Wróć do katalogu

Władca Dyskietek Księga I Rozdział 5

Napisana w "lekkim" stylu opowieść, będąca parodią najpopularniejszych obecnie książek i filmów fantasy; bazuje na powieści J.R.R. Tolkiena "Władca pierścieni" oraz filmie "Matrix".

elevarm, opublikowano , 24 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

5.

KNAJPA POD TRZEMA ŻULAMI

CZTEREJ ŻULE WPARADOWALI DO ŚRODKA i zadziwionym wzrokiem zmierzyli pomieszczenie, w którym się znaleźli. Jakkolwiek z zewnątrz chatka przywodziła na myśl domostwa pospolitych Żuli, widziana od środka różniła się odeń diametralnie. Izdebka Żulusa de Flachy pełna była stylowych, rzeźbionych w drewnie mebli, zastawionych przerozmaitymi urządzeniami mechanicznymi. Były tam przeto stare gramofony oraz adaptery, były telewizory marki Jowisz i Neptun, były radia Pionier i Malwa, a w najmniej oświetlonym rogu pomieszczenia stała samiusieńka pralka Frania. Tuż obok owej pralki zasiadała na taborecie niziutka, korpulentna kobiecina w chuście na głowie, bez reszty zaprzątnięta obieraniem ziemniaków. Miała ona rumiane policzki i dwa wystające jak u królika zęby. - Czego? - zapytała niezbyt grzecznie, widząc w progu izdebki gości. - Biba miała być - wytłumaczył Marian. - Zaraza, sztary bumelant znowusz darmochlaszy szprasza! Une bydą chlać, a jo mam otwirać butelki i ogóry kroić! - marudząc dalej kobieta podreptała do sąsiedniego pokoju. Czterej Żule patrzyli na nią oniemiali - dotąd przez myśl im nie przeszło, iż niewiast (takich jak chociażby pani Władysława) można by używać jako pomocy w urządzanej libacji. Idea ta, jak miały pokazać następne wieki, zdobyła sobie wiele uznania. Tymczasem rozwarły się drzwiczki do pokoju i za nimi ukazał się Żulus. Głowa, z której znikła już biała beretka z pomponem, była teraz opasana bujnymi, ciemnymi włosami, ozdobionymi tu i ówdzie jesiennymi liśćmi. Żulus na widok Żuli roześmiał się przyjaźnie i wyciągając dłonie przed siebie, zaśpiewał:

Żulus de Flacha to kompan milutki! Nie szczędzi wina, nie szczędzi wódki! Nie szczędzi bimbru, nie szczędzi piwa! I pije, chocia łeb mu się kiwa!

- Ach, ach! - zawołał, gdy skończył śpiewać. - Poznaliście już mą lubą, Zdzichę. Jakkolwiek to Żulus jest w okolicy Panem wszystkiego, ona jest Panią Żulusa. Ale cóż to?! - zerknął na drzwi do sąsiedniego pokoju. - Czyż biba gotowa? Widzę schłodzone browarki, widzę także wyborne winiaczki oraz zwykłe Jawole za dwa pięćdziesiąt. Widzę również zimniutką wódeczkę, a przede wszystkim flaszę wybornego denaturatu! Czy biba zaiste już gotowa? - Żulus ponowił pytanie. - A szo, kurde, szlepy jestesz, jełopie jeden!? - rozległ się głos Zdzichy. - Zapierdzielać tu, bo drugi raz ogórów nie szkroję! - Wobec tego zasuwamy! - rzekł kusząco Żulus, a Marian i reszta zatarli ochoczo dłonie. Chwilę później towarzystwo chlało już ile wlezie.

Mimo że Żule byli wygłodzeni i doznawali już pierwszych objawów kaca, trunków nie zabrakło dla nikogo. Wyborny alkohol pobudził zmysły imprezowiczów, toteż nawet nie spostrzeżono, gdy z przepłukiwanych gardeł popłynęły pijackie piosnki i przyśpiewki, równie bezsensowne jak te Żulusa. Po pewnym czasie zachlany Alfred zaczął podszczypywać Zdzichę, chichocąc i czkając jednocześnie, lecz pani Żulusowa odrzucała jego umizgi, ganiając go po pokoiku, tudzież okładając wałkiem. Ziutek zatańczył z Frankiem i Żulusem zbójnickiego, a całości rozgardiaszu dopełnił Marian, puszczając pawie po segmentach Żulusa, pełnych dziwacznych urządzeń mechanicznych. W końcu biba dobiegła końca. Nękany pijacką czkawką Żulus rozsiadł się przed kominkiem, wraz z Marianem i Ziutkiem. Alfred otrzymał kategoryczny zakaz siadania przy nich, gdyż przed paroma chwilami cichaczem wyżłopał flaszkę denaturatu, a teraz zbierało mu się na walenie z tuby. Ponieważ marudząca Zdzicha uzbroiła się w wiaderko z wodą i mopa, po czym zabrała się za sprzątanie, czerwony jak burok Alfred powrócił do podszczypywania jej. - E - Marian zaczął rozmowę z Żulusem. - Skąd żeś wiedzioł, dzie nas szukać? - Hę? Co? - Żulus sprawiał wrażenie wyrwanego z głębokich rozmyślań. - Nic nie wiedziałem. Popiłem sobie trochę i zmyliły mi się drogi, to wszystko. Nasze spotkanie możesz nazwać przypadkiem, lecz wielu nazwałoby je raczej przeznaczeniem. - A kto ty se jezdeś, szo? - zapytał ciekawski jak zawsze Ziutek. Tu rozmowa została brutalnie przerwana, gdyż zagłuszył ją odgłos chlaśnięcia - to mokry mop palnął w wrażającą błogość twarz Alfreda, który chwilę wcześniej klepnął Zdzichę po tyłku. - Kim jestem, pytasz? - rzekł po chwili Żulus. - A kimże jesteś ty, niepisany do Rejestru? Odpowiedź na te pytanka masz tu - klepnął Ziutka w czółko. - Ja jestem sobie staruszkiem, a ty jesteś młodziutki jak pierwszy wiosenny pąk. Pamiętajcie, Żulus był tu zanim zapłonęła pierwsza lampka na ENIACU, Żulus był tu zanim Pierwszy Użytkownik odpalił sowtware`owy program i zanim pierwszy Gracz włączył demko Tetrisa, a nawet zanim pierwszy Żul skosztował pierwszy łyczek wina! Gdy Makrohard mieścił się w małym garażu, a świat wolny był od Największego Władcy Wirusów, Żulus już tu był. - Aha - przytaknął Marian, żłopiąc ze swojej Flaszki i patrząc bezmyślnie w płomienie tańczące po drwach na kominku. I choć na zewnątrz była już głęboka noc, w chatce Żulusa rozmawiano i bawiono się na całego. Marian długo gawędził z panem domu, opisując mu o przygody, które przeżył od dnia wymarszu z Zarowia. Żulus kiwał głową potakująco, a gdy Marian, wspomagany eksklamacjami Alfreda, zaczął prawić o Czarnych Rowerzystach, w oczach de Flachy pojawił się dziwny błysk. - Przeto pokaż mi ową Dyskietkę - powiedział nagle, a Marian z zadziwiającą łatwością wyjął Jedyną z kieszeni kapoty i podał Ją Żulusowi. Dyskietka przez chwilę leżała na dłoni Żulusa, bucząc złowrogo, a po chwili de Flacha przyłożył ją do nosa i przesunął ten mały ruchomy elemencik w Jej prawym rogu. Przez momencik Żule wpatrywali się weń bezgłośnie, ale po chwili jęknęli równocześnie, bo Żulus de Flacha nie znikał! Na widok zdziwienia na twarzach Żuli Żulus roześmiał się w głos, po czym zwrócił Marianowi pożyczoną Dyskietkę, wciąż jeszcze zanosząc się śmiechem. - Późna już pora - zauważył de Flacha, gdy Marian, po uprzednim obejrzeniu Jej, schował Dyskietkę do kieszeni. - Księżyc góruje wysoko, a złe moce snują się pod osłoną mroku. Żulom czas już do łóżek. Złóżcie łepki na mych puchowych poduchach i nie lękajcie się Wredasów, gdyż oni nie mają tu wstępu. Dobrej nocy, przyjaciele dobrzy a mili! Co mówiąc, Żulus ze świecą w ręku odprowadził każdego z osobna do sypialni. Uprzednio uszykowane posłania okazały się mięciutkie i przytulne, toteż ledwie Żule ułożyli się na nich i przykryli puchatymi kocykami, jeden po drugim zapadli w głęboki sen.

Atoli pomimo tak komfortowych warunków żaden z Żuli nie spał dobrze. Marian ujrzał w swoich snach strzelistą wieżę, nad którą czerniały złowrogie chmury, a niebo co rusz przeszywały ciemnozielone błyskawice. Potem zobaczył malutki, koszmarnie nagrzany pokoik, w którym na sznurze od bielizny wisiała szara postać. Ledwo ciemność rozjaśniły serie piorunów, udało się Żulowi dostrzec szare, dość przerzedzone włosy oraz głowę spoczywającą na piersi. Naraz rozległo się szuranie opon po żwirze. Czarne Rowerzysty! - zakrzyknął Marian i obudził się przerażony. Chwilę nadsłuchiwał i spoglądał w ciemność pokoju, lecz później obrócił się na bok i zasnął, a rano zupełnie nie pamiętał tego snu. W snach Franka i Ziutka gościł straszny komputr, który ganiał ich po ciemnym lesie, oni zaś uciekali przed nim straszliwie krzycząc (i popijając Jawole w przypadku Ziutka). Jedynie marzenia senne Alfreda były choć krzynę przyjemne - uganiał się w nich bowiem za Zdzichą, która po pewnym czasie przemieniła się w panią Władysławę, odzianą w niebywale skąpy strój bikini a także prezentującą swe „wdzięki”.

Z samego rana Żuli obudziły radosne okrzyki Żulusa de Flachy, który wparadował do ich sypialni, mówiąc: - Hejże hola, małe Żuliki! Wstał nowy dzionek! Cieszmy się i radujmy, bo Monitor świeci na niebie, a ciepły wietrzyk szeleści w jednostkach centralnych komputrów! Hejże, na nóżki! Zdzicha poczyniła już pożegnalny poczęstunek! Jeśli się pośpieszycie, zasmakujecie wybornych wódeczek i win, a jeśli nie, dostaniecie wodę po kiszonych ogórasach! I choć w owych słowach więcej było humoru aniżeli groźby, chwilę później Marian i towarzystwo siedzieli przy stoliku i kosztowali przepysznych napojów bardzowysokoprocentowych, które dla nich przygotowano. Żulus de Flacha chodził pomiędzy nimi i śmiejąc się radośnie dolewał do pustych szklanic wina, a także wódki. Gdy biba dobiegła końca, Żule posmutnieli nie na żarty. Od poprzedniego wieczora zupełnie zapomnieli o swej misji, a także o ścigających ich Czarnych Rowerzystach. Teraz, gdy odpoczynek w żulusowej chatce dobiegał końca pojęli, że czas w drogę i smutek padł im na serca. Żulus niechybnie to dostrzegł, gdyż powiedział: - Nie smućcie się, przyjaciele mili! Spędziliście noc w chatce Żulusa de Flachy, a wasze serca napełniło szczęście i światło pomocne w dalszej podróży. Pozwólcie, bym na koniec wręczył wam niniejsze podarki - tu każdemu z Żuli wręczył niebieską płytkę CD-ROM w plastikowym pudełeczku. - To prastare antywiry, mogą wam dopomóc, gdy ruszacie do krain Użytkowników, gdzie wykasowania i infekcje. Należały ogni do adminów z Południowego Administratorstwa, lecz zginęło ono z ręki straszliwego Darth Virusa z Madafaki. A teraz w drogę! Żule ze smutkiem pożegnali się ze Zdzichą (Alfred chlipał), po czym opuścili żulusową chatkę i prowadzeni przez de Flachę ruszyli szlakiem pośród komputrowych ścieżyn. Żulus prowadził ich tak, jakby znał tę okolicę na pamięć, toteż już wkrótce, mijając wzgórza, polany i parowy znaleźli się u wrót otwartej doliny. Żulus klasnął naówczas w dłonie, a Żule uśmiechnęli się blado. Przed nimi rozpościerały się bowiem ziemie Lamerowa, krainy jakże obcej i różnej od Żulogardu. Marian, Alfred, Ziutek i Franek stali w zamyśleniu, aż ocknęli się na dźwięk pożegnalnych słów Żulusa: - Przyjaciele mili! Tu ścieżki Żulusa i Żulików muszą się rozejść! Jednakowoż nie smućcie się, gdyż wiele przed wami jeszcze radości! Żulus da wam ostatnią radę; idźcie do Knajpy pod Trzema Żulami, gdyż tam woła was los! Uszy do góry, przyjaciele fajni a mili! Ruszajcie! Tymi oto słowy Żulus pożegnał Żuli, po czym śpiewając bezsensowne piosenki i wygrywając skoczne melodie na swoich cymbałkach, zniknął w gęstwinie lasu. Żule patrzyli jeszcze chwilę w miejsce, gdzie widzieli go po raz ostatni, po czym, radzi nie radzi, mając zmierzch za towarzysza, ruszyli w stronę migoczących na widnokręgu światełek.

Dolina Lamerów okazała się być rozległa i trudna do przebycia, a to z powodu przecinających ją tu i ówdzie rowów. Sam ich widok sprawiał, że Marian i Franek rzucali plecaki na ziemię i zaczynali chlańsko. Zrazu przyłączał się do nich Ziutek i jedynie Alfred marudził o czekającym w Knajpie Ganpawle. Jednakże jego napomnienia szybko tonęły w potoku pijackich przyśpiewek i puszczanych pawi. - Panie Marianie, panie! - powiedział po kilku dniach podróży Alfred, gdy poranny Monitor oświetlił rów, w którym spała czwórka naszych Żuli - jo to se myślę jo, że my powinniśmy iść se do Knajpy, bo tam to Chakier Ganpaw na nas czekał bydzie un! - No - powiedział Marian, wyjmując nogę Ziutka zza swojego kołnierza. - No to idźmy ju my! - No - zgodził się Marian. Cały kwadrans Żule gramolili się przed siebie na czworakach, gdy wreszcie Marian zauważył: - To samo widać ciągle. - Bo chciałem se wypowiedzieć sie, że idziemy wzdłuż rowu my. - Napijmy się - podsunął Ziutek. - Ni! - zaprotestował Alfred. - Ruszajmy do Knajpy my, bo tam może czekać na nas Ganpaw ju! Ale alfredowe protesty zdały się na nic - Marian, Ziutek i Franek usadowili się już i zaczęli pić. Czwórkę Żuli czekała kolejna, kilkugodzinna przerwa w marszu.

Nie wiedzieć, czy to dzięki uporowi Alfreda, czy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych