Wróć do katalogu

Wędrówka późną nocą

W samym sercu ciemnego lasu stoi zapuszczony budynek, a w nim mieszkają dwaj kilkunastoletni chłopcy - Mateusz i Kamil.

antoos70, opublikowano , 54 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Przemierzał w biegu korytarz, zastanawiając się, czy zdąży. Gdzieś pomiędzy rozrywającym grzmotem błyskawic, a szumem wiatru dochodziły go niewyraźne echa pośpiesznie stawianych kroków i chaotycznego oddechu. Ściany drżały. Pojawił się dźwięk przypominający odgłos spadającej lawiny, zbyt odległy, by zwrócić uwagę Mateusza. Minął w pośpiechu komodę, strącając zeń pusty wazon. Naczynie rozsypało się bezgłośnie, czemu towarzyszył trzask pioruna. W oknie na drugim końcu korytarza pojawił się błysk, rozświetlając wnętrze mieszkania niebieską poświatą. Dopadł drzwi, wyczuwając dłońmi nierówności w drewnianej powierzchni. Robiło się ciemno, coraz ciemniej. Ujął oburącz klamkę, pchnął z całej siły. Drzwi otworzyły się do połowy, by za moment z powrotem trafić między futryny, ciskane wiatrem. Przez chwilę oglądał się za plecy, jakby szukał pomocy w rozwianej firanie na końcu korytarza. O dach rozbijały się pierwsze krople deszczu, choć nie mógł tego słyszeć. Poczekał, aż wiatr zelżeje i ponowił próbę. Zdołał przedrzeć się na werandę, nim szalejący wiatr zerwał się do kolejnego natarcia. Mateusz wrzasnął, kiedy lodowaty podmuch przyszpilił go do ściany niczym niewidzialna pięść olbrzyma. Tuż obok drzwi zamknęły się z prędkością światła, nieomal ucinając mu nogę. Z trudem przebył kilka metrów wzdłuż ściany i chwycił się mokrej od deszczu balustrady. Palce zjechały po śliskiej nawierzchni, rozdrapując paznokciami białą farbę. Upadł na plecy, mocząc koszulkę w kałuży. Zatrząsł się z zimna i złości, nieudolnie próbując wstać na równe nogi. Kiedy chwiał się na nogach, chłostany silnym wiatrem, odniósł ponure wrażenie, że pogoda zebrała wszystkie siły, aby mu przeszkodzić. Piętnaście minut temu wokoło panowała cisza i spokój, a wiatr lekko poruszał wysoką trawą. Mrok panował niezmiennie, bo w głupim lesie istniała jedynie noc, z rzadka przerywana krótkimi chwilami jasności. Mateusz nazywał je „nadzieją”, choć odsłaniały brzydotę lasu, zazwyczaj skrytą w ciemnościach. Z trudem przeszedł nad balustradą i brnął dalej, poruszając się przy krawędzi ściany. Za rogiem wiatr nie był już tak uciążliwy, potęgował za to uczucie chłodu. Mateusz odgarnął z czoła mokre pęki włosów i z ulgą stwierdził, że w piwnicy wciąż pali się światło. Trzymając się blisko ściany, powoli zmierzał w kierunku rozświetlonego okna. Burza z wichurą rozpętała się akurat teraz, kiedy był o krok od poznania części prawdy i nie widział w tym przypadkowości. Głupi las chciał go za wszelką cenę powstrzymać. Nie przejął się tym zbytnio, wiedząc, że hałas i zamęt mogą mu też wiele ułatwić. Przykucnął na mokrej ziemi, blisko okna. Obdarte z lakieru ramy telepały od uderzeń wiatru. Rzucił okiem za siebie. W pobliżu rosło sporo drzew, splątanych krzewów i wysokiej trawy, w które mógłby uskoczyć, gdyby został zauważony. Wątpił, by tak się stało. Wiatr szumiał przeciągle, a ponad nim na niebie dudniły pioruny. W obrębie domostwa konary drzew zdawały się pochylać bardziej niż gdziekolwiek indziej w lesie, dając cień. Nie musiał obawiać się zdemaskowania. Zajrzał do środka. W środku nie było żywej duszy. Sięgające sufitu regały na narzędzia i osmalone ściany wydawały się jeszcze bardziej zmęczone upływem czasu w blasku ostrego światła. Żarówka wygnała z zakamarków ciemność, a wyłowiła pokłady kurzu i skrawki starych szmat. Stojące rzędem na półce słoiki pękały od nagromadzonej wewnątrz pleśni. Na podłodze, tuż pod oknem, leżała zaschnięta rdzawa plama. Mateusz wolał nie wiedzieć, co to takiego było. Wtedy go zobaczył. Zając leżał rozciągnięty na stole, solidnie opasany żelaznym łańcuchem. Zwierzę miało trochę ponad metr długości i należało do najczęściej spotykanych w lesie. Rozglądało się bezradnie po izbie, kręcąc głową jak mechaniczna, nakręcana zabawka. Mateusz znał te zwierzęta na wylot i wiedział, że są durne jak pień ściętego drzewa. Zasadniczo wszystkie stworzenia prócz wilków i jeleni zachowywały się nierozważnie i lekceważąco, jakby nie znały natury człowieka. Zająca upolował sam Mateusz. Wychodził z domu w nadziei na sporo większe łupy w rodzaju niedźwiedzi czy lisów, lecz te sprawiły mu zawód, nawet się nie pojawiając. Ukrył się nad brzegiem stawu, w gęstych zaroślach otaczających zbiornik i czekał. Nieomal zasnął, otoczony niezmąconą ciszą lasu i lekkim szumem wody za plecami. Przez około godzinę, ciągnącą się nieopodal ścieżką nie przebiegł żaden zwierz. W końcu jednak pojawiło się coś jasnego i dużego. To był zając. Przechadzał się w odległości kilkudziesięciu metrów od kryjówki Mateusza, szukając pożywienia. Otaczająca go, niewyraźna poświata księżyca zniekształciła nieco kształt pulchnego ciała, lecz chłopiec nie dał się zwieść. Miał za sobą ogromne doświadczenie i mnóstwo godzin spędzonych na łowach. Zająca potrafił rozpoznać nawet po samych krokach. Były powolne i stawiane jakby z namysłem. Małe stopy z rzadka trafiały na kruche gałęzie, większość czasu rozdeptując z szelestem zeschłe liście. Wystarczyło, że zawołał „kic, kic!” i zając stanął jak wryty, unosząc w zdziwieniu podłużne uszy. Powtórzył magiczne zaklęcie i stworzenie ruszyło w jego stronę z wielką nadzieją, że dostanie coś do jedzenia. W międzyczasie Mateusz posmutniał, bo już od dawna czuł, że zwierzęta które zanosi Kamilowi kończą w okropny sposób. Kamil, starszy o siedem lat kolega twierdził, że zabija je bezboleśnie. Wierzył mu aż do czasu, gdy nieopodal domu spotkał okaleczonego lisa – stworzenie było pozbawione sierści, część skóry wyglądała na spaloną, a jedna z tylnych nóżek kończyła się w połowie. Lazł powoli w kierunku lasu i z każdym ruchem jęczał z bólu. Od tamtej pory Mateusz natknął się jeszcze na siedem przykładów okrucieństwa i nabrał podejrzeń. W rozmowie z Kamilem poruszył temat zmaltretowanych zwierząt i spotkał się z gniewną reakcją: „Zwidy! Przez tyle lat w tym cholernym lesie nie nauczyłeś się jeszcze, że połowa wszystkiego co tu widzisz to po prostu zwidy?” Dziesięcioletni Mateusz tylko umocnił się w przekonaniu, że coś tu nie gra i postanowił samemu dociec prawdy. Póki co nic nie wskazywało na to, by chłopak zamierzał znęcać się nad stworzeniem, lecz po chwili Mateusz nie był już tego taki pewien. Kamil wszedł do piwnicy, potykając się o stojący przy wejściu pustak. Równocześnie huknął piorun, jako zapowiedź bezlitosnego oprawcy, ale człowiek, który pojawił się w zakurzonym pomieszczeniu wzbudzał zaufanie zamiast lęku. Jedynie w spojrzeniu miał coś tak obcego, że Mateusz ledwie go poznał. W łagodnych zazwyczaj oczach uwidocznił się smutek, strach i szaleństwo w najczystszej postaci. Biegały niespokojnie po izbie, jakby ich właściciel usiłował objąć spojrzeniem wszystkie zakamarki jednocześnie. Rosły niespodziewanie, gdy wzrokiem napotykał związanego zająca, ale z pewnością nie dostrzegły obecnego za oknem Mateusza. Obłędne spojrzenie kolegi napełniało chłopca strachem i sam już nie wiedział, czy dobrze zrobił przychodząc w to miejsce. Miał zamiar odsunąć się od okna, ale w końcu uznał, że wytrzyma do końca tego przedstawienia. Wytężył wzrok. Kamil szedł już pokracznie w stronę stołu, na spiętej twarzy malował się coraz większy smutek. Garbiąc się i nieustannie zerkając na boki, sięgnął po zapalniczkę. Znieruchomiał na moment i wziął z półki coś jeszcze. Mateusz nie od razu pojął, co zawiera biały kanister. Z trudem przełknął ślinę. Pamiętał słowa Kamila, gdy po raz pierwszy zeszli na dół, by obejrzeć piwnicę: „ Po cholerę nam tyle benzyny, skoro nie mamy pieca?” Chłopak schylił się i wysunął spod stołu metalowe wiadro z wodą. Denko zazgrzytało o nierówną podłogę, wzbudzając ciarki na ciele Mateusza. Powinienem coś zrobić, gorączkował się, ale nie przystąpił do żadnych działań. Nie czuł zimnych kropel deszczu, które wdzierały się za kołnierz jego koszulki i spływały ciurkiem po plecach. Cały świat w jednym oknie. Zając wygiął się lekko pod ciężkim łańcuchem, intuicyjnie wyczuwając zagrożenie. Zapamiętale kręcił głową, jedyną nieskrępowaną częścią ciała, jakby przeciwstawiając się oprawcy w niemym proteście. Mateusz zdziwił się, gdyż sądził, że zwierzę do samego końca pozostanie ufne człowiekowi. Nie wiedział, czy świecące obłędem ślepia dostrzegają cokolwiek poza wnętrzem piwnicy, ale odniósł wrażenie, że zwierzę widzi go i z całego serca błaga o pomoc. Niestety, nogi i ręce chłopca odmawiały współpracy, za to mózg przegrzewał się od niepotrzebnych myśli i koszmarnych wizji. Kamil stał przy krawędzi stołu i milcząco wpatrywał się w ofiarę. Zając znieruchomiał i postawił uszy. Mateusz walczył z ogarniającym go odrętwieniem, wpatrując się bez ustanku w dłonie ściskające zapalniczkę. Musiał dokonać się przeskok w czasie, bo w następnej chwili Kamil rozlewał już benzynę po całym ciele zająca, zaciskając usta z zacięciem. Uniósł kanister i ciecz przestała wypływać. Odstawił przedmiot na ziemię i sięgnął po zapalniczkę leżącą na blacie stołu, wzniecając naraz ogień. Wszystko dzieje się za szybko, krzyczał w myślach chłopiec. Płomień tańczył wesoło, jakby na przekór dramatycznemu zdarzeniu, które nadchodziło wielkimi krokami. Mateusz nigdy wcześniej nie doświadczył tak okropnego uczucia, jakim jest utrata kontroli nad własnym ciałem. Stawy miał zrośnięte, mięśnie napięte, ale bezużyteczne, a całe wnętrze zabetonowane. Mógł poruszać jedynie ustami, ale choć układały się do krzyku, z gardła nie dobył się żaden odgłos. Być może dął ze świstem wiatr i brzmiała potężnie burza, lecz chłopiec nie słyszał żadnego z tych dźwięków, pogrążony w świecie ciszy gdzie on i płonąca zapalniczka mierzyli się nienawistnymi spojrzeniami. Nieme prośby chłopca zawiodły – zapalniczka spadła na pulchne ciało leśnego stworzenia. W pierwszej sekundzie nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. W drugiej ogień buchnął gwałtownie, wyciągając do Kamila płonące łapska, aż zmuszony był się odsunąć. Równocześnie z przerażającym kwileniem zająca, do Mateusza powróciły wszystkie inne dźwięki nocnego lasu, jakby pękła cienka błona oddzielająca oba światy. W pobliżu wiatr zawył i trzasnął małymi okiennicami na piętrze. W odległej części lasu rozległ się jęk, jeszcze mocniej napiętnowany cierpieniem niż słabnące już, niemal ludzkie wrzaski stworzenia. Zająca obległy łapczywe płomienie, natychmiast wypalając oczy i sierść, by z jeszcze większym zapałem dobrać się do skóry. Zwierzę próbowało oswobodzić się z łańcuchów, a ogień wyzwolił w nim tyle energii, że niemal podołał temu zadaniu. Nawet poprzez szybę wyraźnie rozbrzmiewał odgłos skwierczącego ciała, odgłos, który nie wiadomo z jakiego powodu wydał mu się znajomy. Porzucił szybko tą myśl, lecz na jej miejscu pojawiła się kolejna, znacznie gorsza i wyrazistsza. Usmażone płaty skóry odchodziły od reszty ciała, z sykiem upadając na ziemię. Uszy zaczęły przypominać dwie płonące pochodnie, a nieco niżej, w miejscu gdzie niedawno błyszczały ze strachu czarne ślepia, teraz zaznaczały się wypalone zagłębienia. Z pustych dziur ulatywał dym, jak przez wybite okna płonącego mieszkania. Zając oślepł, ale wciąż żył i cierpiał męki, gdy żywy ogień z żarliwością wgryzał się w jego ciało. Na klatce piersiowej i w okolicy ramion zaczęły wyrastać czerwone bąble, pękające pod wpływem gorąca i ciśnienia. Znajomy widok. Mateusz z trwogą uświadamiał sobie, że podobny obrazek nawiedził go już kiedyś w zamierzchłej przeszłości i nie chodziło o cierpiące zwierzę, a o wyraz twarzy Kamila. Zdarzenie musiało mieć miejsce bardzo dawno. Pamięć o nim kryła się za mglistą otoczką, z rzadka nabierając wyrazistych kształtów i barw, jednak nigdy nie zdołał uchwycić całkowitego sensu niespodziewanych wizji. Cofały się w mrok zawsze, gdy był już blisko rozwiązania, jakby celowo starały się mu zaszkodzić. Niespodziewany odgłos wyrwał Mateusza z głębokiego zamyślenia. Był to chlust wody, która w zetknięciu z gorącem rozżarzonego ciała zaczęła nieznośnie syczeć. Część rozchlapała się na podłodze, ale pożar trawiący zająca został ugaszony. Zwierzę wciąż żyło. Z początku pogrążyło się w bezruchu, zaskoczone nagłą zmianą, potem drgnęło, uniosło kruchą jak węgielek łapę i postąpiło krok w przód. Wyraz twarzy Kamila uległ gruntownej zmianie. Kolory przesyciły blade dotąd oblicze. Z oczu wyparował smutek i strach, a powróciła typowa dla nich łagodność. Mateusz wiedział, że od tej chwili zając będzie cierpiał aż po kres swoich dni, zamieszkując to szkaradne, ciężko poparzone ciało. Zwierzęta w głupim lesie odznaczały się niezwykłą wytrzymałością na uszkodzenia mechaniczne, jakby uzupełniając w ten sposób brak oleju w głowie. Bywało, że chłopiec zadawał serię ciosów nożem w tętnicę, nim zdołał uśmiercić zwykłą dziką świnię. Szybko przekonał się, że zabijanie zwierząt nie przynosi mu frajdy, w przeciwieństwie do samych łowów. Nauczył się obezwładniać ofiary liną i zanosił wszystkie Kamilowi. Nie sądził, by po tym co dzisiaj zobaczył, oddał jeszcze jakieś w ręce tego człowieka. Zając ostrożnie poruszał się w otaczającej go ciemności. U boku oprawcy przypominał nieporadne dziecko, stawiające swoje pierwsze kroki. Spojrzenie Mateusza bezwiednie uciekło w las. Po tym wszystkim co zobaczył czuł głęboki żal do przyjaciela. Poprzysiągł sobie w duchu, że już nigdy nie odda choćby najmniejszego stworzenia w jego zbrukane krwią ręce. Burza ustała. Las pogrążył się w spokoju i ciszy, przypominając dziecko, które po ciągnących się w nieskończoność lamentach wreszcie zapada w słodki sen. Jedynie wiatr szumiał w zaroślach nieco gwałtowniej niż zazwyczaj. Wyraźnie oziębł, nie pozwalając na trwanie w bezruchu. Mroźne powietrze tchnęło w Mateusza siłę i chęć do polowania. Uwielbiał zakradać się w ciemnościach, stawiając bezszelestne kroki, skupiony do granic możliwości. Z chłodnym nożem trzymanym pewnie w dłoni i pod szczelną maską nocy, czuł jakby panował nie tylko nad własnym ciałem, ale całym lasem. Wielka moc skupiona w jego rękach, mobilizujący do działania chłód i niczego nieświadoma zwierzyna. Ruszył się spod okna, wchodząc coraz głębiej w utkany z szarości las.

Nawet z dala od domu czuł wyraźną obecność Kamila. Teraz ciążyła mu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, sprawiając, że co pewien czas oglądał się za plecy. Z biegiem czasu przywykł do psychicznej więzi, jaka łączyła ich umysły, choć z utęsknieniem czekał na dzień w którym się jej pozbędzie. Bez względu na to, jak niewygodne bywało życie ze stałym towarzyszem u boku, nie tracił nadziei i głęboko wierzył, że kiedyś zdoła uwolnić się od tego jarzma. Wiedziony jakimś wewnętrznym impulsem, schował nóż i wydobył z dna kieszeni solidny sznur. Dość miał widoku cierpienia, wolał unieruchomić ofiarę, by bezboleśnie unicestwić ją w domu. Już od dłuższego czasu żywili się nieświeżymi ochłapami, rezerwą upchniętą w najciaśniejsze zakamarki spiżarni. Były twarde jak kora z drzew i zalatywały zgnilizną. W smaku przypominały zimny, galaretowaty tłuszcz. Mateusz nie jadł nic od dwóch dni. Księżyc wspiął się na wyższe partie granatowego nieba, przeświecając między pokrzywionymi gałęziami. Niewyraźny blask odbijał się migotliwie w pomarszczonej tafli stawu. Odrobina światła odkryła przed Mateusziem schowaną w mroku brzydotę lasu. Czarne jak otchłań przepaści drzewa wzbijały się krzywo ku górze, dźgając spiczastymi konarami bezkresne niebo. Zdawały się garbić pod naporem cierpienia i czasu. Zeschłe na wiór liście opadały z gałęzi na ziemię, lub polatywały nisko w powietrzu jak jakieś obłąkane ćmy. Na drugim brzegu zbiornika pojawił się niedźwiedź i nastroszył uszy. Stał przy krawędzi niedużego, skalnego wzniesienia, ukryty częściowo wśród wysokich źdźbeł trawy. Zdawał się kontemplować swój wygląd w nierównej tafli stawu, ale gdy Mateusz wytężył wzrok, ujrzał jedynie puste doły nie miejscu oczu niedźwiedzia. Poczuł gwałtowny ucisk w okolicy żołądka i głębiej zaczerpnął powietrza. Znów pociemniało, gdy księżyc zaszedł ciężkimi chmurami. Zwierzę nie ruszyło się z miejsca, ale było coraz słabiej widoczne. Krępa postura ledwie rysowała się na tle chłodnego nieba. Przyśpieszył kroku, nie wzbudzając choćby pojedynczego szelestu. Zdziwił się, że tak późno dostrzegł niedźwiedzia, mimo pełnego skupienia. W jakimś stopniu wiedział, że spowodowała to złudna obecność Kamila, której wciąż nie potrafił do końca zignorować. Otaczał zbiornik z tym samym opanowaniem, które towarzyszyło mu podczas wszystkich polowań. Chwycił pewniej sznur i mocno go napiął, jakby usiłował sprawdzić, czy nie pęknie. Ze wzrokiem utkwionym w zwierzynie pokonał ostatni odcinek dzielący go od pola z wysoką na metr trzciną. Skrył się i przeczekał parę chwil, aby przygotować się do gwałtownego skoku. Łodygi wydzielały słodki zapach, od którego zachciało mu się kichać. Zatkał nos i poczekał, aż ochota przejdzie. Nie przechodziła. Mógł się wycofać i okrążyć teren porośnięty trzciną, ale był już zbyt blisko celu i zaczynał tracić cierpliwość. Niedźwiedź pokładał się ospale i co pewien czas ziewał, rozdziawiając paszczę do granic możliwości. Zdecydował się na spontaniczny atak. Już w chwili, gdy zrywał się do biegu, z sercem bijącym przy gardle i adrenaliną szumiącą w głowie czuł, że ma ogromną przewagę. Zawodzenie wiatru i szumiące łodygi trzciny zapewniały osłonę dla odgłosu zbliżających się kroków. Aż nagle stało się coś, czego Mateusz nie był w stanie przewidzieć. Opuszczał właśnie trawiastą kryjówkę, kiedy nierówne cienie pochłonął blask księżyca i poczuł się widoczny jak na dłoni. Miał zamiar uskoczyć w bok za postrzępione krzaki i za moment ponowić atak, lecz niedźwiedź już wpatrywał się w niego pustymi oczodołami. Chłopiec zadrżał. Zwierzę, które wziął za niedźwiedzia okazało się zupełnie czym innym. Nie mógł uwierzyć, że się pomylił. To był zając. Stał u szczytu lekko wznoszącej się skały. Mateusz czuł na sobie uważne spojrzenie, pełne wzgardy i wściekłości, mimo iż ogień pozbawił zwierzęcia oczu. Stworzenie postawiło uszy. Jedno było o połowy spalone, a drugie rozpadło się całkowicie na oczach chłopca. Bardziej ze współczuciem niż obrzydzeniem przyglądał się oszpeconemu ciału. Ramiona, twarz i tułów były całkowicie czarne, jak spalony pień drzewa. Reszta odznaczała się wyrazistą, różową barwą i wyglądała jak ogromna blizna zlepiona z kawałków skóry, upstrzona gdzieniegdzie głębokimi wcięciami. Wciągnął powietrze nosem i wyczuł słodką woń spalenizny. Dopiero wówczas zorientował się, że zapach, który wziął za wydzielinę trzciny, pochodził tak naprawdę od tego przerażającego stworzenia. Głośno kichnął. Zając przekrzywił pozbawiony ślepi łepek. - Kic, kic! – zawołał niepewnie i znów kichnął. Zwierz odwrócił się i pognał w stronę sosnowego lasu. Pociemniało znacznie i wzmógł się wiatr. Mateusz usiłował zrozumieć całą tę sytuację, ale okazało się to zbyt trudne. To musiała być halucynacja wywołana przemęczeniem, pomyślał. Albo zając którego spotkał nie był zającem z piwnicy, tylko poprzednią ofiarą Kamila, błąkającą się bez ustanku po lesie i z utęsknieniem wyczekującą śmierci. Przecież natknął się już na parę innych zwierząt, okaleczonych w podobny sposób. Obiecał sobie, że następnym razem pomoże im uciec przed bólem, korzystając z noża. Objął spojrzeniem rosnący w pobliżu sosnowy lasek, w którym skrył się ślepy zając. Po omacku nie miał szans uciec zbyt daleko, dlatego Mateusz postanowił znaleźć go i zabić, by oszczędzić biednemu stworzeniu cierpień. Wszedł za pierwszy rząd świerków i znieruchomiał, zaskoczony do tego stopnia, że nieomal spadł na dno urwiska, którego nigdy wcześniej tutaj nie było. Urządzał w tej okolicy polowania na wiewiórki, więc nie mógł się mylić. A już z całkowitą pewnością nie stał tu dom, ponieważ na obszarze całego głupiego lasu mieszkał tylko on sam, Kamil i mnóstwo zwierząt. Nikt więcej, powtarzał w myślach, nikt więcej nie mieszka w okolicy, to znów te przeklęte halucynacje o których wspominał Kamil! Przycisnął dłonie do twarzy, potarł energicznie oczy, oddalił się na dwieście metrów od urwiska, a kiedy wrócił, dom nadal stał na swoim miejscu. - Niemożliwe – stwierdził na głos – niemożliwe, żebym go przeoczył! Mnóstwo czasu poświęciłem na poszukiwania innych ludzi i przez szereg lat nie znalazłem nawet odcisku ludzkiej stopy na ziemi! Tymczasem dwa kilometry od domu znajduję co? Inny dom, w którym pali się światło! – dodał z ironią. Zorientował się, że mówi do siebie i umilkł. Nigdy wcześniej tego nie robił, lecz tej nocy działo się zbyt wiele dziwnych rzeczy. Jakiś czas temu, w rozmowie z Kamilem opowiedział o bezowocnych poszukiwaniach ludzi, na co ten roześmiał się, jakby usłyszał niezły dowcip. Mateusz nie rozumiał wesołości rozmówcy, ale potem uświadomił sobie, czym naprawdę był śmiech – rozpaczliwym krzykiem szaleńca. Doprowadzę Kamila do łez tak wspaniałą nowiną, pomyślał Mateusz. Dom wybudowano w zagłębieniu, zaś dach sięgał nieco powyżej szczytu urwiska. Mateusz schodził ostrożnie po stromym zboczu, uważając, by nie pośliznąć się na mokrych liściach. Z pulchnej ziemi wyrastały potężne drzewska, widoczne w świetle bijącym od okien. Chłopak stanął za jednym z nich, na nowo odczuwając wątpliwości związane z niespodziewanym pojawieniem się domu. Wciąż nie do końca wierzył w to, co widzi. Może jak podejdę bliżej, mieszkanie zniknie? – zastanawiał się – może jest zaledwie złudzeniem, utkanym z nici szaleństwa w moim ciężko chorym umyśle? Nie chciał, by Kamil znów go wyśmiał. Nie mogąc się dłużej wstrzymywać, ominął drzewo i podszedł blisko ściany. Wyciągnął rękę, przesunął dłonią po szorstkiej powierzchni. Odwrócił się i okrążył kilka razy posiadłość, szukając drzwi frontowych. Nie znalazł ich, ale zobaczył inne, stare i zabrudzone, ledwie widoczne za stertą beczek. Chodząc w kółko zastanawiał się, kto wpadł na pomysł, żeby wybudować mieszkanie w dole. Zatrzymał się wreszcie przy oknie i zajrzał do środka. Właścicielem był niski grubas o wydętych policzkach i małych oczach, którymi rozglądał się nerwowo na boki. Sprawiał wrażenie kompletnie zagubionego, jakby nagle zrozumiał, że znalazł się w tym wrogim, ciemnym miejscu i przyjdzie mu żyć w osamotnieniu, za przyjaciela mając jedynie wielkiego, głupawego zająca. Mateusz oniemiał. Wykrzywił twarz z odrazą i pokręcił głową. Krzyczał. Tym razem zdołał opanować się na tyle, by na całe gardło wrzasnąć: nie! Jednak grubas o rozbieganych oczach był głuchy na zawołania. Sięgnął nad stołem po ogromny, rzeźnicki nóż i przyjrzał się z bliska ostrzu, jakby próbował ocenić, czy nie jest zbyt tępe. Choć postępował z niezachwianą pewnością siebie, oczy wciąż wyrażały strach i pogubienie. Obracał narzędzie w dłoni, jak cyrkowiec szykujący się do popisowego numeru. W pewnej chwili zacisnął mocno palce na rękojeści i wzniósł ostrze ponad głowę, by za moment opuścić je z wielką siłą na pierś bezbronnego zwierzęcia. Mateusz załomotał pięścią w szybę, aż na szkle pojawiło się podłużne pęknięcie. Poskutkowało. Tłuścioch obrócił gwałtownie głowę, ale jego twarz uległa zupełnej przemianie. Przepadło gdzieś pucołowate oblicze grubasa o małych, lśniących oczkach, a na jego miejscu wyrosła zadbana twarz o łagodnym, zamglonym spojrzeniu. Mateusz rozpoznał ją natychmiast, ale nie zastanawiał się już, jak to możliwe. Mimo najszczerszych chęci nie zgłębiłby wszystkich tajemnic lasu. Odskoczył gwałtownie od okna, jakby chłodne szkło zaczęło parzyć. Oblicze Kamila wyrażało bezkresny smutek, a w oczach połyskiwało szaleństwo. Z wolna unosił prawą rękę, ściskając w dłoni polepiony krwią nóż. Chłopiec wrzasnął i walcząc ze łzami, począł wspinać się na strome wzniesienie, co chwila upadając na piach i prędko wstając na nogi, by kontynuować bieg. Będąc już prawie u szczytu urwiska, zdało się mu, że słyszy nawoływania i brutalne groźby, lecz ani na moment nie zwolnił kroku, gnając na oślep, byle dalej od tego obłąkanego miejsca. W piwnicy grubas szedł z ociąganiem w stronę uwięzionego zająca, ale twarz znów miał nalaną i spoconą. Obracał nóż w dłoni z wprawą iluzjonisty, czerpiąc niemałą przyjemność ze strachu widocznego w oczach stworzenia. Ostrze nagle znieruchomiało. Tłuścioch zbliżył je do rozedrganego ramienia zająca i wyostrzył zmysły na tyle, by żaden jęk bólu nie umknął jego uwadze. Ostry czubek wbił się w ciało jak w masło. Mężczyzna pociągnął do siebie, tnąc wzdłuż pachy.

Mateusz przebiegł jeszcze kilkaset metrów i ukrył się za ciasnym rzędem przygarbionych dębów. Kochał to miejsce. Dawało mu więcej poczucia bezpieczeństwa niż dom, a nawet jego własny pokój. Wytężając słuch mógł w porę zareagować na dźwięk zbliżających się kroków, a nawet zajść ofiarę od drugiej strony. Wracał tu zawsze, gdy był już zbyt zmęczony by biegać i zakradać się między drzewami. Wygodnie spoczywał na wilgotnym mchu i tylko czekał, aż potencjalny obiad sam się napatoczy. Niekiedy pływał w pobliskim stawie, ale od czasu, gdy coś go ugryzło w stopę, robił to coraz rzadziej. Tej nocy spocił się jak mysz, ale nie miał ochoty na kąpiel. Wolał pozostać w cieniu, niewidoczny i bezpieczny. Coś mu podpowiadało, że gdyby jednak zdecydował się popływać, znów zostałby ugryziony – tym razem przez coś znacznie większego. Rozbrzmiewające w jego głowie dziwne hałasy ustały, pozostał jedynie przerywany szum. Sądził, że to wiatr przybrał na sile, jednak zarośla i gałęzie trwały bez ruchu na swoich miejscach, jak uwiecznione na kliszy. Szum stawał się coraz bliższy, wzmagając w chłopcu niepokój. Zechciał podążać w ślad za tym dźwiękiem po to tylko, by odkryć jego źródło. Wspiął się na krawędź leja i wsłuchał uważnie w tajemnicze brzmienie. Choć Mateusz odznaczał się fenomenalnym słuchem, nie potrafił określić z której strony dobiega szelest, zupełnie jakby ten co chwila zmieniał swoje położenie. W jednej chwili chłopiec miał zamiar biec odkrytą polaną, w drugiej już wahał się, czy nie powinien jednak skierować się ku łagodnym wzgórzom z gęsto wyrastającymi drzewami. Trwał w tej niepewności dość długo, odnosząc absurdalne wrażenie iż las obserwuje go z uwagą. Już wcześniej miewał podobne , niesamowite odczucia. Nagle obecność Kamila przeistaczała się w coś zgoła innego, a las zaczynał przypominać żywą, myślącą istotę, której bliskość i ciężar tysięcy par oczu wyczuwał na karku. Do tego przyłączał się niesprecyzowany szum. Mateusz coraz mniej ufał wrażliwemu słuchowi, a znajome dla oka ścieżki i przejścia zmieniały twarze, powodując, że kompletnie się pogubił. Zorientował się, że lej i staw przepadły gdzieś w ciemnościach, a on sam stoi na ugiętych kolanach, z dala od znajomych terenów. Nie poznawał tej części lasu, ale szum dobiegał tu z bliska i wydawał się spokojniejszy. Obecność lasu również dawała o sobie znać bardziej i nagle Mateusz zrozumiał – a przynajmniej wydawało mu się, że rozumie – las chciał mu o czymś powiedzieć. To by wyjaśniało…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych