Wróć do katalogu

Walizka

Bo stare kamienice mają swoje sekrety, zwłaszcza, gdy coś zaczyna śmierdzieć nadzwyczaj nietypowo...

AutorAnonimowy, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na klatce śmierdziało trupem. „Ktoś znowu nie wyniósł śmieci”, jęknęłam w myślach, zamykając za sobą drzwi i zapalając światło, a unoszący się dookoła, stanowczo nieprzyjemny zapach stał się odrobinę intensywniejszy, tak, że musiałam zatkać nos. Ciężka walizka, którą ciągnęłam chodnikiem, przez całą ulicę, bo znów poskąpiłam na taksówce, wylądowała na ziemi, zatłukła się niemiłosiernie, niosąc głuchy dźwięk echem zapewne aż na ostatnie piętro. Moje piętro. Spojrzałam na nią niechętnie, bo fakt, że będę musiała wtargać ją własnymi rękoma na samą górę, bez niczyjej pomocy, zdecydowanie nie był dla mnie powodem do radości. Czterdzieści osiem schodów, które skrzętnie liczyłam każdego dnia schodzenia w dół i ponownej wspinaczki w górę, zdawały się perspektywą ciężką do polubienia. Bo stare kamienice wind nie posiadały. A moja kamienica należała do budynków bardzo starych, o ile nie najstarszych w okolicy, o czym świadczył zdecydowanie zaniedbany stan jej ścian, okien, dachu, schodów i drzwi. Odrapane z każdej strony ściany, niemalowane od lat wielu, pokryte przyschniętym kurzem, zwisające u szczytu stropu pokaźne pajęczyny, zapewne bez swoich mieszkańców, którzy warunków tych przetrwać nie zdołali, stanowiły jej najbardziej urokliwe aspekty; schody skrzypiały dość głośno, jeśli ktoś nie wiedział, gdzie stanąć, by dźwięków tych nie wydawać. Ja wiedziałam, lecz tego właśnie dnia i w takiej sytuacji, wydawało mi się to całkiem nieważne. Na dodatek tak bardzo śmierdziało. Próbowałam ignorować duszący zapach śmieci, których ktoś musiał nie wynieść przed świętami i zapewne rozkładały się gdzieś przed drzwiami mieszkania, czekając na swojego właściciela lub żyjąc już własnym życiem. Nie zdziwiłabym się, gdyby w naszej kamienicy rozwijała się właśnie całkiem nowa cywilizacja, która już niedługo przejęłaby władzę nad światem. Przypadek rodem z Planety małp. Na klatce było zadziwiająco cicho, jakby nikt z współmieszkańców nie przebywał jeszcze w domu, żadnych, nawet najcichszych dźwięków urzędowania, nie dało się usłyszeć, mimo iż słuch wytężałam nadzwyczaj. Spojrzałam w lewo, na drzwi jedynego mieszkania na parterze, gdzie po numerze 1 pozostał jedynie wyblakły ślad na ciemnym drewnie. Od lat nie miał kto tego naprawić. Postanowiłam, że z panią Jabłońską, która tam mieszkała, przywitam się później, wiedziałam, że niezmiernie ucieszy się na mój widok – w końcu nie rozmawiałyśmy już od ponad dwóch tygodni, kiedy to wróciłam do domu na święta, a tyle się pewnie zdarzyło przez ten czas i nie miałam wątpliwości, że opowie mi z najmniejszymi szczegółami dosłownie wszystko, począwszy od Wigilii, którą zapewne spędziła u córki, przez noworoczne zakupy w Carrefourze, wykonywane przez nią corocznie z nadzieją na najlepsze okazje, jakby reszta tradycji bożonarodzeniowych znaczenie miała żadne, po szczegółową relację Sylwestra spędzanego z przystojnym, siedemdziesięcioletnim panem Tomaszem, z którym chciała w przyszłości się związać. I formalnie, i w łóżku. Pani Jabłońska przeczytała bowiem Greya. Pan Tomasz był jej Greyem. Nie chciałam jednak ładować się do jej mieszkania z przeklętą walizką, która spoglądała na mnie coraz bardziej oskarżycielsko, jakby mówiła, że to właśnie ten czas, gdy powinnyśmy ruszyć w górę, po czterdziestu ośmiu schodkach, i ulokować się w zaziębniętym mieszkanku, dzielonym razem z Adamem. Jego pewnie jeszcze nie było. Kilka minut, które spędziłam na samym dole i ubolewałam nad własnym losem, sprawiło, że zapach rozkładu na klatce stał się mniej uporczywy, pewnie mój nos był już do niego przyzwyczajony, i mogłam odsunąć rękę opatuloną w świeżo wypraną, bordową rękawiczkę, od twarzy. „Teraz tylko krótka wspinaczka i pójdę spać, łóżko już na mnie czeka”, pocieszałam się, by dodać sobie chęci do działania. Pochyliłam się więc męczeńsko nad bagażem, chwyciłam materiałowy uchwyt i ruszyłam naprzód. Schód za schodem. W duchu przeklinałam wszystkich i wszystko: Walizkę, bo była za ciężka. Kamienicę, bo nie miała windy. Siebie, bo nie miałam siły. Mamę, bo zaopatrzyła mnie na co najmniej rok, sądząc po rozmiarach bagażu. Tatę, bo jej nie powstrzymał. … Osiem schodów było już za mną, jeszcze czterdzieści i już nigdy nie ruszam się z tego miejsca, obiecywałam sobie, choć dobrze wiedziałam, że jutro o siódmej będę musiała zwlec się z łóżka i biec na uczelnię, przesiedzieć na kilku wykładach, potem do pracy, obsługiwać na kasie, z przyklejonym uśmiechem na twarzy, ludzko wrednych klientów, i z powrotem do mieszkania, przez śnieg sypiący z każdej strony, gdzie zapewne Adam poratuje mnie częścią swojego obiadu, ulegając mojemu proszącemu spojrzeniu i zapewnieniom, że następnym razem ja się odwdzięczę. Jeszcze nigdy tego nie zrobiłam, aczkolwiek nie z powodów czysto perfidnych i niewdzięcznych. Po prostu przy wyborze pomiędzy spożyciem posiłku przygotowanego przeze mnie, a umarciem z głodu, każda opcja kończyła się tak samo. O ile śmierć głodowa, nie była torturą mniejszą. „Wspaniale”, mruknęłam, stawiając walizkę na szesnastym stopniu i wyprostowałam się leniwie. Znów dało się wyczuć duszący zapach i miałam wrażenie, że jak tylko znajdę tego, kto zostawił te przeklęte śmieci, uduszę go gołymi rękoma, bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Będziemy tu wietrzyć przez miesiąc. Znów było za cicho. Zaczęłam zastanawiać się czy może przypadkiem nie wróciłam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych