Wróć do katalogu

Władca Dyskietek Księga II Rozdział 1

Napisana w "lekkim" stylu opowieść, będąca parodią najpopularniejszych obecnie książek i filmów fantasy; bazuje na powieści J.R.R. Tolkiena "Władca pierścieni" oraz filmie "Matrix".

elevarm, opublikowano , 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

8.

BIBA I OPOWIEŚĆ

Marian przebudził się i zdał sobie sprawę, że leży w cieplutkim łóżku i nie ma pojęcia, jak w nim się znalazł. Wpatrując się w mahoniowe belki sufitu nasz Żul uznał, iż biba z poprzedniego dnia musiała trwać dłużej niż było to w planie, albo Alfred zamiast wódki znów polał denaturatu. Och ten Alfred, nigdy go nie nauczę fachu bibowego wodzireja! - pomyślał z rezygnacją Marian. Dłuższą chwilę Żul, wpatrzony w sufit i wsłuchany w szmer strumyka próbował przypomnieć sobie szczegóły biby z poprzedniego dnia, lecz nic nie chciało mu przyjść na myśl. Wreszcie postanowił kogoś o to zapytać, a jako że widział tylko sufit, właśnie do niego skierował swe słowa: - E! - zagadnął. - Gdzie ja żem jest? - Jesteś w kafejkach administratora Zygfryda - odpowiedział sufit głosem bardzo podobnym do głosu Hakera Ganpawła. - I jest czwarta po południu, dwudziestego pierwszego października, jeśli chciałbyś wiedzieć. - Ganpaw Chakier! - wykrzyknął Marian i usiadł na łóżku. Staruszek siedział na bujanym fotelu przy marianowym łóżku i pociągał z piersiówki. - Jestem tu, jestem. A i ty masz wielkie szczęście, że też tu jesteś, Marianie Żulu, pomimo olewackiego podchodzenia do wyprawy - dodał. Marian znów położył się i zamknął oczy. Powoli, jak na niemym filmie mijały mu przed oczyma wspomnienia z wędrówki - ucieczkę przed straszliwymi Rowerzystami w lesie, spotkanie Żulusa de Flachy, podróż z Wypierdkiem, atak Zazuli w ruinach Miga - Amiga, a później desperacka ucieczka do rzeki... Ganpaw w tym czasie spoglądał na oblicze Mariana, uśmiechając się dobrotliwie. - A gdzie Alfred, Wypierdek i reszta? - zapytał wreszcie Żul. - Wszyscy zdrowi i cali - uspokoił go Ganpaw. - Alfred wartował przy tobie trzy dni i noce, aż wreszcie pod strażą wysłałem go na spoczynek; tak bardzo nie chciał cię opuszczać. Ależ ty masz w sobie niewyczerpane siły, mój drogi Żulu! Niejeden Użytkownik padłby na miejscu po takiej infekcji, która cię spotkała! Choć wspomniałem wcześniej coś o olewactwie, wcale tak nie sądzę, Jestem dumny zarówno z ciebie, jak i twych kompanów. Marian przetarł oczka i ponownie usiadł. Dopiero teraz mógł w pełni nacieszyć oczy przepychem pomieszczenia, w którym obaj się znajdowali. Pełno tu było pięknych, rzeźbionych w drewnie mebli, biblioteczek zapełnionych księgami w twardych oprawach oraz biurek z komputerami. - Czego żeś ni był w Knajpie? - zapytał Marian, przenosząc wzrok na Hakera. - Chlać ci sie ni ciało, szy jak? - Ooo… - zafrasował się Ganpaw. - Musisz mi wybaczyć, Marianie. Nie chcę cię dziś martwić, powiem więc na razie tylko to, że byłem w niewoli. - Że jak? Ty?! - zakrzyknął Marian. - Tak, ja. Haker Ganpaw the Graj - rzekł z powagą Ganpaw. I po raz kolejny naszemu Hakerowi stanęły przed oczyma wydarzenia z Amisiogardu.

Gdy Ganpaw pocił się nad kolejnym pasjansem, na gorącym strychu pojawił się Sławkoman. Unosząc podbródek na wysokość nosa, spojrzał wyniośle na Ganpawła, a następnie na pasjansa, którego ten nieznużenie układał. - Dokonałeś złego wyboru, Ganpawle the Graj - rzekł wyniośle Sławkoman. - Zaiste - odpowiedział Ganpaw - lecz cóż tu uczynić? W talii brak przecie dziewiątki pik. - To już koniec! - zakrzyknął Największy Haker Amisiogardu. - Uznaj moc dziewiątki pik... tfu!, Dyskietki, albo pogódź się z własnym wykasowaniem! - Inaczej byś mówił, gdybym nie był związany! - Przecież nie jesteś. - Tak? Ganpaw podniósł ręce do góry i wyprostował się. Faktycznie, nie był związany! - Jest tylko jeden władca dziewiątek pik... eee... Dyskietek, ma się rozumieć! - rzekł do Sławkomana. - Tylko On jeden może skompilować Je swą wolą! A Władca Wirusów nie będzie administrował Systemem, On Go obróci wniwecz!!! Co mówiąc, Ganpaw podbiegł do uchylonego okna i naraz wyskoczył przez nie. Na pyszałkowatej twarzy Sławkomana zamalowało się zdziwienie. - Więc... - powiedział jakby z niedowierzaniem - wybrałeś wykasowanie! Sławkoman zbliżył się do okna i zobaczył coś, czego się nie spodziewał zobaczyć. Ganpaw the Graj unosił się w powietrzu, uczepiwszy się nóżek maleńkiego, złotego kanarka. Kanarek machał skrzydełkami z ogromnym wysiłkiem, ale wciąż leciał.

- Te - głos Mariana wyrwał Ganpawła ze wspomnień. - Och, to nic takiego, Marianie Żulu - odparł Ganpaw. - Po prostu wspomnienia, wkrótce już usłyszysz resztę. I choć Haker uśmiechnął się, to nie było mu wesoło. W sercu czuł głęboki smutek z powodu zdrady swego Mistrza, który niegdyś był jego zaufanym przyjacielem. - W Systemie są siły dobre, lecz są i złe - powiedział - z którymi dotychczas się nie mierzyłem. Wszelako godzina ta może być bliska, gdyż Wielki Wirus gromadzi nieprzebrane hufce wirusów, a Czarni Rowerzyści powrócili na Powłokę. Infekcja nadciąga! - Ale szo się stało? - zapytał Marian. - Jak żem tu trafił? Pamiętam ino, jak żem do wody wpadał... - No dobra - cmoknął Haker - niech będzie, opowiem ci. Ledwo siedząc na siodełku Forestera ruszyłeś do brodu, Czarni Rowerzyści pognali za tobą niczym nawałnica. Wypierdek i Filemaster nie mogli ci już pomóc, więc jedyną nadzieją dla ciebie była chyżość kół roweru. Jak dobrze, że zdołałeś przeprawić się na drugi brzeg, tam bowiem chroniła cię już moc Makrohardu! Powódź, która zgotowała zgubę Zazulom, wywołał administrator Zygfryd, nadając jej kształt rowerzysty, ja zaś ze swej strony skromniutko dołożyłem postaci na nos okulary google. - I to już kuniec tych czornych? - Niestety nie, Marianie Żulu. Wirusy Dyskietki będą istnieć dopóki Wielki Wirus zasiada na Mrocznej Partycji Verbatinullu. Atoli teraz, gdy stracili rowery, nie stanowią już zagrożenia, lecz obawiam się, że wkrótce pozyskają nowych, stokroć lepszych wierzchowców. Drzwi do pomieszczenia nagle otworzyły się i Marian dostrzegł w nich postać Alfreda Żula. - Ojeja, panie Marianie, panie!!! Wreszcie sie pan wyobudział nareszcie! - krzyknął szczerze uradowany Alfred, dopadając do łóżka Mariana i łapiąc go za lewą dłoń. - Pan administrator Zygfryd, pan, to godoł se, żebym pana odwiedził ja, alem myślał, że se jajca robi un! - No - powiedział Marian. - Alfred czuwał nad twym łóżkiem niestrudzenie - rzekł Ganpaw - podobnie jak i administrator Zygfryd, którego mam przyjemność ci przedstawić. Obok fotela Hakera stał już dostojny mężczyzna. Był wysoki, miał długie czarne włosy oraz wąsy. Na jego twarzy malowały się spokój, skupienie i powaga, a w oczach lśniły promienie srebrzystego światła. Był to administrator Makrohardu we własnej osobie, następca Billa Gamesa, najbieglejszy w komputerowym rzemiośle pośród Użytkowników i Programistów. - Witaj w Gateway, Marianie Żulu - administrator powitał Mariana ciepłym głosem. - E tam! - zakrzyknął Marian. - Każdy goda, a mojej Flachy to żaden mie nie przyniesie!!!

Tak oto Marian znalazł się w Ostatnim Domu Programistów, gdzie wspomnienia wielkich Dawnych Wersji splatały się z bolesną teraźniejszością. Makrohard, niegdyś potężny i systemowładny, dziś był zaledwie odblaskiem dawnej potęgi, przed którą lęk czuli wszyscy nieprzyjaciele Systemu.

Gdy Marian obudził się z ranka następnego dnia, czuł się wypoczęty i zrelaksowany. Ból w ramieniu ustał zupełnie, choć obok obojczyka widniała biała blizna w kształcie zygzaka błyskawicy. Marian, oglądając ją uważnie, przeniósł w końcu wzrok na stoliczek przy łóżku i dostrzegł swoją Zawsze Pełną Flachę, cudem chyba ocaloną z wyprawy. Nasz Żul zrazu dorwał się do niej i żłopał, póki nie ujrzał Alfreda. - Panie Marianie, panie! - rzekł Żul, nie chcąc przerywać swojemu panu uroczej chwilki zapomnienia. - A une to mie kazały żebym po pana przyszedł se ja! - Biba je? - zapytał Marian. - No - odparł Alfred, po czym wraz z rozpromienionym Marianem wyszli z pomieszczenia i ruszyli w kierunku dziedzińca. - Bo panie Marianie, panie, tu to fajowo je, wi pan? Programisty se łażą, jedne sie hahają, a inne to groźne une! A muzę to mają że hej! Jak Ganpaw przez takie cuś śpiewoł „Kolorowe Kredki”, to ja go nawet se słyszałem, chocia żem rzygował wtedy se! Zeszli po marmurowych schodach, otoczonych szpalerem pomników z białego kamienia, po czym znaleźli się na dziedzińcu. Ranek był przepiękny - ponad zamglonymi szczytami jaśniał już Monitor, obdarzając okolicę ciepłym, złocistym światłem, którego promienie błyszczały w toni rzek i wodospadów. Na wprost Żuli, pod rozłożystym, rzucającym wiele cienia drzewem siedzieli sobie Franek i Ziutek, pijąc brudzia z wielkich flaszek. - Juuuupppiiii!!! - wykrzyknął Ziutek na widok Mariana i Alfreda. - Siemka fumflu Marianie, Władco Dyskietków!!! - Cichaj! - rzekł twardo Ganpaw, który przycupnąwszy obok balustrady czytał opasłą księgę w niebieskiej oprawie. - Nie wzywaj imienia złych sił! Nie Marian jest Władcą Dyskietek, lecz pan Mrocznej Partycji Nullviru, a to przez Niego groza czyha nad nami straszliwa! - A ta biba to je? - dopytywał się Marian. - Och, cipanie! - zakrzyknął Franciszek. - Żeś trafił jak ślepy Żul w drzwi knajpy! Biba sie zaczyna ju! Z oddali napłynęły dźwięki ostrej rockowej muzyki - nieodzowny znak rozpoczynającej się imprezy Programistów.

W głównej sali gatewayowskiego pałacu (zwano ją Pulpitem) było już twardo i tłoczno. Przy stołach zastawionych wybornymi trunkami i przepysznym jadłem zasiadały nieprzeliczone rzesze długowłosych Programistów, wystrojonych w stroje galowe. Na szczycie sali zasiadał administrator Zygfryd, zaś obok niego spoczęli Filemaster oraz Ganpaw. Niedaleko Zygfryda zasiadała dziewoja o znacznie więcej niż rubensowskich kształtach oraz urodzie zrzędliwej pani Pelagii spod siódemki. Była bardziej szersza niż wyższa, a jej ubrania wydawały się pękać w szwach. Tak oto Marian ujrzał na swe oczy Arszenię, cną córę administratora Zygfryda, w której to, jak powiadali ślepi trubadurzy, „czar i piękno łączyło się z gracją i szykiem”. Lecz Marianowi nie w głowie było gapić się na Arszenię.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych