Wróg
Podróż w głąb siebie, wewnętrzna walka...na razie zakończona.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wróg
Lekka kropla deszczu spłynęła z gęstwiny brudnych włosów na umorusaną twarz. Otworzył oczy, Ahhh! W jego głowie rozlał się ból, przenikliwy, nieustępliwy i lepki jak otaczające go błoto. Leżał w gęstej kałuży, do ust wlewał mu się brunatny szlam. Zakrztusił się, po czym z trudem podniósł na nogi. Zaczynało lać jak z cebra. Nagły błysk rozświetlił otoczenie. Mój Boże, stał na jakimś pobojowisku, wszędzie dookoła leżeli martwi ludzie. Przyjaciele ruszajmy stąd, nie moknijcie sami na deszczu- zachrypiał do nich chociaż ich nie znał i już nigdy miał nie poznać. Jego myśli napotkały fragment przeszłości, którego nie były w stanie porwać wraz z natarczywym nurtem przypominania. Stanął im na drodze obcy niewygodny. Zawirowały wokół niego chcąc pozbawić go mocnych fundamentów oporu, bez efektu, strumień myśli sam utknął gdzieś w martwym punkcie, a człowiek odczuł to jak zawroty głowy. Nogi, (na chwilę zdradziły go) ugięły się nie poddawajcie się walczcie razem ze mną. Upadł na kolana, na czoło spłynęła struga krwi, więc także był rany, więc może jednak znał tych ludzi, może któryś z nich był mu przyjacielem, może uratował życie. Ból nie pozwalał się skoncentrować, zaczerpnąć choć odrobiny wspomnień. Gdzieś z boku dostrzegł miecz wbity w rozmakający, błotnisty kopiec, prymitywny grobowiec, sklecony przez kogoś w pośpiechu, wroga, czy przyjaciela. Otępiały od bólu, szum deszczu nie pozwalał myśleć, coś w środku kazało mu opuścić to miejsce jak najszybciej. Hej przyjaciele ruszajcie ze mną- kłująca myśl przemknęła przez głowę. Właściwie czego chciał od tych nieszczęsnych ludzi, co chciał dostrzec na ich wciąż niespokojnych, martwych twarzach, czemu wciąż do nich mówił. Może jeszcze będzie sposobność aby się dowiedzieć(zaglądnąć w głąb siebie) na razie zostaw to za sobą, szybko uciekaj, uciekaj stąd. Wyszarpnął miecz z grobowca i zniknął w głębi lasu. ...i biegł wciąż biegł, nie wiedząc czemu i gdzie, uciekał nie wiedząc przed czym, lęk (pojawił się z nikąd) zaatakował błyskawicznie(niespodziewanie, jakby od środka) wypełnił i zgniótł jego jeszcze rozchwiany, bezbronny umysł. Narzucił swą wolę: zabronił myślą myśleć, nakazał nogą biec, wciąż biec do utraty tchu. Więc on biegł, stłamszony irracjonalnym strachem, tak bardzo się bał, bał się odwrócić, spojrzeć za siebie, mój Boże on nawet bał się o tym pomyśleć. Pomocy- wycharczał, niech mi ktoś pomoże, on jest zbyt silny, unosząc na ułamek ciężką pokrywę strachu.... Prawa noga (niby to przypadkiem) zahaczyła o lewą, lewa „niechcący" nie zdołała utrzymać równowagi tylko z całej swojej sił wybiła go do przodu czyniąc upadek jeszcze bardziej bolesnym, wyrywając z szalonego rytmu. Wszystko wirowało wokoło, jakby w zwolnionym tempie, koziołkowął pośród błotnistych kaskad aby zakończyć akrobacje w kolejnej gęstej kałuży. Przez chwilę leżał w niej w bez ruchu, czuł jak lęk opuszcza jego obolałe ciało, kiedy znowu staniesz na mojej drodze- ledwie łapał oddech, będę na to przygotowany. Kolejna błyskawica rozświetliła wszystko prócz jego umysłu, każda kolejna próba koncentracji wciąż powodowała tylko zawroty głowy i jeszcze większy ból. Fragment przeszłości nie chciał zostać przypomniany, z drugiej strony zatrzaśnięte myśli zaczynały kipieć chcąc za wszelką cenę wyrwać się z potrzasku by poznać prawdę i zrozumieć, zrozumieć czemu na przemoczonej twarzy wśród kropel deszczu płynęły także łzy. Co się ze mną dzieję...co dzieję- szeptał już tylko, zbyt zmęczony by krzyczeć. Resztki sił wpływały z niego, wypłukiwane przez deszcz, wyciskane przez wszechogarniający chłód, roztrząsane gdzieś na boki(w błoto) przez dreszcze, które teraz nieustannie targały jego ciałem. Jeszcze chwilę, nie mogę się teraz poddać, muszę walczyć- głos człowieka majaczącego w gorączce, jeszcze chwilę... bez świadomości osunął się znów w błotnistą maź... zapomnienia, ciszy, spokoju.
Zgrzypnięcie drzwi, stęknięcie starych desek pod ciężarem powolnych z lekka szurających kroków...i coś jeszcze, jakby stukot, stukot laski, ale dlaczego nic nie widział, czemu wszystkie dźwięki były takie przytłumione. Nagle poraził go blask, poczuł jak coś zsuwa mu się z twarzy, coś kosmatego jakby.... -No przyjacielu czas najwyższy aby wydostać cię z pod tego koca – chrapliwy, nieco sepleniący głos nagle zadudnił tuż nad jego uchem. Odwrócił się gwałtownie w jego stronę. Przed nim (majaczyła jeszcze rozmywana przez smugi światła) twarz staruszka, pomarszczona i pognieciona jak wysuszony owoc, o magnetycznych, wiecznie śmiejących się, malutkich oczach i równie uśmiechniętych, bezzębnych ustach. - No przyjacielu czas wrócić do świata żywych. Przed oczami mignęły mu martwe twarze ludzi z pobojowiska, wzdrygnął się. Wtedy chciał aby ruszyli razem z nim („przyjaciele") teraz już samo ich wspomnienie budziło w nim strach. - Nie pozwól mu znów nad sobą zapanować- zachrypiał staruszek, zdawało się, że na jeden niezauważalny moment uśmiech zgasł w jego oczach. -Gdy przejmie nad tobą kontrolę zniszczy najpierw ciebie a potem, może i nas wszystkich i nie będziesz w stanie temu zapobiec. Czujesz się na siłach aby wstać? Musisz się teraz czymś zająć. Nie możesz teraz zbyt długo o tym myśleć, to sprawi że będziesz tylko słabszy, staniesz się łatwiejszym celem, musi minąć trochę czasu abyś mógł spojrzeć na to bez emocji, wtedy wspólni zastanowimy się jak ci pomóc, a na razie może coś zjesz? - Pomogę ci wstać, poznasz resztę z naszej wesołej gromadki- zachichotał podając mu rękę. Był wciąż bardzo słaby, z pomocą staruszka stawiał wolne, nieporadne kroki, jakby dopiero nogi uczyły jak się poruszać, jakby w obawie, że znów jakaś nieznana siła porwie je w szalony bieg. Drzwi skrzypnęły, przeniknął go chłód, mgliste światło pochmurnego dnia znów poraziło oczy, odruchowo cofnął się, coś w środku zatęskniło za ciemną, cichą, ciepłą pustką pod kocem. Staruszek mocniej ścisnął go za rękę. -Daj spokój, chyba nie chcesz znowu tam wracać, zważywszy na to jakie atrakcje czekają na ciebie tutaj- znów zachichotał mu prosto do ucha. -Na początek ciepły posiłek przyrządzony przez naszą nieocenioną kucharkę. Drobna dziewczyna o szarych włosach i brązowych, nieobecnych oczach nieśmiało machnęła rękę i na delikatnej twarzy pojawił się przelotny uśmiech i jakby rumieniec. Emanowała spokojem, milcząca, nieśmiała, wrażliwa, nie zauważył kiedy wszystkie kotłujące się zatrzaśnięte w nim myśli zanurzyły się w jej wielkich nieruchomych oczach, gdzie traciły swój impet, traciły oddech, tonęły w bezdennym jeziorze brunatnych tęczówek. - To nasz okoliczny mędrzec –słowa staruszka wyłowiły go z tego przyjemnego odrętwienia. Usłyszał skrzypnięcie metalu, odwrócił wzrok w stronę hałasu. Z chatki naprzeciwko wyłoniła się postać wychudłego mężczyzny. Jego twarz zginęła gdzieś dawno temu w labiryncie utworzonym z brody i plątających się, spływających na nią włosów, skąd nie był już powrotu. Pośród niego dostrzec można było jedynie zmęczone przekrwione oczy( mądre lub po prostu, które dużo widziały) choć i one zdawały się z każdą chwilą gasnąc i zapadać coraz dalej i dalej w głąb. Wychudłe ciało bardziej owinięte niż ubrane, w bardziej łachmany niż strój, bardziej po prostu tkwiło niż siedziało na głębokim krześle osadzonym na metalowych kołach. - Ot typowy przykład okolicznej inteligencji z dziada pradziada, musisz przyznać, że prezentuje się podręcznikowo-po raz kolejny zachichotał starzec. Za nim szedł delikatnie pchając przed sobą wózek zwalisty łysy mężczyzna. Jego twarz kiedyś potwornie oszpecona, ukształtowana siecią blizn( z ran, które ktoś, kiedyś bardzo źle opatrzył) w milczący grymas cierpienia. Teraz jednak nie niepokoił jej żadne emocje. -Tak on i jego Mądrość, wrażliwość, która zmienia, wyostrza optykę postrzegania świata. Dzięki niej widzi więcej, czasem zbyt wiele... On i jego Mądrość, namiętność, której poświęcił się bez reszty. Całymi dniami, każdą chwile oddaje tylko jej, tak kruchej, ulotnej kochance. Wymaga nieustannej troski i uwagi, aby w chwili smutku ( bo on akurat nie patrzył lub spojrzał na inną) nie odeszła od niego na zawsze. W poczuciu zaniedbania i zdrady nie zrobiła sobie lub nam czegoś złego, by z zemsty nie zapragnęła teraz kochać się w naszych bezbronnych umysłach. Przez nią stał się kaleką. Każdą chwile poświęca jej. Przestał chodzić Mal skonstruował mu wózek, przestał jeść i pić, Mal karmi go, także myje, a kiedy trzeba nawet „przewija", jedynie nie goli, bo chłopak ma uraz do ostrych przedmiotów. Takie życie wybrał sobie nasz drogi mędrzec, taki życie wybrał sobie Mal, wszystko dlatego, że Mądrość wybrała go na swego powiernika – tym razem nawet jego głos stracił gdzieś swoją wesołą nutę , po chwili dodał. - On sam twierdzi, że jest tu z nas najdłużej i trudno mi z tym polemizować gdyż moja pamięć jest cholernie dziurawa, a jeszcze jak coś łykniemy z Abrem to zapominam nawet gdzie i dlaczego jestem. Muszę przyznać, że są to moje najpiękniejsze chwile w tej zapyziałej... o ile oczywiście dobrze pamiętam...Eh stary Abr trzeba przyznać, że w sztuce zapominania jest naprawdę dobry... Urwał nagle widząc, że mędrzec stara się coś powiedzieć ... on jednak tylko skinął ręką na przybysza, jak gdyby każde wypowiedziane słowo miało sprawiać mu ból, spojrzał prosto w jego oczy. Przez chwilę zdawało mu się, że zapadnięte i zamglone, nagle rosną, nabierają blasku i przewiercają ciało, umysł, duszę na wskroś... przez chwilę widział tylko jego oczy.... Gdy się ocknął usłyszał zgrzypnięcie drzwi, mędrzec i Mal znikali właśnie w mroku chaty naprzeciw. - No toście sobie pogadali – zachichotał staruszek- ale bądź spokojny dla niego jedno spojrzenie może wyjawić więcej niż tysiące słów. W ten sposób nie jesteś w stanie przed nim niczego zataić, nawet jeśli to coś zataiłeś już bardzo dawno nawet przed samym sobą. No ale dosyć już gadania siadajmy coś zjeść, czas abyś nabrał sił. Jedli w milczeniu, ciepły posiłek o łagodnym smaku i delikatnej konsystencji, nie wymagał gryzienia, wspaniale smakował i gasił głód. - Musisz przyznać, że doskonały posiłek mieliśmy przyjemność tu spożyć, wszystko dzięki naszej niezastąpionej kuchareczce – dziewczyna znów uśmiechnęła się przelotnie. Biedne dziecko, choć natura skradła jej wzrok, z czasem chyba zrozumiała swój błąd wyostrzając jej pozostałe zmysły i nadając rzec można nowy, zmysłową intuicję. Trudno to wytłumaczyć, ale jadłeś jej posiłek, niby zwyczajny ale jest w tym coś więcej, zupełnie jakby wraz z jedzeniem karmiła cię pozytywnymi emocjami. Ona sam twierdzi, że to nie cerowany błąd natury tylko dar, bo dzięki swej ślepocie zatrzasnęła przed Strachem jedne z drzwi, którymi mógłby się dostać do jej duszy, a pozostałe stały się trudniejsze do sforsowania. Tak przyjacielu wszyscy mamy tu wspólnego Wroga. Może ukrytego pod różnymi postaciami, ale to wszystko tylko maski wiecznie przyczajonego w twoim cieniu, blisko na długość oddechu Wroga. Czasem przez niby nieuwagę muskającego lodowatymi dłoni po plecach kłamcy i ty też go masz skoro się tu znalazłeś. Strach, to Strach jest naszym wrogiem. Kiedyś podobno było nas więcej, znacznie więcej, ale jeden po drugim ginęliśmy w niematerialnych szponach naszego Nieprzyjaciela. W samotności, ciemności, doprowadzeni do kresu wytrzymałości, czasem z powodów, rzekłbyś błahostek, które okazywały się śmiertelną, mentalną trucizną, przestrzenią powolnej agonii. W trybach doskonale skonstruowanej psychicznej pułapki, lub z ręki brata, którego dusza w tej pułapce już skonała, lecz słabe ciało w ciąż niestety żyło i zabijało. I tak została nas garstka, rzekłbyś najsilniejszych drogą naturalnej selekcji, lecz najsilniejszych dzięki swym słabością. Dzięki staniu się kalekami fizycznymi lub psychicznymi, dzięki wyrzeknięciu się, zatarciu wszystkich ścieżek po których On mógłby do nas dotrzeć, prawie wszystkich bo On wciąż jest na długość oddechu. Oto jesteśmy my niezwyciężeni (jak dotąd). Ja, szalony starzec, o pamięci jak sito, któremu już na niczym nie zależy( bo co mam do stracenia) i niczego się nie boi ( podobno). Ona, niewidoma dziewczyna, zatrzaśnięta szczelnie w swoim wewnętrzny świecie gdzie nie dochodzi światło. Widziałeś Mala to człowiek, któremu cierpienie wyrwało umiejętność dostrzegania i wyrażania radości (i chyba w ogóle emocji). Kiedyś dawno temu wyrzucił ją z siebie wyjąc z bólu, wyrzekł się jej wtedy aby całkowicie nie stracić zmysłów. Jego jedynym celem w życiu jest opieka nad mędrcem. Jeżeli kiedyś nie daj Boże, zabraknie nam mędrca jego życie straci sens. A nikt nie chce cierpieć jeśli to już nie ma sensu, jeśli nie ma po co. Jest mędrzec, jego niemal cały świat wypełnia jego namiętność, tak że na Strach jest tam właściwie zbyt ciasno, choć chwilami uważam, że ta suka jest z nim blisko spokrewniona. No jest wreszcie Abr, nie miałeś jeszcze okazji go poznać. Jedyny z nas, który jest zdolny opuścić na dłużej naszą osadę . Nie może jednak nigdzie zagrzać miejsca, choćby chciał ( i pewnie to właśnie z nami czuje się najlepiej ). Jak sam uważa Strach nie jest w stanie go złapać, bo on, jego myśli stale gdzieś pędzą, chaotycznie, bez schematu, nieprzewidywalnie, po wielkim, zapuszczonym, przewrotnym labiryncie umysłu, gdzie trudno o zakamarek, w którym Strach mógłby przygotować pułapkę. Często ucieka także w alkohol, co może wydawać się ryzykowne (dobry Boże jak ja lubię tak ryzykować), bo wkracza w sektor nieznane nie tylko dla swego wroga, ale również dla siebie. Twierdzi jednak, że nie może sobie pozwolić aby przystanąć i zastanowić się nad tym choć przez chwilę, musi uciekać, wciąż zmieniając kierunek i płaszczyznę, dokładnie zacierając ślady. Jago szalone marzenie to samemu złapać Strach w pułapkę( aby dać mu odczuć co czują jego przerażone ofiary), a podobno najlepiej się do tego nadaję przestrzeń mocna zakrapiana alkoholem i co tu kryć ja chcę mu wierzyć. Choć trzymamy się dzielnie wspierając się nawzajem, nikt nie ma złudzeń, że wciąż posiada mroczne zaułki umysłu gdzie boi się zapuszczać, bo są to terytoria niby nasze a utracone, okupywane przez Strach, gdzie obowiązują jego reguły. Tam może nas bezkarnie dopaść, lub w ciszy knuć plan ekspansji na pozostałe tereny. Nie zapuszczamy się tam choć on kusi. Z drugiej strony mędrzec twierdzi, że jedyny sposób na pokonanie Strachu to oświetlenie i kontrola wszystkich sektorów umysłu, inaczej nigdy nie pokonamy go do końca. Ale zapuszczać się tam w pojedynkę...może gdybyśmy nauczyli się jakoś nawzajem asekurować, a tak jesteś tam sam ( zawsze jesteś sam). Coś jednak zrobić musimy, bo z każdym dniem stajemy się słabsi, wybacz nie powinienem tego mówić, ale czasem i mnie dopadają złe, czarne myśli... pieprzeni słudzy Strachu, skąd się wykluwają. Zapadła cisza, wpatrzeni w dym przygasającego ogniska, milczeli. Owiewani podmuchami chłodnego wiatru, szczelnie opatuleni, w dość dziwacznych podkurczonych pozycjach, bierne oczekiwanie nie wiadomo na co. Z jakiegoś powodu nie chcieli chować się do swoich chatek i łowili ostatnie chwile umykającego od nich dnia. Odejdź teraz gdzieś indziej, zostaw ich samych ze swymi myślami. Ruszaj budzić zaspane umysły, otwierać zmęczone oczy. Przerywaj nocne koszmary i senne marzenia. Zamykaj bramy ulotnych jak dym astralnych światów, tkanych podświadomie na pograniczu duszy i umysłu. Niech tkacze wracaj do swych ciał, nie pozwól im nic tam ze sobą przemycić, prócz wspomnień a i tych nie na zbyt wiele. Niech wracają do swojej rzeczywistości do znudzenia rozpędzanej już od pierwszych promieni świtu. Niech nie próbują wychylać się z niej (wywarzać na głucho od dawna zamkniętych drzwi i okien) gdy ten pociąg pędzi, dokąd? Nie pytajcie, maszynista nigdy nie mówi prawdy, biedak jej nie zna chociaż sam uważa inaczej, przesiąknięty oszustwem do szpiku kości, zagubił się w nim dawno, dawno temu. Na tyle dawno i nieodwracalnie, że sam stał się jego częścią. Jedynie gdzie jeszcze ( prócz luster) możesz dostrzec go w ludzkiej postaci, to w lokomotywie, gdy dorzuca do pieca węgla. Tak tam choć na chwilę morze jeszcze stać się człowiekiem by rozpędzać pociąg wciąż i wciąż... po co i gdzie. Póki gęsta noc nie spowolni rozpędzonych kół, nie przygasi ognia, Głos Boga zagłuszy pęd tak szybko mijającej codzienności i kilku pasażerom uda się dostrzec coś w rozmytym prędkością obrazie zza oka. Nie wszyscy próbują bo to nie zawsze jest przyjemny widok, zależy co chcesz dostrzec...zależy co sam masz do pokazania... na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mietus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…