Wróć do katalogu

Wielki Artysta

Życie w cieniu Wielkiego Artysty

Tymon71, opublikowano , 17 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ma moim osiedlu mieszkał pewien wspaniały Artysta. Każdy znał jego adres, wiedział dokładnie które są jego okna i jaki ma samochód. Wszyscy mieszkańcy bardzo doceniali swojego Artystę, kłaniali mu się na dzień dobry, przepuszczali w kolejce w sklepie czy na poczcie. Nikt nigdy nie zajmował jego miejsca parkingowego, a raz w tygodniu rada osiedla, przynosiła mu zakupy. Podstawowe produkty z lokalnego hipermarketu, zostawiali mu pod drzwiami, i kiedy naciskali dzwonek do drzwi, czym prędzej uciekali. Artysta był szanowany, ale i każdy bał się do niego zagaić rozmowę. Gdy wychodził on, na spacer do parku, nagle wszystkie ławki na ścieżce którą kroczył stawały się puste, żaden pies nie zakłócał mu spokoju, nawet wiewiórki przeskakiwały na drzewa rosnące z dala od trasy lokalnego Artysty. Cała nasza społeczność starała się nie przeszkadzać Artyście w jego pracy, co miesiąc proboszcz organizował mszę w jego intencji, na którą tłumnie przychodzili wierzący i niewierzący. Zbierano również datki, by wykupywać jego dzieła i na wstępny projekt pomnika. W lokalnym komitecie poparcia budowy pomnika zasiadała cała śmietanka osiedlowa. Był ksiądz, radny miasta, pewien znany profesor z uniwersytetu, właściciel piekarni, a także pan Marian, który był znany z tego , że był panem Marianem. Komitet ten, walczył w mediach o dobre imię naszego Artysty, kiedy policja znalazła przy nim narkotyki, Ksiądz z panem Marianem , zorganizowali wielotysięczną manifestację w obronie Artysty, która przeszła głównymi ulicami miasta, po drodze dołączali się przechodnie, i tak pod Komedę policji doszło 40 tysięcy oburzonych mieszkańców miasta. Artystę wypuszczono, a policjantów , którzy go zatrzymali wyrzucono z pracy za fałszowanie dowodów. Kiedy podano do publicznej wiadomości ich nazwiska, jeden musiał wyemigrować do Nowej Zelandii w obawie przed zemstą, drugi natomiast, który miał najmniejszy udział, popełnił samobójstwo, skacząc z Mostu Grunwaldzkiego wprost na kiosk wycieczkowego statku. Nasz wielki Artysta znów miał spokój, i czas na tworzenie wielkich dzieł. By naprawić wyrządzone mu szkody, prezydent miasta przyznał mu jednorazowy grant w wysokości 400 tysięcy złotych. Spotkało się to z dobrym przyjęciem przez mieszkańców, wszak czym jest zamknięcie szpitalnego oddziału ratunkowego do skali naszego Artysty. Chodziłem po swoim osiedlu, które było w cieniu wielkiego Artysty. Wszystko tu przypomniało o nim. Ludzie zaczęli urządzać sobie wycieczki szlakiem codziennych ścieżek Wielkiego. Pod monopolowym, od roku, stała niedopita butelka piwa, którą on zostawił jednego z wieczorów, kiedy wychodził do ludzi. Te dni stawały się wielkim świętem w okolicy, mieszkańcy chowali się po bramach, by grupowo, z okna obserwować jak on majestatycznie kroczy chodnikami, dzieciaki zbierały pety, które wyrzucał na trawnik, potem przynosiły do szkoły, i sprzedawały nauczycielom z humanistycznych przedmiotów. Pewnego dnia postanowiłem go spotkać, opowiedziałem o tym sąsiadowi, który popatrzył się na mnie krzywo, i od razu schował się do swojego domu. Przez następne tygodnie, cała klatka unikała mnie, jak bym był trędowaty. Nawet jedna z pięknych młodych pań, którą codziennie spotykałem na spacerze z psem, przestała zapraszać mnie do siebie na śniadanie. Czułem się coraz bardziej wyobcowany, kioskarka nagle robiła sobie przerwę półgodzinną kiedy tylko mnie widziała. Doprowadziło to do tego, że skradałem się po papierosy, a chcąc chleb musiałem się maskować. Osiedle zaczęło mnie odrzucać, jako osobnika który może zaburzyć spokój naszego Artysty, nawet listonosz mnie omijał a listy wrzucał przez okno. Zauważyłem go wieczorem, kiedy siedział na ławce nad stawikiem. Za krzakami widziałem chowających się członków fanklubu Artysty, którzy robili mu cały czas zdjęcia, a kiedy mnie zobaczyli zbliżającego się do świętego, wszyscy wstrzymali oddech. Nawet łabędzie przestały gonić kaczki, i nagle cała przyroda skupiła swoje oczy na mnie. Poczułem stróżkę potu na czole, Artysta natomiast siedział z papierosem w ustach i patykiem wygrzebywał sobie gówno z podeszwy. Autentycznie się denerwowałem, wszystkie samochody i autobusy na niedalekiej ulicy zatrzymały się, z okien które wychodziły na stawiki ludzie wystawiali głowy. Czułem się obserwowany przez kilka setek par oczu. Jeśli coś pójdzie nie tak, rozszarpią mnie, skarzą na wieczny ostracyzm, pogrzebią żywcem. Artysta mnie nie widział, wciąż z uporem maniaka wygrzebywał odchody jakiegoś psa z prawego buta. Papieros mu przygasł, a ja coraz mniej pewnie szedłem w jego stronę. Chciałem na szybko wymyślić coś w głowie, jakieś powitanie, byle by zagaić rozmowę, nigdy nie rozmawiałem z tak Wielkim Artystą, a wtedy moje życie zależało od niego, zaczynałem żałować, że wychyliłem się z tym sąsiadowi, zamiast wieść spokojny żywot na osiedlu w cieniu Artysty, ja postanowiłem go poznać. Idiota. Byłem w odległości kilku kroków od niego, kiedy podniósł wzrok i zaczął się we mnie wpatrywać. Był tak wybitny, że nie sposób opisać jak wyglądać, po prostu ociekał zajebistością. Musiałem coś powiedzieć, cokolwiek, bo dostrzegłem , że już jego zmęczone oczy zaczynają wracać do buta. - Gówno, co? – Powiedziałem. Sam nie wiem czemu, tak po prostu wypaliłem. Najważniejsze to przecież dobrze rozpocząć rozmowę. Zacząłem czuć pętle która coraz mocniej zaciskała się na mojej szyi. Kątem oka dostrzegłem sporą grupkę kibiców Śląska, którzy czaili się w oddali z łańcuchami i pałkami teleskopowymi na mnie. Głośno przełknąłem ślinę. Wtedy on spojrzał na mnie znad obsranego patyka: - Gówno w chuj- powiedział z rozgoryczeniem - No- odpowiedziałem podekscytowany jak ministrant któremu ksiądz dał wolne. - Jebane psy wszędzie srają, a jak człowiek chce się przejść to nie sposób na się nie natknąć Kurwa, to już drugie w tym tygodni a dopiero środa. - No- przytknąłem, oczarowany, ileż mądrości z niego wypływa. - Kurwa, jebane w dupę skurwysyny. - Dokładnie - Co nie- powiedział, po czym rzucił patykiem całym w gównie do stawu.- zapalisz? – Zapytał, i wyciągnął do mnie paczkę czerwonych marlboro. Kiwnąłem głową, i zaszczycony, i drżącą ręką sięgnąłem do paczki, szybko wyciągnąłem zapalniczkę i mu odpaliłem. Siedzieliśmy tak chwilę w milczeniu, skupiając się na palącym się papierosie. Nie mogłem znaleźć słów, które chciałbym do niego wypowiedzieć, był przecież tak znaną i szanowaną personą, a ja? Co ja mogłem, kim przy nim byłem. Lata całe wiedziałem o jego istnieniu, kilka razy go widziałem, ale nigdy nie słyszałem jego głosu, nie czułem zapachu, nie byłem tak blisko. Spojrzałem dookoła, po okolicy. W krzakach nadal siedziała spora grupka osób bacznie nas obserwując, kibice Śląska gdzieś się pochowali, ale nadal czuć było ich obecność. Jeden fałszywy ruch i było by po mnie, jako jeden z pierwszych przekroczyłem barierę kontaktu z Wielkim Artystą. Odezwałem się do niego, otarłem się dłonią, siedziałem z nim na ławce. To był mój sen na jawie, tak piękny, że aż nie do końca wierzyłem w to co się dzieje. - Marek jestem- przerwałem w końcu ciszę, On na mnie spojrzał, wypuścił dym z ust, widziałem jak jego wargi przybierają dziwne kształty a oczy zaczynają mnie dogłębnie badać. Ileż ja bym dał, byle by poznać jego myśli. - Piotrek- odpowiedział, chwilę jeszcze wzdymał wargi nie odwracając wzroku ze mnie, po czym zapytał- napijesz się? - Pewnie. - To dawaj do mnie, mam jeszcze trochę wódy ze śródmieścia.

Stała się rzecz niebywała. Marny ja i Wielki On szliśmy się napić, jak jacyś starzy znajomi, obalić flaszkę z mety. Ruch na osiedlu zmarł, nie widać było żywej duszy, na ulicach ani jednego samochodu, tylko i wyłącznie dało się dostrzec w co drugim oknie ruch firanki, kiedy szliśmy przez bloki. Jak się później dowiedziałem, lokalna telewizja transmitowała to wydarzenie na żywo na kanał ogólnokrajowy, gromadząc 8 milionów telewidzów przed telewizorami. Wieczorem, minister kultury zwołał konferencję prasową, na której podał listę Artystów chronionych prawem, i ustanawiając im ochronę BOR-u. Jeden z wielkich poetów, wyemigrował z całą rodziną, i w obawie przed nieznanym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych