Wrota Starożytnych- Rozdział VI
O schwytaniu przez Trupę Rubiego(nazwa może być nieco myląca), meteorycie i nieoczekiwanym spotkaniu. Czyli historii Alana ciąg dalszy. Będę wdzięczna za wszystkie wskazówki. Zapraszam;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ VI
-Nie, nie siedź sztywno. One to czują. Jesteś spięty. -Nie jestem. -Przecież to widać. Rozluźnij się, swobodnie wyprostuj plecy. Teraz chwyć wodze. Alan chwycił rzemień, delikatnie ścisnął boki konia. Musiał przyznać, teraz czuł się znacznie pewniej. Ray z aprobatą skinął głową. -Z czasem się nauczysz. Alan uśmiechnął się kwaśno i pogłaskał konia po szyi. Mirle, ciągnąca za sobą drugiego wierzchowca, przyglądała się całej scenie z zainteresowaniem. Alan, zadowolony z postępów, w końcu zszedł z konia i wraz z towarzyszami wszedł głębiej w las. Wędrowali już drugi dzień. Przedzierali się wąskimi ścieżkami lub przez gęstwinę, wytyczając nowe szlaki. Chłopak bacznie obserwował otaczającą go puszczę. Nigdy wcześniej nie spotkał się z tak pięknym i tajemniczym światem. Wokół nich nieustannie szumiały drzewa, powietrze przesiąknięte było rześkim zapachem żywicy. Promienie słońca z trudem przedzierały się przez zielony baldachim, słabo oświetlając poszycie. Dni mijały powoli i leniwie, wypełnione marszem lub krótkimi postojami. Mirle uparcie twierdziła, że są coraz bliżej celu i doskonale orientuje się w labiryncie ścieżek i polan. Nadal bez wahania wybierała szlaki, a wątpliwości Raya puszczała mimo uszu. Alan wierzył w jej zdolności, wydawało mu się też, że pewność półelfki jest uzasadniona. Do czasu. -Kiedy zamierzasz nam to wreszcie oznajmić?- powiedział Ray, burząc panującą już od dłuższego czasu ciszę. Mirle stanęła i spojrzała na niego zdziwiona. Ray oparł się o pobliskie drzewo, ocierając spocone czoło. -Co mam wam oznajmić? -Że się zgubiliśmy-stwierdził lakonicznie chłopak.- Błądzimy tak już od rana. -Proponuję odpoczynek- przerwał im Alan, odebrał wodze dziewczynie i zaprowadził konie w stronę niewielkiej sadzawki. Zagryzł wargi. Wiedział, co teraz będzie. -Nie, nie zabłądziliśmy- prychnęła cicho Mirle.- Poprowadziłam nas głębiej w las. Może już zauważyłeś, że nikt nas nie ściga. -Zaniechali pościgu, tuż po tym, gdy stracili trop. Nie musieliśmy wchodzić dalej w tą dzicz. Teraz mamy kłopoty. Alan wyrwał sporą wiązkę trawy i zabrał się do czyszczenia spoconej sierści konia. Czy oni nigdy nie mogą rozmawiać bez kłótni? W ich wykonaniu uprzejma wymiana zdań zazwyczaj kończyła się litanią docinków i złośliwości. Westchnął ciężko i poklepał konia po szyi. -Zmarnowaliśmy kilka godzin na kręcenie się w kółko- ciągnął dalej chłopak, odgarniając opadające mu na oczy ciemne kosmyki. -A więc dobrze. Przeprosiny wystarczą?- odparła poirytowana Mirle.- Wybacz, że próbowałam nas wyciągnąć z tarapatów. -Pozwolę sobie zauważyć, że w tarapaty nas właśnie wpędziłaś. Przewodniczka od siedmiu boleści! Niby jak chcesz stąd wyjść?- żachnął się Ray i uśmiechnął ironicznie.- Mamy polecieć na skrzydłach?! -Jesteś niemożliwy! -Przestańcie- przerwał im nagle Alan.- Ta kłótnia do niczego nie prowadzi… Zamknij się Ray, nie próbuj się wtrącać. Przecież możemy spróbować z powrotem wrócić na skraj lasu. -A jeśli znowu… -Zaryzykujemy- Alan nie pozwolił dokończyć dziewczynie.- Przecież już nic gorszego nas nie spotka. Prawda? Spodziewał się odpowiedzi, jednak jej nie otrzymał. Ray i Mirle spojrzeli na siebie spode łba. W ponurej ciszy zabrali się do przygotowania ogniska. Powoli zapadał zmrok, przygaszona zieleń zlewała się z resztą otoczenia. Dostrzegali tylko słabe zarysy pni. Gdy rozpalili ognisko, cienie i mary rozpierzchły się natychmiast. Polanę zalał ciepły blask ognia. Alan obserwował, jak jego towarzysze, owinięci derkami rozłożyli się na przeciwległych stronach ogniska. Mimowolnie uśmiechnął się lekko. -Dobrej nocy- rzucił w stronę parskających cicho koni.
Pierwsze promienie słońca zastały ich wciąż pogrążonych we śnie. Wstali, szykując się do drogi. Rosa i chłodne, poranne powietrze otrzeźwiły ich i skutecznie spędziły resztki snu z powiek. Ray i Mirle traktowali się z chłodną tolerancją, wciąż patrząc na siebie z nieufnością. Alan zaś przeciwnie-tryskał humorem. Zatrzymali się dopiero pod koniec dnia. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Przebłyski światła stawały się coraz bledsze, a droga coraz bardziej niewyraźna. Alan szedł wpatrzony w swoje stopy, ciągnąc za sobą konia. Nagle Mirle stanęła i bez słowa wskazała palcem przed siebie. Dotychczas splątana, zmierzwiona gęstwina drzew stała się rzadsza. Przez mur zieleni prześwitywały wyraźne, krwawe smugi światła. Alan odetchnął z ulgą. -Skraj lasu- mruknęła Mirle. Ray tylko skinął i zabrał się do zbierania drew na ognisko.
***
-Much, zostaw to!- fuknął Loh, delikatnie odsuwając wielkie, żółte psisko.- Zostawże ten… ten kamień. Pies zakręcił się niespokojnie, w końcu całkowicie skupiając się na złapaniu własnego ogona. Loh, zwany także Dziadkiem Lohem, z rozbawieniem przyjrzał się Muchowi, po chwili z powrotem wrócił do przerwanej lektury. Potarł zmęczone oczy, starając się skupić na tekście. Bez entuzjazmu przejrzał kilka stron, wreszcie zirytowany odłożył książkę. Czytał ją chyba z dwadzieścia razy, dwudziesty pierwszy to lekka przesada. Uszczęśliwiony Much kręcił się w kółko, sapiąc coraz głośniej. Loh pokręcił głową, z czułym politowaniem pogłaskał psa po kudłatym łbie. -Nie wolno ruszać rzeczy pana. Nie wolno ruszać kamienia- wzdrygnął się i obdarzył nieufnym spojrzeniem leżący na stole przedmiot. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, wyglądem przypominał pumeks. Niewielki, chropowaty okruch… Położył go tam tydzień temu. Potem już go nie dotknął… Bycie pustelnikiem miało swoje zalety. Tak, miało wiele zalet. Spokój i cisza, sprzyjająca medytacji. Całkowite odcięcie się od świata i jego wielko-małych problemów. Docierały do niego tylko strzępki wieści przyniesione przez wieśniaków, którzy czasami go odwiedzali. Nie potrzebował więcej. Szczerze mówiąc, nie potrzebował ich w ogóle. Był tylko on i rozważania. I Much, jedyny towarzysz. Niczego więcej nie oczekiwał. Nagle cały spokój został zburzony. Kilka dni temu, w jasną, księżycową noc. Siedział obok swojej chatki na prymitywnym bujanym fotelu. Ćmiąc fajkę obserwował niebo, czując jak ten widok napawa go poczuciem bezpieczeństwa. Granatowe sklepienie usiane gwiazdami, zawieszonymi gdzieś tam, gdzieś daleko… I jedna szkarłatna smuga. Wszedł na chwilę do domu, chcąc nabić fajkę tytoniem. Drgnął. Narastający świst i głośne uderzenie. Zerwał się wiatr, fajka ze stukotem upadła na deski. -Much!- stęknął, z przerażeniem wybiegł na zewnątrz. Noc pochłonęła hałas, znowu otaczała go senna cisza. -Widziadła- wymamrotał, rozglądając się nieufnie.- Omamy. Mimo to wyszedł dalej. Jeden krok, drugi, na środek polany. Zacisnął kościste palce, podszedł bliżej. Coś się zmieniło. Pośrodku łączki nie było tej dziury. -Much!- zagwizdał, lecz pies gdzieś zniknął. Klęknął przy otworze, przywołujący mu na myśl niewielki krater. Gdy pył i mgła opadły ujrzał kamień. Meteoryt. -Bogowie… Wyciągnął dłoń, lecz zaraz ją cofnął, żar był zbyt silny. Przyjrzał mu się uważnie. Kamień był wielkości pięści, o chropowatej powierzchni i ostrych krawędziach. Zagryzł wargi. To coś spadło z nieba. Meteoryt spadł z nieba…
Westchnął, wymownie spojrzał na Mucha. Pamiętał tę chwilę, gdy znalazł kamień. Pamiętał, gdy po bezsennej nocy czuwania przeniósł go do chatki, kładąc na stole. -I co my teraz Muszku zrobimy?- mruknął z troską. Unikał widoku kamienia, czasami zakrywał go chustą. Nie wiedział dlaczego, ale nie chciał ani na niego patrzeć ani go dotykać. Koniec końców kamień leżał pośrodku izby, skutecznie utrudniając Lohowi życie. Zjawił się niespodziewanie i w sposób niepojęty. Był obcy i niezwykły. -Wybrał naszą polanę, a to nam nie w smak- mruczał do siebie.- Niepotrzebnie go zesłali. Lepiej, aby go zabrali. Much szczeknął cicho, Loh, ciesząc się zgodą przyjaciela wstał ociężale i nastawił imbryk na herbatę. Meteoryt zakrył. Wrzucił do kubka garść ziół, z których miał przygotować napar. Zapalił w kominku, postawił na parapecie płonący kaganek. -Hmm… Jutro miałem odwiedzić syna kowala, sprawdzić, czy gorączka mu przeszła- chrząknął.- Nie mam zbytniej ochoty, ale obiecałem. Dostanę mleko. Lubisz mleko Much, co? Tak, dostaniemy świeże mleko. Zrobimy małe zakupy, może coś uda mi się sprzedać. A potem szybko z powrotem do domu… Tak, musimy wcześnie wstać, trze… Skrzypnęły drzwi, zamilkł. -Much? Odwrócił się i gwałtownie cofnął, wylewając herbatę. -Nie! -Spokojnie… Z jękiem upadł na kolana, szarpiąc się rozpaczliwie. Chciał wstać, uciec, ale nieznana siła przykuła go do podłogi. Umysł zwolnił i nie był w stanie stworzyć ani jednej logicznej myśli. Ktoś ukląkł. Loh zobaczył zamazany obraz, usłyszał niewyraźny, zlewający się szept. -Spokojnie, nie bój się… Padł na deski, bijąc dłonią w podłogę. Coś nie pozwoliło mu wstać, zakazało widzieć i słyszeć. Docierały do niego tylko zniekształcone dźwięki. Stukot i szuranie, cichy szept. Pomocy! Ratunku, niech ktoś tu przyjdzie! Zostaw mnie, co mi zrobiłeś?! Błagam, przestań! Brzdęk szkła i… czy to spadały jego książki?! Kim jesteś? Czego chcesz? Usłysz mnie, pozwól widzieć, proszę! Nagle wszystko się skończyło, pole mocy zniknęło. Miał wrażenie, że dopiero teraz odzyskał oddech. Charczał przez chwilę, nie mając siły wstać. Otworzył oczy. Ten sam sufit, ta sama izba, był u siebie. Chwycił się blatu, z trudem podźwignął ciało, walcząc z narastającym bólem głowy. -Much - szepnął słabym głosem. Słyszał skomlenie psa w oddali, poza domem. Rozejrzał się. Książki leżały na podłodze, kilka strąconych figurek i woreczków z zasuszonymi ziołami. Jęknął i opadł na krzesło. Włamanie? Ale czego chciał złodziej? Co on mu zrobił, co ukradł?! Rozejrzał się przerażony, siły wróciły natychmiast. Czego chciał?! Co zabrał? -Czego nie ma, czego nie ma?!- wybełkotał bez sensu, rozdygotany przewracając krzesło.-Co mi zabrałeś? Nagle umilkł. Już wiedział. Ze stołu zniknął meteoryt.
***
-Więc co to było? -Biedak, nie chce powiedzieć. Mruczał coś o oszczędnościach. To okrutne, jak można napadać i okradać i tak biednego już pustelnika?! Gospodarz w zamyśleniu kiwnął głową. Wioska od rana nie mówiła o niczym innym. Gdy do kowala przyszedł Dziadek Loh, zaniepokojona rodzina wezwała innego znachora. Staruszek przypominał chorego będącego w ostatnim stadium choroby. Zdołali go uspokoić i wyciągnąć z niego niewielką część historii. -Patrz, co się dzieje na tym świecie- mruknęła gospodyni, chowając kufle do szafek.- Nie dość, że wojna wisi w powietrzu, to nikt nie może spać spokojnie. Kto wie, czy człowieka nie zaduszą we śnie. -Nie kracz - mężczyzna machnął ręką.- Upomnij tylko dzieci, by nie szwędały się po zmroku. Może tamten nie wyjechał jeszcze z miasta. Kobieta westchnęła ciężko. -Goście już się schodzą. Mamy wolne pokoje? -Tak, dla wszystkich wystarczy. Wrócili do pracy. Plotki plotkami, życie toczy się dalej. Powoli sala zaczęła się zapełniać. Pojawił się bogaty mieszczan, chcąc spędzić tu jedną noc, zjawiło się dwoje jeźdźców, także rezerwujących pokój oraz młode małżeństwo. -Tak, jeszcze dwa pokoje do wyboru - uśmiechnęła się gospodyni. -Nie, już jeden!- rozmowę przerwał dźwięczny głos. W drzwiach stanęła wysoka kobieta, ubrana w podróżny strój. Pomachała ręką i szybko podeszła do lady. -Już jeden pokój, drugi biorę ja. -Ale… -Chyba nie powinno być problemu- uśmiechnęła się i pytająco spojrzała na młodą parę. -Nie, nie ma kłopotu- wymamrotała szybko gospodyni, podsuwając jeden klucz nieznajomej a drugi małżonkom. Kobieta odetchnęła z ulgą, zsuwając kaptur z głowy. Proste, hebanowe włosy rozsypały się po ramionach. Niedbałym gestem odsunęła niesforne kosmyki opadające jej na twarz. Rozejrzała się z zaciekawieniem, trąc zaczerwienione policzki. Posłała życzliwy uśmiech gospodyni i z podziękowaniem odebrała od niej talerz zupy. Nieznajoma, niezbyt skora do rozmowy, prawie natychmiast zaszyła się w najdalszym kącie gospody. -Długa i trudna droga, prawda?- drgnęła, usłyszawszy pytanie. Siedzący nieco dalej, postawny mężczyzna uśmiechał się do niej życzliwie. Ta z zakłopotaniem skinęła głową. -Tak, dość męcząca. Gnałabym i całą tę noc, ale nie chciałam zajechać konia. -Zrozumiałe- przytaknął.- Czy mogę się dosiąść? Zawahała się na moment. Po chwili z oporem skinęła głową. Mężczyzna chwycił swój kubek i usiadł na krześle obok. Przez moment jedli w niezręcznej ciszy, w końcu kobieta przerwała i przyjrzała mu się bacznie. -Mogę poznać twoje imię? -Czy nie za szybko?- zaśmiał się tamten.- Imiona na razie nie są potrzebne. Poza tym wyjawiając ci moje imię, musiałabyś się zrekompensować tym samym. -Widzę, że nie jesteś ciekaw- mruknęła.- A więc zgoda. Pozostańmy bezimiennymi znajomymi. Mężczyzna podniósł kubek wina i schylił lekko głowę. -Zgoda. -Długo tu jesteś?- zmieniła temat, pytając z udaną obojętnością. -Kilka godzin, ja i mój towarzysz, zatrzymaliśmy się- tak jak i ty- na noc. Potrzebny nam odpoczynek. A ty? -Dopiero teraz przyjechałam - odparła znużona.- Bałam się, że noc spędzę na równinach. Na szczęście w porę udało mi się dotrzeć do zajazdu. Gawędzili na temat wioski, dzieląc się własnymi spostrzeżeniami. Kobieta podparła rękami brodę, z uwagą przysłuchując się wywodom mężczyzny. Sama ograniczała się do niezbędnych odpowiedzi i minimalnej grzeczności. -Po za tym, tak jak wszędzie i tu, do tej sielankowej wioseczki dotarło zepsucie naszego świata - ciągnął dalej nieznajomy.- Słyszałaś, co się stało? Ktoś napadł na pustelnika, tutejszego zielarza i trochę zdemolował jego chatę. Na szczęście nic mu się nie stało, podobno skradziono drobne oszczędności… -Oszczędności?- zapytała, marszcząc brwi. Tamten uśmiechnął się chytrze. -Tak. Starzec mówił coś o oszczędnościach, czymś cennym. Był zbyt rozhisteryzowany, by powiedzieć coś więcej. Powinienem dodać, że to tylko zasłyszane wiadomości. Kobieta zaśmiała się cicho. Wygodniej rozparła się na krześle, wąskie usta uśmiechnęły się drwiąco. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem. -Wierzysz w nie? Mężczyzna mimowolnie wzruszył ramionami. Kątem oka obserwował kurczowo zaciśnięte palce kobiety. -W każdej plotce jest ziarno prawdy, czyż nie?- odparł bez pośpiechu, naciągając na swoje dłonie eleganckie, skórzane rękawiczki. Kobieta utkwiła w nich wzrok, potem spojrzała mu prosto w oczy. W sali gęstniał tłum, izba napełniała się radosnym gwarem gości. Zaintonowano znaną piosenkę, równie wesołą, co absurdalną. Ktoś wyciągnął lutnię, inny flet. Powietrze przesiąknięte było słodkimi zapachami, muzyką i śmiechem. Oni nie zwracali na to uwagi. -A co ty o tym sądzisz?- zapytał.- Czy to plotka? Zacisnęła zęby. Zauważył to. Zmrużyła oczy, ładną twarz wykrzywił ledwie widoczny grymas. Uśmiecha się dziwnie, jego uprzejmość powoli zamienia się w drwinę. Kpi z niej. Lub coś wie… -Czy to ważne? Wszyscy zapomną. Znudzą się. A teraz wybacz, muszę już iść. Jestem zmęczona- uśmiechnęła się sztucznie, wstała i spokojnie skierowała się ku schodom. Nawet na nią nie spojrzał.
***
Wszystko spakowała. Tak, na pewno, zresztą nie było tego tak dużo. Stanęła na chwilę, czujnie nasłuchując. Nic. Wszyscy goście i gospodarze byli pogrążeni w głębokim śnie. Podeszła do okna, skrzypnęły zawiasy. Owiał ją chłodny powiew nocy. Konia zabierze ze stajni, to nie stanowiło problemu. Sięgnęła ręką do kieszeni. Jest. Wiedziała to, czuła chropowate krawędzie. Całe szczęście. Ayvendua się ucieszy, gdy wróci. Zdobyła go, znalazła tak jak podały proroctwa. Westchnęła cicho. Czy warto ryzykować i pokładać nadzieje w przepowiedniach? Nie, nie może się nad tym teraz zastanawiać. Jest już za późno. Musi uciekać, natychmiast. Chwyciła torbę i bez zastanowienia wyszła na dach. Jej pokój był na poddaszu, wprost z parapetu ześlizgnęła się na czerwone dachówki. Wbiła wzrok w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Czapla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…