Wróć do katalogu

Wewnętrzny wróg

Opowiadanie umieszczone w świecie mrocznej gry fabularnej Warhammer Fantasy Roleplay.

riskbreaker, opublikowano , 1 godz. 39 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dwie postacie przemierzały zalany mrokiem korytarz. Obie odziane były w czarno-brązowe szaty z kapturami. Wyższa postać odezwała się głosem nawykłym do wydawania rozkazów: - Wszystko gotowe? - Tak, panie… Czekamy już tylko na odpowiednią chwilę- odparła niższa postać głosem przypominającym szelest papieru- Jakieś ostatnie rozkazy? - Do spełnienia naszego przeznaczenia brak nam tylko jednego składnika, mianowicie krwi zbrodniarza. Zdobądź ją jeszcze tej nocy, by nasz pan był z nas zadowolony. - Wedle rozkazu, panie- postać odwróciła się i ruszyła w kierunku, którego nadeszła. Drugi człowiek uśmiechnął się pod nosem i ruszył w głąb mrocznego korytarza w stronę drzwi na jego końcu

…

- Jeszcze jedna kolejka dla mych towarzyszy!- gromko wrzasnął młody krasnolud z pomarańczową brodą i kolczykiem w nosie- Pomijając elfa oczywiście!- dodał na co dwójka jego towarzyszy i on sam ryknęła głośnym śmiechem, który odbił się w ścianach pustej karczmy o dźwięcznej nazwie ”Pusty bukłaczek” Elf, znieważony przez krasnoluda nazywał się Aesgariel Silmaris, jeden z najlepszych łowców głów w całym Imperium. Wysoki i szczupły, o bystrym brązowym oku i popielatych włosach: nic nie wskazywało na jego profesję. Jedynie ubiór tropiciela z narzuconym na niego płaszczem mógł coś powiedzieć o zawodzie wykonywanym przez niego. Nie wiadomo dlaczego do elfa dołączył krasnolud Odric, pochodzący z kislevskiej części Gór Krańca Świata. Krasnolud zwykle przywdziewał praktyczne skórzane ubranie podróżne: kurtkę, nogawice oraz buty na grubej podeszwie. Przez plecy przerzucone miał dwa topory o jednym żeleźcu. Głowa Odrica przypominała głowę mnicha- pustelnika: była łysa, a przez jej czubek przebiegała długa blizna. Przedmiotem dopełniającym strój krasnoluda był sporej wielkości bukłak, w którym bulgotał najprzedniejszy kislevski bimber, który Odric zwykł pijać przed stresującymi sytuacjami: walkami oraz spotkaniami z władzami miejskimi. Pozostali dwaj ludzie to przygodnie napotkani robotnicy najęci na polu żyta na farmie niedaleko Neustadt, miasta leżącego 35 mil na północny zachód od Altdorfu, stolicy Imperium. Odric nie odmówi nikomu chcącemu postawić mu piwo. Karczmarz postawił przed nimi trzy kufle wypełnione złocistym napojem. Aesgariel nie pił, tylko wyciągnął z sakwy kartę pergaminu. Na niej narysowany był portret przedstawiający szpetną, jak na elfie standardy, twarz okoloną szczeciniastym zarostem. Twarzy na portrecie brakowało lewego oka, zamiast którego była długa szrama przecinająca oczodół. Podpis pod obrazem mówił, że człowiek na nim przedstawiony to Ulrich Vogel, morderca zbiegły z altdorfskiego więzienia. Aesgariel zawsze zastanawiało, dlaczego ludzie mordują siebie a nie pomioty Chaosu, których wszędzie pełno. Elf wstał od karczemnego stołu i podszedł do okna. Na dworze było niezbyt ciekawie. Zachodzące słońce zostało przysłonięte przez czarne chmury, z których padały ciężkie krople deszczu. Odcinek Traktu Imperialnego numer 42, widoczny z okna karczmy, usiany był kałużami wypełnionymi błotnistą wodą. Nagle zaczął ujadać pies, co przerwało Aesgarielowi obserwowanie aury. Elf skierował wzrok na gościniec. Traktem podążała postać odziana w długi płaszcz do kostek. Głowa zakryta była kapeluszem z szerokim rondem. Postać kierowała się ewidentnie w stronę karczmy. Nie wiedzieć dlaczego nie podobała się ona Aesgarielowi. Elf postanowił, że oceni mężczyznę gdy ten wejdzie do karczmy. Ruszył więc w stronę swego miejsca przy stoliku. Cała sala wypełniła się śmiechem, gdy Odric, lekko podchmielony, opowiedział dowcip wyśmiewający księcia, którego napotkali w trakcie swych wędrówek, a który jąkał się jak wieśniak. Jak zauważył Aesgariel, ludzie byli już porządnie schlani i ledwo trzymali się o własnych siłach blatu stołu. Wtedy też otworzyły się drzwi karczmy i do środka wszedł mężczyzna, którego Silmaris wypatrzył na drodze. Płaszcz jego ociekał z deszczu wprost na sosnową podłogę karczmy. Gdy mężczyzna zdjął kapelusz, Aesgariel od razu dowiedział się, dlaczego ta postać wydała mu się podejrzana. Był to bowiem Ulrich Vogel, na którego łowca głów otrzymał zlecenie. Mężczyzna rozejrzał się po wnętrzu i podszedł do karczmarza. Zaczęli o czymś rozmawiać. Aby usłyszeć ich konwersację elf udał, że zainteresował go kandelabr wykonany z drewna i jelenich poroży. Karczmarz zwrócił na to uwagę, lecz zbyt pochłonięty był rozmową z Ulrichem. Z tej pozycji wszystko było słychać, nawet wywołane niecierpliwością stukanie metalowych obcasów o podłogę. - Jak mogę dojść do Neustadt? –zagadnął karczmarza Ulrich - Musisz pan się udać traktem do lasu, a potem nawrócić na południe.- odparł mu karczmarz- Trafi tam pan nawet ze świecą w rzyci- dodał i wybuchnął śmiechem. Dalszego przebiegu Aesgariel nie usłyszał, bo Odric ryknął na całe gardło i zagłuszył rozmówców. Elf, wściekły na krasnoluda powrócił na swój miejsce. Chwycił Odric za bary i syknął: - Kurwa, Odric całe zadanie mi zawalisz. Krasnolud uznał widocznie to za dobry żart i roześmiał się głośniej niż poprzednio. Kątem oka Aesgariel dostrzegł ruch. Odwrócił głowę i ujrzał plecy wychodzącego Ulricha. - Jasna cholera!- zaklął elf i ruszył w ślad za zbrodniarzem. Aesgariel wybiegł z karczmy i rozejrzał się dookoła. Przed oczyma mignął mu płaszcz Vogela. Zbrodniarz kierował się w stronę lasu, więc elf, bojąc się że straci go z oczu, szybko podążył za nim. Przebiegł w poprzek Trakt Imperialny i zagłębił się w przydrożne krzaki. Na szczęście morderca pozostawił wyraźny ślad z podeptanej trawy i połamanych gałązek. Nad lasem zapadł zmrok. Aesgariel przemierzał mroczne leśne ostępy kierując się śladem zbrodniarza. Z oddali dobiegło go wycie watahy wilków. Począł tedy stąpać ostrożniej i z pochwy przy pasie dobył miecz. Klucząc w zaroślach Aesgariel zauważył, że na drzewach nie ma ani jednego ptasiego gniazda. Zdziwiło to elfa, który wiedział, że nie ma żadnego lasu bez ptaków. Gdy tak rozmyślał nad tym faktem ściana lasu przestała go ściśle otulać , a ścieżka, którą podążał do tej pory zmieniła się w sporej wielkości polanę. Aesgariel rozejrzał się dokładnie. Na polanie leżało parę głazów nieregularnej wielkości. Przechadzając się pomiędzy nimi Silmaris dostrzegł ciemny kształt leżący między nimi. Podszedł bliżej i zobaczył zakrwawione zwłoki Ulricha Vogela. Elf dokładnie zbadał trupa. Na ciele zbrodniarza zauważył dziesiątki wąskich ran, ale Aesgariel uznał, że nie one były przyczyną zgonu biedaka. Znalazłszy niewielki patyczek elf przejechał nim po jednej z ran i powąchał. - Jad na ludzi, bardzo stężona dawka.- mruknął do siebie- Co tu się, u licha, dzieje? Aesgariel wstał znad trupa i w tym momencie dostrzegł miecz wbity do połowy w ziemię. Rękojeść i jelec splamione były obficie krwią. Na jelcu ponadto wisiał dziwny amulet w kształcie okręgu, w środku którego tkwiło oko. Oko nie było do niczego przytwierdzone. - To staje się coraz bardziej podejrzane- mruknął elf schowawszy amulet do sakwy, i ruszył w stronę karczmy przez zalany mroczną poświatą księżyca las. Po piętnastu minutach kluczenia w borze dostrzegł okna karczmy. Nie czekając długo przestąpił jej próg. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to Odric, porządnie skuty kislevski samogonem, leżący na karczemnym stole i głośno pochrapujący. Po jego towarzyszach nie pozostał ślad. Poza Aesgarielem i Odrikiem w gospodzie nie było nikogo. Nawet karczmarz gdzieś zniknął. Zmęczony elf dźwignął krasnoluda i poniósł go na górę, do ich pokoju. Na miejscu położył Odrica na łóżko, odpiąwszy z jego pleców topory. Krasnolud poruszył się na posłaniu, lecz natychmiast zaczął głośno chrapać. Aesgariel natomiast odpasał miecz i położył go u wezgłowia łóżka. Wiedziony wieloletnim doświadczenie sprawdził wszystkie zamki i rygle w pokoju zanim rozebrał się i zasnął. … Postać w ciemnym płaszczu mknęła przez pogrążony w mroku korytarz. Po chwili zatrzymała się przed masywnymi drzwiami z żelaznymi okuciami. Postać pchnęła je. Za drzwiami znajdowało się spore pomieszczenie oświetlone mdłym światłem pochodni umieszczonych niezbyt gęsto w uchwytach na ścianie. Na środku pokoju umieszczony był duży, ociosany i obrobiony głaz, na którym widniały rdzawe plamy. Czasem były one wielkości dłoni, ale były też i większe. Dookoła głazu w nierównych odstępach od siebie stało sześciu mężczyzn ubranych w jednolicie czarne szaty. Każda z obecnych postaci miała na głowach głębokie kaptury uniemożliwiające wydobycie spod nich rysów twarzy zebranych. Potężnie zbudowany mężczyzna zwrócił się do przybyłego: - Masz to po co zostałeś wysłany? - Tak, panie- odparł zapytany wyciągając z wewnętrznej kieszeni szaty niewielki flakonik wypełniony gęstą cieczą. Potężny mężczyzna zaśmiał się. - Pan Nasz ci to wynagrodzi. Oto nadszedł czas, aby zstąpił na ziemię i utopił niewiernych w ich własnej krwi. Za cztery dni o tej porze świat pozna siłę naszego Pana- wypowiedziawszy te słowa mężczyzna zaśmiał się ponownie. …

Nastał świt. Przez okna pokoju przeświecało słońce, które zbudziło Aesgariela. Elf chwilę poleżał w łóżku, lecz po chwili wstał i włożył na siebie swoje ubranie. Przypasał miecz i zszedł na dół. Był bardzo głodny po wczorajszej „wycieczce” po lesie, więc czym prędzej podszedł do szynkwasu, za którym karczmarz Otto rozniecał ogień na palenisku. Przywołał go, a Otto rozpaliwszy ogień podszedł doń i spytał: - Czego szanowny pan życzy sobie w ten piękny poranek? - Chciałbym coś zjeść. Od wczoraj nic w ustach nie miałem. Co mógłbyś mi polecić?- odparł karczmarzowi Aesgariel. - Lekkie to ma być śniadanie? - Niekoniecznie. - W takim razie mogę przyrządzić miskę jajecznicy na jagnięcinie- zaczął wyliczać Otto- albo też sałatkę warzywną w zalewie winnej albo… Karczmarz nie skończył, gdyż do sali stoczył się ze schodów Odric. Ledwo mógł utrzymać się na nogach, ale dzielnie przemierzył dystans dzielący go od karczmarza. - Piwo mości gospodarzu!- zawołał i zasiadł za stolikiem, przy którym pił wczorajszego dnia. Aesgariel odszedł od szynkwasu i dosiadł się do krasnoluda. - Dzisiaj skierujemy swe kroki do Neustadt- oznajmił elf Odricowi. Przerwał na chwilę spostrzegłszy karczmarza niosącego kufel piwa i miskę znad której unosiły się kłęby pary. Otto postawił swój "ładunek" przed bohaterami i odszedł, aby zająć się swoimi sprawami. - Dlaczego? Przecież mieliśmy udać się do Karak Kadrin.- powiedział krasnolud z wyrzutem. Elf spojrzał na niego surowym okiem. - Do Karak Kadrin daleka droga. Bez zapasów nie sposób zawędrować dalej niż do skraju Wielkiego Lasu. W Neustadt uzupełnimy zapasy i udamy się tam. Zadowolony? Krasnolud podrapał się po czubku głowy. - Niegłupi pomysł. Aesgariel dokończył śniadanie i wstał od stołu, nawołując karczmarza, aby ten sprzątnął ze stołu. - Gotowy do drogi?- spytał Odrica - Jak do picia- odparł mu krasnolud i pomaszerował na górę po swoje rzeczy. ...

Dość duże pomieszczenie było słabo oświetlone przez cztery pochodnie wiszące w uchwytach na ścianie. W pokoju tym stało spore dębowe biurko, za którym siedział mężczyzna odziany w czarną szatę. Jego głowa wprost roiła się od myśli, których nie mógł powstrzymać. Rozmyślania przerwało mu uporczywe walenie w drzwi . - Wejść- powiedział mężczyzna. Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich kolejny mężczyzna, ale przyodziany w czarno- brązową szatę. - Mam złe nowiny, panie- zaczęła postać drżącym głosem- Przywołanie się opóźni Człowiek zza biurka wstał jak wystrzelony z balisty. - Co!? Z jakiego powodu?- jego donośny głos pobrzmiewał echem dłuższą chwilę. - Jakiś łowca nagród zbliża się do miasta. - I to jest problem dla rozwiązania którego przerywacie przywołanie!? Pozbądźcie się go. Natychmiast! - Twoje życzenie jest rozkazem, panie. - I nie zawracajcie mi dupy takimi błahostkami. - Tak jest, panie. Posłaniec odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. ...

Droga lasem dłużyła się niemiłosiernie. Na domiar złego słońce, które nie pokazywało się przez ostatnich parę dni teraz paliło tak, jakby chciało odkupić swoje winy. Odric podparł się na jednym z toporów, które miał na plecach, a Aesgariel rozglądał się po chaszczach okalających skraj lasu. Co chwila do jego uszu dochodziły śpiewy ptaków i porykiwania jeleni. Elf miał głowę zaprzątniętą wieloma sprawami, których był świadkiem. Myślał nad zabójstwem Ulricha Vogela i o amulecie znalezionym na miejscu zbrodni. Rany na zwłokach świadczyły o użyciu bardzo ostrego narzędzia, a śladowe ilości krwi na mchu pod ciałem były tajemnicą samą w sobie. - Kurwa!- krzyknął Odric, potykając się o kamień wystający z traktu i wyrywając jednocześnie Aesgariela z rozmyślań.- Pieprzeni imperialni! Nawet drogi porządnej zbudować nie umieją! - Nie narzekaj na nich, Odric. Przecież nie są krasnoludami. - Fakt, zapomniałem. Hehe, imperialni to tylko ludzie.- powiedział udobruchany krasnolud. Aesgariel popatrzył w niebo. Zaczęło się chmurzyć i wszystko wskazywało na to, że będzie padał deszcz. - Lepiej znajdźmy jakieś schronienie- poradził elf. Zaczęło padać, gdy Aesgariel rozbijał na dwóch młodych drzewkach płachtę namiotową. Gdy skończył, razem z Odrikiem rozpalili ogień i upiekli na nim upolowanego wcześniej zająca. Posiliwszy się obaj wpatrywali się w ścianę lasu, jakże spokojnego podczas opadu. Żaden z nich nie chciał przerywać kojącej nerwy ciszy. Obaj wsłuchani byli w dźwięki lasu. Odric od czasu do czasu upijał łyk ze swego bukłaka. Aesgariel podziwiał matkę Ziemię za to, że stworzyła tak piękny świat. Nagle podejrzany szelest przerwał sielską atmosferę. Czujny jak zawsze Aesgariel zareagował, błyskawicznie wyciągając z cholewy długiego buta sztylet o długim i wąskim ostrzu i obrócił go w dłoni tak, żeby jego ostrze skierowane było w dół. Elf odwrócił się w stronę brzozowego zagajnika otoczonego gęstymi krzakami i chaszczami, w pobliżu którego rozbili obóz. Odric zareagował wolniej, dobywając topór o szerokim żeleźcu, umieszczonym na długim trzonku, i sprawnie kierując wzrok na zagajnik, z którego rozległ się szelest. Hałas rozległ się ponownie i tym razem towarzyszył mu odgłos pękających gałęzi i gniecionej ściółki. Odric mocniej rozstawił nogi, aby mieć jak największą siłę uderzenia. Elf preferował szybkie techniki, więc położył kciuk na klejnocie, wprawionym w głownię sztyletu, i obrócił ostrze poziomo względem ziemi, skierowane lekko w prawo. Wtedy też zasłona chaszczy rozdarła się i oczom elfa i krasnoluda ukazał się człowiek rąbiący mieczem gałązki i krzaki. Zbliżał się do obozu z prędkością zadziwiającą jak na kogoś przedzierającego się przez przeszkodę. Mężczyzna przyodziany był w krótki kaftan w szarym kolorze z naszytym herbem i grubym płaszczem z kapturem. Praktyczne, podróżne skórzane spodnie i wysokie buty były nieludzko ubrudzone i zabłocone. Poza mieczem w uniesionej dłoni nieznajomy nie miał innej broni. W pewnej chwili popatrzył na obozowisko i na elfa, i przyjaźnie pomachał dłonią zbliżając się coraz szybciej. Gdy nieznajomego dzieliło od obozu tylko dwanaście metrów, Aesgariel dostrzegł na jego twarzy bliznę biegnącą od podbródka do lewego ucha, a jego twarz pokryta była dwudniowym zarostem. Odric widocznie dostrzegł gest nieznajomego i mu odmachnął, na powrót umieszczając topór na plecach. Nieznajomy podszedł bliżej i zawołał: - Udzielicie gościny wędrowcy zagubionemu w drodze? Aesgariel już miał odkrzyknąć człowiekowi, żeby schował broń, lecz Odric go ubiegł. - Prosim do ognia mości przybyszu. Ogrzejcie się i napijcie z nami. Aesgariel tak czy inaczej musiał pozwolić nieznajomemu podejść do ognia. Tymczasem człowiek schował miecz do pochwy i podszedł do ognia, aby się ogrzać. Odric dołożył chrustu i płomień z nową siłą wystrzelił w górę. Wszyscy rozsiedli się wokół ogniska. - Jak wasza godność, przybyszu?- spytał Aesgariel nieznajomego. Człowiek zawiesił wzrok na elfie. - Nazywam się Albrecht Siegn, jeden ze sług najmiłościwiej nam panującego Imperatora Karla Franza V. Jak wasze godności, jeśli można wiedzieć? - Me imię brzmi Aesgariel Silmaris, a ten krasnolud to Odric, mój towarzysz. - A co was sprowadza w tak plugawe miejsce, mości rycerzu?- zapytał Odric wyciągając w stronę człowieka bukłak z bimbrem. Albrecht chwycił go z wdzięcznością i upił łyk. - Wędrowałem w stronę Neustadt, gdy zaskoczyła mnie ulewa. Na domiar złego na pierwszym postoju skradziono mi konia i zmuszony byłem iść dalej piechotą. Zabłądziłem i trafiłem na wasz obóz. - A co was ciągnie do Neustadt, panie?- Aesgariel zdążył już schowa sztylet i zainteresować się rozmową. - Podobno w mieście dzieją się niepokojące rzeczy. Imperium wysłało mnie abym zbadał co tam się dzieje. Musi to być coś ważnego skoro sam Imperator się tym interesuje. Jak widzę wy też kierujecie się w stronę Neustadt. - A i owszem- rzekł Odric uprzednio racząc się kislevską- Musimy zrobić zapasy bowiem czeka nas daleka droga, której celu nie wyjawię. Człowiek popatrzył z ciekawością na krasnoluda, lecz w jego oczach błysnął płomyk zrozumienia. - Nie macie nic przeciwko temu, abym towarzyszył wam w drodze do miasta? - Radzi będziemy, mości rycerzu- odezwał się Odric- Wiadomo, że wędrować w kupie jest raźniej. - Na razie to trzeba wypocząć- Aesgariel dołożył nowych gałęzi do gasnącego ognia. - Racja przyjacielu. Trza nam spać.-Wypowiadając te słowa Odric zaczął zwijać swój płaszcz na kształt poduszki. Zaraz potem położył się i usnął. Rycerz poszedł w jego ślady moszcząc sobie posłanie w korzeniach brzozy i także po chwili zapadł w sen. Aesgariel natomiast wpatrywał się w dogasające słońce i zastanawiał się, czy spotkanie z rycerzem to przypadek czy też przeznaczenie. Ale już w parć minut później zmęczenie dało o sobie znać i elf poddał się jego zewowi kładąc się na zwiniętym płaszczu.

...

Zmrok zapadł bardzo szybko, lecz nie dziwiło to postaci sunącej leśną dróżką. Człowiek bardzo się spieszył, bo nie zwalniał kroku ani na chwilę. Szczelna zasłona drzew, poza ciemnością, utrudniała widoczność i nie pozwalała dostrzec celu wędrówki postaci. Człowiek raz po raz wypluwał z siebie przekleństwa idąc przez ciemność. Nagle kurtyna drzew rozwarła się ukazując oczom wędrowca niewielka polanę. Na jej środku paliło się ognisko obsadzone przez kilku innych ludzi. Wędrowiec podszedł do nich, na co jeden z siedzących wstał. - Czego tu przyłazisz? Nie masz jak nocy spędzić czy co?- zapytał rosły mężczyzna o posturze zabijaki i głosie raczej nieprzyjemnym. - To z wami kontaktował się mój pan?- wędrowiec zgiął się w przesadnie dworskim ukłonie. - Aaa... To ty w sprawie robótki? Trza było tak od razu! Zapraszamy do ognia. Chłopaki, posuńcie dupy i zróbcie miejsce dla naszego gościa. "Chłopcy" przy ogniu, brodaci i umięśnieni mężczyźni, posunęli się i wędrowiec usiadł pomiędzy nimi. Natychmiast w jego stronę powędrowała butelka z gorzała, którą przybysz powitał gorąco, bo w lesie było niemiłosiernie zimno. Upił łyk i natychmiast się zakrztusił. - Mocne draństwo, z czego jest pędzone?- spytał odzyskując oddech. Mężczyźni przy ognisku roześmieli się, a ich ponury śmiech odbijał się echem w lesie jeszcze bardzo długo. - Spokój, panowie! Ten człowiek w interesach przybył a nie rozmawiać o alkoholach. Dobra, mów pan o co się rozchodzi. Wędrowiec wziął głęboki oddech i zaczął: - Jak zdążył przekazać wam mój pan, mamy pewne problemy. Wokół nas zaczął węszyć łowca nagród i jego towarzysz. Oczywiście nie jest to nam na rękę, więc szukamy kogoś kto pomógłby rozwiązać nam nasz "problem". Skontaktowaliśmy się z wami, bo słyszeliśmy żeście największe sukinkoty w tej części Imperium. - O jakiej sumie w ogóle rozmawiamy?- herszt banitów nie bawił się w owijanie w bawełnę- My przecież też musimy coś mieć z tego. - Oczywiście nagroda będzie adekwatna do tego co uda wam się osiągnąć, ale bazowa suma to dwieście koron na głowę. Herszt aż otworzył usta ze zdumienia, a jego ludzie wymienili porozumiewawcze spojrzenia szepcząc między sobą. - Toż to... Toż to kupa grosza, panie. I tyle są warci tamci dwaj? Toż za taką sumę pozbyłbym się własnej matki a co dopiero pary przychlastów. - Mój pan jest bardzo hojny. Zgadzacie się na podjęcie misji? - Wrócę tu z głową łowcy i jego towarzysza jutro przed zmrokiem- zapewnił wędrowca herszt i zaczął zbierać się do odejścia. Wędrowiec także pomyślał, że nic tu po nim, wiec ruszył ścieżką, którą tu przybył.

...

Wstał piękny, jesienny ranek. Tym razem nie padało. Aesgariel podniósł się ze swego płaszcza i narzucił go na plecy. Odric i Albrecht jeszcze spali w najlepsze. Las szumiał dostojnie wokół obozu. Nic nie mąciło ciszy, może tylko śpiew nielicznych o tej porze ptaków. Aesgariel, nic nie mówiąc towarzyszom, postanowił wybrać się na przechadzkę po lesie ponieważ uznał, że jak dotrą do miasta to straci okazję. Nie czekając więc na specjalne zaproszenie ruszył w stronę dębów i brzóz stojących w oddali. Przyjemny wiaterek kołysał liśćmi na drzewach i pieścił oblicze elfa przemierzającego leśną dróżkę. Od czasu do czasu do uszu Aesgariela dobiegał urywany trel sójek i wróbli. Doskonały nastrój elfa w lesie był niczym niewzruszony i majestatyczny dąb, którego nie wyrwie najpotężniejsza nawet wichura. Aesgariel przemykał pomiędzy gałęziami drzew szczęśliwy, że się w nim znajduje. W tejże chwili coś zmąciło spokój tego miejsca. Elf przystanął i zaczął nasłuchiwać, spokojnie sięgając po sztylet ukryty w cholewie długiego buta. Krótko zajęło mu wyłowienie z dźwięków lasu paskudnej i obelżywej piosenki śpiewanej przez nieprzyjemne w brzmieniu głosy. Aesgariel, działając odruchowo, przeskoczył za gęsty krzak i okrył się swym płaszczem. Głosy podeszły bliżej i elf sięgnął po drugi sztylet ukryty w drugiej cholewie. Gdy głosy podeszły bliżej, elf z całą pewnością mógł stwierdzić, że grupa idąca przez las liczy sobie sześciu członków i że są to wyłącznie ludzie. Aesgariel odskoczył cicho od swej kryjówki i szybko udał się w stronę swojego obozu. Niewiele po tym jak Aesgariel udał się na przechadzkę ze swego półpijackiego snu wybudził się Odric. Przeciągnął się i zajrzał do bukłaka. Był pusty. - Jasna cholera, aż do miasta nie będę miał co pić- rozejrzał się po obozie- a ten elf znów gdzieś się poszwędać polazł. Nic to, straci śniadanie.- Z tymi słowami sięgnął do swego tobołka wyciągając z niego pół bochna lekko czerstwego chleba i parę pasków suszonego mięsa. Gdy zasiadał do uczty obudził się także Albrecht. - Witaj z rana Odricu- rzekł i rozejrzał się po obozowisku- A gdzie Aesgariel? - Witaj i ty, mości rycerzu. Nasz łowca nagród pewnie wybrał się na przechadzkę po lesie. Przyłączysz się do śniadania, mości rycerzu? - Z chęcią. I przestańcie zwać mnie rycerzem. Odric podał człowiekowi specjały kuchni polowej i obaj zaczęli jeść z apetytem, gdy z zarośli wypadł Aesgariel, zdyszany i obwieszony połamanymi gałązkami w dłoniach dzierżąc sztylety. - Mamy kłopoty- oznajmił elf uprzedzając pytanie krasnoluda- W lesie jest grupa ludzi, przypuszczalnie są to banici. Zauważyli mnie i rozpoczęli pogoń. Zgubiłem ich, ale rychło patrzeć ich nadejścia, więc się przygotujcie.- Obnażone sztylety błysnęły jakby chciały potwierdzić słowa elfa. Rycerz i krasnolud porwali za broń i zajęli pozycje bojowe gdy z tych samych zarośli, z których wypadł Aesgariel, wyskoczyła na polankę zajmowaną przez obóz sześciu chłopa. Każdy z nich uzbrojony był w krótki miecz i sztylet, a ciała ich opinały skórzane kurtki. Najroślejszy z nich, herszt jak domyślił się Aesgariel, wystąpił z szeregu i przemówił głosem, który nawet przy najlepszych chęciach nie mógł uchodzić za przyjazny: - Tyś jest tym, którego nakazano nam unieszkodliwić?- zwrócił się do elfa. - Jacyście nieuprzejmi. Możebyście się najpierw przedstawili?- Aesgariel obrócił sztylety w palcach, aby wygodniej leżały w dłoniach.- Przecież to wy wtargnęliście bez zapowiedzi. - Zamknij ryj, plugawy elfie! Nasze imiona nic do rzeczy nie przydadzą. Musisz zginąć i tyla!- obstawa osiłka podniosła miecze. - Zauważcie, że mamy przewagę- denerwował banitę Aesgariel pokazując Odrica i Albrechta z obnażoną bronią. - Gówno nie przewagę!- wrzasnął herszt- Na nich chłopcy! Zetrzemy ich z powierzchni ziemi do królestwa Khaine'a! Z okrzykiem na ustach banita rzucił się na Aesgariela wywijając nad głową potężnego młyńca. Elf odskoczył zwinnie za przeciwnika i pchnął go od tyłu sztyletem, lecz przeszył tylko kurtkę banity. Aesgariel ponownie odskoczył, unikając ciosu mieczem, wymierzonego w brzuch. Przeciwnik wykorzystał siłę poprzedniego ataku i poderwał miecz do góry przecinając elfowi skórę na podbródku. Banita, pokrzepiony widokiem krwi Aesgariela, zaatakował zamaszystym cięciem, lecz elf był przygotowany. Schylił się w chwili, gdy miecz przeciwnika zbliżał się do jego głowy i zakrzywionym jelcem sztyletu zablokował broń banity. Mocował się z nim przez chwilę, ale banita okazał się silniejszy. Wyrwał miecz i ciął elfa z góry. Aesgariel odtoczył się na bok i po chwili uderzył na banitę od lewej, gdzie miał największe szanse na trafienie oponenta. Wykorzystał moment, gdy banita zajęty był wyciąganiem miecza z ziemi. Aesgariel trafił banitę pod żebrem. Długi sztylet zagłębił się w ciele przeciwnika i utkwił gdzieś w okolicy serca. Banita zatoczył się do tyłu jednocześnie wykonując cięcie nad głową elfa. Herszt nie trafił i padł na zrytej obcasami butów polance obozu. Aesgariel wyciągnął z jego ciała swój sztylet i obejrzał się dookoła. Krasnolud stał nad ciałami dwóch bandytów z toporem ociekającym krwią. Rycerz natomiast, lekko ranny w rękę, trzymał miecz przy gardle kolejnego banity. - Nic wam nie jest?- spytał elf towarzyszy chowając sztylety w cholewach butów. - Nam raczej nic nie jest, tylko mnie drasnęli- odparł Albrecht trzymając szamoczącego się jeńca- Dwóch psubratów uciekło, niech ich piekło pochłonie. Jednego udało mi się schwytać - Aleś nam rozrywkę zapewnił!- powiedział Odric próbując wytrząsnąć jeszcze kropelkę bimbru z pustego bukłaka- Jak zajdziemy do miasta musimy znaleźć gorzelnię- dodał krasnolud zdając sobie sprawę z bezsensowności swych wysiłków. - Możemy się tylko domyślać kto mógł na nas sprowadzić tych banitów- powiedział Albrecht - albo ten, którego udało mi się schwytać po prostu nam powie. To jak będzie: mówisz czy chcesz polizać gardło?- spytał trzęsącego się z przerażenia jeńca. - N...nie rób mi krzywdy to powiem co wiem.- załamującym się głosem odparł jeniec. - Akurat tego zagwarantować tobie nie mogę. Twoje życie zależy od tego co nam powiesz. - Zostaliśmy wynajęci, aby was sprzątnąć zanim dojdziecie do miasta. - Kto was wynajął?- Aesgariel wtrącił się do przesłuchania- I dlaczego mieliście nas zabić przed miastem? - Ja... Dokładnie nie wiem...Wynajął nas człowiek. Spotkaliśmy się w nocy i omówiliśmy warunki. - Jak ten człowiek wyglądał?- Odric także wmieszał się do przesłuchania- Wydaje mi się, że z nim też trza pogadać. - Ten człowiek... był wysoki... i nosił na sobie szatę... w barwie brązowej bodajże. Twarzy nie widziałem, bo zasłaniał ją kaptur... A, jeszcze coś, na szacie wyszyty był znak: oko w środku okręgu. Aesgariela tknęło przeczucie, że dokopali się do czegoś głębszego. Przecież przy zabitym Ulrichu znalazł medalion w takim samym kształcie. Wyjął amulet i okazał jeńcowi. - Ten znak przypominał to?- spytał elf. - Tak, tak, to jest to. Właśnie taki znak był na szacie. Czy... czy teraz mnie puścicie? Aesgariel popatrzył po towarzyszach. - Co z nim zrobimy, przecież do lasu go nie możemy wypuścić, bo może szkód jeszcze narobić.- rzekł elf. Albrecht i Odric namyślali się. - Jak sądzę- wysunął propozycję rycerz- powinniśmy wydać go władzom miasta. Stanie wtedy przed obliczem sprawiedliwości i nie wyrządzi więcej szkód. - Ale to oznacza kolejną gębę do wykarmienia- wyraził wątpliwość Odric. Elf intensywnie myślał. - Postanowiłem, że tego banitę trzeba doprowadzić do najbliższego posterunku straży. Wtedy nie nadwyręży zanadto naszych zapasów. - Najbliższy posterunek jest w Neustadt- poinformował towarzyszy Albrecht pętając powrozem ręce jeńca. - Czyli mamy kolejny powód, aby udać się do Neustadt. Wyruszamy jak tylko uprzątniemy tu trochę. Spętawszy jeńca Aesgariel i Albrecht zaciągnęli ciała do lasu i wrzucili do wykrotu po powalonej przez wiatr sośnie. Zamaskowali kryjówkę gałązkami i mchem i wrócili do obozu. Odric w tym samym czasie zacierał ślady po stoczonej niedawno walce: zasypywał ziemią i mchem plamy krwi, a gałęzią brzozy zacierał ślady butów banitów. Gdy porządki zostały zakończone elf z towarzyszami zwinął obóz i wspólnie ruszyli w stronę niezbyt odległego już miasta Neustadt.

...

- Ej, Odric, czy widzisz to co ja?- spytał Aesgariel krasnoluda. Odric kiwnął głową.- Co to może być?- dodał na widok dziwnej procesji kierującej się ewidentnie na nich. - Proponuję dowiedzieć się o co chodzi.- wysunął propozycję Albrecht- Przecież ta procesja idzie z miasta. - Tak, to mogłoby wiele nam wyjaśnić.- powiedział elf i przyspieszył kroku. Procesja szła wolno i jakby dostojnie. Z przodu szedł człowiek, najwyraźniej kierujący całą resztą uczestników. Na barkach wielu z nich spoczywały jakieś spore pakunki i drewniane skrzynie przypominające kształtem trumny. Cała procesja śpiewała pieśni o bardzo pokutniczym nastroju. - To jest... To jest kondukt pogrzebowy.- domyślił się Aesgariel- Lecz czemu ci ludzie nie grzebią zmarłych na cmentarzu i nadkładają drogi, aby wynieść ciała do lasu? - Czyli mamy kolejny powód do konwersacji z nimi?- zapytał Odric, który najwyraźniej nie chciał się z procesją nawet mijać. - Tak Odricu, to kolejny powód, aby z nimi porozmawiać. - Niech to zaraza pochłonie- zaklął krasnolud i oprał się mocniej na toporze, którego nierzadko używał w charakterze laski pielgrzyma. Gdy kondukt zbliżył się na odległość pięciu metrów od elfa, Aesgariel przemówił: - Witajcie dobrzy ludzie. Możecie powiedzieć nam co tu robicie? Śpiew ucichł. Uczestnicy procesji popatrzyli na elfa jakby był ich wrogiem. Przodownik konduktu odezwał się głosem pełnym bojaźni - Żałujcie grzesznicy za swe czyny albowiem zagłada nadchodzi! Kara boska wisi nad nami! Umartwiajcie ciała i oczyśćcie się z bluźnierstw! Tylko tak otrzymacie zbawienie! - Aesgariel, spójrz na nich- szepnął Odric pokazując na ludzi stojących przed grupą. Elf wytężył wzrok. Na każdym uczestniku procesji widać było ciemne plamy. Niektórzy mieli je na twarzach, a inni na ramionach i nogach. Z początku elf myślał, że jest to efekt niemycia się, lecz kiedy jeden z ludzi przetarł plamę zwilżoną szmatką plama nawet nie straciła na intensywności. - Ci ludzie... Oni padli ofiarą zarazy. To dlatego z miastem nie było kontaktu- rzekł Albrecht spostrzegłszy plamy na ludziach. - Czemu grzebiecie zmarłych w lesie, zamiast ich na cmentarzu złożyć do grobu?- spytał przodownika elf. - Ciała są palone przez Inkwizytorów- z tłumu ludzi rozległ się mniej fanatyczny męski głos- Oni myślą, że to kara za grzech i bluźnierstwa.- dodał mężczyzna pokazując plamy na ciele. Procesja ruszyła dalej, na nowo podejmując przerwaną pieśń żałobną. Odric popatrzył na elfiego przyjaciela. - Dalej chcesz iść do miasta? - Oczywiście- odparł krasnoludowi Aesgariel- Chcąc nie chcąc i tak jesteśmy wplątani w to co się dzieje w Neustadt. - Ja także mam tam zadanie- dorzucił kolejną łyżkę goryczy Odricowi Albrecht - Jasna cholera- zaklął krasnolud i ruszył za towarzyszami w stroną Neustadt.

…

Nadchodził zmrok. Aesgariel i jego towarzysze powoli zbliżali się do miasta, którego wieże majaczyły w oddali jako niezgrabny cień i z każdym krokiem przybierały bardziej rzeczywisty kształt. Las szumiał przyjaźnie dookoła nich. Brukowany trakt, po którym podróżowali, był dobrze utrzymany i pozbawiony dziur. Odric tradycyjnie szedł opierając się o jeden ze swych toporów, a Albrecht taksował wzrokiem otoczenie. Jedynie Aesgariel wydawał się nad wyraz spokojny. Szedł spokojnie prowadząc jeńca za koniec powrozu, jedynie od czasu do czasu rozglądał się na boki. Drużyna miarowym i spokojnym krokiem zbliżała się do solidnej, na pierwszy rzut oka, bramy przed którą pełniło wartę pięciu strażników. Tuż przed wrotami wybudowane zostało coś na kształt drewnianej palisady, pochylonej pod kątem w stronę drogi. Obok tego dziwnego tworu stał parterowy budynek wybudowany w stylu reiklandzkim: kamienny fundament i drewniane, solidne ściany przykryte dachem z gontu łupkowego. Podziwianie strażniczej architektury przerwał wędrowcom krzyk wartownika, który musiał ich spostrzec: - Zatrzymajcie się i ani kroku dalej. Jeśli nie posłuchacie to nasi łucznicy na murach zrobią z was sito. - Nie przychodzimy tu z wrogimi zamiarami- Albrecht zaczął wyjaśniać cel przybycia- prowadzimy jeńca schwytanego parę godzin wcześniej. Jeden z wartowników podszedł do grupy na odległość pięciu metrów. - Przekażcie go nam, a zrobimy z nim co trzeba. Potem musicie odejść. - Niestety nie możemy odejść póki nie dowiemy się co się tu dzieje. - A kimże ty jesteś, że mi się sprzeciwiasz?- zapytał zdenerwowany wartownik. - Zwą mnie Albrecht Siegn, pokorny sługa Imperatora Karla Franza V. Ten elf obok mnie to Aesgariel Silmaris, znany łowca nagród, a krasnoludowi na imię Odric. Podróżują razem ze mną i należy im się taki sam szacunek jak mnie. A teraz prowadź do kapitana warty. - Oczywiście, panie. Proszę za mną.- strażnik powiódł wędrowców za palisadę zmieniając ton wobec Albrechta. - Nie ma to jak przyjaciel rycerz, nie?- szepnął Odric do elfa , przy czym Aesgariel musiał mocno się pochylić, aby cokolwiek dosłyszeć. - Przestań Odric. Przecież on ma tu zadanie do wykonania, z rozkazu Imperatora. Zresztą my stoimy tak samo jak on. Ja także muszę dowiedzieć się co się tu dzieje. Wartownik poprowadził grupę do budynku, który widzieli wcześniej z drogi. Strażnik wszedł do środka. Po chwili wyszedł oznajmiając: - Możecie wejść. - To może ja tu poczekam?- zaproponował Odric i usiadł na kamieniu niewidocznym z drogi. - Jak chcesz- odparł mu elf i wszedł za rycerzem do środka. Wnętrze domku strażników umeblowane było bardzo skromnie, lecz mimo to nawet wygodnie. Na środku głównego pomieszczenia, do którego weszli, stał spory, prosty stół, obok którego stało siedem krzeseł. Pod ścianą stały trzy piętrowe prycze oraz żeliwny piecyk opalany drewnem. Oświetlenie pomieszczenia stanowił drewniany kandelabr z poroża jeleni. W dalszej jego części widać było drzwi do następnego pokoju. Po pięciu minutach oczekiwania z drugiego pokoju wyszedł wysoki mężczyzna. Mógł mieć nie więcej jak czterdzieści pięć lat, bo jego ciemne włosy pokryte już były gdzieniegdzie siwizną. Odziany był w kaftan skórzany i takież spodnie. Na wierzchu nosił coś w rodzaju liberii w kolorze białym z wyszytym na piersi znakiem młota. Do pasa opinającego jego biodra przyczepiona była pochwa z szerokim mieczem. Mężczyzna odezwał się do nich głosem mocnym i donośnym pomijając prezentację swej osoby: - Słyszałem, że schwytaliście w drodze bandytę, który aż się prosi o sprawiedliwość. - Tak, to prawda- głos zabrał Aesgariel- Siedzi na zewnątrz z naszym towarzyszem. - Jak ci na imię, dobry człowieku?- zapytał Albrecht dowódcę- Muszę wiedzieć, kogo umieścić w raporcie dla Imperatora. - Nazywam się Rudolf Bremmstein. Ja także służę Imperatorowi, podobnie jak ty. Przysłali mnie tu, abym pilnował miasta. - To dziwne, lecz z ust Imperatora nic nie słyszałem o tym, aby wcześniej interesował się tą sprawą. - Może spoczniemy i pogadamy na spokojnie- zaproponował elf i zasiadł na krześle za stołem. Albrecht i Rudolf poszli jego ślady i także zajęli miejsca za stołem. - Teraz wyjaśnij nam Rudolfie co tu się dzieje. Nie pomijaj niczego.- rzekł Albrecht sadowiąc się wygodnie. Bremmstein wziął głęboki oddech i zaczął: - Cała historia zaczęła się parę miesięcy temu. Wtedy wybuchła ta dziwna zaraza, której ofiarą padło pół miasta. Część mieszkańców uciekła i zawiadomiła kościół Solkana. Kapłani postanowili, że odetną miastu kontakt z pozostałą częścią Imperium zamykając pozostałych w Neustadt mieszkańców. Ale jakimś cudem wiadomość o sytuacji w Neustadt dotarła do Karla Franza. Zostałem wysłany tutaj, aby pilnować poczynań kapłanów. W niedługim czasie po moim tu przybyciu jeden z nich, Kurt Hager, sprowadził do Neustadt Inkwizytorów, co spotęgowało chaos panujący w mieście. Aż do tej pory wybuchają w mieście potyczki między chorymi a Inkwizycją. Przez to miasto jest w większej części zniszczone.- Rudolf przerwał i napił się wody z butelki stojącej na podłodze.- Swoją drogą ta choroba uważana jest za oznakę niewiary. Każdy schwytany chory jest palony na stosie. Tak samo jest ze zwłokami. - Ale my widzieliśmy chorych, którzy wymknęli się z Neustadt i kierowali się do lasu, aby pogrzebać zmarłych.- powiedział Aesgariel. - Ten proceder jest na tyle częsty, że Inkwizycja czasem wychodzi poza miasto tropić uciekinierów. - Dzieje się poza tym coś godnego uwagi?- spytał Albrecht. Rudolf podrapał się w głowę. - Nie wiem czy powinienem o tym mówić. - Nie taj nic przed Imperatorem. - No dobra… Nie wiem tylko, czy kapłani mnie za to nie spalą na stosie… Ale wam powiem… Tydzień temu Inkwizycja zrobiła nalot na dom jednego z chorych. Znaleziono w nim pergamin, na którym były jakieś dziwne znaki oraz znak przedstawiający okrąg i oko w jego środku. Aesgariel poszperał przez chwilę sakiewce i wyciągnął amulet znaleziony przez niego parę dni temu. - Ten znak przypominał ten amulet? Rudolf aż zaniemówił z wrażenia. Wskazał trzymany przez elfa w rękach wisior ze złota. - To ten. Skądeś go wytrzasnął? Cała Inkwizycja w mieście ścigałaby cię, gdyby cię z nim przydybali. - Powiedzmy, że amulet sam wpadł mi w ręce. Po części z tego właśnie powodu tu jestem. Próbowano mnie zabić w drodze do miasta i liczyłem, że tutaj się czegoś dowiem. - Do miasta nie wejdziecie. Kapłani i Inkwizytorzy nałożyli na miasto kwarantannę.- rzekł Rudolf i zamyślił się- Ale jeśli zależy ci mocno na dostaniu się za mury to radzę poszukać tuneli, którymi w razie oblężenia mieszkańcy są ewakuowani. - Dlaczego chcesz nam pomóc? Aż tak nie lubisz sytuacji w mieście?- odezwał się Albrecht dotychczas przysłuchujący się rozmowie. - Poza tym, że chcę utrzeć nosa Inkwizycji pragnę też, aby ktoś wyjaśnił co spowodowało wybuch zarazy. - Masz jakiś plan miasta, abyśmy mogli zorientować się gdzie należy szukać owego podziemnego przejścia?- spytał Aesgariel Rudolfa. - Jasne, że takowy mam. Jeśli trochę poczekacie to zaraz przyniosę. - Będziemy wdzięczni. Rudolf wstał od stołu i poszedł do pokoju, z którego wyszedł przedtem. Wrócił po paru minutach niosąc pod pachą zwinięty w rulon kawał pergaminu. Rozwinął go na stole i oczom elfa i Albrechta ukazał się plan miasta. - Jeśli naprawdę chcecie iść do miasta to pokrótce przedstawię wam sytuację- rzekł Rudolf. Pokazał palcem na zachodni kraniec miasta- Tam właśnie Inkwizytorzy mają swoją „siedzibę”. Jest to pozostałość po dzielnicy handlowej Neustadt. Natomiast zarażeni- Bremmstein stuknął palcem w północno-wschodni skraj miasta- tutaj mają swoje schronienie. Pomiędzy nimi jest spora przestrzeń wypełniona ruinami i spalonymi domami. Przeważnie nikt tam się nie szwęda, czasem tylko patrole Inkwizycji przechodzą tamtędy szukając zbiegów. Tuneli radziłbym szukać tam, gdzie linia lasu jest stosunkowo blisko murów miejskich.- dodał na zakończenie Rudolf. - Twa pomoc okazała się nad wyraz niezastąpiona i ofiarna. Imperator cię nagrodzi, a i my o tobie nie zapomnimy. - E tam, to nic takiego- skromnie rzekł Rudolf- Dla rozwiązania problemów tu zrobiłbym wszystko. Aesgariel wstał od stołu i skierował się do wyjścia. - Musimy już iść- rzekł podchodząc do drzwi- Albrechcie, idziesz ze mną? - Mój towarzysz ma rację na nas już czas. Bywajcie zdrowi Rudolfie Bremmsteinie.- powiedział rycerz kierując się do wyjścia - I wam niech się powiedzie- odparł mu Rudolf. Gdy Aesgariel i Albrecht wyszli z domku zapadła już głęboka noc. Księżyc jasnym poblaskiem zaznaczał swoją obecność na niebie, podobnie gwiazdy. Odric drzemał spokojnie na kamieniu, na którym usiadł wcześniej. Elf podszedł do niego i potrząsnął go za ramię.. Krasnolud otworzył oczy i usiadł spoglądając na Aesgariela z wyrzutem. - Przerwałeś mi cudowny sen- rzekł Odric ziewnąwszy potężnie - Chodź przyjacielu. Na nas już czas- powiedział mu elf- Znam sposób na dostanie się do miasta- dodał już ciszej. - Ty chyba nigdy nie odpuścisz- Odric dźwignął się z kamienia- No dobra, ruszajmy nim mam ochotę. Całą trójką skierowali się na południe. Tam bowiem mieli największe szanse na odnalezienie tuneli, bo w tym miejscu mur podchodził aż do lasu. Mając za pomoc jedynie mapę wytrwale przeszukiwali wszystko, co mogłoby być przejściem: kamienie, krzewy oraz niewielkie drzewka. Niestety dla nich niczego nie znaleźli. Postanowili więc przysiąść i odpocząć trochę - A jeśli Rudolf kłamał to co robimy?- wyraził wątpliwość Albrecht oparty o wysoką sosnę. Aesgariel zamyślił się. - Nasz drogi Rudolf nie kłamał- rzekł elf podnosząc głowę w niebo- Miał szczery wyraz twarzy. - To dlaczego jeszcześmy się nie natknęli na nic co przypominałoby tunel?- do chóru niezadowolonych dołączył Odric. - Może niezbyt dokładnie szukaliśmy? Przecież takie przejście to nie mogą być na przykład drzwi w murze, które każdy by dojrzał. - Racja.- poparł elfa Albrecht po chwili namysłu- Musimy dokładniej szukać. Aesgariel rozejrzał się po okolicy. Zawiesił wzrok na czymś co przypominało drzewo, ale… - Chyba coś mam- elf zerwał się z miejsca i podskoczył do tej dziwnej atrapy drzewka. Pozostali także podeszli do niego. Aesgariel chwycił sztuczne drzewko i pociągnął. Zgodnie z jego przewidywaniami przed jego stopami ział otwór wystarczająco szeroki, aby mógł się nim przecisnąć krasnolud. - Chyba znaleźliśmy ten tunel, o którym wspominał Rudolf.- powiedział Albrecht lustrując otwór. - Tak, to jest to czego szukaliśmy.- rzekł elf i zaczął schodzić w głąb dziury.- Tu jest drabina. Schodzimy, ja poprowadzę.- dodał i wszedł do tunelu. W jego ślady poszedł Albrecht. Odric wszedł na końcu zamykając otwór. Tunel był na tyle szeroki, że spokojnie wyminęłyby się w nim dwie osoby. Aesgariel po omacku obmacał ściany. Z uchwytu, który znalazł, wyszarpnął pochodnię i ją zapalił. Oczom bohaterów ukazał się dość wysokie przejście z murowanym sklepieniem opartym na kamiennych półkolumnach i drewnianych ścianach. Co parę metrów w ścianie umocowany był uchwyt z pochodnią. Przejście sprawiało wrażenie dawno używanego z powodu wiszących tu i ówdzie pajęczyn tworzących miejscami kurtynę. Odric poczuł się tu jak ryba w wodzie. Cała trójka ruszyła w głąb korytarza. - Ciekawe, gdzie zaprowadzi nas ten tunel.- zastanowił się głośno Albrecht- Jeśli wpadniemy na Inkwizycję nasza misja nie zostanie wypełniona. - Nie wpadniemy jeśli będziemy jej unikać.- powiedział Aesgariel i zaczął układać w myślach plan działania.- Teoretycznie jedyne co musimy zrobić to odnaleźć ludzi, którzy stoją za atakiem na mnie. Do Inkwizytorów nawet nie musimy się zwracać o pomoc. - Niby tak, ale nie możemy wykluczyć spotkania z nimi. - Pieprzyć Inkwizycję.- odezwał się dotychczas milczący Odric- Poradzimy sobie sami. - Teraz bądźmy cicho. Nie wiemy przecież gdzie jesteśmy, a jeśli ktoś nas usłyszy to mamy problem.- powiedział Aesgariel. Dalej trójka poruszała się w ciszy wilgotnym tunelem. Od czasu do czasu korytarz zakręcał, przez co trudniejsze było ustalenie pozycji w mieście. Po piętnastu minutach kluczenia w podziemnym tunelu oczom bohaterów ukazała się metalowa drabinka prowadząca do drewnianej klapy znajdującej się pięć metrów nad nimi. Na oko drabinka wydała się solidna. - Poczekajcie tutaj.- polecił towarzyszom Aesgariel- Sprawdzę dokąd nas ten tunel zaprowadził. Elf podał pochodnię Odricowi i wszedł na drabinkę. Uniósł klapę do góry, ale niezbyt wysoko, aby nikt z zewnątrz nie zauważył nic. Przez szparę widać było zgliszcza i pas opuszczonych domów. Aesgariel wyszedł na powierzchnię i dał znak towarzyszom, aby za nim podążyli. Odric zgasił pochodnię i odrzucił ją na bok. - Gdzie my jesteśmy?- zapytał krasnolud rozglądając się dookoła. - Z informacji podanych przez Rudolfa wynika, że znajdujemy się aktualnie na „ziemi niczyjej”.- poinformował Odrica Aesgariel.- Powinniśmy zacząć szukać, ale nie wiem czego. Całą trójką pochylili się nad planem miasta. Odric zwrócił uwagę na jedno miejsce szczególne. - Może zaczęlibyśmy szukać czegoś od biblioteki?- zaproponował pokazując miejsce niezbyt dalekie do tego, w którym się znajdowali. - Nie myślałem nigdy, że coś takiego zaproponuje mi krasnolud.- powiedział zaszokowany Aesgariel- Myślałem, że nie lubisz bibliotek. Gdy byliśmy w Altdorfie mało jednej nie spaliłeś, bo odnalazłeś księgę o twym ludzie, w której było mnóstwo przekłamań w stosunku do prawdy. - Dawne dzieje.- rzekł Odric- Zaproponowałem coś takiego, bo chcę się jak najszybciej wyrwać z Neustadt. - Trzeba będzie przeszukać kroniki miasta.- odezwał się milczący dotąd Albrecht- To zajmie mnóstwo czasu. Trzeba będzie też przejrzeć Księgę Symboli Karla Freitenverta. Jednym zdaniem mamy napięte terminy i w dodatku Inkwizycję jako dodatkowy kłopot. - Damy radę. Jak coś to stanę na czatach. Nadal nie lubię ksiąg.- powiedział krasnolud. - Powinniśmy ruszać.- rzekł Albrecht- Zaczyna świtać. - To w drogę- powiedział elf i całą grupa ruszyli w stronę miejskiej biblioteki.

…

Droga do biblioteki Neustadt nie była długa, lecz drużyna parę razy musiała kryć się przed patrolami Inkwizycji. Na domiar złego zaczął padać zimny deszcz a całe niebo zasnute było gęstym całunem ciemnych chmur. Do budynku biblioteki doszli półtorej godziny po świcie. Jakimś dziwnym trafem stała prawie nienaruszona, pomimo że okoliczne budynki były w większości zawalone. Dostępu do środka budynku broniły masywne brzozowe podwójne drzwi naruszone tu i ówdzie grotami strzał. Aesgariel podszedł do wrót, a Odric i Albrecht pilnowali tyłów. Elf pchnął jedno skrzydło drzwi i wszedł do środka. Po chwili dał znak reszcie, aby ruszyła jego śladem. Gdy już wszyscy byli w środku Odric zawarł drzwi biblioteki i zamknął je antabą. Aż zaniemówili z wrażenia po rozejrzeniu się wewnątrz. W środku stało mnóstwo półek z księgami. Niektóre woluminy były tak stare jak samo Imperium. Gdy miejsce podziwu zajęło zadanie, które mieli wypełnić, Aesgariel i Albrecht rozpoczęli poszukiwania Kronik Neustadt i Księgi Symboli. Odric w tym samym czasie zajął miejsce przy drzwiach biblioteki. Raz po raz elf lub Albrecht odrzucali przejrzane tomy co podkreślane było dźwiękiem uderzanej okładki o kamienną posadzkę. Przeszukiwanie trwało już pół godziny, gdy Aesgariel zawołał cicho, lecz nie na tyle, żeby być niesłyszanym przez towarzyszy: - Chyba coś mam- podbiegł do Odrica gdzie po krótkim czasie znalazł się także Albrecht. Położył księgę na kawałku zerwanego stropu i zaczął czytać-„ Symbol ten, używany przez jasnowidzów i felczerów, oznaczał wiedzę o czymś, co nigdy nie powinno być ujawnione. Prawdopodobnie kiedyś był to także znak jakiegoś kultu, już dawno zapomnianego.”- elf skończył czytać i zaczerpnął powietrza- I co o tym myślicie? - Jeśli o mnie chodzi- po chwili ciszy wywołanej odczytaną informacją odezwał się Odric- to raczej nie wydaje mi się, że felczerzy za tym stoją. Przecież chciano nas zaciukać a nie pozszywać. - Racja, Odric. Ja też tak myślę.- poparł krasnoluda Albrecht- Czyli najprawdopodobniej mamy do czynienia z kultem, na razie nieznanym. - Najgorsze jest to, że nadal nie wiemy kto może za tym stać.- powiedział Aesgariel kładąc książkę na półce. - Szukajmy w takim razie Kronik. Może one nam coś rozjaśnią- Albrecht odszedł w głąb budynku. - No to ja dalej posiedzę na warcie i się ponudzę- rzekł krasnolud i wygodniej rozparł się na swoim miejscu. Kroniki znalazły się dopiero w godzinę po odnalezieniu Księgi Symboli. Albrecht przywołał Aesgariela i obaj razem szukali wpisu o jakimkolwiek mieszkańcu używającym tego znaku w przeszłości. Poszukiwania odpowiedniego fragmentu były dodatkowo utrudnione patrolem Inkwizycji, który przeszedł obok budynku. Wreszcie po półgodzinnych poszukiwaniach Albrecht znalazł odpowiedni fragment. Przywołał Odrica, aby i on mógł usłyszeć informacje. -„ Zimą 2283 roku do miasta sprowadził się Alberich von Riegelmann. W jego herbie ujrzałem znak oka w okręgu. Wybudował posiadłość na zachodnim skraju miasta. Nikogo do niej nie wpuszczał, co wydało się podejrzane wszystkim mieszkańcom, którzy z tego powodu nie mogli zadośćuczynić staremu zwyczajowi witania nowych mieszkańców. Następnego roku doszło do potwornego czynu mocno związanego z rodem Riegelmannów. Jeden z członków rodu, Kurt Jansen, został oskarżony o brutalne zamordowanie burmistrza Neustadt. Rzecz jasna Kurt nie przyznał się do winy. Jego proces był długi i obfitował w fałszywe dowody i poszlaki, ale zakończył się w 2286 roku uwolnieniem od zarzutów Kurta Jansena. Przez następne lata w Neustadt dochodziło do coraz liczniejszych zbrodniczych aktów, aż wreszcie prości mieszkańcy miasta wzięli sprawę w swoje ręce i dokonali samosądu na rodzie Riegelmannów. W piwnicy ich posiadłości znaleziono liczne narzędzia służące zadawaniu bólu ludziom oraz kocioł pełen krwi. Członków rodu spalono na stosie w 2478 roku, a ich posiadłość została zburzona.”- Albrecht przerwał czytanie. Aesgariel wyglądał jakby rozmyślał nad usłyszanym fragmentem, a Odric po prostu otworzył szeroko usta i tak stał w milczeniu dłuższy czas.- Nie była to relacja z kronik, ale jest równie wiarygodna.- zakończył Albrecht odkładając księgę na miejsce. - W sumie to całkiem niedawna historia i nadal w części społeczeństwa może żyć wspomnienie tamtych dni.- powiedział Aesgariel- Ale co ja ludziom zrobiłem, że chcą mnie zgładzić? - Komuś musisz przeszkadzać samą swoją obecnością. Czuję, że odpowiedź uzyskamy przeszukując pozostałości domu Riegelmannów. - Czyli czeka nas kolejna podróż…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych