Wirus
Moje pierwsze opowiadanie. Zapraszam!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
WIRUS
Mewa przeleciała nad niedużą łodzią rybacką i skierowała się na wschód. Po chwili zaczęły się pod nią przesuwać pierwsze wystające z wody skały, zwiastujące bliskość brzegu. Ptak szybował korzystając z prądów powietrza unoszących się nad rozgrzanym jeszcze, mimo zbliżającego się wieczoru oceanem. Z każdą chwilą majaczący na horyzoncie brzeg stawał się wyraźniejszy. Widać już było zarysy wysokiego, gwałtownie opadającego ku morzu klifu. Nisko wiszące słońce odznaczało głębokimi cieniami jego kolejne załamania. Trzy słupy dymu nieregularnie rozrzucone po górnej krawędzi urwiska powoli zdążały ku niebu. Ostatnie ogniska płonęły przy wtórze pieśni niosącej się ku oceanowi. Ludzie Brzegów żegnali lato.
Ptak zatoczył półokrąg nad brzegiem i zleciał niżej. Usiadł na sporej wielkości głazie, których więcej rozrzuconych było w wodzie u stóp klifu. Mewa kilka razy odskakując uniknęła zimnego prysznica morskiej piany, wzbijającej się przy każdym uderzeniu fali, po czym przystąpiła do kontroli skrzydeł. Nie była jednak sama:
-Mówiłem ci, żebyś zacinał szybciej! -Właśnie w ten sposób straciłem dwie ostatnie... -Eeech, nie martw się, dziadunio Grimweld wróci dzisiaj do domu po pas w dorszach!
Na sąsiednim kamieniu wrzała ożywiona dyskusja. Dwaj wędkarze - młodzieńcy Teg Grimmer i Pef Grim wyglądali na typowych mieszkańców Wschodniego Wybrzeża. Bruneci, średniego wzrostu, kontrastujący jedynie wielkością uszu i nosów - które to atrybuty fizjonomii wykształciły się u Pefa stanowczo ponad miarę. Rozmowa zapewne trwała by dalej, gdyby z góry nie rozległy się przytłumione przez przybój okrzyki:
- Pef, Teg - wracamy!!!
Chłopcy powstali tak niespiesznie, jak niechętnie i poczęli powoli się pakować. Zwijanie żyłek i składanie wędek wyraźnie lepiej szło Pefowi, którego Teg próbował nieporadnie naśladować. Czekała ich wspinaczka po nierównych, drewnianych schodach. O ile droga w dół należała do niekłamanych przyjemności – perspektywa połowu, jak mawiał Pef, dodaje skrzydeł - to mozolne wchodzenie, co gorsza o pustym podbieraku stanowiło przykrą rekompensatę za wszelkie dobrodziejstwa wędkarskiej pasji. Pef zawsze lubił urozmaicać sobie znienawidzoną wędrówkę w górę, stając w pół drogi i oglądając się na zachód. Głupia romantyczność duszy, tak niepotrzebna przyszłemu rybakowi, kazała mu wierzyć w bajania starszych ludzi. Rozwodziły się one tak kolorowo, ile mętnie, nad tajemniczym białym żaglowcem , który pewnego dnia przypłynie wioząc na pokładzie potomków tych, którzy wyruszyli kiedyś w nieznane. Rzeczywistość jednak, nigdy nie dawała zadość marzeniom. Także i dziś, ujrzał tylko taflę morza przechodzącą niemal niewidocznie w oświetlone ostatnimi promieniami niebo.
Spojrzał na Tega, ten wspinał się mozolnie, jakby nie zainteresowany otaczającą go scenerią. “W ogóle, od kiedy przyjechał, jest mało zainteresowany czymkolwiek” - pomyślał Pef. Ot, uprzejmy, skory do rozmowy, ale jakby nieobecny. Często wpadał w zamyślenie. Siedział wtedy bez ruchu, nie zwracając uwagi na wszystko, co działo się wokół niego. Jedyną rzeczą przy której Teg odczuwał emocje, a właściwie niemal wrzał z podniecenia, były jakieś ciekawe, choć zupełnie błahe osobliwości natury. W ten sposób wszedł w posiadanie kolekcji składającej się z kamieni o niespotykanych kształtach, dwóch jaszczurek z rozmaitymi fizycznymi wadami, stokrotki o szczególnie intensywnych kolorach kwiatów, czy wreszcie ptasiego pióra, którego pochodzenia nikt nie potrafił wyjaśnić. Najwięcej jednak czasu spędzał na rozmowach z niejakim Pitrem - miejscowym wariatem. Jego stosunek do tego człowieka przypominał nastawienie do reszty “eksponatów”. Wydawało się, że gdyby mógł, także i ten “przypadek” powędrowałby do jakiegoś albumu czy gabloty. Oczywiste trudności, powodowały jednak, że Teg często musiał odwiedzać mieszkańca starego młyna dla prowadzenia swoich badań. Przypadłość Pitra polegała na tym, że wprawdzie mówił, lecz skutecznie omijając wszelkie reguły języka. I nie była to jakaś wymyślna gwara czy narzecze, tylko nieregularne zbitki dziwnie znajomych dźwięków, z których nierzadko można było domyśleć się czegoś sensownego. Czasami udawało mu się wypowiedzieć jakieś zdanie, lecz zaraz wracał do dawnej maniery. Teg nie tylko spędzał całe godziny na notowaniu niektórych kwestii Pitra, ale co zakrawało na jeszcze większe dziwactwo, próbował się z nim porozumieć. Kilka pierwszych takich prób, w których Pef uczestniczył, zakończyło się fiaskiem, co całkowicie zniechęciło go do dalszego towarzyszenia “miłośnikowi wariactwa”, jak nazywano Tega w wiosce. Sam sprawca całego zamieszania, tłumaczył to terminowaniem w szkole Magii Psychicznej, której domeną były sprawy ludzkiego ducha.
Oficjalnie przyjęta w Dużych Sieciach historia pojawienia się Tega, również budziła pewne wątpliwości. Miał zatrzymać się tam tylko przejazdem, na dwa tygodnie, w drodze do odległego o sto mil Szarego Fortu. Tymczasem od chwili gdy przestąpił rogatki wioski minęło już około 20 dni i nic nie zapowiadało, by miał ochotę oglądać znów twarz Starego Artema czuwającego przy wjeździe do osady. Pochodzenie z rodu Grim, wpisane w nazwisko które podał, połączone z niemożliwą do spamiętania listą wszelkich koligacji rodzinnych, sprawiło że cioteczka Gabriela przyjęła go z otwartymi ramionami. Występował jako jeden z siostrzeńców zmarłego niedawno wuja Traka. Mieszkający właśnie u ciotki, wcześniej osierocony Pef, mocno odczuł stratę Traka - ulubionego kompana zabaw. Dziadunio i ciotka, jedyni krewni, którzy pozostali w wiosce, mieli zbyt dużo zajęcia przy zdobywaniu dla niego przyzwoitego wiktu i miejsca do spania, by jeszcze dbać o jakieś rozrywki. Wiedział o tym doskonale więc początkowo przyjął odnalezionego kuzyna z prawdziwą radością. Beztroski stosunek do przybysza zaczął jednak przybierać kształt podejrzenia, po ujawnieniu znacznej niewiedzy Tega w zakresie podstawowej topografii rodu Grim. “Jak on u licha, może nie wiedzieć, że dziadek Rabort pochodził ze Smoczego Skraju, przecież ględził o tym po kilka razy dziennie?” - ta myśl nadal nie dawała mu spokoju. Nie chcąc niepokoić cioteczki, nie wspominał o swoich wątpliwościach. Przekraczając jednak ostatni stopień schodów, zdecydował, że zrobi to właśnie dziś.
Tymczasem Teg zdążył już usiąść koło ogniska otoczonego przez parę pozostałych jeszcze osób. Szybko też począł obgryzać resztki pieczonego mięsa. Co było łatwe do przewidzenia, zajął miejsce właśnie koło Pitra, który uśmiechał się doń dobrotliwie, pałaszując sporej wielkości udko. Po chwili, zgodnie ze zwyczajem rozpoczęła się kolejna cudaczna konwersacja, zrozumiała chyba tylko dla rozmawiających. Krótka wymiana uprzejmości, polegająca głównie na ożywionej gestykulacji, przerodziła się w monolog Pitra, którego wyrywkami Teg starał się wypełnić kolejne rubryki w zużytym notesie.
Pef podszedł do cioteczki pakującej pozostałości uroczystej kolacji. Starsza, przysadzista kobieta sprawiała wrażenie ciągle pełnej sił, również dzieki wesołej, ogorzałej twarzy. Westchnął:
- Zmarzłem tam nieco... - Widać jesień nie zamierza czekać w tym roku... - odpowiedziała cioteczka. - Masz tu płaszcz – po chwili dodała, podnosząc płócienne okrycie, należące zapewne do któregoś z sąsiadów. Pachniał rybami, jak prawie wszystko w Wielkich Sieciach. Pef podrzucił nieco drewna do dogasającego ogniska po czym usiadł. - Muszę ci coś powiedzieć, ciociu... - zaczął nieśmiało. - Słucham Kochanie? - zaciekawiła się ciotka. - Chodzi o Tega, z nim jest coś... - Kątem oka zauważył, że na te słowa, siedzący niemal dwadzieścia metrów dalej Teg przerwał rozmowę z Pitrem i rozejrzał się nerwowo. Kręcił przez chwilę głową, jakby czegoś szukając, po czym spojrzał w jego kierunku. Pef mógłby się założyć, że dostrzegł w patrzących nań oczach strach. Szybko jednak odwrócił wzrok i kontynuował:
- Słuchaj ciociu, rozmawiałem z nim i ...
Nagle Teg poderwał się i podszedł do nich szybkim, zdecydowanym krokiem. W najmniej odpowiedni i najbardziej zaskakujący sposób powiedział, a właściwie wykrztusił:
- Moja robota... wizyta skończona, dziękuje wami i odchodzę. Do zobaczenia!
Cioteczka wytrzeszczyła oczy: - Jak to? Teraz? Zaraz? A twoje rzeczy? - Muszę, właśnie teraz, natychmiast, to sprawa niecierpiąca zwłoki. W grę wchodzi magia psychiczna – odparł sztucznie. Zaraz dodał: – Moje rzeczy są wasze. Niech to będzie jakieś podziękowanie.
Pef wyglądał na mało zaskoczonego sytuacją. Wstał, spojrzał w oczy Tegowi i powiedział stanowczo:
- Dziwny to adept magii, co odchodzi pozostawiając swoje księgi – zwrócił się stronę ciotki: - Podejrzewałem to od pewnego czasu... myślę, że mamy do czynienia z oszustem!
Teg odskoczył, i odwróciwszy się, zaczął biec. Cioteczka pozostała w miejscu, zbyt zaskoczona obrotem spraw, by podjąć jakieś działanie. Inni siedzący wokół ogniska, nawet nie zauważyli zdarzenia, przyzwyczajeni do wybryków młodych. Pef rzucił się w pościg za zbiegiem. Był niezłym sprinterem i raczej wysoko oceniał swoje szanse na sukces w pościgu. Co jednak kompletnie go zaskoczyło – Teg biegł w stronę urwiska. Od krawędzi dzieliło ich jeszcze jakieś trzydzieści metrów. Co on robi? Przecież tam nie ma zejścia... Kolejne myśli przelatywały Pefowi przez głowę. W końcu krzyknął:
-Stój! - nie widzisz, że nie masz gdzie uciec?
Teg nie odpowiedział. Biegł dalej. Jeszcze dziesięć metrów, pięć, dwa ... Nie może tego zrobić! nie może! Pef zaczynał się bać. Metr. Krawędź. Postać zniknęła.
- Boże!!! nieeeee!!! - krzyknęła obserwująca z tyłu cioteczka.
Pef stanął jak wryty, po czym powoli zbliżył się do urwiska. Przerażony spojrzał w dół. Skały i rozbijające się o nie fale.
***
Teg, gdy zbliżał się do krawędzi, wiedział że wszystko musi być ze sobą zgrane. Inaczej cała praca na marne. Musi skoczyć tak daleko, by tamci byli przekonani że wpadł do wody. Naprężył mięśnie. Nadepnął na wystający z urwiska kamień i wybił się prawą nogą. Poczuł zimny wiatr na całym ciele. Zdążył spojrzeć w dół - morze zbliżało się szybko. Mechanicznie wysunął przegub lewej ręki i złapał za niego druga dłonią. Nacisnął wystający wprost z ciała niebieski przycisk.
***
Czerwone światło... znaczy, że jeszcze mamy dzień. Powoli spróbował podnieść powieki. Za pierwszym razem nigdy się nie udaje. I do tego to nieznośne swędzenie. Można dostać szału, a nie sposób się podrapać będąc podłączanym. W ogóle, być oplecionym około setką rozmaitych przewodów było prawdziwą udręką. Wstawanie to sztuka. Półcalowe, sztywne kable niezwykle ograniczały ruchy, a przyklejone elastyczną taśmą elektrody sprawiały ból przy każdym nieuważnym poruszeniu. Leżał więc tak dalej, rozmyślając jak najłatwiej będzie mu się wydostać spod całej tej maszynerii. Po paru minutach udało mu się otworzyć oczy. Na ułamek sekundy. Porażające nieprzywykłe źrenice światło spowodowało bezwarunkowy odruch zamknięcia powiek. Przynajmniej wiedział, że układ odłzawiający działał poprawnie i przy oczach nie zebrał się nadmiar ropy, jak to już nieraz bywało... Uważnie poruszył prawa ręka. Taśma naciągała się na całej jej długości, powodując dotkliwy ból. Najgorsze były igły kroplówek – niezbędne przy dłuższych wyprawach. W końcu jednak znalazł drogę ku twarzy i począł systematycznie odłączać kolejne elektrody. Po kilku minutach twarz była już gotowa. W międzyczasie zdążył jeszcze kilka razy zamrugać, oczy już niemal przyzwyczaiły się do światła. Stopniowo obraz zaczął przybierać w miarę ostre kontury. Nie zobaczył nic ciekawego. Znał ten widok doskonale. Znajdował się w rogu niedużego pokoju z jednym oknem. Leżał na gumowym materacu położonym wprost na ziemi wokół którego rozstawiona była rozmaita aparatura. Właśnie do niej podłączone były wszystkie te nieszczęsne kable. Z jego pozycji, przez okno znajdujące się po prawej, widać było tylko szarobure chmury poruszające się niespiesznie na zachód. Słabe światło padało na nieduże drewniane drzwi na przeciw łóżka. Prowadziły do dalszej części mieszkania. Thierry Lamarche, bo tak się nazywał, spędził jeszcze pół godziny na walce z siecią przewodów, zanim mógł w końcu usiąść na krawędzi materaca i spróbować wstać. Wprawdzie wśród wyposażenia przyczepionego jeszcze przed chwilą do jego ciała znajdowały się stymulatory niemal wszystkich mięśni, ale wstawanie zawsze było wyzwaniem. Najpierw należało rozgrzać usztywnione mięśnie od pasa w dół. Potem przystąpić do kilku pokracznych prób, zwykle zakończonych sukcesem za około czwartym razem.
Dziś trzeba było sześciu. Thierry podszedł do okna. Z wysokości szóstego piętra rozpościerał się widok na kawałek typowej dwudziestopierwszowiecznej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil welnio
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…