Wedding of change
Humorystyczna historia miłosna z weselem w tle.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Z początku łudziłem się, że o mnie zapomną, darują te cierpienia (Werter to przy mnie pryszcz) i przerzucą ciężar odpowiedzialności na kogoś innego. Niestety, bardzo się pomyliłem. Już w kościele nie spodobał mi się sposób, w jaki na mnie patrzą. Paliłem wzrokiem każdego, kto ośmielił się skrzyżować ze mną spojrzenie. Nadaremnie. Może gdybym miał bardziej zadowoloną minę, zignorowaliby mnie. Tak, a gdyby nie rodzice, w ogóle by mnie na tym ślubie nie było. I problemu też by nie było. Tyle że starzy uparli się jak dwa stare, tępe osły i zmusili mnie do pójścia na tę farsę. Bo każdy wiedział, że ani Monika nie kochała Błażeja, ani Błażej Moniki. I tu znowuż, czy to dziełem przypadku, czy też przeznaczenia, chłopak za dużo wypił, dziewczyna również, wpadli sobie w ramiona, i znacznie niżej też, a po kilku tygodniach wyszło szydło z worka, a konkretnie pozytywny wynik testu ciążowego. Ja się z tego śmiałem, bo nic mnie mój głupi kuzyn nie obchodził. Jego szmata również. Lecz moi starzy byli przejęci jak cholera, mało nie zaoferowali im dachu nad głową. Krew mnie zalewa na samo wspomnienie. A ja od zawsze twierdziłem, że dyskoteki to miejsce, gdzie łażą jedynie szmaciarze i dziwki. I nic nie jest w stanie zmienić mego zdania. Udowadniać tego nie muszę, robi to za mnie życie. Zagrały dzwony. Słynny jak „Sto lat” Marsz Mendelsona wypłynął z charczących głośników, zalewając wszystkich potworną tandetą, za jaką go uważałem. Że też nie puszczą nigdy jakiegoś metalowego kawałka… Może jakoś bym to wszystko strawił. Najadł się do syta, spił w trupa i na następny dzień zapomniał o wszystkim. Ale mój głupi kuzyn potrafił zepsuć jeszcze bardziej rzecz już przez niego zepsutą. Nie dość, że zniszczył moje plany na weekend, to na domiar tego wymyślił sobie, abym został jego drużbą. Mało mnie szlag nie trafił, kiedy to usłyszałem. – Ja, drużbą? – pytam się, ledwo trzymając nerwy na wodzy. – Czyś ty zdurniał do reszty? – A co w tym złego? – Zrobił niebywale głupią minę. Nic mu nie odpowiedziałem. Wolałem stłumić gniew w sobie, niż uszkodzić śliczną twarz Błażejka. Przecież on zawsze był taki kochany, słodziutki, ładniutki i w ogóle we wszystkim lepszy ode mnie. Nie żywiłem do niego urazy. W końcu półgłówek nie był temu winien, ponoć miało to coś wspólnego genami. Wiedziałem jednak, że jest głupi jak but, i często to wykorzystywałem. Nie ukrywam, sprawiało mi to perwersyjną przyjemność. Zemsta zawsze jest słodka, kiedy nie podążają za nią wyrzuty sumienia. Ja wtedy nie posiadałem tego „organu”, więc nie czułem się niczemu winny. No i zostałem drużbą swego znienawidzonego kuzyna. Choć nie bez „pomocy” moich starych. W dzień jego ślubu byłem drugą najważniejszą po nim osobą. Przekupy osaczyły mnie niczym plemię Indian „białasa” w dzikim zainteresowaniu, niby radząc, co na siebie włożyć, a tak po prawdzie to szukając tylko okazji do poplotkowania. – Wynocha! – krzyknąłem na całe gardło, kiedy zaczęły mnie obmacywać, ni to poprawiając garnitur, ni to poprawiając mnie. Zupełnie nie miałem pojęcia, po jaką cholerę stara je sprosiła. Potrafiły tylko wyprowadzać spokojnych ludzi z równowagi, a ja nie miałem zamiaru się nigdzie wyprowadzać. Więc wyprowadziłem je. Jednym prostym słowem. No i stałem w tym zatęchłym, zacienionym, śmierdzącym potem i stuletnim woskiem kościele, niczym skazaniec oczekujący kata. Gruby jak beka ksiądz mało ducha nie wyzionął, odczytując długie niczym chiński alfabet intencje, a ja mało nie wykitowałem z nudów. Ślub kościelny to najnudniejsza rzecz na świecie. Choć nie, nudniejsze jest udawanie, że ci się on podoba. Ja zostałem w tym mistrzem. Nic bardziej mnie nie wkurzało, niż nieustanne nagabywanie bezsensownymi pytaniami w stylu: podoba ci się to czy tamto? Miałem szczerą ochotę powiedzieć: a idźcie wszyscy w cholerę, lecz powstrzymała mnie odrobina osobistej kultury i jednoznaczne, mordercze spojrzenia rodziców. Stałem zatem dalej spokojnie, jak baranek osaczony przez watahę wygłodniałych wilków, i czekałem na swój epizod w tej beznadziejnej sztuce o spodziewanym zakończeniu. Klecha mamrotał coś pod wielkim i czerwonym niczym u bryniarza nochalem, a mnie ktoś szturchnął boleśnie od tyłu. – Obrączki, kretynie – usłyszałem stłumiony głos wujka Mietka. Wykrzywiłem twarz. Oto kat. „Nadeiszła wiekopomna chwiła...” Podszedłem do kuzyna półgłówka i jego przyszłej, zużytej już trochę żony, podałem im obrączki, siląc się na szczery uśmiech (nie udał się), i zerknąłem kątem oka na druhnę. Momentalnie odwróciłem wzrok. Zszokowany, zerknąłem ponownie. I jeszcze raz, tym razem nie dowierzając swym zmysłom obserwacji. O, kurwa! - pomyślałem spontanicznie. Tylko bez nerwów. Bez nerwów. Opanuj się, wyrównaj oddech, nie czerwień się tyle, ludzie patrzą. Ha, łatwo powiedzieć. Musiałem na nią spojrzeć, po prostu musiałem. I spojrzałem. A ona na mnie. Odwróciłem natychmiast wzrok, skołowany jak pranie w trakcie wirowania. Spojrzałem znowu, nie mogąc się powstrzymać. I ona też. Tym razem wytrzymałem trochę dłużej. Serce stanęło mi w miejscu, nogi wtopiły się w wyszczerbioną kostkę podłogi, żołądek skurczył do rozmiarów naparstka, włosy stanęły dęba, a w gardle zaschło niczym w okresowym jeziorze w Australii. Piekielne uczucie. Zastanowiłem się chwilę i wysunąłem parę wniosków. Nie znałem jej. Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej jej nie widziałem. Zatem pochodziła z rodziny Moniki. No to nie było się czemu dziwić. Nikogo z jej strony nie znałem i nie chciałem poznać. Z wyjątkiem tej druhny, ma się rozumieć. Jezus, Maria, ona się do mnie uśmiechnęła! Serce me nagle ożyło, płuca na powrót zaczęły tłoczyć życiodajny tlen i świadomość powróciła do mnie z potworną siłą. Ona się do mnie uśmiechnęła... nie mogłem w to uwierzyć. Od dawna nikt się do mnie nie uśmiechnął. Nawet małpy w ZOO we Wrocławiu, gdzie byłem na wycieczce kilka lat temu. Swoją drogą, nawet w ZOO czułem się lepiej niż na tym nędznym ślubie (choć pewien niewychowany słoń opluł mnie dwa razy, a krokodyl mało nie rozbił szklanej bariery, wpadając w dziki szał, kiedy mnie dojrzał). Jak widać, wszystko do czasu. Wróciłem do ławki z myślą, że muszę ją poznać. Jeśli tego nie zrobię, popełnię samobójstwo. I to w najboleśniejszy sposób – podpalę się. Podcinanie żył to błahostka w porównaniu z samospaleniem. Tak, poleję się etylinką, później denaturatem, spyrolem, a potem rzucę na siebie zapałkę. Choć nie, jednak łatwiej będzie do niej podejść i zagadać. Zdecydowanie. Młoda para niewydarzeńców stąpała powoli po nierównej podłodze kościoła, zmierzając niechybnie ku wyjściu (zastanowiło mnie wtedy, ile ze sobą wytrzymają; gdyby nie dziecko „w drodze”, pewnie do następnej dyskoteki). W pierwszej kolejności mieli iść za nimi drużbowie, więc nie wahając się ni sekundy wygramoliłem się z ławki i zająłem należne mi miejsce w szeregu weselników, chociaż w moim przypadku - pokutników. Lichwiarski uśmieszek wypełzł na mą szpetną twarz, gdy zauważyłem znajomą sylwetkę po lewej, mianowicie druhną. Niech no tylko trochę wypije - pomyślałem chytrze, szczerząc siekacze. Niech no tylko wypije... Przed kościołem ustawił się standardowy szpaler składaczy życzeń, dających jak zwykle drogie i kiczowate prezenty. Przywiodło mi to na myśl nieskończenie długie kolejki za mięsem i kawą w poprzednim ustroju politycznym, z tą różnicą, że wtedy coś się z tego miało, chociaż też nie zawsze (jeśli dopisało szczęście albo zjawiło się odpowiednio wcześnie, by załapać się na społeczną listę kolejkową). W tymże szpalerze znajdowali się też moi rodzice. Kiedy dostrzegłem, co takiego podarowali nowożeńcom, mało nie padłem na zawał serca, gdyż dech mi w piersiach zaparło i mózg odmówił posłuszeństwa. Owym ślubnym podarkiem okazał się samochód (nowy!), którego mi zawsze odmawiali, nawet w używanej postaci. Nie miałem zamiaru życzyć memu kuzynowi półgłówkowi niczego dobrego, ale przez wzgląd na starych i możliwą owocną znajomość przemogłem się i uraczyłem nowożeńców przepiękną wiązanką fałszywych pochlebstw. Ułożyłem ją na pogrzeb Błażeja, ale, jak widać, nie wypaliło. Wpatrywałem się w ten żywy posąg bogini piękności niczym zahipnotyzowany. Mało, jak zaklęty. A może ona jest wiedźmą rzucającą uroki na lewo i prawo? - nasunęło mi się takie pytanie, kiedy zauważyłem, że i inni wolni strzelcy zjadają ją wzrokiem. Znienawidziłem ich za to, gdyż nienawidziłem każdej konkurencji, a szczególnie takiej, która była ode mnie lepsza. Pocztą pantoflową dowiedziałem się, że na imię jej Magdalena. Zaiste, piękne to imię, a od tamtej chwili moje ulubione. Żeby nikt mi nie zarzucił, iż jestem gołosłowny, opiszę co nieco jej wygląd, choć me proste słowa nie są w stanie oddać jej urody nawet w połowie. Na oko miała metr sześćdziesiąt, długie po pas, proste blond włosy, bladą twarz zdobiły szmaragdowe oczy, lśniące nawet przy braku światła, a jej figura... no cóż, jej figura zapewne samą Wenus z Milo wpędziłaby w kompleksy, jeśli nie doprowadziła do samobójstwa (lepszego opisu bym nie wymyślił). Odziana była w ciasną i lekko prześwitującą, sięgającą najwyżej ud sukienkę o barwie świeżej smoły, ozdobioną gdzieniegdzie brokatem; „umocowana” była na cienkich ramiączkach, szerokim dekoltem ukazując niewątpliwe walory swej właścicielki. Kiedy obiekt mego zauroczenia odwrócił się do mnie tyłem, dostrzegłem brak tak zwanego stanika, co skutecznie wywołało u mnie zimny pot połączony z dużo zimniejszym, aczkolwiek przyjemnym dreszczem. Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym drobiazgu. Otóż, makijaż druhny stanowił sam w sobie dzieło sztuki zwanej make-up’em. A temu, że zasadniczo trudno go było dostrzec. Niby był, choć nie na pewno. Zagadki nie rozwiązałem, a dlatego, iż zaraz o sprawie zapomniałem. Zbliżała się pora obiadowa, zatem nadszedł czas opuszczenia placu przed kościołem i przejazdu do wynajętego lokalu. Starałem się nie wyglądać na zbyt wesołego, aby przypadkiem rodzice nie pomyśleli, że mi się cokolwiek na tym weselu podoba, i spokojnie usiadłem z tyłu naszego samochodu, strojąc miny wielce obrażonego księcia. Przychodziło mi to dosyć łatwo, a to za sprawą wielu analogicznych sytuacji w przeszłości, innymi słowy – miałem doświadczenie. Właściwie to ja się buntowałem przeciwko każdej decyzji moich starych, czy to dobrej, czy złej, przez co zawsze wyglądałem na obrażonego. Po dwudziestu minutach dotarliśmy do jakiejś rudery, zwanej na wyrost lokalem. Kątem oka ujrzałem, jak z samochodu za nami wysiada piękna druhna, szybko jednak wzrok odwróciłem, nie chcąc przedwcześnie wzbudzać podejrzeń o niecne zamiary. Przyjdzie jeszcze czas - pomyślałem, maskując uśmiech - i zostanę sowicie wynagrodzony. W środku było ciemno, duszno i śmierdziało przypalanym jedzeniem. Wyobraziłem sobie zaraz czarne, pokurczone kotlety rzucone niedbale na rozgotowane ziemniaki i udekorowane śmierdzącym groszkiem prosto z puszki i taką samą marchewką. Porzuciłem jednak te pesymistyczne rozważania i udałem się na poszukiwania. A czego, to wiadomo. Alkoholu. No i znalazłem go, lecz w niezadowalających ilościach, bo tylko kilka „zero-siedem” na stoliku niewydarzeńców. Zmarszczyłem gniewnie brwi, ale nie okazałem publicznie niezadowolenia, bo i tak nie było komu. Miast dochodzić swych niepodważalnych praw przed organizatorem tego lipnego przedsięwzięcia, powziąłem iście desperacką decyzję i podjąłem kroki drastyczne. Niejeden przeklnie mnie za to zdradzieckie działanie, lecz nie miałem zamiaru siedzieć cały wieczór o suchym pysku (nie wiedziałem wtedy, że rozniosą trunki później). Pomijając fakt, że zapewne bym tego nie przeżył. Podwędziłem zatem dwie flaszki, z czego jedną ukryłem w przepastnej kieszeni marynarki, a drugą starannie schowałem w wielkiej donicy, pod opadającymi liśćmi bliżej mi nieznanego krzaka, którego jednak natychmiast polubiłem, właśnie za jego „maskujące” właściwości. Poczułem się niemal jak komandos, działający w dywersji na tyłach wroga, lecz nie dane mi było cieszyć się tym uczuciem zbyt długo, gdyż na salę poczęli wchodzić goście. Wśród nich znajdowała się Magda, roztaczając wokół siebie aurę nieskalanego piękna i niepodważalnej niewinności (nie wiem, skąd nasunęło mi się tak dziwaczne skojarzenie).
Pech chciał, a może zrządzenie niesprawiedliwego losu, i obiekt mego pożądania posadowiony został bardzo od mej osoby daleko, dokładnie po drugiej stronie sali. Serce me cierpiało wielkie katusze, widząc tylko jej nagie plecy, ale w duszy wmawiałem sobie naiwnie, że to i dobrze, bo przynajmniej będę mógł spokojnie zjeść, a kiedy nadejdą tańce i inne weselne zabawy, wkroczę do akcji jako pierwszy, mordując spojrzeniem potencjalnych konkurentów i zdobywając tym samym wymarzone trofeum. Nazbyt rozwinięta wyobraźnia podsuwała mi wiele scenariuszy na najbliższe kilka godzin, w jednym z nich wyszliśmy z Magdą na zewnątrz, zamknęliśmy się w samochodzie i potrząsaliśmy nim solidnie dobre kilkanaście minut. W tę wersję wydarzeń najmniej uwierzyłem i zapewne dlatego okazała się najbliższa rzeczywistości. A jednocześnie skrajnie daleka. Swoją drogą dziwna to była przypadłość, że kiedy coś zdawało mi się całkowicie nierealne, zazwyczaj okazywało się to prawdą lub prawdzie bardzo bliskie. Ale po kolei, nie uprzedzajmy faktów. Po mej lewej siedział wujek Wiesiek, stary pijaczyna, wiecznie niedomyty górnik dołowy, co było po nim widać, słychać i czuć. - A to babuć! – powtarzał zawsze krzycząc niemal i walił przy tym pięścią w stół, mając na myśli każdego, kto nie spełniał swych obowiązków należycie, oczywiście w jego mniemaniu. Dla niewtajemniczonych - babuć to wiejskie określenie prosiaka. Przykładowo, gdy niewinny kelner przyniósł wódkę (ja miałem swoją w kieszeni, ale zostawiłem sobie na czarną godzinę), wujek Wiesiek zareagował po swojemu. - Ty babuciu! – Twarz mu silnie poczerwieniała, a piwne oczy nabiegły krwią. - To ma być wódka?! Ciepłe szczochy, nie wóda! - Pochyliłem głowę, by ukryć zażenowanie. - Bierz te pomyje z powrotem i przynieść coś ludzkiego! Kelner, zmieszany jak koktajl w mikserze, nie wiedział, czy się odezwać, czy milczeć. W końcu wziął flaszkę z powrotem i pobiegł do kuchni. - Wszystko im trzeba dziesięć razy powtarzać, śmierdzące babucie – warknął wujek Wiesiek, a ja pokiwałem głową w udawanym zrozumieniu, choć w istocie miałem ochotę go zabić. Gdybym studiował w Shao-lin, zapewne załatwiłbym go samą siłą woli, tak że nikt by się nigdy nie dowiedział. Skoro jednak magiczne sztuki kung-fu były mi równie obce, co sposób myślenia kobiet, łudziłem się, że ktoś go dopadnie na ulicy i troszkę, a może i bardzo mocno, oklepie tę jego niewyparzoną gębę. Z prawej zaś zasiadał inny pijaczyna, ale nie górnik dołowy, tylko ponoć inżynier - wujek Mietek – ten, co to mnie już zdążył obrazić w kościele. Mój stosunek do niego można zmieścić w jednym słowie – ignorancja. Siedział, bo siedział, ale równie dobrze mógł w ogóle nie istnieć. Odzywał się czasem, a nawet rzadziej, lecz słowa z ust jego płynące nie były niczym więcej, jak tylko porykiwaniem starego ramola, na którego nikt nie zwraca uwagi. Zapamiętałem jedną kwestię, którą wypowiedział, a temu, że wydała mi się cokolwiek znajoma. - To wesele to jak polski film jest. Nic się nie dzieje, normalnie, nuda w ogóle i nic się nie dzieje. Polski film, jak w mordę strzelił. Nuda i nic się nie dzieje... Za to naprzeciw mnie siedziała ciotka Wanda. Ciotka Wanda to była dopiero postać. Nikt nie miał z nią szans, jeśli chodzi o picie. Nawet wujek Wiesiek, zawodowy pijak, wymiękł po kilkunastu kolejkach. A ona nic. Twarda jak skała. Ciotka Wanda to niezaprzeczalnie fenomen. I to na skalę światową. Stanowiła prawdziwe dziedzictwo kultury narodowej, o który wypadało należycie dbać. Więc piła na umór, kiedy tylko mogła, a wesele to pretekst po temu był doskonały. Wraz z towarzystwem - mną, wujkiem Wieśkiem, dziadkiem Staszkiem, wujkiem Mietkiem i paroma nieznanymi mi osobami - wchłaniała potężne ilości alkoholu. Nim padłem trupem na ziemię, przypomniałem sobie o rzeczy najważniejszej – Misji. Zerknąłem zatem w stronę, gdzie siedziała Ona. Ujrzałem ponownie jej nagie plecy, co uspokoiło mnie trochę, lecz zdałem sobie też sprawę, że przecież nikt nie będzie czekał wiecznie na swe przeznaczenie. Bo w moim przekonaniu Magda była mi przeznaczona, a ja jej. Spiąłem się w sobie, kategorycznie odmówiłem następnej kolejki, co zostało odebrane jako afront wobec współbiesiadników, i chwiejnym z lekka krokiem udałem się na dansflor, aby spalić zbędne kalorie. Niezdarnymi ruchami, imitującymi taniec nowoczesny, spowodowałem tylko falę śmiechu na parkiecie. Nie mogłem nic na te moje niezgrabne wymachy poradzić, gdyż alkohol dość poważnie uderzył mi do głowy i sam nie bardzo wiedziałem, co wyczyniam. Czułem się jak John Travolta w „Gorączce sobotniej nocy”, z tym że ów aktor tańczył doskonale, a ja tylko udawałem, że to potrafię. Tak czy siak okrzyknięto mnie królem dansfloru, ale i poradzono od razu, bym lepiej usiadł na chwilę i dał mięśniom odpocząć, aby inni też mogli swych niepodważalnych umiejętności tanecznych dowiedz. Posłuchałem rady większości, jako żem w demokracji wychowany, i usiadłem nieopodal, raptem dwa krzesła od obiektu mych westchnień. Spojrzałem na nią, mrużąc lekko oczy, jak to czynią ludzie o znacznie większym ode mnie współczynniku inteligencji. Odwzajemniła spojrzenie, posyłając mi szczery uśmiech, co odebrałem jako uznanie dla mych dokonań na parkiecie. Nawet jeśli się myliłem, nie miało to żadnego znaczenia. Po chwili niedługiej zwolniło się jedno krzesło, dzielące mnie od Magdaleny, i – nie cierpiąc zwłoki – zająłem je. Już tylko jedno krzesło, okupowane przez starą babę, stało mi na drodze do przepięknej druhny. Lecz i w tym miejscu szczęście się do mnie uśmiechnęło i stara baba poszła sobie. Wtedy stała się rzecz dramatyczna. Mianowicie ogarnął mnie strach niemożebny, a wątpliwości zawładnęły umysłem, niemal paraliżując całkowicie. Wahałem się dobre kilka sekund, ale w końcu usiadłem tuż obok niej. Przez skórę niemal poczułem ciepło emanujące z jej ciała, a bicie jej serca stało się dla mnie słyszalne. A może to moje serce tak waliło? Nieważne. - Cześć…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil aenim
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…