Wieża Maga
Mroczne, trochę przygnębiające i w dziwny sposób romantyczne (przynajmniej w założeniu :D)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kroczę ścieżką nienawiści. Kiedyś kochałem, teraz ślizgam się po wyłożonej szlamem drodze ku zatraceniu. Kapłani mówią, że droga do piekła wybrukowana jest dobrymi intencjami. Może. Nie wiem. Ścieżka, którą ja podążam, to spirala przez pustkę, do pustki wiodąca. Ale nie znam innej. Nie znam innej...
Przedzierali się przez bagna szybko, uciekając przed pogonią, której widać nie było, z łatwością natomiast, można było poczuć jej zimny oddech, skraplający się perłami napięcia i strachu na karku. Z każdym krokiem zapadali się w muł prawie po kolana, nieraz mętna, śmierdząca stęchlizną woda sięgała im pasa. Unikali unoszących się na wodzie nenufarów i dryfujących pnączy. Nie mogli mieć pewności, że nenufary to faktycznie tylko nenufary. Niebo pomalowane było na jednostajny kolor ołowiu, a przez gęstą zasłonę groteskowo splątanych gałęzi docierało niewiele światła. Panował półmrok, wszechobecna szarość wyzbyta z wszelkich barw, a wokół nich roztaczała się złowroga aura nieznanego. Mężczyzna, który prowadził był wysoki i postawny, i, choć brodę i długie włosy spływające wilgocią miał zupełnie siwe, poruszał się żwawo, utrzymując szybkie tempo. Brodził przez bagna równo i spokojnie, a jego idealnie niebieskie oczy bacznie obserwowały powierzchnię trzęsawiska spod lekko zmarszczonych brwi. Ubrany był, podobnie jak jego towarzysz, w postrzępione, mokre ubranie z szarego lnu, a dłonie miał złączone żelaznymi kajdanami o srebrnej obręczy. - Uważaj na prawo - rzucił krótko za siebie i szedł dalej. Ważki, muszki i komary nieustannie siadały na jego ciele, ale zdawał się nie przywiązywać do nich żadnej wagi. Jego towarzysz, mężczyzna mający nie więcej jak trzydzieści pięć wiosen na karku, opędzał się od nich niestrudzenie, i równie bezowocnie. Chwiał się i z trudem podążał za przewodnikiem, mimo iż ręce miał wolne. Zapadał się raz po raz w muł, ale wytrwale wracał na bezpieczną ścieżkę i kroczył bez słowa przez mroczne trzęsawisko. Zatrzymywał się co kilkadziesiąt metrów i z wyrazem obrzydzenia i bólu na twarzy odrywał pijawki czepiające się całego ciała. Krwawił z wielu płytkich ranek, ale woda bagniska była zbyt mętna, by parę wąskich strużek szkarłatu mogło ją zabarwić. - Daleko jeszcze? - zapytał w końcu, u skraju cierpliwości, bardziej poirytowany niż zmęczony. Mężczyzna z przodu obrócił się w jego stronę z łagodnym uśmiechem. Mrugnął doń i odrzekł krótko: - Nie. Znowu szli w milczeniu, jakkolwiek młodszemu przekleństwa cisnęły się na usta. Opanował się jednak i nie odzywał się już. Natomiast starszy, jakby czytał mu w myślach, rzucił za siebie, nie odwracając nawet głowy: - Spokojnie. Jak dotrzemy do mojej wieży, opatrzę cię. Tam będziesz mógł wypocząć i ukryć się. Obydwaj będziemy mogli się ukryć. Szli dalej, a mrok niepodzielnie panował na moczarach.
Zatrzymali się przed zmierzchem, gdy na ciemniejącym niebie pojawiła się blada twarz księżyca. Ułożyli się pod rozłożystą płaczącą wierzbą, na skrawku suchego terenu pośród bagien. Ich cypel spokoju otoczony był głosem setek cykad i brzęczeniem tysięcy muszek, komarów i ważek. Było im chłodno, ubrania mieli zupełnie przemoczone, a wieczór wbrew oczekiwaniom nie był wcale ciepły. - Chłodno mi, Kallijah. - odezwał się młodszy. - Wiem. Mi też. Ale nie możemy dłużej iść. To zdradliwe bagna. - Nawet dla ciebie? - Dla każdego. Dla mnie też. Przede wszystkim dla mnie. Młodszy odpowiedział pytającym spojrzeniem. Mężczyzna zwany Kallijah nie odzywał się. - Kallijah? - Hm? - Czemu dla ciebie przede wszystkim? Przecież jesteś wielkim magiem. Starszy uśmiechnął się łagodnie. Spojrzał na kajdany wiążące mu ręce. - Gdybym mógł się ich pozbyć, z łatwością rozpaliłbym ogień. Byłoby cieplej. Przysuń się bliżej. Młodszy popatrzył nań, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, wzdrygnął się instynktownie. Widząc to, Kallijah parsknął śmiechem. - Nie bądź śmieszny, chłopcze. Gotowy jesteś się poważnie rozchorować, jeśli się nie rozgrzejesz. Przysuń się bliżej. - Mam na imię Karol. Karol Faenze - powiedział z naciskiem, ale po krótkim wahaniu przysunął się do starszego. Ten zaś był gorący. Nie rozpalony, jak od gorączki czy podniecenia. Po prostu gorący. Kojąco gorący. Jak matka trzymająca dziecko na swym łonie. - Śpij, chłopcze. Jutro dotrzemy do celu. Jutro…
Nie chcę zabijać. Śmieszne, że kiedyś w to wierzyłem. Kiedyś każdy z nas wierzył. Ale Ona zmienia. Zmienia każdego z nas. Teraz już nie wierzę. Teraz zabijam. Teraz już nie wierzę w nic…
*
Gdy więzienny konwój dostrzegł na trakcie zwalone drzewo, spodziewano się strzały zza zasłony drzew. Nie spodziewano się natomiast pięciu strzał, każdej trafiającej z zabójczą precyzją. Strażnicy skryli się za wozami, próbując dostrzec napastników. - To nasza szansa - szepnął Karol do ucha Kallijaha, w odpowiedzi na jęki i krzyki. Ten skinął tylko głową i równocześnie podnieśli się z miejsc. Strażnik jadący z nimi na wozie podniósł się z mieczem w dłoni, ale Karol był szybszy. Cios żelaznej głowni sparował grubym łańcuchem kajdan, a kopniakiem w brzuch zgiął żołnierza wpół. Nim zdążył uczynić cokolwiek, Kallijah doskoczył do strażnika i jednym płynnym ruchem skręcił mu kark. Kości chrupnęły nieprzyjemnie, a bezwładne ciało osunęło się na deski wozu. - Szczęście, że nie związali nam nóg - rzucił Kallijah do Karola. Wychylił głowę za szarą plandekę. - Taa… Szczęście. - mruknął Faenze pod nosem. Ten strażnik nie miał umrzeć. Nikt nie miał umrzeć. - Teraz! - nagle warknął starszy i nie czekając zeskoczył z wozu. Młodszy, który zdążył pozbyć się kajdan dzięki kluczom strażnika, pospieszył jego śladem. Nie czekając dłużej pomknęli w las tak szybko, jak pozwalały na to zastałe od jazdy kości i stawy. Karol obrócił się w biegu. Dostrzegł jednego ze strażników, który, dojrzawszy ich, pomknął za nimi, błyskawicznie jednak dosięgła go strzała wypuszczona z ciemnych leśnych ostępów. Zakręcił się w biegu wokół swojej osi i padł na bok. Podniósł się na kolana, ale drugi grot przygwoździł go do ziemi. Karol biegł dalej. Uciekał śladem Kallijaha, jednego z trzech prawdopodobnie najpotężniejszych magów Krain Środka.
*
…kiedyś toczył się pojedynek. Tutaj, na tych mokradłach, jakkolwiek wówczas był to zwykły las, jakich pełno w okolicy. Pojedynek magów. Faerona zwanego Mocnym i Parreanforda. Wszystkie podania wskazują na to, iż zwyciężył Parreanford, po walce trwającej trzy dni i trzy noce. Ponoć księżyc nie znikał z nieba wraz z nastaniem dnia, zaciekawiony wynikiem pojedynku. Jak mówiłem, wygrał Parreanford, ale tylko pozornie. Umierając, Fearon przeklął całą okolicę, czyniąc ją niemal tym, czym jest dzisiaj. Mówię niemal, bowiem rozkład postępuje. Powoli, ale postępuje. Stęchlizna, zgnilizna i śmierć zatruwają stopniowo okolicę. A Parreanford nigdy nie opuścił tych bagien. Prawdopodobnie trafił na grząskie piaski. Był już słaby, wycieńczony, więc jego moc na niewiele mogła mu się zdać. Poza tym… - Tak? - zapytał błyskawicznie Karol, jakby chcąc udowodnić, że uważnie słucha. - Te mokradła… one… polują. Na osoby obdarzone darem. Wyciągają swoje dłonie. Jeden nieuważny krok i niewidzialna dłoń Fearona Mocnego chwyci cię za gardło i na zawsze zatopi w bagnie. Tak naprawdę, to on zwyciężył. A właściwie jego nienawiść. - Po co więc się tutaj pchamy? Czemu zbudowałeś wieżę w takim miejscu? - Kto powiedział, że to ja ją zbudowałem? Milczeli. Karol zbierał myśli. W końcu zapytał: - Chcesz mi powiedzieć, że to dzieło Fearona? Mieszkasz w jego wieży? - Tak - odparł krótko Kallijah. Podniósł się i spojrzał spod przymrużonych oczu na bagnistą okolicę - Trzeba ruszać. Mamy jeszcze spory kawałek do przejścia. Karol pokręcił głową i ruszył śladem starego maga.
Kiedyś byłem jednym pośród milionów mi podobnych. Człowiekiem. Byłem samotny i było mi źle. Później byłem jednym z trzech. Magiem. Sztukmistrzem. Też byłem samotny, byłem zły i było mi źle. Wiedziałem, że kroczę ścieżką, która nie przyniesie spokoju, nie przyniesie ukojenia. Wkrótce będę jedynym. Jedynym. Za późno już, by zawrócić. Za późno by naprawiać. Za późno na wszystko. Została tylko Ona.
Zaatakowały niespodziewanie, dużą grupą. Jaszczury wypadły z plątaniny zanurzonych do połowy w wodzie krzaków i pomknęły nad podziw szybko ku dwójce wędrowców. Łuskowate łapy chlupotały w błocie, a długie, prawie dwumetrowe cielska wiły się jak węże, nisko, ot, tuż nad ziemią. Na Karola ściskającego znaleziony po drodze kij skoczyła para ozdobionych czerwonawymi grzebieniami potężnych samców. Trzy mniejsze zaatakowały Kallijaha. Były niezwykle szybkie, a musiały być także zabójczo głodne. Karol odsunął się na bok, ale obie poczwary zręcznie skręciły jego śladem. Wyskoczył do przodu i trafił kijem w czaszkę jednego z nich, ale pałka odbiła się od grubej kości, zaznaczając tylko swój ślad naderwaną łuską. Drugi jaszczur chciał wszczepić swoje zębiska w nogę Feanze'a, ale powstrzymał go gwałtowny kopniak. Oba jednak napierały zajadle. Karol cofnął się i wyczuł, że wchodzi do mętnej wody, stopy zapadły mu się w muł po kostki. Kolejny cios kija odpędził jaszczury tylko na moment, później ponownie zaatakowały. Łapa opatrzona grubymi pazurami rozerwała Karolowi nogawkę spodni i rozszarpała skórę na łydce. Feanze syknął z bólu i wycelowawszy uprzednio, pchnął kij węższym końcem prosto w otoczone łuskowatymi powiekami ślepie jaszczura. Spomiędzy rzędu ostrych zębów wystrzelił rozdwojony język, a z pyska wydobył się bolesny pisk. Raniony jaszczur rzucił się do ucieczki, drugi natomiast uderzył na mężczyznę jeszcze zacieklej. Nie zważając na zadawane nieomal na oślep ciosy pałki zatopił zęby w ręce Karola, ten zaś, rzucił się w tył, wciągając bestię ze sobą do zamulonej wody trzęsawiska. Próbował złapać równowagę i zaprzeć się nogami o dno, to jednak osuwało mu się spod nóg, wciągając go głębiej i głębiej. Jaszczur szarpał jego przedramieniem, coraz dotkliwiej je raniąc, ale wrzaski bólu dobywały się już spod wody. Niespodziewanie Karol trafił wolną dłonią na jakiś twardy kształt. Nie czekając dłużej, uderzył nim w miękkie podbrzusze stwora. Szczęki puściły i rozwarły się w żałosnym pisku, jaszczur zaś, uciekł, płynąc powoli w stronę gęstych zarośli i trzcin. Na wpół omdlały z bólu, Karol wydostał się na brzeg, podciągnięty przez Kallijaha. Starszy mężczyzna był mocno podrapany, ale nie było widać u niego żadnej poważniejszej rany. - Możesz iść? - zapytał go Kallijah. - Tak - wykrztusił Karol. Wciąż gwałtownie łapał powietrze. - Chodźmy, już niedaleko. Tam cię opatrzę. Ruszyli. Karol obrócił się i spojrzał z niedowierzaniem na pole walki. Dwa z jaszczurów Kallijaha leżały bez ruchu, groteskowo powykrzywiane. Trzeciego nigdzie nie było widać. Złość na twarzy maga mogła oznaczać, że udało mu się uciec.
Ziemia pod ich stopami stała się twardsza, bardziej zbita, solidniejsza. Błoto obecne było tylko z wierzchu, przeważnie w postaci zaschniętej skorupy, pękającej pod ciężarem człowieka. Dwa najbliższe krzewy miały mniej cierni niż mijane wcześniej, a zielonkawe…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Crash
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…