Wróć do katalogu

Wrota Starożytnych- Rozdział V

Kolejny rozdział mojej opowieści. Dalsze perypetie Alana i jego towarzyszy, których ostatnio pech sobie bardzo upodobał... Tradycji stanie się zadość, czyli zapraszam do przeczytania i pozostawiania po sobie śladu w postaci komentarza;)

Czapla, opublikowano , 33 min czytania, 4,4 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ V

Tym razem dał za wygraną, głód był zbyt silny. Szybko zjadł to co mu przyniesiono, dzięki czemu nieprzyjemnie ssanie w żołądku nareszcie zmalało. Ray spojrzał tęsknie na swoją-już pustą-miskę. Posiłek, jaki dostali w niczym nie różnił się od ostatniego, mimo to żaden z nich nie zamierzał narzekać. Alan wytarł usta dłonią i z powrotem ułożył się na sianie, to samo zrobił Ray. Nie rozmawiali wiele, każdy zaprzątnięty swoimi myślami. Ray nie należał do osób za wszelką cenę podtrzymujących rozmowę, więc widząc zamyślenie chłopaka zostawił go w spokoju. Pytania i wątpliwości Alana dotyczyły głównie Mirle. Nie miał pojęcia jak się zachowa w takiej sytuacji. Nie wiedział na ile ją poznał, na ile może jej zaufać. Z każdą chwilą miał coraz większy mętlik w głowie. Pozostaje mu nadzieja, że dziewczyna nie straci zimnej krwi. Chociaż z drugiej strony, co mu to da? Mirle nie jest w stanie mu pomóc, znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Poczuł bolesny skurcz, zagryzł wargi. Widać sytuacje bez wyjścia to jego specjalność. Sarkazm dodał mu trochę pewności siebie i znikomego optymizmu. Nagle tok jego myśli przerwało wtargnięcie mężczyzny, tarasującego swoją posturą całe drzwi. Masywna głowa osadzona na karku kiwała się lekko to w przód, to w tył. Tępym spojrzeniem omiótł celę, w końcu jego wzrok zatrzymał się na więźniach. Niewielkie, czarne oczka zmroziły Alana, ponuro łypnęły na Raya. Ten ostatni nie przejął się tym zbytnio, ułożył się wygodniej pod ścianą, uważnie obserwując mężczyznę. -Idziesz ze mną- nieznajomy warknął w stronę Alana, któremu mimowolnie ścierpła skóra. Na twarzy siłacza odmalowała się mściwa satysfakcja.- Idziemy, ruszaj się. -Ostrożnie z nim kochasiu- zawołał za nimi Ray, nie zmieniając nawet pozycji.- Uważaj na niego… i na siebie… W odpowiedzi otrzymał cichy pomruk. Alan wyszedł na zewnątrz celi, ręce zaciążyły mu skute kajdankami. Tamten sprawdził dokładnie, czy na pewno zatrzasnął drzwi. Odwrócił się w jego stronę i posłał mu nieprzyjemny uśmiech, ukazując garnitur pożółkłych zębów w mocarnej szczęce. Szli przez ciasny, brudny i duszny korytarz, w którym ku lekkiemu zdziwieniu Alana, strażnik poruszał się nadzwyczaj swobodnie. -Dokąd idziemy?- zapytał, nie zważając na to, że jest ignorowany.- Dokąd idziemy? Ten pociągnął go dalej, po schodach w górę, otworzył drzwi i nie siląc się na delikatność, pchnął chłopaka do środka. Alan z hukiem wylądował na drewnianej podłodze. Miał wrażenie, że to zupełnie inny świat. Znajdowali się w przestronnej izbie, łagodnie oświetlonej słonecznym blaskiem. Gdy przyzwyczaił się do panującej jasności zobaczył, że w sali siedzi jeszcze kilka osób. Za długą ławą usadowiło się kilku mężczyzn, wbijając w niego wzrok. Z boku, na niewielkim stołku siedział zgarbiony staruszek, kiwający się sennie, co pewien czas rzucający uważne spojrzenie na Alana. Osiłek brutalnie posadził chłopaka na krześle i stanął obok. Zapadło ponure milczenie. Przyglądali mu się z niepewnością najwyraźniej nie do końca wiedząc, co teraz powinni zrobić. Absolutna cisza i uciążliwy zaduch powoli stawały się nieznośne. W końcu staruszek chrząknął głośno kilka razy i wymamrotał: -Możemy zacząć przesłuchanie? Alan zamarł. Jakie przesłuchanie? Tymczasem postawny mężczyzna zza ławy wstał i bez pośpiechu zaczął przechadzać się po sali. Alan nie spuszczał z niego wzroku, uparcie podążając spojrzeniem za napiętą twarzą tamtego. -Wiesz, że za wszystkie doznane krzywdy, tak czy tak czeka cię kara. Szubienica najpewniej- zaczął bez pośpiechu mężczyzna. -Ale ja nie jestem Se… -Nie prosił cię nikt, byś się odzywał -syknął.- O ile nie masz niczego ciekawego do powiedzenia o swoich kompanach. Alan nie odpowiedział. Nawet jeśli chciałby powiedzieć im całą prawdę- nie mógł. Nie miał pojęcia, czego chcą się dowiedzieć. Postanowił milczeć.. -A może rozciąganie?- padła propozycja. Alan drgnął gwałtownie, chcąc zaprotestować, lecz mężczyzna machnął ręką. Odkaszlnął, spojrzał niepewnie na chłopaka. -Nie, sam to powie. Po dobroci. -Ala je nic nie wiem - odparł Alan, czując coraz większą złość. Cholerna komedia, niech to się wreszcie skończy! Przecież to bzdura. Tamci jednak ani myśleli przestać… -Nie? W takim razie może odświeżę ci pamięć, Seth. Kto obrabował karawanę kupców, palił wioski, wygonił kapłanów ze świątyni?! Posłuchaj uważnie, nie powtórzę drugi raz- nachylił się w stronę Alana, kurczowo przytrzymując krzesło. - Teraz mi powiesz gdzie reszta, albo drogo zapłacisz, za swoją parszywą lojalność... Więc? Patrzyli na niego w napięciu. Alan rozejrzał się gorączkowo, wyraźnie czekali na odpowiedź. Na odpowiedź, której- o zgrozo- udzielić im nie mógł. Przymknął oczy. Znowu będzie musiał to powiedzieć, znowu nie uwierzą. Wziął głęboki oddech, z trudem utrzymując spokój. -Nie jestem Sethem. -Nie jesteś?- mężczyzna zamrugał nerwowo. -Nie. Zebrani siedzieli sparaliżowani. Zły znak. Starzec pokręcił głową i spojrzał na niego z irytacją. -Nie jestem Sethem, nigdy go nie widziałem- dodał Alan, zaciskając dłonie.- Ja… Nie dokończył. Poczuł głuchy ból, jęknął i skulił się na krześle. Z trudem łapiąc oddech, podniósł nieco głowę. Mężczyzna patrzył na niego ponuro, z zaciętym wyrazem twarzy. -I w dodatku kłamie. Alan otworzył usta, zamierzał jeszcze raz powtórzyć to zdanie. Jeszcze raz, kolejny, znowu i znowu aż uwierzą. Nim jednak jego myśli zdołały zmienić się w tak oczywiste zdanie, w sali zabrzmiał grobowy głos: -Zabierzcie go z powrotem do celi

***

-Wysłuchali cię jak widzę?- Ray patrzył na niego z ironią. Alan nie przestając masować nadgarstków, spojrzał na niego ponuro.- Co uzgodniliście? -Nic- odparł głucho.- Nie powiedzieli mi niczego konkretnego. W ogóle nic mi nie powiedzieli.. Ray zaśmiał się, choć Alan nie wyczuł w tym śmiechu żadnej wesołości. -Cóż… W tym przypadku brak odpowiedzi jest odpowiedzią. -Nie mam zamiaru umierać- warknął Alan. Tamten wzruszył ramionami. -I tak kiedyś umrzesz, czy to naprawdę ważne, kiedy i w jaki sposób? -Owszem – nie wytrzymał Alan i posłał Rayowi wściekłe spojrzenie.- Nie mam najmniejszej ochoty umierać za kogoś obcego, dziwi cię to?! Co do sposobu śmierci, znam przyjemniejsze. Nie mam ochoty umierać jak ostatni łajdak. -Pięknie powiedziane. Odwrócił się gwałtownie. Na progu stała Mirle, opierając się o framugę drzwi. Ray podniósł głowę z zaciekawieniem i gwizdnął cicho. Dziewczyna zignorowała go i podeszła bliżej do Alana. -Wyprosiłam te kilka minut. Nie sądziłam, że znajdę cię akurat tutaj… – westchnęła. Przez chwilę milczała, a potem spojrzała na niego z mieszaniną troski i irytacji.- W coś ty się znowu wpakował?! Masz niesamowite szczęście do awantur. -Możesz mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę nie szukam kłopotów. -Tylko one znajdują ciebie- dokończył cicho Ray. Alan, chcąc wyładować złość uderzył pięścią w kamienną ścianę. Odpowiedział mu głuchy odgłos. Nie poczuł ulgi. - Nie prosiłem o więzienie, na litość, pomylono mnie z rabusiem! Spojrzała na niego ponuro. -Słyszałam plotki o pojmaniu brata Wawrzyna, ale… Alan, zdajesz sobie jakie masz kłopoty? -Całkowicie- odparł z ironią.- Szykują dla nas szubienicę. Mirle zaklęła cicho, w rozterce rozejrzała się po celi. -Mirle… Wiem, że to szalone, ale… wyciągnij nas stąd. Dziewczyna zagryzła wargi. Prychnęła cicho. -Zgłupiałeś?- przerwał im ostro Ray.- To nierealny pomysł, niby jak to sobie wyobrażasz?! Jedynie co osiągniesz to kolejny stryczek- dla niej. Mirle spojrzała w jego stronę, potem przeniosła pytający wzrok na Alana. -To Ray – mruknął w odpowiedzi.- Znał Setha i Wawrzyna. -Rozumiem – skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała. -Masz jakiś pomysł? -Jeśli mam być szczera- żadnego. Alanie, wybacz mi, musisz liczyć na cud. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, dlatego bądź gotów. Cały czas. Alan czuł jak skręcają mu się wnętrzności, jednak jakiej odpowiedzi spodziewał się usłyszeć? Mirle położyła mu dłoń na ramieniu, ścisnęła lekko. -Spróbuję coś wymyślić, uwierz mi. -Ucieczka pod osłoną nocy byłaby najlepsza- wtrącił Ray. -Czy to ma sens?- Alan spojrzał na nich niepewnie.- Wybacz, nie zdarzyło mi się uciekać z więzienia. Twarz dziewczyny wykrzywił grymas imitujący uśmiech. -Twój towarzysz… -Ray - uściślił owy towarzysz. Zignorowała go. -…ma rację. Sądzę, że… Przerwali rozmowę, usłyszawszy dudniące kroki strażnika. Mirle wstała, otrzepała spodnie. Skinęła głową w stronę Alana, zarzuciła kaptur na głowę i wyszła. Alan wcale nie poczuł się lepiej. -Wspomnij mnie czasem, gdy już się będziesz cieszył wolnością- powiedział z sarkazmem Ray, gdy zostali sami. Na jego ustach błąkał się złośliwy uśmieszek. -Czasami mam ochotę czymś w ciebie rzucić- odparował Alan, zagarniając siano w jedno miejsce, by mógł się wygodnie na nim ułożyć. -Nie krępuj się. -Gdybym miał jakieś naczynie… Urwał, jego wzrok przykuł jeden z kątów celi. Kilka kroków od niego leżała pusta miska.

***

-I co zamierzasz zrobić? Starszy mężczyzna nie spuszczał wzroku z Haketa. Ten skrzywił się, nie odpowiedział. -I co zamierzasz zrobić?- padło to samo pytanie. Haket i tym razem je zignorował. Gdy obserwował jak jeden z jego ludzi wprowadza szamoczącego się Setha, wszystko wydawało się banalnie proste. Gdy zaczął zadawać pytania, musiał przyznać, nieco się to skomplikowało. Nie przewidział, że Seth będzie się wypierał sam siebie. Haket potarł spocone czoło, po raz kolejny przemierzył salę. -I co zamierzasz zrobić? -Nie wiem- odburknął z zirytowaniem.- Nie wiem, nie wiem, jeszcze raz nie wiem. Nie przyznał się… -Więc?- starzec zamrugał oczyma, jakby nie rozumiał dylematu mężczyzny.- W czym problem? -Dlaczego? Tamten machnął ręką, wzruszył ramionami. -Tylko szaleniec by się przyznał. Znasz przecież fakty. Haket usiadł na ławie, westchnął ciężko. Wzrokiem poszukał dzbana z winem. -I co zamierzasz zrobić? Haket fuknął zdenerwowany, już miał odpowiedzieć w dość dosadny sposób, lecz nie zdążył. Do sali wszedł osiłek, wcześniej pilnujący Setha. -Czego? -Znowu tu są- wymamrotał tamten, gapiąc się na czubki swoich butów.- Wawrzyn… Widziano ich, w okolicach puszczy. -Ha!- starzec wycelował kościstym palcem w górę, z triumfem spojrzał na Haketa. Ten milczał, zmarszczył brwi. Przestał się zastanawiać. Przechylił szklankę do góry, jednym haustem wypijając całą zawartość. -Szykuj stryczek. Nie, dwa stryczki-dodał po chwili.- Na obu już czas.

***

Alan od dłuższego już czasu obserwował leniwie wlewającą się do celi smugę światła. W zamyśleniu gapił się na jasny prostokąt odbity na posadzce. Jego myśli obijały się bezsilnie o mury celi. Miał wrażenie, że zaraz oszaleje. Przeczesał włosy palcami, wziął kilka głębokich wdechów. Minęła kolejna minuta. Kolejne dziesięć… Pół godziny… Ray drzemał spokojnie- jak zwykle. Jego pierś unosiła się w miarowym oddechu, Alan przyglądał się pogrążonemu w śnie towarzyszowi. Nawet nie próbował ukryć zazdrości. Czas wlókł się niemiłosiernie, zlewając w nieskończoność. Niech to się wreszcie skończy, przemknęło mu przez głowę. Nie, lepiej nie. Wciąż żyje i nie miał ochoty tego zmieniać. Niczego nie powiedziano, wahali się, widział to doskonale. Mogą zmienić zdanie. Wszystko jest możliwe…Pogrążony w ciszy, nie od razu zauważył, że Ray przygląda mu się lekko zaniepokojonym wzrokiem. W końcu przysunął się bliżej. -Pamiętaj jeszcze o Mirle. Mirle. Nie byłby zaskoczony, gdyby właśnie w tej chwili gnała przez rozlegle równiny, wyczekując zarysu Tamroth na horyzoncie. -Naprawdę wierzysz, że to coś da?- zapytał markotnym tonem. Ray otworzył usta, jednak zrezygnował z odpowiedzi. -Nie musisz odpowiadać- Alan odchylił głowę w tył, westchnął cicho.- Poza tym, gratuluję ci podejścia do sprawy. Ray zaśmiał się niewesoło, zmrużył ciemne oczy. -Teraz może być już tylko lepiej. Wstał, bez pośpiechu przechadzając się po celi, czasami przystawał, bacznie obserwując świat przez kraty. Alan nie mógł nie zauważyć, jak palce chłopaka coraz mocniej zaciskając się na prętach. Gdy minęła cała wieczność, usłyszeli zgrzyt zawiasów. -Wychodźcie.

***

Mirle siedziała skulona pod ścianą jednego z domów i westchnęła po raz kolejny. Obawiała się utyskiwań. Narzekań. Jednak do głowy by jej nie przyszło, że będzie musiała zastanowić się nad planem ucieczki. Ukryła twarz w dłoniach, starając się zebrać wszystkie myśli. Jeżeli chce uwolnić Alana, musi to zrobić szybko i zręcznie, a potem uciec wystarczająco daleko by tamci zaprzestali pościgu. Przed oczyma wciąż miała widok twarzy Alana, pełnej napięcia i wyczekiwania. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się jak mu pomóc. Jej wzrok prześlizgnął się po sąsiednich budynkach, niewielkim ogródku, powędrował w stronę przywiązanych nieopodal koni. Uśmiechnęła się cierpko. Równie dobrze mogłaby teraz odjechać, nie oglądając się za siebie, zapomnieć o nim i nie interesować się, jak skończyła się ta historia. Nawet, jeśliby się zawiódł, jak długo trwałoby rozczarowanie? Kilka chwil. A więc mogłaby to zrobić? Po prostu wsiąść na konia i zastanowić się nad ceną eliksirów. Mogłaby? Oczywiście, że nie. -Psiakrew- zaklęła cicho i spojrzała w stronę placu. Główny szkopuł tkwił w tym, że nigdy by tego nie zrobiła. Noc będzie najlepszą porą. Zdąży wszystko przygotować do ucieczki, teraz musi zająć się znalezieniem konia dla Alana. Postanowione. Skierowała się w stronę gospody, obmyślając szczegóły planu. Zajęta własnymi myślami, dopiero po chwili spostrzegła, że tłum wokół niej gęstnieje coraz bardziej. Zaniepokojona, zaczęła przedzierać się w stronę rynku. Miała złe przeczucia.

***

Szorstki sznur krępujący dłonie nieznośnie ranił nadgarstki. Alan ponurym wzrokiem wpatrywał się w plecy Raya, maszerującego przed nim. Chłopak szedł w miarę swobodnie, nawet w takiej chwili, nie szczędząc złośliwości eskortującym ich do szubienicy. -Niewdzięczna ta twoja robota- zaczął po raz kolejny Ray, chcąc sprowokować jednego z nich.- Ile ci za to płacą? Ciemny korytarz nareszcie się skończył, pociągnęli ich przez przejście i drewnianą salę. Wyszli na dwór, Alan zmrużył oczy, oślepiony jaskrawym światłem. Słoneczne popołudnie, jedno z wielu słonecznych popołudni... Pchnęli ich pomiędzy ludzi, powoli zbierających się na rynku. Przyglądali mu się z zainteresowaniem i osłupieniem. Alan omiótł motłoch obojętnym spojrzeniem. Przyglądał się obcym twarzom, w ostatniej chwili uciekając przed wzrokiem poszczególnych ludzi, którego nie mógł znieść. Będą mścić się na Sethcie, nie na nim. Zdał sobie sprawę z tego faktu, gdy poczuł silne pchnięcie. Stracił równowagę i runął na Raya. Wstał i ruszył dalej, wbijając wzrok w ziemię. Niewidzialna ręka zacisnęła się wokół jego żołądka. Znowu upadł, zagryzł wargi aż do krwi. Nie wstanę, przemknęło mu przez głowę. Ani myślę. Niech mnie zadepczą, nie ruszę się. Ray wierzgnął nerwowo, tłum coraz bardziej zacieśniał się wkoło skazańców. -Dalej, wstawaj- strażnik pociągnął go do góry za kołnierz.- Ruszaj się. -Kara! Sprawiedliwa! -Na śmierć! -Wstawaj. Krzyki wibrowały, przenikały umysł Alana. Nie miał pojęcia jakim cudem znowu znalazł się na nogach. Ray po raz kolejny stracił równowagę, po raz kolejny wstał. Otarł krew spływającą z warg, posyłając wściekłe spojrzenie strażnikowi. Przypominał zaszczute zwierzę, wciąż jeszcze niebezpieczne i gotowe w każdej chwili na skok. -Ruszaj się, Seth! -Trzymaj za sznur! -A niech was dia…- wychrypiał Ray, lecz nie dokończył. Alan zadarł głowę. Zmęczony, przerażony patrzył na znajdujące się przed nim schodki. Ray stał obok niego, z trudem hamując złość. -Ty pierwszy- strażnik zwrócił się do Raya. Potem niechętnie przeniósł wzrok na Alana.- Potem ty. -Alan - Ray potrząsnął głową, czarne kosmyki opadły ma na oczy – hmm… To zabrzmi diablo patetycznie. Mimo wszystko… trzymaj się.

***

-… i dlatego właśnie, właśnie dlatego... zasługują na śmierć! Sprawiedliwości musi stać się zadość! Czy tak? Tłum ryknął nieludzko, mężczyzna z zapamiętaniem mówił coraz głośniej, z emocji tracąc oddech. -Haket, streszczaj się…- Alan usłyszał cichy syk. Nie przejął się tym zbytnio, ani wzniosłym przemówieniem mężczyzny nazwanego Haketem. Stał na drewnianym podwyższeniu, obok Raya, oboje coraz bardziej zmęczeni upałem i bezsensowną gadaniną. Mimo to wciąż szukał choć jednej, życzliwej twarzy, ostania cząstka rozpaczliwej nadziei wciąż wierzyła, że ktoś zdąży spostrzec omyłkę. Haket w pasji chodził z jednego krańca podium na drugi. Zebrani mieszkańcy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych