Wrota Starożytnych- Rozdział XV
Rozdział "mostkowy"(co zresztą widać po objętości tekstu). Alan kontynuuje swoją podróż, napotykając kolejne przeszkody. O pewnym uczuciu i pewnej zdradzie. Miłej lektury, zapraszam:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ XV
-A tamten? Ten nad nami. -Przypomina psa. -Psa? -Tak, zobacz. Podwinięty ogon, a z drugiej strony pysk i uniesione do góry uszy. -Niczym kundel twojej sąsiadki. Pamiętasz go? Zawsze na mnie szczekał. Cichy, melodyjny śmiech przez chwilę wibrował w powietrzu. -Pamiętam. Nie znosił cię. Dziewczyna bezwiednie skinęła głową, spojrzała w niebo. Pierzasty obłok pełzł powoli, z każdym podmuchem wiatru tracąc podobieństwo do miejskiego kundla. Powoli rozszczepiał się na kilka mniejszych kawałków. -A teraz, co ci przypominają?- rzuciła pytanie w przestrzeń. -Ptaki. Dziewczyna musiała przyznać rację. Lazurowe niebo zasnuły śnieżnobiałe, puchate ptaki. Przymknęła oczy, promienie słońca łaskotały jej twarz. Wiatr buszował pośród traw i okolicznych drzew, z radosnym śmiechem umykał w stronę skał. Gdy poczuła, że coś zasłania jej słońce, uśmiechnęła się. Odemknęła powieki. Świat przysłoniło jej spojrzenie szarych oczu. Szarych jak stal lub najwyższe stoki gór. Alder musnął palcem jej policzek, jego usta rozchyliły się w uśmiechu. -Mógłbym tak leżeć do końca świata. Leżeć na łące i gapić się z tobą w chmury. -A gdyby mnie zabrakło?- zmrużyła jedno oko. Alder spoważniał. -Zabrakłoby i mnie. Parsknęła śmiechem, podźwignęła się, podpierając na łokciach. Przysunęła się bliżej niego. Jasne, o złotym odcieniu włosy chłopaka targał wiatr. Nie przejmował się tym. Tutaj zawsze wiało. Pachniało latem. Tym górskim, przesyconym zapachem traw i polnych kwiatów. Pełnym szumienia liści, szmeru potoków i zawodzenia wiatru. Latem surowego krajobrazu, górskich hal i dzikich łąk, latem pełnym widoku szczytów, błękitnego nieba i bezkresu przestrzeni. Kolejne ich lato nadeszło. -Roza… -Uhym? -Zostańmy tu trochę dłużej, proszę. Dziewczyna pocałowała go raz, drugi i pokręciła głową. -Obiecaliśmy. Musimy wracać. Przecież wiesz, że… Urwała z zakłopotaniem. Alder przeczesał palcami włosy, nie wypuszczając dziewczyny z objęć, rozejrzał się wkoło. -Koniecznie dziś? Pokonanie tej stromizny zajmie nam kilka godzin. Tylko kilka godzin-zmrużył figlarnie oczy.- A ten dzień należy jeszcze do nas. Nazwana Rozą wstała, podeszła bliżej zbocza. Na tle potęgi góry jej sylwetka zmalała i stała się niepozorna. Alder uśmiechnął się do siebie. -Obejdźmy więc naokoło-obróciła się gwałtownie w jego stronę.- Stokiem wschodnim, tym dla pasterzy. Będą musieli na nas poczekać. Chłopak skinął zadowolony głową. Roza podeszła, niepewnie chwyciła jego dłoń. -Prowadź-powiedział cicho. Ze śmiechem pociągnęła go za rękę, szybkim krokiem ruszyli przez biegnące w dół łąki. Przemykali się po krańcach polan, bezkarnie brodzili w strumieniach. Byli ze sobą i tylko dla siebie. Dopóki im pozwolą. Czasami tylko zamierali w ukryciu, Alder zasłaniając Rozę, pilnie nasłuchiwał. Każdy obcy odgłos był podejrzany i zmuszał ich do skrycia się w cieniu bujnych krzewów. Unikali ludzi, idąc nieprzetartymi ścieżkami. Jeden sztylet nie był wystarczającą obroną by stawić czoła przeciwnikowi. Nie chcieli nikogo spotkać. Niechętnie wracali do obozu, w którym na nich czekano. Poczucie obowiązku wskazywało im drogę, choć spojrzenia uciekały w stronę wyższych hal. Roza mocniej ścisnęła palce chłopaka i przeskoczyła zwalony pień. Łagodny stok pozwalał im biec. Więc biegli. Brnąc przez morze traw, pokonując wysepki skał, znajdowali się coraz bliżej celu. Gdy słońce wzbiło się na szczyt nieba, schronili się przy niewielkim strumieniu. Gdy cienie zaczynały się wydłużać, zrywali czereśnie, siedząc na gałęziach drzewa. Gdy błękit zaczął mieszać się z czerwienią i żółcią, stanęli na ostatnim zboczu. Wiatr szarpał ich ubrania, jakby nie rozumiejąc, że to koniec zabawy. Alder przestał się uśmiechać, nie roześmiał się, gdy znowu zażartowała. Spoważniał, szare oczy uważnie lustrowały krajobraz. Na tle kolejnych łąk i nielicznych kęp krzewów stał człowiek. Niebo zabarwiło się kolorem krwi. Postać stała nieruchomo. Chłopak spuścił głowę. Mocniej chwycił dłoń Rozy, jakby bał się, że zaraz zniknie. -Caleb już czeka- powiedział od niechcenia, skinąwszy w stronę nieruchomej sylwetki. Dziewczyna westchnęła cicho, poprawiła koszulę. -Wkrótce znowu im uciekniemy-zmusiła się do uśmiechu. Alder machinalnie kiwnął głową, czując jak dziewczyna puszcza jego rękę. Odsunęła się i zbiegła w dół w stronę tamtego. Alder poczuł bolesne ukłucie i rozgoryczenie. Takie samo jak za każdym razem, gdy opuszczali niedostępne hale i wracali do obozu. Wiedział, że nie może być inaczej. Westchnął. Próbował to zaakceptować, jednak nie umiał. Nie chciał, nie zamierzał chcieć. Ruszył za dziewczyną, zaciskając zęby. Słońce skryło się za horyzontem. Nastała jedna z pierwszych letnich nocy, parna i duszna.
***
Alan podparł głowę rękoma i westchnął. Od opuszczenia dworu hrabiny minęły dwa dni, dwa długie dni. Miał wrażenie, że stoi w miejscu. Równiny rozciągały się na wszystkie kierunki świata, trawy szumiały usypiająco. Z nieba spadał na nich żar, lepki i duszny, odbierający siły. Powoli kończył się kolejny dzień ich podróży, spędzony głównie na wyczerpującej jeździe. Chłopak prześlizgnął spojrzenie po linii horyzontu i niknącym za niej słońcem. -Alan, przestań się gapić- Ray odrzucił w tył włosy, prychnął cicho.- Musimy pozdejmować siodła. -Świetnie-odparł oschle Alan. Czuł, że Ray wciąż na niego patrzy. -A więc rusz swoją szanowną osobę i chodź mi pomóc. Alan chciał coś odpowiedzieć, ale zdławił słowa. Zły, wstał i sztywnym krokiem podszedł do wierzchowców. Bez słowa odpiął torby, Ray bez słowa je przyjął. Alan machinalnie wykonywał wszystkie czynności, w milczeniu oporządzał konie. Chwycił derki i skierował się w stronę ogniska. -Daj, pomogę ci-Ray wyciągnął rękę. -Nie trzeba-Alan minął go, nawet się nie zatrzymując. Tamten stłumił przekleństwo. -Długo zamierzasz się tak zachowywać?- mruknął z irytacją. -A jeśli tak, to co?- chłopak przystanął, spojrzał na niego z drwiną.- Zabijesz mnie? -Alan…-Mirle ostrzegawczo uniosła brwi. Chłopak machnął ręką, rzucił na ziemię koce i przysunął się bliżej ogniska. Dziewczyna podała im kolację, dziś zjedli w milczeniu. Nadszedł wieczór.
Alan, zapatrzony w trzaskający ogień, jakby z oddali usłyszał strzęp rozmowy: -…nie wiem, jak pokonamy granicę, musimy znaleźć sposób… -To może stanowić problem?- zmarszczył brwi, wtrącając się do rozmowy. Mirle i Ray unieśli głowy, spojrzeli na niego pytająco. -W czym jest problem? Dlaczego tak niechętnie mówicie o Rawengladzie? Mirle uśmiechnęła się kwaśno. -Sytuacja jest skomplikowana… Jak wszystko tutaj, pomyślał ponuro Alan. -Wyjaśnicie mi to? Ray położył się na trawie, zakładając ręce za głowę. Na atramentowym niebie rozbłysły pierwsze gwiazdy. -Rawenglad to, jak zapewne wiesz, stolica Zachodniej Prowincji-zaczął cichym, melodyjnym głosem. Mirle usiadła na piętach bliżej ogniska, w jej oczach zamigotał blask ognia.- Miasto położone na stokach gór, otoczone dolinami, skałami i halami. Przez nie przebiega jeden z głównych szlaków handlowych, dzięki którym miasto jest w stanie istnieć. Przechowują tam towary, dostarczane barkami lub łodziami. Zostają na miejscu lub są załadowywane na wozy i transportowane dalej. Niedługo skończy się monotonia równin. Kierujemy się w stronę potężnych wzgórz, typowego krajobrazu tej prowincji. Alan skinął głową na znak, że zrozumiał. Ray kontynuował: -Namiestnikiem miasta jest niejaki Eviel. I teraz mogę zacząć wyjaśnienie. Wiesz, co stało się z Amaroth? -Tak- mruknął cicho Alan.-Ignorując pakty, sojusze i odwieczny porządek napadł na miasto neutralne. -Mając wszystkich w głębokim poważaniu-Ray uśmiechnął się złośliwie. -Był zdrajcą. -Żeby tylko on. -Co masz na myśli? -Wojska Teraakara dostały się do Amaroth właśnie przez zachodnie ziemie. Dzięki zezwoleniu i wsparciu Eviela. Mirle, widząc zaskoczenie Alana, westchnęła ciężko. -Tak przynajmniej jest to przedstawiane-dodała.- Eviel, chcąc czy nie chcąc stał się poplecznikiem Namiestnika Północy. Gdy dowiedzieli się o tym południowcy, na skruchę było już za późno. -Eviel nie zamierzał się kajać-Ray potrząsnął lekko głową.- Bo potem stało się coś jeszcze -Teraakar zajął Zachód. Bez przelewu krwi, cicho i ukradkiem. Trudno opisać szok mieszkańców Zachodu, tak jak i pozostałych prowincji. Eviel oddał swoje ziemie do dyspozycji Teraakara, jednak zachował urząd i zyskał potężnego sojusznika. Sam pozwolił sobie założyć kajdany. Znienawidzono go szczerze i głęboko. Jest pozornym władcą prowincji, pozornie wydaje dekrety i ustawy, pozornie wszystko wróciło do normy. Jednak między Zachodem a Wschodem i Południem powstała bariera, którą ciężko jest przekroczyć. Podobno istnieje jeszcze wymiana handlowa, lecz mieszkańcy Zachodu są odcięci od południowców i pobratymców ze Wschodu. Na chwilę zapadła cisza. Mirle przysunęła się bliżej Raya, szczelniej owijając się kocem. Wraz z nadejściem nocy, na łąki opadł chłód. Alan cisnął patyk w płomienie, ogień zasyczał, strzeliły iskry. Na jego drodze stanęła kolejna przeszkoda. Zacisnął usta, zły, że zaczął rozmowę. Po chwili spojrzał na dwójkę
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Czapla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…