Wielka gra
dziennikarka poszukuje zaginionej Anny. Znajduje prawdę... Wykorzystalam w końcu "Spacer..."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Renata – koleżanka z akademika
Opowiedziała mi kiedyś dziwną historię, która się jej przydarzyła. Jechała pociągiem relacji Kłodzko-Wrocław. O tej porze dnia podróżnych było wystarczająco dużo, aby nie znaleźć miejsca siedzącego. Annie to jednak nie przeszkadzało. Lubiła samotność, cieszyła się nawet, że nie będzie musiała podtrzymywać konwersacji z pasażerami. Był październik, rozpoczynał się nowy rok na uczelni. Pogoda była zniewalająca. Słoneczny dzień wprawiał w dobry nastrój. Nie męczyły już upały, ludzie byli spokojniejsi. Stała na korytarzu wraz z kilkoma innymi pasażerami, dla których zabrakło miejsca. Otworzyła okno i wychyliła głowę na zewnątrz. Wiatr targał jej kruczoczarne włosy i mocną pieszczotą głaskał po twarzy. Uwielbiała to uczucie. Namiastka wolności. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, ze jest ptakiem. Powoli niemiłe myśli, które do tej pory zaprzątały jej głowę zaczęły ustępować błogiemu uczuciu. I wtedy stało się coś dla niej niepojętego. Usłyszała najpierw ciche i dalekie śpiewy zagłuszane stukotem kół po szynach. Wsłuchała się w słowa. Po chwili jej zmysły nie odbierały już wrażeń z pociągu. Wyraźnie słyszała śpiewy. Mnisie? Rycerskie? Nie była pewna. Chór męskich głosów śpiewał jakieś średniowieczne modlitwy. Głos dochodził ze starych murów. Starych? Skąd to wiedziała? Po chwili ujrzała obraz – zakapturzone postacie w jakieś dużej sali stały i śpiewały. Po chwili usłyszała jeszcze jeden głos. Kobiecy. Ale to nie był śpiew. To było łkanie, potem zawodzenie. Dochodziło gdzieś z oddali, przyciszone grubymi warstwami cegieł i kamieni starego zamku. (Zamku?). Ogarnęło ją przerażenie. Otworzyła oczy. Ze zdziwieniem spostrzegła, że nadal jest w pociągu. Rozejrzała się z nadzieją, że i inni coś słyszeli, przecież śpiew był tak wyraźny! Ale każdy zajęty był rozmową, bądź czytaniem tanich pism. Wychyliła głowę ponownie i ponownie zamknęła oczy. Tym razem nie słyszała nic, poza rytmicznym stukiem pociągu. W połowie drogi pasażerowie opuścili przedział tuż za nią. Zajęła miejsce i zapatrzyła się w okno. Co to było? Wyraźnie widziała i słyszała; tak jakby na chwilę znalazła się w średniowiecznym świecie. Oczywiście do tej pory zdarzało się jej widzieć lub przewidzieć różne zdarzenia, ale to? Po chwili jej rozmyślania przerwało pojawienie się w przedziale mężczyzny w średnim wieku. Wszedł, usiadł naprzeciw niej, pochylił się lekko do przodu i spojrzał jej głęboko w oczy. - Jesteś jedną z nas – rozpoczął bez zbędnych wstępów. – Mamy swoją siedzibę we Wrocławiu. Zapraszam cię na spotkanie. Ale pamiętaj, że jeśli zdecydujesz się z nami być, musisz wyrzec się takiego życia, jakie prowadzą inni. Każdy z nas skazany jest na samotność, bez rodziny a przyjaciół raczej też się nie ma. To spotkanie nie jest przypadkowe, bo nie ma przypadkowych zdarzeń. Jeśli się zdecydujesz, wysiądź ze mną, a zaprowadzę cię do ludzi podobnych tobie. - Nie. - Dlaczego? Masz wielką moc, musisz ją tylko umieć wykorzystać. Magia jest w tobie. - Nie proszę pana. Nie zamierzam nigdzie z panem wysiadać. Mężczyzna nie nalegał. Wstał, ukłonił się i wyszedł. Więcej go nie widziała. We Wrocławiu miała przesiadkę na pociąg zmierzający do Krakowa i jedynie kilka minut na przejście z jednego peronu na drugi. Na stacji ze zdziwieniem zobaczyła książki wsytawione na sprzedaż. Nigdy wcześniej nie widziała, by ktoś tutaj oferował coś poza jedzeniem, bądź perfumami. Nie namyślała się długo. Książka zawsze odgradzała ją od niechcianych rozmów z pasażerami. Była zła na gościa, który zakłócił jej spokój. Śpieszyła się, więc po raz pierwszy w życiu chwyciła pierwszą z brzegu książkę i zapłaciła za nią w myśl słów dziwnego pasażera, że nie ma przypadkowych zdarzeń. Dopiero siedząc wygodnie w przedziale spojrzała uważniej na tytuł. Zamurowało ją. Książka, za którą tyle zapłaciła poświęcona była białej i czarnej magii.
Nagranie z wizyty u dr psychiatrii Bogdana Wolnego
„Przybył na moje zaproszenie, na moje zaproszenie przeniknął mnie jak lód. Nie. Nie bolało. Było na swój sposób przyjemne. Nienawidziłam to i kochałam. Jednocześnie. Tęskniłam i modliłam się, by nie wracał. Ale On zawsze był, gdy zamykałam powieki. Pokazywał mi świat i ludzi. I uczył, że jesteśmy źli, że zło panuje w każdym z nas. Chciałam umrzeć. Nóż nie chciał przeciąć żył. Wtedy też przyszedł. Powiedział, że jeszcze nie czas, że nie teraz, bo to on zdecyduje, nie ja. Ja nie mam prawa. Kazał mi przyrzec. Przyrzekłam. Potem korciło mnie nie raz. Jest tyle sposobów. Ale nie mogłam. Złożyłam obietnicę. Przychodził najczęściej nocą, kiedy spałam. Gdy pokazał mi już świat z najczarniejszej strony, stał się moim kochankiem. Był czuły i brutalny. Równocześnie. Przerażał mnie i pociągał. Nie to nie były sny! To się działo naprawdę! Potem już nie potrafiłam w nikim znaleźć takiej namiętności. Żaden mężczyzna nie potrafił mi dać tyle, co ON. Stałam się Jego kochanką i uczennicą. Byłam zniewolona. Nie bałam się niczego. Mówią, że tylko głupcy się nie boją. Ale ja nie miałam podstaw do obaw. Pokochałam noc. Wędrowałam ciemnymi uliczkami Wielkiego Miasta. Szukałam. Jak myśliwy. Spotykałam gromady rozwydrzonych nastolatków, którzy za pomocą noża chcieli rządzić półświatkiem, którzy chcieli grabić, gwałcić, zabijać. Prowokowałam ich. Szłam powoli. Naprzeciw nich. Ze spuszczoną głową. Podchodzili pewnie. Słyszałam ich chichoty, w zachwycie. Byli pewni. Puste uliczki dawały im możliwości. Nieczynne latarnie osłonę. W grupie czuli się mocni. Podchodziłam blisko. Bardzo blisko, by tuż przed nimi, twarzą w twarz spojrzeć na najsilniejszego. Najsilniejszy zawsze był najsłabszym ogniwem. Nikt, nigdy nie wytrzymał spojrzenia żółto żarzących się oczu spod wpółprzymkniętych powiek. Chociaż nie. Raz jeden taki zaśmiał się szyderczo. Miałam moc. Ogromną moc. Chwyciłam go i rzuciłam nim jak zabawką. Moja moc przecież pochodziła od Niego. Teraz byliśmy jednością. Cały czas. Nikt nie ważył się przeciwstawić mi. Byłam sama. Nie cierpiałam ludzi. Każdy, ale to każdy był zakłamany. A ja nie chciałam przymykać powiek na kłamstwa. Gardziłam nimi, bo on też nimi gardził. Pokazał mi ich myśli. Mogłam ich przenikać na wylot. Prosili, bym nie patrzyła im w oczy. Nie mogli znieść sztyletów prawdy. Ja nie mogłam znieść atmosfery kościoła. Ale jestem tylko kobietą. Słabym człowiekiem. Zdradziłam go. Zmusiłam się do modlitwy. Prosiłam Boga o pomoc. O normalność. Nie mogłam znieść całej prawdy. Jakaś cząstka mnie jeszcze żyła. Jeszcze mówiła, że prócz zła, człowiek ma w sobie dobro. Poznałam już Zło. Ciekawiło mnie Dobro. Czym jest Dobro w człowieku? Ale On był zazdrosny jak kochanek. Nie poddawał się łatwo. Nie chciał odejść bez słowa. W końcu straciłam swoją moc i silny wyraz twarzy. Moja wspaniała droga kariery zawaliła się. Spojrzenie stało się miękkie. Wolę nie wiedzieć, o czym myślą inni. Czy tęsknię? Tak. Czasami tak. Czasami brakuje mi sił do walki. Przy nim nigdy nie byłam słaba. Ale mój Czarny Anioł jeszcze powróci. Tak myślę. Jest wyrozumiały. Pozwoli mi odejść tylko troszeczkę. A jeśli nie, to co zrobię? Nie wiem. Chyba nic. Po prostu. Może zwyczajnie zrozumiałam coś, co chciał mi przekazać. Może teraz uczy kogoś innego? A może przyjdzie, gdy nadejdzie dla mnie czas? Zmienił mój los wyryty na dłoni, choć niby on się nie zmienia. Jestem napiętnowana. Na pewno mnie odnajdzie... Panie doktorze. Wiem, że jestem nienormalna, bo czyż normalni ludzie wierzą w Anioły, Boga, Szatana? A może Anioły i Szatany to tylko... Obcy? Wiem, że to, co opowiadam może zagrażać nie tylko mnie, ale i innym ludziom, dlatego nie będę protestować, jeśli mnie pan zamknie w tym zakładzie. Ale proszę mi powiedzieć jedno. Czy pana tabletki sprawią, że przestanę wierzyć? Panie doktorze... Dlaczego pan milczy?...”
Tomasz – nauczyciel języka polskiego
Była taka...Egzotyczna. Tak. Też była zdziwiona, gdy ją tak nazwałem i... eteryczna. Było w niej coś co fascynowało i przerażało zarazem. Nie, nie była piękna. O, tego to o niej nie można powiedzieć. W sumie na pierwszy rzut oka nawet nie wydawała się ładna. Jednak jakieś piękno i tajemnica emanowało z niej, a co dziwne – im dłużej się ją znało, tym wydawała się piękniejsza – jak po kolejnych kieliszkach wódki. Ale rysy twarzy... Nie. Nie można było powiedzieć, że miała przeciętne rysy. Wybijała się z tłumu i było w niej coś takiego, co nie pozwalało o niej zapomnieć. Wie pani. Są takie twarze, których się nie zapomina – i ona taką miała. W ogóle nie była przeciętna i dlatego, nawet po tylu latach pamiętam ją doskonale, choć zapomniałem wiele innych twarzy...
Krystian - malarz Przeważnie stała z boku – miała swój świat. Może właśnie dlatego tak dobrze mnie rozumiała. Właściwie miałem wrażenie, że potrafi doskonale zrozumieć każdego, kto przyjdzie do niej po radę. Czy przychodzili? Oczywiście! Ale ona... Ona była bardzo samotna... Kiedyś bardzo jej dokuczałem. Zawsze była blada. Nawet po wakacjach! Później zrozumiałem, że jest po prostu wielka. Nie wiem jak to określić. Są ludzie, którzy mają w sobie jakąś taką moc. I ona ją miała. Kochała noc, burze i pioruny – mówiła wtedy, że niebo przemawia... Piękne prawda? Niestety nie pozwoliła mi namalować sobie portretu. W ogóle nie cierpiała, gdy ją fotografowano.
Roman – sąsiad z akademika
Była dziwna. Wieczorami, albo nocami wychodziła na spacer. Wie pani dokąd?! Na cmentarz! Tak. Mówili, że lubi tam chodzić – sama. Tylko tam czuła spokój. Czy miała przyjaciół? Nie wiem. Otaczała się jedynie kilkoma znajomymi. Nie byli to ludzie tylko z roku, albo z korytarza. Nie. Wydawało się, że specjalnie selekcjonuje ich dobór. Nie każdy mógł się z nią zaprzyjaźnić. Sprawiała wrażenie zimnej. Nazywaliśmy ją „Królową Lodu”. Dlaczego? Miała takie wyniosłe, lodowate spojrzenie. Odnosiłem wrażenie, że się wywyższa. Ale teraz myślę, że się po prostu bała. Kogo? Ludzi oczywiście. Podsłuchałem kiedyś ich rozmowę. Wszyscy słuchali ją niczym zahipnotyzowani. Nietrudno było słuchać jej słów. Często wynosiła koc na korytarz w akademiku i siadali tam w kręgu. Powiedziała wtedy coś bardzo dziwnego. Chwileczkę. O mam: „Ludzie są jak małe dzieci, które dopiero uczą się chodzić. Dopóki nie zrozumieją istoty rzeczy i trwać będą tylko przy jednej możliwości rozwoju, dopóty wciąż będą raczkować i doprowadzać kolejne cywilizacje do upadków i zawsze - w złotym wieku rozkwitu”. Wtedy ktoś zadał pytanie kiedy nastąpi kres naszej cywilizacji. A ona na to, że już niedługo, to kwestia dziesięcioleci, a może stuleci, bo właśnie ludzie wkraczają w złoty okres. Pamiętam, że się zdenerwowałem i spytałem czy ona nie jest człowiekiem, skoro tak mówi. Uśmiechnęła się tylko i spytała, czy wygląda na kosmitkę. Spytałem o to, bowiem miałem wrażenie, że o ludziach mówi nie w pierwszej, ale w trzeciej osobie.
Wiktoria – matka
Zawsze była inna. Wiem, że brzmi to trywialnie, ale nie potrafiłam jej zrozumieć. Zadała mi kiedyś pytanie: „Powiedz mi mamo dlaczego taka jestem?”. Nie potrafiłam jej odpowiedzieć. Czytała z nas jak z otwartych ksiąg i zawsze potrafiła przewidzieć co się stanie. Dlatego zawsze pytałam ją o radę, jeśli chodziło o trudne wybory życiowe. Od kiedy? Nie pamiętam. Zdaje mi się, że od zawsze. Nie pamiętam też, aby kiedykolwiek zachowywała się jak dziecko. Wie pani – taka stara maleńka. Zupełnie nie pasowała ani do tego świata, ani do tych czasów. Tak jakby dusza pomyliła epoki. Zawsze też mówiła, że jeśli wróci tu, do domu, to zniknie i nigdy więcej jej nie zobaczymy. Nie wiem co to miało znaczyć. Pod koniec pisała pamiętnik, ale ostatni wpis jest dziwny. Stała się jakaś dziwna, jeszcze bardziej obca. Potem już nic nie pisała. Przyjechała po miesiącu do domu i spojrzała na mnie tak dziwnie. Tak jakoś dziwnie, że aż serce bolało. Wiedziałam, że się żegna.
Kartka z pamiętnika
Spacer po Wieczności
Wybraliśmy się z bratem na przejażdżkę. On osiodłał Amę. Delikatną, wrażliwą, pełną piękna arabkę. Ja wsiadłam na Ergona. Wyglądał trochę jak z grubsza ciosany, ale to był wspaniały wierzchowiec na górskie eskapady. Rodzice zaklinali mnie na wszystkie świętości, aby nie przyszło mi do głowy kolejne szaleństwo i galop na złamanie karku. - Jeśli już tak chcesz, to jedź na Amie. Wymieniliśmy z bratem porozumiewawcze spojrzenia. Dosiedliśmy koni tak, jak chcieli rodzice. Tuż za pierwszym zakrętem przesiedliśmy się na swoje wierzchowce, a przy najbliższym rozstaju dróg, każdy z nas pojechał w swoją stronę. Ruszyliśmy z Ergonem „Wredną Drogą” powoli pnącą się na szczyt. Teoretycznie łatwa, w niejednym wędrowcu rodziła trwogę. Skalne przepaście kończyły się gdzieś w gardzieli czasu, kamieniste podłoże i ostre zakręty sprawiały, że nigdy nie wiadomo, co się stanie w następnej sekundzie. Ale za to widoki! Widoki były piękne! Brat wybrał się trasą łagodną, wzdłuż strumienia, łamiącego góry na pół. Nie dochodziło go palące słońce, wędrował sobie spokojnie, w cieniu olbrzymich drzew. Za mną pobiegł mój przyjaciel Ares. Dwuletni wilczur, który nigdy nie pozwalał mnie skrzywdzić. Dotarliśmy na szczyt. Moi towarzysze byli dumni, Ares wesoło biegał i oznajmiał całemu światu, że oto jesteśmy. Ergon skubał trawę. Odpoczywał. Ale ja nie chciałam wracać. Chciałam iść dalej, dalej, aż do Wielkiej Zagadki Tego Świata. Szczyt mógł zdobyć każdy, kto miał tylko takich towarzyszy jak ja. Ja chciałam więcej, więcej. Staliśmy na końcu Wrednej Drogi. Stąd dalej prowadziła trasa dużo wygodniejsza, niż dotychczas. Idealnie równa, bez kolein, dobrze ubita i bez kamieni. I co najważniejsze, teraz schodziła łagodnie w dół. Przeszliśmy niewielki kawałek, gdy nagle Ares zaskowyczał przerażony, spojrzał na mnie swoimi psimi, wiernymi oczami, zaskowyczał jeszcze raz i... niemal na oślep zaczął biec w powrotną drogę. Ergon stanął dęba, zarżał przeraźliwie i ruszył przed siebie. Starałam się go uspokoić, mówiłam do niego cicho i pieszczotliwie. Zatrzymał się. Cały drżał. Zsiadłam z niego, by z nim porozmawiać. Ale on zawrócił i pognał za Aresem. Zostałam sama na Granicy Wieczności. Tam kawałek dalej, mogłam rozwikłać tajemnicę. Ruszyłam przed siebie. Teraz już nic nie miało znaczenia. Moi towarzysze podprowadzili mnie pod same bramy. Teraz kolej na mnie. Zło czaiło się wszędzie, obserwowało mnie, zbłąkani ludzie szukali ścieżek, które wyprowadziłyby ich z krainy, w której nigdy nie świeci słońce. Zbliżałam się do celu. Kamienny posąg wskazywał dwie drogi. Palcem – powrotną, twarzą do Serca Zła. Weszłam na Ścieżkę Strachu. Przeszłam kilkaset kroków, a Zło było tak gęste, że można je było kroić nożem na kawałki. Zwątpiłam. Pozostałam tu sama, między Wiecznością a Strachem. Duchy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radunia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…