Woda uspokaja
nie ma to jak relaks w wędką
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Piątek. Ostatni dzień w pracy przed planowanym wypadem w plener. Nie mogę jakoś skupić myśli na papierkach. W głowie układam plany jutrzejszego wyjazdu. Nareszcie się wyluzuję. Dwa dni nad wodą ukoi zszarpane nerwy. Wiadomo - woda uspokaja. Na razie siedzę jednak nad bilansem sezonu. Cyfry, cyferki, rybeńki. Tfu! Znowu odpływam myślami. Wszystko kojarzy mi się z jutrzejszym dniem. Ósma, dziewiąta, kiedy będzie piętnasta! Zegareczku dawaj do przodu, dlaczego tak się wleczesz. Tabela,tabeleczka, płoteczka. O Jezu! Znowu! Nie usiedzę. Odliczam ostatnie minuty. Pięć, cztery, trzy - wyłączam komputer i przygotowuję się do startu. Dwa, jeden, piętnasta. Wyrywam biegiem o mało nie przewracając Aśki na korytarzu. - Przepraszam! Krzyczę w biegu. Każda sekunda cenna, tyle jeszcze muszę załatwić. Po piętnastu minutach zadyszany hamuję przed sklepem wędkarskim. Naciskam klamkę i walę czołem w szybę. Cholera, co jest? Szarpię ponownie. Do przodu, do tyłu. Drzwi ani drgną. Tylko się nie denerwuj - uspokajam się w myślach. Nagle spostrzegam maleńką kartkę za szybą: " Z powodu urlopu personelu sklep nieczynny do końca miesiąca". No nie! Co oni sobie myślą? To ja mam dwa dni wolnego a im się zachciewa urlopu? Skandal, to się nadaje do gazet. Zgrzytam ze wściekłości zębami. Gdzie sklep, gdzie jest następny sklep? Z nerwów wszystko mi się poplątało. Tracę następne trzydzieści minut na dotarcie do sąsiedniego osiedla. Z daleka widzę, że drzwi sklepu otwarte. Wskaźnik optymizmu podskakuje o kilka kresek w górę, by za moment spaść do absolutnego zera. Długi wężyk kolejki ciągnie się na dwadzieścia metrów. - Ludzie! Kije za darmo dają, że was tyle? Pytam z jadowitą uprzejmością. - Kijem do możesz pan dostać w dupę. Z identyczną uprzejmością odpowiada ostatni facet w kolejce. Zawsze mówię, że wędkarze to nader życzliwi ludzie. Palę papierosa za papierosem. Wychodzi jedna fajka na jednego wychodzącego z zakupami. Jak tak dalej pójdzie, będę musiał skoczyć do kiosku po nową paczkę. Jednak starczyło. Stoję przy ladzie i rozpoczynam litanię zakupów. Białe robaczki, białe robaczki koloryzowane, czerwone oczywiście to też robaczki. Haczyki, żyłki, kilka spławików, ołów, przypony, kilkanaście gatunków ciasta. Torba powoli się zapełnia. Dla równowagi ubywa z portfela. Z tryumfalną miną opuszczam sklepik, patrząc z wyższością na tłum kotłujący się przed drzwiami. Stójcie pacany, trzeba było być wcześniej. Rybek wam się zachciało, jakby nie było innych rozrywek. W domu robactwo ląduje w lodówce a ja biorę się za zbrojenie sprzętu. Kończę przed północą. Dalej w kimono, o czwartej trzeba wstawać. Dźwięk budzika wyrywa mnie z objęć Morfeusza. Mógł drań trochę poczekać. Takiego karpia ciągnęłem we śnie! Objuczony sprzętem zasuwam do piwnicy. Wyciągnąć rowerek i dalej w drogę. Wyprowadzam górala przed drzwi i wpadam w histerię. Dlaczego durniu nie napompowałeś opon! Gdzie jest pompka? Miotam się po piwnicy. Stare rupiecie, które "kiedyś mogą się przydać" przelatują z jednego kąta w drugi. Kurde mol! Jest tu wszystko, wszystko za wyjątkiem pompki. Gdzie się podziałaś ruro obrzydła? Taki falstart na początku wyprawy wyzwala we mnie najgorsze instynkty. Nagle żarówa niczym u "pomysłowego Dobromila" rozjaśnia mroki skłębionego umysłu. Cholera, przecież pożyczyłem ją dwa miesiące temu sąsiadowi. Oddał czy nie oddał? A jeżeli oddał, to gdzie ją mogłem położyć. Z całym majdanem lecę do windy, naciskam guzik ... i guzik. Windy jak nie było, tak nie ma. Boże, za co mnie tak karzesz? Spocony, wściekły, z oczyma pałającymi żądzą mordu docieram wreszcie na dziewiąte piętro. Po godzinie przetrząsania mieszkania, odnajduję przedmiot mych poszukiwań w pawlaczu.
Nareszcie jadę. Śpiew budzących się ptaków łagodzi przebyty stress. Kręcę ile sił w nogach, pragnąc nadgonić stracony czas. Szusuję z Bożej Góry i nagle czuję ostre szarpnięcie w prawej nogawce. Jeszcze tego brakowało! Złapał mnie łańcuch. Desperacko próbuję oswobodzić nogę, zapominając o ostrym zakręcie. Z trzaskiem przelatuję przydrożne krzewy zagradzające drogę do stromej skarpy. Zahamować! Prędko! Ale którym? Lewym czy prawym? Naciskam lewy. Nigdy nie byłem na rodeo, a tu mój stalowy rumak zachowuje się jak najdzikszy mustang. Wylatuję z siodełka niczym wystrzelony z procy. Nawet nie zaznaję przyjemności swobodnego spadania. Zielona murawa zbyt szybko wychodzi mi na spotkanie. Efektownie spulchniam glebę własnym nosem. O
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Andrzej Borecki
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…