po co go tu trzymać. Ale w sumie od czasu, gdy dostali kontrakt rządowy związany z tymi kanałami łączności, szef przestał narzekać na brak pieniędzy. Można by powiedzieć nawet, że stał się rozrzutny - pizza była na koszt firmy. Co prawda, w mieście, została tylko jedna pizzeria, ale darmowe jedzenie zawsze lepiej smakuje. Nim wszedł do gabinetu, zauważył, że na głębokich fotelach w recepcji siedzi dwóch policjantów. W samym gabinecie prócz dyrektora siedział jeszcze jeden człowiek. Dyrektor był wyraźnie zdenerwowany. - Panie Marku, czy mamy pewność, że sieć pozostanie sprawna bez obsługi? – zapytał bez zbędnych wstępów. Obcy spojrzał na Marka badawczo. Nawet jeśli chcą go wywalić, kłamstwo niewiele zmieni. A naciąganie faktów zazwyczaj nie miało sensu. - Tak. Od miesiąca nie mieliśmy żadnych problemów, a to co było wcześniej, to tylko drobne błędy w przekierowaniach. A teraz nawet to nie powinno się zdarzyć, wszystkie łącza są wykorzystywane w znikomym stopniu. - Bardzo dobrze. Musimy się zabezpieczyć na wypadek gdybyśmy tu nie wrócili. – Dyrektor spojrzał na siedzącego w fotelu gościa. - Tak, niestety istnieje taka możliwość. Podejrzewamy, że dostarczana do państwa żywność mogła być skażona. - Pizza? – Marek wtrącił się w rozmowę. - Możliwe. Wszyscy pracownicy udadzą się na badania. Wie pan chyba, że jeśli okaże się, że mieliście styczność z wirusem nie wrócicie do biura – wyjaśnił obcy. Marek miał wątpliwości, zwłaszcza po wczorajszej rozmowie z „Pomylka”, ale teraz nie było co tego roztrząsać. Wraz z całym, siedmioosobowym, personelem wsiadł do białego busa z wymalowanym czerwonym krzyżem. To nie była karetka pogotowia. Miała tylko siedzenia. Kilkanaście minut po tym jak dotarli do celu i weszli do budynku, wiedział już co odkrył „Pomylka”, wiedział też co się z nim stało. To, że wczorajsza rozmowa przyczyniła się do tego „badania”, było tylko jego podejrzeniem. Stracił przytomność.

****

Chang siedział przed swym domem na starej spróchniałej ławeczce. Słońce powoli chyliło się już ku zachodowi, gdy daleko na polnej drodze zobaczył światła samochodów spowite w tumanie kurzu. Jechała tu cała kawalkada pojazdów. Pewnie znowu rządowe samochody po odbiór żywności. Zaciągnął się tytoniem ze spękanej fajki. Był już bardzo stary, nie mógł pracować, więc niemal całe dnie spędzał w tym miejscu. Jakoś nie był przekonany do tych nowoczesnych rozrywek, tylko czasem słuchał radia. Ten wielki, płaski telewizor, który dostał ostatnio za towar jego syn, to była już przesada. Możliwe, że oznacza to, że jest złym człowiekiem, ale uważał, że Epidemia była bardzo dobra dla wioski. Dawniej za swoje zbiory dostawali grosze, a i sprzedać cokolwiek było ciężko. Teraz rząd odbierał wszystkie zapasy i suto za nie płacił. Wszystkie wioski w okolicy niemal z miesiąca na miesiąc stały się zamożne. Pojawiły się nie tylko nowe, eleganckie ubrania czy telewizory, ale nawet samochody. Wojsko i rząd płacili, czym chcieli. Nie trzeba było nawet jeździć, co miasta. No raczej nie wolno było. W dolinie, przy skrzyżowaniu był posterunek. Żołnierze pilnowali tam przez cały czas, dniem i nocą. Nie wpuszczali ani nie wypuszczali nikogo. Jeszcze nie tak dawno na drodze z miasta pojawiały się czasem cywilne samochody, zapewne ich właściciele próbowali na wsiach znaleźć schronienie przed chorobą. Ale wojsko nikogo nie przepuszczało, a przybysze wracali tam skąd przyjechali wraz z uzbrojoną eskortą. Chang nie dziwił się temu, co się dzieje. Miasta były pełne złych ludzi, to musiało się tak skończyć. Bóstwa pokarały te siedliska rozpusty. W tej okolicy nikt jeszcze nie zachorował. Spokojnie wykonywali swą pracę, tak jak robili to jego ojcowie, a jeszcze wcześniej dziadkowie. Tak jak było od wieków. A teraz wreszcie, otrzymywali za nią należytą zapłatę. Znowu spojrzał na drogę. Wzrok miał, jak na swój wiek, znakomity. Tym razem jechało tu naprawdę dużo samochodów. Na drodze widać było kolumnę wielkich ciężarówek, na jej początku i końcu znajdowały się mniejsze, białe pojazdy. Nie pamiętał jak na nie mówią. Auta właśnie wjeżdżały w dolinę, tam gdzie był posterunek. Ciekawe czy jadą tu, czy do południowej wioski. Gdy samochody wyjechały z za wzgórza, było ich mniej. Najwyraźniej rozdzieliły się na skrzyżowaniu. Zaciągnął się mocnym tytoniem. Ciekawe, po co im tyle ciężarówek. W spichlerzu nie zostało już zbyt wiele. A do najbliższych zbiorów jeszcze kilka miesięcy. Ale zapewne sołtys wszystko uzgodnił. Ten to umiał się targować. Tuman kurzu przerzedził się nieco, gdy, konwój wjechał na kawałek betonowej drogi. Byli jakieś dwa kilometry od wioski, za chwilę znikną za kolejnym wzniesieniem i zapewne już ich nie zobaczy. Wzgórze i zabudowania wioski zasłaniały dalszą część drogi. Przez chwilę zastanawiał się czy nie pójść na rynek, ale dla niego te kilkaset metrów to prawdziwa wyprawa, został więc na swym posterunku. Zmierzchało już na dobre, gdy na podwórko wszedł samotny, ubrany na biało mężczyzna. Był młody i uśmiechał się przyjaźnie. - Witajcie, dziadku. Co tak siedzicie? - A co mam robić synku? – odpowiedział. Miał ten ich biały kombinezon, ale to, co zakładali na głowę zwisało na plecach. – A ty nie boisz się zarazy? Nie założyłeś tej czapki. A w telewizorze zawsze takie nosicie. - Tu nie ma Epidemii. Przyjechaliśmy was tylko zbadać – odparł młodzieniec, pokazując jakieś dziwne urządzenie, które trzymał w ręku. - A po co? U nas nikt nie zachorował. – Staruszek zaczął mu się uważniej przyglądać. To urządzenie przypominało mu pistolet. A broni nie lubił. - Wszystkich badamy, takie rozporządzenia. – Podszedł jeszcze bliżej i powoli, patrząc w oczy starca przytknął urządzenie do jego ramienia. - Ale, po co to synku, ja stary jestem. I tak pewnie długo nie pożyję. – Ukłucie było delikatne. Lata ciężkiej pracy i codziennych zmagań z życiem zahartowały jego stare ciało. Młody mężczyzna wstał i patrzył wprost na pomarszczoną twarz starca. Chang przestał mu się przyglądać, spojrzał na skrawek słońca chowający się za górami. Czerwone światło rozmywało się, tak jakby jego oczy napływały łzami. Bardzo chciał jeszcze raz zobaczyć zachód słońca, w końcu właśnie na to widowisko tu czekał. Filigranowe, żylaste ciało starca osunęło się na małej ławeczce. Przewróciło opartą o nią laskę, a żarząca się fajka wypadła z bezwładnej ręki. Młody mężczyzna, podniósł ją, wysypał tytoń i zgasił go podeszwą buda. Kiwnął na niewidocznych kompanów. Zza najbliższego budynku wyszło dwóch żołnierzy, nieśli długą na ponad dwa metry aluminiową skrzynię. Przypominała trumnę. Położyli ją obok starca, otworzyli i z wprawą świadczącą o tym, że robią to nie pierwszy raz ułożyli jego ciało wewnątrz. Przez chwilę podłączali je do aparatury znajdującej się wewnątrz a potem zamknęli. Jeden z nich podłączył do małego gniazda na jednym z boków przenośny komputer i zaczął przeglądać się ekranowi. - W porządku. Ale nie wiem czy ma wielkie szanse. Swoje już przeżył – powiedział smutno. - Tu nie ma żadnych szans – odpowiedział ten w bieli. – Ilu mamy? - On był ostatni. Zgodnie ze spisem, mamy wszystkich. Czterdzieści osiem osób. – Drugi z żołnierzy chwycił jedną ręką, aluminiową trumnę i podniósł ją jakby sprawdzając wagę. – Jego możemy sami zanieść do ciężarówki. Staruszek dbał o figurę. Ubrany na biało sanitariusz, skinął tylko głową. Patrzył na zachodzące słońce. Dziadek wybrał sobie bardzo dobre miejsce.

****

Czarny, nieprzemakalny płaszcz nie bardzo przypominał kreacje agenta 007. Ale w tej chwili tak się czuła. Kuliła się za starym, porzuconym kontenerem w pobliżu jednego ze szpitali. Była dziennikarką, na razie pracowała dla jednego z lokalnych brukowców, ale oczyma wyobraźni widziała już swoje nazwisko na pierwszych stronach wszystkich światowych dzienników. „Rosa Hosaries, portugalska dziennikarka która zdemaskowała rządowy spisek”, coś takiego byłoby najlepsze. Sterczała tu już niemal dwie godziny. Wybrała to miejsce, by widzieć zarówno wejście na ostry dyżur jak i rampy załadunkowe. Nic się jednak na razie nie działo. W oknach budynku tylko do czasu do czasu widziała przemykające postaci. Wczoraj w otwartym jeszcze sklepie elektronicznym, kupiła najnowszą cyfrową lustrzankę. Sprzedawca długo ją czarował, ale jej zależało tylko na jakości nocnych zdjęć. Ślinił się paskudnie i pewnie sobie coś tam pomyślał, ale to już tylko jego problem. Nie wchodziła do szpitala, była pewna, że jeśli tam wejdzie nie wróci już do świata żywych. Rząd mordował ludzi. Nadal nie wiedziała czemu, ale miała zamiar tego dziś się dowiedzieć. Czekała tylko, aż do wielkiego, szarego budynku przyjadą jacyś ludzie. To chyba jej wola sprawiła, że niemal w tej samej chwili przy wejściu do szpitala, pojawił się elegancki sedan. Z samochodu wysiadły dwie osoby, młoda dziewczyna i starszy mężczyzna. Chyba jej ojciec. Dziewczyna podbiegła do starca osłaniając go parasolką przed zacinającym deszczem. Oboje weszli do budynku. I znowu nic się nie działo. Czekała cierpliwe. Ze szpitala ktoś wybiegł, ale nie była to ani dziewczyna ani starzec. Wsiadł do samochodu i odjechał. Cholera, kradną też samochody? Minęła już północ. Nadal chowała się za przerdzewiałym kontenerem, gdy nagle do rampy podjechała ciężarówka. Na białych bokach miała wymalowany napis „In Future”. Chwilę później pojawił się biały van z wymalowanymi czerwonymi krzyżami. Wysiadło z niego dwóch ludzi w mundurach. Biegali szybko poganiani przez lejące się z nieba strugi wody. Otworzyli boki ciężarówki, białe burty z nazwą firmy powędrowały w górę, a jej oczom ukazało się kilkanaście niewielkich komór. Większość z nich była zajęta przez połyskujące metalicznie pojemniki. Drzwi prowadzące na rampę otworzyły się a na podjazd wyjechał wózek widłowy. Zobaczyła też ubranych na biało ludzi ciągnących za sobą prostokątne skrzynie. Pstryknęła kilka zdjęć, ale niewiele wnosiły one do sprawy. Ot, wojsko odbiera coś ze szpitala, mogły być to trupy z kostnicy. Może do jakichś podejrzanych testów, nie o to jej jednak chodziło. Ta cała Epidemia jej nie pasowała. Czemu? Sama zachorowała jakieś dwa miesiące temu. Poszła do szpitala, zbadano ją i wręczono opakowanie tabletek. Wtedy to się zaczęło. Ludzi, czyli czytelników było coraz mniej. Pracy dla „wolnych strzelców” też było coraz mniej. Zarabiała coraz gorzej, dość szybko musiała opuścić ładne mieszkanie w centrum miasta, brakowało jej na czynsz. Zamieszkała w ciemnym pokoju wynajmowanym przez podejrzanego jegomościa. Oczywiście, źle reagował na jakiekolwiek umowy. Dzielnica też nie należała do najbezpieczniejszych. Jakiś podrostek ukradł jej torebkę już następnego dnia. Straciła też tabletki. Przez kilka dni czuła się bardzo źle, nawet jedyny stały wydawca zaczął podejrzewać, że coś jest z nią nie tak. Nie poddawała się jednak, w końcu dostała pracę, nie chciała by jakieś głupie choróbsko zniweczyło to osiągnięcie. Miała gorączkę, wymiotowała i czuła się ogólnie źle, ale nie chciała ponownie iść do przychodni, bała się że wyląduje na kwarantannie. I wtedy stało się coś dziwnego. Po kilku dniach męczarni, wszystkie objawy zniknęły. Znowu czuła się dobrze, ustąpiły mdłości i bóle głowy. Była zdrowa jak ryba. Ale tak być nie powinno, wszak wszyscy zarażeni lądowali w odizolowanych enklawach, tyle że nikt nie wiedział gdzie się one znajdują. Na niektórych drogach ustawiono wojskowe patrole, które zabraniały przejazdu, ale nie było wiadomo czemu, ot po prostu magiczne słowo „Epidemia”. Żaden z chorych przeniesionych do enklaw nie komunikował się z rodziną, oficjalnie ze względu na możliwość przeniesienia wirusa na papierze listowy, ale co z Internetem? Wojskowi i ludzie ubrani w biel, krzątali się wokół ciężarówki, umieszczając kolejne prostokątne przedmioty w pustych komorach. Przyglądała się tej operacji. Gdy wózek widłowy wrócił do magazynu a wszyscy uczestnicy podejrzanej operacji podążyli za nim, podbiegła do ciężarówki. Na całym ciele czuła mrowienie, bała się. Wiedziała, że to coś wielkiego, że jeśli ją złapią, zapewne nikt nigdy nie dowie się o jej eskapadzie. Wskoczyła na skrzynię ciężarówki, przez chwilę szukała kryjówki. Między skrzyniami było dość miejsca by mogła się tam wcisnąć. Czekała na rozwój sytuacji. Wymacała saszetkę przymocowaną do paska. Dobrze się przygotowała, miała w niej zapasowe baterie do latarki, sporo gotówki, kartę płatniczą, podstawowe środki opatrunkowe a nawet kilka batonów. Kilkanaście minut później żołnierze wrócili. Widziała ich tylko przez chwilę, gdy zamykali burty ciężarówki. Otoczyła ją ciemność. Gdy poczuła że samochód ruszył, wyciągnęła z kieszeni małą latarkę i zaczęła przyglądać się prostokątnym skrzyniom. Były dość ciekawe, każda z nich miała wymalowane na bocznej i górnej ścianie jakieś oznaczenia. Składały się z kilu liter i szeregu cyfr. Na szczycie każdej z nich widać było pokrywę, pod którą znajdowały się różne złącza. Część z nich była znajoma - przypominały te które miał jej komputer, cześć była bardzo dziwna. Wszystkie skrzynie zamknięte były na dość proste zatrzaski. Przysunęła się do jednej z nich i otworzyła ją. Wieko odskoczyło niemal bezszelestnie. Odchyliła je, by zobaczyć co znajduje się wewnątrz. Na chwilę zaparło jej dech w piersiach. Wewnątrz leżał człowiek. Mężczyzna, a raczej chłopiec, podłączony był do jakiejś aparatury, jego ciało nie miało widocznych uszkodzeń, a pierś unosiła się w równomiernie. Oddychał. Drżącymi dłońmi zrobiła zdjęcie. Przez chwilę wpatrywała się w wyświetlacz aparatu, by ocenić jakość fotografii. Po krótkim namyśle już nieco spokojniejsza, dokładnie obfotografowała ciało w skrzyni, całą instalację i samą skrzynię. Sprawdziła jeszcze cztery identyczne pojemniki do których miała dostęp, ze swej kryjówki. We wszystkich byli ludzie. Jeszcze jeden młody mężczyzna i trzy kobiety w różnym wieku. Żyli, byli jednak nieprzytomni. Zrobiła kolejne zdjęcia i ponownie skuliła się między aluminiowymi skrzyniami. Nie zgasiła latarki, teraz gdy wiedziała, już co zawierają skrzynie, naprawdę się bała. Chyba niż zdawała sobie sprawy w co się pakowała, przychodząc pod tamten szpital. Szukała sensacji. - A myślałaś, że co znajdziesz – skarciła się szeptem. Przecież spodziewała, się że znajdzie trupy. A ci ludzie żyli. Skrzynie były szczelnie zamknięte, ale mogła by przysiąc, że mimo hałasu jaki robiła ciężarówka słyszała równomierny oddech uwięzionych w tych elektronicznych trumnach istot. Siedziała tak, skulona i przerażona bardzo długo. Wydawało jej się, że upłynęła cała wieczność, nogi jej zdrętwiały a cała była obolała od obijania się o ścianę ładowni. Samochód mknął gdzieś ze znaczną prędkością. Zerknęła na zegarek - minęła trzecia nad ranem. Czyli jechali już niemal trzy godziny. Za godzinę zacznie świtać. Ale na razie nic nie mogła zrobić, stałą się bezwolnym widzem. Wyjęła jeden z batonów, rozpakowała i zaczęła żuć słodką masę. Kilka minut później, samochód zwolnił i skręcił. Jechał jeszcze przez chwilę, by w końcu się zatrzymać. Usłyszała trzask drzwi kabiny, słyszała też jakieś dziwne odgłosy. W pierwszej chwili nie potrafiła ich zidentyfikować, dopiero gdy się w nie wsłuchała, rozpoznała hałasy wydawany przez wielkie maszyny przemysłowe. Zdała sobie sprawę, że ma nadal zapaloną latarkę, drżącymi rękoma odszukała wyłącznik i przesunęła go. Słup światła zniknął, została sama, otoczona przez nieprzeniknioną ciemność i tajemnicze odgłosy. Znowu czekała. Dopiero po dość długiej chwili, usłyszała ponownie trzask drzwi ciężarówki, a później ruszyli w dalszą drogę. Chciała ponownie zapalić latarkę, ale tym razem do celu mieli najwyraźniej tylko kilkadziesiąt metrów. Po krótkich manewrach usłyszała metaliczne zgrzytnięcie a po chwili oddalający się odgłos silnika. Przeraziła się nie na żarty, a jeśli ją tu zostawią? Czy zdoła się wydostać, jak długo przeżyje, gdzie jest? Rozpaczliwe rozważania przerwało złowrogie syczenie jakiejś maszyny. Obie ściany ciężarówki zniknęły gdzieś w górze a jej kryjówkę zalało łagodne światło. Skuliła się odruchowo. Ostrożnie spojrzała przez ażurową konstrukcję podtrzymującą skrzynie. Wokół nie dostrzegła żadnego człowieka. Naczepa stała w wielkiej hali przy dziwnej rampie. Znowu rozległo się syczenie maszynerii. Mechaniczne ramie wsunęło się pod jedną ze skrzyń, wysunęło i delikatnie odłożyło na szerokim pasie transmisyjnym, który natychmiast ruszył ze swym ładunkiem. Ramie wróciło po kolejny ładunek. Rozładowywali skrzynie. Wysunęła się ostrożnie ze swej kryjówki i przykucnęła za masywną podstawą maszynerii. Dopiero teraz zobaczyła ludzi, niektórzy ubrani byli we wszelkiego rodzaju mundury, reszta nosiła różnokolorowe kombinezony. Tylko dwóch z nich stało w pobliżu, o czymś dyskutując. Pozostali rozsiani byli po całej wielkiej hali, a raczej wiacie, nie zauważyła ścian. Takich stanowisk jak to na które dotarła wraz z tajemniczym ładunkiem było tu kilkadziesiąt. Widziała też bardzo wiele ciężarówek. Wszystkie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych