Wróć do katalogu

Wszystkie barwy tęczy

miało być opowiadanie, a wyszła minipowieść albo nowela - jak kto woli.

bartek zalewski, opublikowano , 5 godz. 32 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

WSZYSTKIE BARWY TĘCZY

Mosina, 23.10.2006 r. - 15.02.2010 r.

1.

Jest taka chwila, tuż po przebudzeniu, która określa jaki będzie przyszły dzień. To ulotny moment, jak przebłysk myśli czy narodziny idei. Powoli umysł budzi się do życia, jeszcze gdzieś w zakamarkach jaźni tli się sen, a ty już wiesz, czy będzie to dzień udany czy nie. Właśnie teraz, przez ułamek sekundy decyduje się to, czy najbliższe godziny będą przyjemne, czy tylko pasmem nieszczęść i piętrzących się trudności. Marta wybudzała się powoli, jej umysł podpływał do świadomej egzystencji jakby opuszczał mgłę na oceanie. Jeszcze bodźce reagowały ospale, a to co rejestrowały, mózg przetwarzał na najwolniejszych obrotach jakie tylko można sobie wyobrazić. Jakieś pojedyncze, oderwane na pozór od siebie retrospekcje pojawiały się w jej głowie, przypominając cały poprzedni dzień i noc. Obrazy przemykały znienacka i jakby nie na temat. „Ależ miałam dziwne sny” - pomyślała i uśmiechnęła się w duszy na przypomnienie co poniektórych epizodów. Najpierw gdzieś tam za mgłą ujrzała siebie jak tańczy na stole w takt szalonej muzyki, potem ciemność i kolejna scena już w jej łóżku, ale nie sama, o nie! Na przypomnienie tej części snu, uśmiech wyrwał jej się pełną piersią i westchnęła z tęsknotą. No tak! Trudno się dziwić, że ma takie marzenia, skoro już od dość dawna się z nikim nie kochała. Te zmiany w firmie powodowały, że brakło czasu na sen i wypoczynek, a gdzie by tu myśleć o jakichś numerkach… Ale warto było! Dostała samodzielny dział do kierowania i ekipę pracowników. Ciężko pracowała przez dwa lata na ten sukces, ale nareszcie się doczekała. Wczoraj oficjalnie zostało to ogłoszone. I w pracy rozpętała się mała, spontanicznie zainicjowana bibka. Co tam mała! Z każdą mijającą godziną i każdą wypitą flaszką rozrastała się niczym kula śnieżna. Jeszcze raz Marta przypomniała sobie te gratulacje i fety na jej cześć, wznoszone przez szefów i koleżanki w pracy! Tak, popili na potęgę. Ale przecież po takim okresie stresu, trzeba było odreagować. I nawet Kamil - ten wstrętny, obrzydliwy, męski szowinista uściskał ją i prawie wydało się to szczere. No, z Kamilem to darła koty od zawsze. Gdy tylko pierwszy dzień w pracy spotkali się przy automacie z kawą i zagadali do siebie, poczuli niczym nie dającą się wyjaśnić bezinteresowną niechęć, która z czasem przeradzać się zaczęła w otwartą wrogość. Ich wzajemna rywalizacja, z początku zdrowa jak konkurencja, po pewnym czasie stała się chorobliwą, wypaczoną ambicją i przynosiła więcej szkody niż pożytku im samym. Więc w końcu zawarli nie pisany i nie mówiony pakt o nieagresji i tylko z dala powarkiwali na siebie po kątach. W końcu ciężka praca Marty została dostrzeżona i dostała upragniony awans. Czekała na to od lat. Już w szkole wiedziała, że musi być najlepsza i parła do przodu niczym rozpędzony czołg. Wszystkie środki były dobre, byle tylko dotrzeć do celu. Nie dziwota więc, że przyjaciół wokół niej nie było, bo tacy jak ona wzbudzali zazdrość i strach. Ale wrogów niszczyła lub omijała zręcznie przez lata liceum i studiów. Koleżanek nie miewała, bo jej zazdrościły wiedzy i urody, zdziry jedne! A faceci tylko przeszkadzali w karierze, czasem spędzała noc lub kilka z jednym, a potem puszczała delikwenta na tratwie w dal! Jedyne do czego się nadawali to do seksu, a i to nie zawsze. Jako zdolna projektantka wnętrz szybko dorobiła się mieszkania i niezłego samochodu. Firma, która ją zatrudniła też na tym korzystała. I to jak jeszcze! Klienci rozchwytywali ją, bo miała niewiarygodne szczęście do gwiazd i bogatych zleceniodawców. Gdzieś tam głęboko marzyła, że kiedyś otworzy własny interes, ale na razie pracowała tam gdzie pracowała. Z każdą chwilą Marta przytomniała. Sen odpływał w dal niczym wyspa spokojności. W ustach czuła delikatną suchość, co niedwuznacznie oznaczało kaca. Pierwszą świadomą myślą Marty było to, że świat od dziś piękniejszy jakby. Druga natomiast zgrzytnęła w głowie jak nóż po metalowym blacie: była całkowicie naga pod kołdrą! Fakt, nie pamiętała jak się rozbierała do snu. Co tam snu! Nie pamiętała nawet jak dotarła pod drzwi swego mieszkania. Musiał jej się urwać film! Ale przecież nic dziwnego - po takiej balandze? Wszystko to nic, głupstwo. Najważniejsze, że poranek zdaje się być wyjątkowo przyjemny. I o dziwo, pomimo tego ciężkiego okresu i wczorajszej popijawy czuła się dziś nadzwyczaj odprężona i wyluzowana. Całkiem jak po dobrym, intensywnym seksie… Marta wciągnęła głęboko powietrze do płuc, by wypchnąć z trzewi wszelkie ponocne zaległości. Wyciągnęła ręce i przeciągnęła się zdrowo jak kotka. Nawet zamruczała jak ona. I nagle, całkiem nieoczekiwanie jej dłoń natknęła się na coś ciepłego i włochatego. Odwróciła gwałtownie twarz i zobaczyła, że łóżko dzieli z nią ktoś jeszcze. Ten ktoś cichutko pochrapywał przez lekko uchylone usta, co uświadomiła sobie z odrobiną zdziwienia, bo aż do teraz nie zdawała sobie z tego dźwięku sprawy. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pewne na pozór oderwane i bezsensowne obrazy zaczęły jej się układać w logiczną całość. I co gorsza - to nie był sen! Te nocne szaleństwa nagle stały się odległym, mrocznym; ale jednak wspomnieniem rzeczywistości, a nie sennego marzenia, jak się jej dotychczas wydawało. I pewnie to, co przypomniała sobie z tych nielicznych fragmentów imprezy w biurze, też miało miejsce w rzeczywistości. „ Ale odleciałam” - pomyślała gorzko. Zaczęła powoli się odwracać w stronę uśpionego kochanka, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. „Kto to jest?” - Ta jedna myśl zaczęła ją nurtować jak nie wiem co. Facet był odwrócony do niej plecami tak, że nie widziała twarzy, ale coś dziwnie znajomego kryło się w zarysie czaszki, no i te uszy! Już gdzieś je widziała, tylko u kogo? Delikatnie się uniosła na rękach i usiłowała zaglądnąć przez ramię na śpiącego. Powoli zarysowywać się poczęła twarz nieznajomego, chociaż tylko z profilu. Ale Marcie wystarczył tylko rzut oka i nagle zrobiło jej się nieznośnie duszno. „To nie może być prawda!” Przerażenie pochwyciło ją za serce i trzymało w mocnym uścisku. Żołądek ścisnęło coś paskudnego i zaczęło ja mdlić na samą myśl z kim spędziła ubiegłą noc. „To niemożliwe!” W jednej chwili wszystkie przyjemne doznania czmychnęły jak spłoszone ptactwo. „A jednak było przyjemnie” - gdzieś bez jej woli zakołatała w głowie myśl. „Boże! Co za syf!” - Dorwał się rozsądek i pogonił wszystkie lubieżne skojarzenia. Marta powoli, cichutko, by nie zbudzić broń boże delikwenta, zaczęła wypełzać z pościeli. Nagie ciało owionął chłód, ale tylko ją to pobudziło do szybszego działania. Kiedy już znalazła się na dywanie, to błyskawicznie narzuciła na siebie szlafrok i, co wydało jej samej się lekko głupkowate, otuliła się nim szczelnie aż po szyję. „Pewnie, przecież nagiej to on cię nie widział.” - Przemknęła przez głowę ironiczna myśl. Ale teraz to jakoś nie chciała pokazywać mu się w tym negliżu. W ogóle nie chciała go widzieć, ale przecież to jej mieszkanie, więc musiała tu zostać. „I co teraz?” Obudzić go, czy nie? Pomału uczuciem dominującym stawała się galopująca panika, która powoli, nieubłaganie pełzła ku górze i stawała gulą w gardle. „Co się do diabła wczoraj wydarzyło, żebym poszła do łóżka i to właśnie z nim?” Mężczyzna chyba podświadomie wyczuł, że jest sam w posłaniu, albo że obserwują go intensywnie czyjeś napastliwie oczy, bo wyraźnie zaczął się wybudzać. Powoli otworzył oczy, odwrócił głowę i napotkał spojrzenie pełne mieszaniny złości, strachu i wątpliwości. W jego źrenicach zamigotały iskierki i ledwie zauważalnie się uśmiechnął. „A to drań! Jeszcze się naśmiewa ze mnie!” - Marta prowadziła dalej bezgłośny monolog wewnątrz siebie. Tymczasem on wrócił do rzeczywistości i rzekł całkiem miłym głosem: - Dzień dobry! Martą wstrząsnął dreszcz na dźwięk słów. - Dobry? A co w nim kurna, dobrego? Jeśli miał nadzieję na ciepły, przytulny poranek, to teraz przekonał się, że nic z tego. - Mam nadzieję, że to był typowy gwałt pod wpływem alkoholu - Marta dalej atakowała. - Gwałt? - Aż się uniósł na łokciu na te słowa. - Chyba, że z twojej strony. Bierna raczej nie byłaś… - Kamil, ja nic nie pamiętam! - I wcale się nie dziwię. Tyle wódy na raz! - Powiedz mi, co się stało? - Od początku? - Nie, tylko jak się tu znalazłam! - Przywiozłem cię taksówką i próbowałem położyć spać, ale w ciebie wstąpił demon. Próbowałem cię powstrzymać, lecz ja także wypiłem, no i stało się…. - Stało się?! Tylko tyle? - W Marcie furia osiągnęła apogeum. Kamil gramolić począł się z łóżka. Przez chwilę Marta chciała się na niego rzucić, ale powstrzymała się na widok nagości chłopaka. „A więc to prawda! On też spał całkiem goły!” - Mam nadzieję, że się zabezpieczyłeś?! Kamil stanął przed nią w całej okazałości. Marta skonstatowała z wielkim zdziwieniem, że nie budzi w niej fizycznej odrazy, był zbudowany całkiem nieźle jak na faceta, a znała się na tym cokolwiek. Sypiała już z gorszymi kochankami, tak pod względem fizycznym jak i mentalnym. - Prawdę mówiąc, nie było czasu… - O czym ty, do cholery mówisz?! - O zabezpieczeniu… - Chcesz powiedzieć, że mnie przeleciałeś na żywca?! - Przeleciałeś? - W jego głosie pojawiła się niechęć i odraza. - Nie był to jednostronny seks Marta! Sprawiałaś wrażenie zadowolonej… - Akurat! Kamil zaczął się ubierać. W tym celu rozpoczął wędrówkę po sypialni w poszukiwaniu części garderoby. Leżały na podłodze, znacząc szlak prawie od samych drzwi wejściowych. I to nie tylko jego, jej różne kobiece fatałaszki i akcesoria też tam się znajdowały, co by nawet zgadzało się z wersją, którą jej podał. „Ale ze mnie głupia, napalona idiotka!” Kiedy już w stopniu dostatecznym skompletował ubranie i skończył się ubierać, odwrócił się do niej i rzekł: - Słuchaj… Przepraszam, ale naprawdę sprawiałaś wrażenie, że wiesz co robisz… - A pewnie, babka się upija, a ty myślisz, że działa rozsądnie pod wpływem alkoholu! - Może i masz rację. Szkoda, że tak to postrzegasz, ale stało się i już tego nie zmienisz. W końcu jesteś dorosła! Marta w odpowiedzi tylko prychnęła jak rozzłoszczona kotka. Kamil sprawiał wrażenie zbitego psiaka, ale szybko się pozbierał. - Słuchaj! Jeśli chodzi o to wydarzenie, to możesz być całkiem spokojna, chociaż nie użyłem prezerwatywy… Marta machnęła ręką nie chcąc dalej tego ciągnąć. - Powiedz mi tylko, gdzie mój samochód? - Pod budynkiem firmy. I jeszcze to! Będzie musiała dziś pojechać po auto. „Cholera, co za dzień!” - Wiesz co? Idź już sobie! Kamil przystanął na chwilę i zrobił ruch jakby chciał ją objąć, lecz Marta podniosła w obronnym geście obie dłonie. - Jak chcesz. - W jego głosie czuć było wyraźną urazę. - Ale powiem ci, szkoda Marta… - Czego? - Nic, już nic… Po chwili już go nie było w mieszkaniu. Dopiero teraz Marta przysiadła na brzeżku łóżka i łzy pociekły wartką strugą po twarzy. Co za upokorzenie! Z jednej strony świetny awans, a z drugiej coś takiego! Pewnie los jej to zafundował tak dla równowagi. No nic, nie bolała nad faktem, że spała z facetem tylko, że to był on - Kamil. W zasadzie, to nic wielkiego się nie stało. Tylko tak dziwnie gorzko w ustach… Że też ze wszystkich szaleństw musiała popełnić to jedno akurat z nim! Jest silna, jakoś da sobie radę, ale te kolejne dni w biurze będą mordęgą, to pewne. Udała się do łazienki, wzięła prysznic, który ją doprowadził do równowagi psychicznej, machnęła delikatny makijaż ( w końcu to sobota i nie musi iść do pracy ) i ubrała się. Zaparzyła sobie kawy i na poczekaniu wychyliła dwie filiżanki. Tak po prawdzie, to chętnie by zapaliła, ale przecież rzuciła to cholerstwo jakiś czas temu. Nawet nie miała jednego papierosa, więc tylko spłukała chęć nikotyny kolejną dawką kawy. Kofeina zatańczyła w żyłach i pobudziła komórki do myślenia. Auto! Trzeba pojechać po nie do firmy. Nie miała ochoty tłuc się autobusami miejskimi, więc zadzwoniła po taryfę. Odczekała kwadrans i na głośny klakson za oknem, narzuciła płaszcz, wzięła torebkę i już była w taksówce. Podała adres kierowcy i rozparła się na tylnym siedzeniu. Myśli popłynęły gdzieś dalej, umysł w geście obronnym szukał jakichś pozytywnych stron tej sytuacji. Popełniła piramidalne głupstwo, ale to jeszcze nie koniec świata. Musi tylko się wziąć w garść i zabrać ostro do pracy. Kilka dni i zapomni o tym incydencie. Jak wpadnie w wir zajęć, to przestanie być dla niej takie straszne. A przecież zajęć jej nie zabraknie, o nie! Jest w końcu teraz szefową całego działu, będzie musiała pilnować mnóstwa rzeczy, bo przecież ci jej współpracownicy, pożal się boże niemoty. Wszystkiego będzie musiała dopilnować sama, tyle projektów spadnie na nią, tyle rzeczy do obgadania, tyle poprawek do naniesienia, tyle spraw do załatwienia. Ale ona to lubi. Taki jest jej świat. Uporządkowany, pracowity, bogaty w spotkania i projekty do nakreślenia. Świetnie dawała sobie radę! I dlatego dostała awans. Doceniono jej umiejętności i jej zalety. W gruncie rzeczy wiedziała, była o tym przekonana, że sukces jej jest przypisany jak katar do nosa. Jak się ciężko pracuje, to profity same do człowieka przychodzą. Była tego pewna. Mierziły ją ciągłe utyskiwania i narzekania znajomych. Za mało wkładali wysiłku w to co robią. I nic poza tym. Wystarczy trochę większe zaangażowanie i cię zauważą. Wszędzie. Nieważne, czy jesteś dyrektorem czy kasjerem w markecie. Taką miała filozofię życiową i już. I co najważniejsze, to się sprawdzało. Przynajmniej w jej przypadku. Dla niej cała reszta świata to i tak tło, o tyle użyteczne jeśli mogła je dla siebie wykorzystać. Otoczenie należało ugniatać dla własnych potrzeb, a gdy się nie udawało, to trzeba jak najszybciej ominąć takie nieprzyjazne środowisko. To był jej sposób na życie, sposób na karierę, sposób na wszystko. Wzrastała w przekonaniu, że dopóki człowiek jest asertywny, nawet za wszelką cenę, to można wybaczyć każdą podłość, byle tylko być na wierzchu. Nie tolerowała przegranych złamasów, byli nic nie warci. Nie sprawdzili się. Dla niej bez żadnej wartości: ani się nie dało ich wykorzystać, ani tym bardziej naśladować. To jej pojmowanie definicji asertywności także było znamienne i typowe dla wyścigu szczurów, w którym z taką lubością uczestniczyła przez całe niemal swoje dotychczasowe życie… Nawet nie zauważyła jak dotarli pod budynek firmy. Zapłaciła kierowcy i na lekko drżących nogach podeszła do drzwi wejściowych. Co prawda była dziś sobota, ale ochrona nie zamknęła ich na amen. Często ktoś pracował po godzinach, choć pewnie teraz to nikt nie był wstanie na niczym się skupić. I dobrze, bo strach pomyśleć ile by trzeba nanieść poprawek po takiej pracy. Do jakiegokolwiek projektu. Siedziba firmy mieściła się na trzecim piętrze. Pamiętała, że kiedyś były to tylko dwa pokoje, z czasem rozpełzli się po piętrze jak grzyb, wyparli kilka innych firm, przejęli ich biura, zawładnęli kondygnacją. Jeszcze trochę i pewnie będą musieli przenieść kilka oddziałów na inne piętro. Marta była dumna z tego, gdyż całkowicie zdawała sobie sprawę, że i jej wkład w rozwój miał przełożenie na to, jak wielka to była firma. Że część jej harówy, i to ogromna jej część, to jej zasługa. Na razie starczała świadomość, że ją doceniają. W taki czy inny sposób. Na razie… Ale gdzieś tam w najgłębszych pokładach ambicji tlił się zalążek ognia, pragnienia wypłynięcia na szersze wody. Ale na to przyjdzie jeszcze czas. Trzeba poczekać, grunt to cierpliwość. A ona potrafiła czekać i przygotowywać się do dalszych posunięć. Marta wysiadła z windy i przeszła korytarzem pod wejście na piętro. Oczom ukazał się widok, który tylko w przybliżeniu mówił, co się tutaj wczoraj działo. Sprzątaczki jeszcze się nie uporały z tym bałaganem. Wszędzie pełno było pustych butelek, kubków i najprzeróżniejszych gadżetów imprezowych. Istne pobojowisko. Tu i ówdzie walały się części garderoby - można było tylko zgadywać w jakich okolicznościach właściciele tych rzeczy się ich pozbyli. Jakieś zapalniczki, szminki, zmięte paczki papierosów; ale również wciśnięty w kanapie staniczek, pończoszki, pojedyncze pantofelki, aż strach pomyśleć, co się walało na dywanie. W sali konferencyjnej wielki stół, przy którym zawsze toczyli spory na tematy projektów, był zawalony talerzami, resztką kanapek i zagryzek, poprzewracanymi butelkami i kubkami. Marta stała zniesmaczona w drzwiach i z narastającą odrazą kontemplowała ten dowód balangi. W sumie, po co to wszystko ogląda? Przecież miała wziąć auto z parkingu, niepotrzebnie tu przychodziła. Zrobiła to bezwiednie, odruchowo jak koń w kieracie, nogi same się skierowały do biura choć to sobota, dzień wolny. Za chwilę przyjdzie ekipa sprzątająca i uprzątnie ten bajzel, a w poniedziałek rozpocznie się kolejny dzień pracy. I tylko w pamięci pozostaną jakieś strzępki, z czasem na przypomnienie będzie się uśmiechać. Była tego pewna… Postanowiła wrócić do domu i jakoś poukładać resztę skołatanej duszy. W końcu to tylko kac moralny po nocy spędzonej z kimś takim jak Kamil. Wszystkie nieprzyjemne i złe rzeczy prędzej czy później wychodzą na dobre, chociażby w formie doświadczeń, które da się wykorzystać jako źródło nauki i wsparcia. „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” - przemknęło przez głowę Marcie zasłyszane dawno temu powiedzenie. Odwróciła się od tego rozgardiaszu i w tej samej chwili otwarły się drzwi z łoskotem i do holu wtargnęła z impetem koleżanka z innego działu. - O, cześć! Agnieszka wyglądała jak półtora nieszczęścia, widać że i ona miała całkiem udaną noc; cokolwiek robiła, wyczerpało to jej siły na tyle, że rano bardziej przypominała zombi niż człowieka. - Witaj - Marta przypatrywała się przybyłej z delikatnym zainteresowaniem i niejaką radochą, bo przecież ona aż tak źle się nie prezentowała tuż po przybyciu. - Ależ wczoraj daliśmy czadu! - Agnieszka gestem ręki ogarnęła ten swoisty pejzaż. Marta tylko mruknęła coś w odpowiedzi. Nie znała zbyt dobrze Agnieszki, która szefowała działowi zieleni i miały ze sobą tylko sporadyczne kontakty. Tak naprawdę, to ograniczały się do zdawkowych pozdrowień i krótkich, rzeczowych wypowiedzi podczas nielicznych spotkań w sprawach firmy. Czasem pracowały nad tym samym projektem. I tyle. Agnieszka zaczęła kurs po biurze i wyławiała, co rusz jakiś drobiazg czy bibelot ze zręcznością, która wskazywała, że robiła to nie po raz pierwszy. Dotychczas Marta omijała szerokim łukiem wszelkie imprezy firmowe, raz dla tego, że uważała to za najzwyklejszą stratę czasu, dwa - bo nie miała tu przyjaciół. Tak naprawdę to nawet nikt jej nie zapraszał, a ona nigdy nie zabiegała o tego rodzaju znajomości. W jej przekonaniu nic dobrego z tego nie wynikało, przysporzyć mogło tylko kłopotów i niepotrzebnych efektów ubocznych w postaci różnych takich wstydliwych wydarzeń. To podobno po takiej popijawie Kamil się rozwiódł… „A skąd mi to przyszło na myśl?” - Marta w duchu ofuknęła się. „Cholera jasna, jeszcze ta sprawa z Kamilem” - druga konkluzja wprawiła ją w jeszcze gorszy humor. Tymczasem Agnieszka zakończyła gromadzenie zagubionych drobiazgów i stanąwszy przed Martą rzekła: - Ale z ciebie ziółko! - Co proszę? - Nie udawaj! Na co dzień zimna, niedostępna zdzira, a wystarczyło parę kropel gorzały i oto stajesz się… - Kim się staję? - Spokój w głosie Marty przypominał odgłos deptanego szkła. - Nie gadaj! Nic nie pamiętasz? A ten taniec na stole, w konferencyjnym?! Marta teraz przypomniała sobie, że o czymś takim śniła wczoraj w tym pijackim śnie pełnym zwidów i nieprawdopodobnych zdarzeń. A więc nie wszystko to było snem? A co jeśli wszystko, ale to absolutnie wszystko jest prawdą? A Agnieszka, jakby znajdując w tym szczególną przyjemność trajkotała dalej: - A powiedz mi, jak tam Kamil? - Co Kamil?! - Marta miała dość tej pogadanki. - Tylko nie udawaj niewiniątka! Zarwałaś najfajniejszego faceta. Dobry jest? Marta aż się zachłysnęła oburzeniem. - Dobry?! A w czym? - No nie mów, że do niczego nie doszło! No powiedz, jaki jest w łóżku? - A skąd mam wiedzieć? - Na przypomnienie wydarzeń ubiegłej nocy, nagły przypływ krwi oblał jej twarz gorącą falą. Agnieszka popatrzyła na Martę uważnie i po chwili wydęła wargi w ironicznym grymasie. - Jak nie chcesz, to nie mów. - Nie zadaję się z takimi facetami - nie wiadomo dlaczego, ale Marta uważała za stosowne się tłumaczyć. - Ależ tak, to jasne - Agnieszka przybrała swój głos szczyptą złośliwości. - Ty się nie zadajesz z nikim! Marcie jakby ktoś wymierzył policzek. Tym dotkliwszy, że przecież prawdziwy. - A co ci się w nim nie podoba? - Wszystko! A najbardziej to, że zawiódł kobietę… - Kobietę? Bo się z nim rozwiodła?! - Bo go przyłapała na zdradzie! - Marta prawie to wykrzyczała. Agnieszka popatrzyła na swoją rozmówczynię z wyraźnym pobłażaniem. - Nic o nim nie wiesz! Marta wzruszyła ramionami: - I nie chcę wiedzieć. - To dobrze. Jest dla ciebie za dobry. Nie zasługujesz na niego. Po czym odwróciła się i wyszła z biura. Marta została sama. Cała ta rozmowa rozdrażniła ją jeszcze bardziej. Ale jeśli się dobrze zastanowić, to była kontynuacja kiepskiej passy w tę sobotę. Miała tylko nadzieję, że gorzej już być nie mogło. Postanowiła wreszcie pójść do samochodu i pojechać do domu albo inne miłe miejsce, które spowoduje, że zapomni o tej nocy i tym poranku. W drzwiach rozminęła się z pracownikami firmy sprzątającej, ale wymieniła z nimi tylko zdawkowe „dzień dobry”. Tacy ludzie dla niej nie istnieli, przynajmniej nie jako partnerzy do rozmów. W mniemaniu Marty niektórzy ludzie byli stworzeni na służbę innym. Skoro nie starczyło im cierpliwości i samozaparcia do nauki i nie mieli żadnych talentów, które da się zamienić na pieniądze, to jedyne co mogli zrobić to nająć się do czynności serwisowych. Ta pogarda maluczkich to część jej filozofii życiowej. Sens wszystkiego co robiła. Jeszcze się nikomu nie śniło w Polsce o ruchu yuppies, a ona już była przygotowana mentalnie na przyjęcie tej swoistej religii. Kiedy dorosła, dała się wchłonąć temu stylowi życia. Podczas tych kilkunastu lat dorastania i nauki przymierzała kolejne hasła jak ciuchy i w końcu zaakceptowała, że kariera i pogoń za zyskiem, to jest to, co jej odpowiada najbardziej. Paradoksalnie Marta przeobraziła się w koszmarne połączenie kołtuńskiej mentalności katolika i osoby wyzwolonej. Bo przy całym tym gonieniu za pieniądzem, pozostała w głębi osobą głęboko osadzoną w korzeniach małomiasteczkowej społeczności. Bo z jednej strony seks przedmałżeński, a z drugiej oburzenie na zdradę małżeńską i dziwnie w tych okolicznościach brzmiąca maksyma, że jednak model rodziny to matka, ojciec, dzieci i te wszystkie trywialności dnia codziennego, z którymi się boryka świetna większość ludzi, a którymi tak głęboko Marta pogardza. Marta doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nic od rodziców nie dostanie jeśli będzie żyła w nieformalnym związku i choć tak naprawdę niczego nie potrzebowała, to jednak gdzieś tkwił w niej żal, że mogłoby się to wszystko zmarnować. Wszystko, co zgromadzili jej rodzice. Już dawno się pogodziła z faktem, że ma podwójną moralność, ale mieściło się to w granicach jej skali tolerancji dla samej siebie. Wybielała przed samą sobą swe wady, usprawiedliwiała każdą podłość lub tłumaczyła sobie, że inni też tak robią. W gruncie rzeczy wszystko dało się usprawiedliwić moralnością Kalego. Za wszelką cenę starała znaleźć swoje miejsce w tym świecie, wmawiała sobie, że musi być tak samo drapieżna i bezwzględna jak wszyscy dookoła, bo tylko wtedy coś osiągnie. Bo tylko wtedy do czegoś dojdzie. Bo tylko wtedy będzie szanowana. Choćby był to szacunek poprzez strach. Wady przekształciła w zalety, zalety wypchnęła na obrzeża charakteru i tak uzbrojona ruszyła na podbój świata. I doszła aż tutaj. Wszystko, co osiągnęła zawdzięcza sobie, swym zdolnościom i determinacji. Odwróciła skalę wartości i tak długo ją zmieniała, aż pasowała do stylu jej postępowania. Od tego momentu wszystko zaczęło się układać według jej oczekiwań. A nawet jeśli coś szło nie po myśli, to wystarczyło lekko wyskalować hierarchię wartości i było dobrze. Zachowaniem Marty kierowała prosta zasada: jeśli się nie dało czegoś zaakceptować, to należało to obejść lub zignorować. Dotarła wreszcie na parking i wyciągnąwszy kluczyki z torebki podeszła do swego nissana. Zapaliła silnik i z gracją, która cechuje tylko kobiety za kółkiem, odjechała w kierunku mieszkania. Ruch w mieście był minimalny, sobota to czas rodzinnych nasiadówek. Być może później, po południu niektórzy wyruszą na zakupy szlakiem marketów, ale teraz jeszcze albo spali, albo dopijali spóźnioną poranną kawę po śniadaniu. W tempie szybszym niż zwykle Marta dotarła do domu. Dla odmiany zaparzyła sobie herbaty i po wypiciu kilku łyków, co wpłynęło na nią niezwykle kojąco, zaczęła sprzątać mieszkanie. Rytuał ten pozostał jej jako dziedzictwo po mieszkaniu z rodzicami. Sobotnie porządki, to było coś więcej niż tylko obowiązek, to był uświęcony od wieków obrządek, który scalał ze sobą rodzinę w weekend. Choć wtedy tak się na te dni wolnego jeszcze nie mówiło. Te przekomarzania się domowników, te śmiechy i kpiny, dowcipy i poważne rozmowy w trakcie czynności, które miały na celu doprowadzić dom do stanu przyzwoitości budziły w Marcie tęskne westchnienia. To były wspaniałe czasy. Mama krzątała się w kuchni i zawsze pichciła coś pysznego na niedzielny obiad z obowiązkowym ciastem do kawy, a ojciec naprawiał wszystkie usterki jakie się wydarzyły w ciągu tygodnia, a na które nie było czasu na co dzień. Był czas na opowieści co w pracy, co w szkole. Był czas na telefony do znajomych i rodziny. Marta nie raz uświadamiała sobie, że wbrew temu, iż coraz więcej środków jest po temu, by być bliżej siebie ( te wszystkie komórki, maile ), każdy ma samochód, w końcu wszędzie stacjonarny telefon, to tak naprawdę oddaliliśmy się od siebie dalej i skuteczniej niż kiedyś to bywało. Teraz, pomimo możliwości kontaktowania się ze sobą niemal w każdych warunkach, nie starczało czasu i chęci. Im bliżej technika nas łączyła, tym dalej odsuwała nasza nieufność i zmęczenie. Po ciężkim dniu Marta jakoś nie miała ochoty jeszcze dowiadywać się, że u znajomych ( tych nielicznych, których miała) czy rodziców jest równie źle czy ciężko. Nie chciała innym przekazywać swych frustracji, ale co ważniejsze ona sama nie miała najmniejszej ochoty angażować się w problemy innych, nawet swoich rodziców. No bo skoro nie dzwonią, to znaczy, że wszystko w porządku. Tak myśleć było znacznie wygodniej niż przekonać się czy tak jest rzeczywiście. Ograniczała się do zdawkowych esemesów lub krótkich, coniedzielnych telefonów do rodziców. Czasem, od wielkiego święta odwiedzała swój rodzinny dom, natomiast rodzice u niej nie byli już od bardzo dawna. Co zresztą jej specjalnie nie przeszkadzało. Nie wszystko mogłoby przypaść do gustu starym, a tak byli nieświadomi pewnych rzeczy, wiadomo: czego oczy nie widzą… Na sprzątaniu i rozmyślaniu o dawnych czasach Marcie minął niezły kawałek soboty. Potem się zdrzemnęła, bo noc nie sprzyjała wypoczynkowi, jak się okazało.

2.

Przez kilka następnych dni życie nabrało tempa tak potwornego, że ledwie się budziła, to już był czas na sen. Sypiała krótko, ale intensywnie. Ale dział, któremu teraz przewodziła zaczynał z wolna nabierać takiego kształtu jakiego sobie życzyła. Miała pod sobą cztery osoby, w tym jedną stażystkę. Już na początku wyłożyła im swoje cele i zadania, które ich czekają. Nikt jednak nie zgłaszał swoich obiekcji, więc zagnała wszystkich do tytanicznej pracy. Sama też się nie oszczędzała, pierwsza była w biurze i ostatnia gasiła światła. Zapomniała o tej całej historii z Kamilem. Jeśli była obiektem drwin lub jakiegoś niezdrowego zainteresowania z związku z tą imprezą, to z daleka, bo do niej nie docierał żaden głos. Zresztą specjalnie jej to nie interesowało. Miała pełne ręce roboty. Najpierw rozpoznała swych współpracowników i porozdzielała zakres prac według umiejętności i zaangażowania. Pod jej fachowym okiem wszystkie zlecenia były realizowane w terminie. Szef zostawił jej wolną rękę jak się obchodziła z pracownikami. Wiedziała, że dopóki nikt z klientów się nie skarży, dyrekcja nie będzie ingerować w jej styl zarządzania. Podwładnych trzymała na dystans, ale starała się sprawiedliwie rozdzielać pochwały i zachęty, adekwatnie do tego co robili. W zasadzie bez większych zgrzytów zespół wdrożył się w tryby machiny i pomału zaczynała zauważać, że coraz mniej wymagało tego, by osobiście musiała nadzorować prace. Mogła sobie czasem pozwolić na wypad na przerwę obiadową do miasta, a przerwy na kawę nie musiały być parosekundowe. Niepostrzeżenie zaczynała dostrzegać wszystkie te przyjemne aspekty bycia szefową. Co prawda, nie zapomniała, że jeszcze nie tak dawno ona sama ślęczała nad deskami kreślarskimi i przy programach komputerowych, ale już wystarczyło teraz, że od czasu do czasu tylko dyskretnie poprawiła ten czy inny detal. Wystarczał czasem jakiś gest czy ostrożna uwaga i natychmiast nanoszono korekty. Była z siebie w pełni zadowolona. Tym bardziej, że podwładni wykazywali nie tylko chęć do nauki, ale sami także przejawiali niezwykłą kreatywność tak, że mnóstwo ich pomysłów realizowano bez zmrużenia okiem. To też dawało im poczucie, że uczestniczą w tworzeniu, a nie tylko ślepo wykonują czyjeś polecenia. Potrafiła ich słuchać i to dawało im pewność, że cokolwiek powiedzą, ona to przemyśli. A, że wiele z tych pomysłów było naprawdę niezłych, to dlaczegóżby nie zrealizować tego? Pomimo tego, że każde z nich pracowało nad innym projektem, to pomagali sobie nawzajem i radzili się jedni drugich w kwestiach dla siebie niezrozumiałych lub tam, gdzie umiejętności były mówiąc oględnie - za krótkie. A ona nad tym wszystkim czuwała i interweniowała w naprawdę poważnych sprawach. Starała się być dla swych podwładnych przełożonym surowym i wymagającym, ale również pokazywać, że ich ceni i lubi jak puszczają wodze fantazji, bo to tak naprawdę działało na korzyść wszystkich. Oczywiście nie pozwalała przekraczać pewnych granic, to w końcu ona tu była szefem działu, ale jednocześnie dla każdego miała czas i wysłuchała tego, co miał do powiedzenia. Dzięki temu osiągnęła to, że załoga pracowała w zgodzie i w tempie jaki pozwalał kończyć prace na czas. I tak mijały kolejne tygodnie. Któregoś ranka przy automacie z kawą spotkała swoja stażystkę, Julię. Wymieniły standardowe grzeczności, ale Marta wyczuła, że dziewczyna jest dziwnie przygaszona i bez humoru. Przypomniała sobie również, że Julia zalega nieznacznie z projektami, nad którymi teraz pracowała. Co prawda opóźnienie nie było poważne, ale nie można było tego tak zostawić. Marta uznała, że delikatna interwencja nie zaszkodzi. - Jak tam? Wszystko gra? Julia wybełkotała coś na kształt potwierdzenia do kubka z kawą. Ale wzrok wbiła gdzieś w dolne partie swych nóg. - A co ze zleceniem profesora Zawiły? Julka przez chwilę stała nieruchomo jakby nie dosłyszała pytania. - Julia? - Słucham? - Dziewczyna sprawiała wrażenie nie do końca obudzonej. - Pytam o profesora Zawiłę. Skończyłaś już ten jego salon? - Prawie… - Prawie? Słuchaj Julia, terminy mamy napięte. - Wiem, robię co mogę - w głosie stażystki pobrzmiewały nuty płaczu. - Dzisiaj dokończę. - To dobrze. Julia się odwróciła na pięcie i poszła do sali, w której wszyscy pracowali. Przez dłuższą chwilę Marta odprowadzała ją wzrokiem z uczuciem, że jednak coś jest nie tak! Po czym sama się udała do swego gabinetu. Klitka co prawda mieściła z trudem biurko, parę szaf i regałów oraz krzesło dla interesanta, ale była jej własna! Miała samodzielne biuro, choć nie był to szczyt marzeń. Przechodząc obok sali, gdzie cztery głowy zgodnie wpatrywały się w swoje wykresy wyłowiła okiem tego, którego zamierzała poprosić do swego gabinetu. Mariusz, jej cichy pupilek, z zapałem walił w klawiaturę palcami, wydając polecenia programowi z prędkością tylko niewiele mniejszą od światła. Na moment wszyscy przerwali pracę, by jak na komendę zakrzyknąć: - Cześć, szefowa! - Witajcie - jej odpowiedź już poszła w przestrzeń, bo nikt nie czekał na reakcję. Wiedziała dobrze, że tu czas nie był marnotrawiony. W duchu pogratulowała sobie takich współpracowników. - Mariusz! Wejdź proszę do mnie na sekundę. Nie odrywając wzroku od monitora Mariusz odpowiedział pytaniem: - Teraz? Odrobina irytacji przemknęła Marcie przez głowę na ten przejaw niesubordynacji. - Natychmiast! I nie czekając na dalszy ciąg, pokazała reszcie plecy. Jeszcze zanim usiadła w swoim fotelu i postawiła kubek z wystygłą kawą na biurku, to w drzwiach stał już karnie Mariusz z miną przykładnie skruszonego. - Zamknij drzwi! Zamknął. - I usiądź. Usiadł. „Zupełnie jak w wojsku” - pomyślała Marta. - Jak się posuwają prace? Tylko ułamek sekundy zajęło Mariuszowi poskładanie raportu w głowie: - Bartek już się uporał z tym cholernym patio prezesowej, Daria kończy właśnie hol Bartkowiaka, Julia zabrała się do sypialni tych dwojga młodych milionerów, a ja przerabiam po raz nie wiem, który ten pokój dzienny… - Dyrektor Anielewicz znów zmienił zdanie? - Jak tak dalej pójdzie, to nic z tego nie będzie. Co rusz ma inne zachcianki… - Dobra, rzucę na to okiem. - Marta wiedziała, że jak powie Anielewiczowi, iż to jej projekt, on to przyjmie bez zmrużenia powiek. Zapadła cisza. Mariusz siedział przed nią i pytająco uniósł brwi. - Podobno Julia ma jakieś opóźnienie? Odchrząknął, by pokryć swoje zmieszanie i odrzekł: - Drobne problemy. Ale się już uporała z tym. - Naprawdę? - Patrzyła na niego niczym wąż na ptaka, którego zamierza połknąć. Doskonale sobie zdawała sprawę, że choć świetnie im się pracowało, to jednak wszyscy czują przed nią respekt. I właśnie teraz Marta to z premedytacją wykorzystywała: - Jesteś tego pewien? Chłopakowi oczy się rozbiegały jak stadko spłoszonych królików i pobladł nieco na twarzy: - No, ja… Głos mu uwiązł w gardle. „Dobry z niego kumpel” - pomyślała Marta, a głośno rzekła: - Wiem, że Julia ma jakiś kłopot. Wyraźnie mu ulżyło. - Powiedz mi tylko, czy to problem z projektem, czy jakiś prywatny dramat? Ponownie stał się spięty i czujny. - A rozmawiałaś z nią? - Pozwolił sobie na zadanie pytania. - Rozmawiam z tobą! - Ja nic nie wiem - zbyt szybko udzielił tej odpowiedzi. - Wiem tylko, że prywatne sprawy mają wpływ na pracę… - Kłamczuch! - Z zupełną perfidią rzuciła mu to oskarżenie w twarz. - Kto?! Ja? - Tym razem już poszedł na całego. Choć mu to całkiem nie wychodziło, grał rolę niewiniątka, na które ktoś pozwolił sobie puścić obrzydliwie niesłuszne pomówienie. - No dobra, spadaj! Poderwał się ochoczo, co kazało sądzić, że wie niejedno. Jednakże skwapliwie korzysta z możliwości nie mówienia, nie wdając się w dywagacje skąd ten nagły obrót sprawy. Już w drzwiach osadziło go na miejscu władcze: - Mariusz! Odwracał się z determinacją w oczach. - Tak? - Dobry z ciebie kolega… - Dzięki. - Przyślij mi tu Julkę. Otworzył usta jakby zamierzał coś powiedzieć, ale się rozmyślił i rzekł tylko: - Dobrze. I rozpłynął się tak szybko, że nawet nie zdążyła tego sobie uzmysłowić. Szybki uśmiech przemknął jej przez usta. Oto jej szkoła! Imponował jej ten dryg iście wojskowy u podwładnych. Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. - Proszę. Nieśmiało wsunęła się do środka wezwana Julia. Czuła, że szefowa ma do niej pretensje i bała się tej konfrontacji. Wprawdzie nie tak dawno temu rozmawiała z nią na korytarzu, ale jak widać nie przekonała Marty, że panuje nad sytuacją. A do tego najpierw Mariusz poszedł na dywanik, a teraz ona. Julia dobrze wiedziała, że Mariusz ma plecy u szefowej i była przekonana, że rozmowa, która się odbyła przed chwilą dotyczyła właśnie jej. Być może coś tam szepnął, choć nie sądziła Mariusza w ten sposób, ale być może się myliła… W końcu nic o nim nie wiedziała. Ona była tylko na stażu i najbardziej z nich wszystkich zależała od Marty- w każdym aspekcie. A, że zawodziła, to przeczucia nie były dla niej zbyt przyjemne. Znała doskonale opinię jaką się cieszyła Marta i to nagłe wezwanie było dość złowieszcze. Stanęła na środku gabinetu i czekała na pierwszy cios. Marta rozkoszowała się tą chwilą, a później, gdy już jej ego dostatecznie zostało zaspokojone spojrzała na stażystkę i przesadnie uprzejmym tonem głosu zadała pytanie: - Julka, jak tam projekt? - Przecież rano się pytałaś? - Julia drżącym głosem odpowiedziała pytaniem. - Jeśli będę chciała, to pytać cię mogę co chwila? Jasne?! - Tak, przepraszam… - Skrucha w głosie Julii była prawie namacalna. - No więc? - Marta ani na moment nie zamierzała odpuścić. - Mam małe opóźnienie… - To wiem. Ciekawi mnie tylko dlaczego? Wyraźnie zmieszana dziewczyna wbiła wzrok w wykładzinę i zacinając się odrzekła: - Cóż… mam kiepski okres… Źle się czuję. - Jesteś chora? - Nie wiem - wyszeptała zalękniona Julia. Ze sporym zdziwieniem Marta ujrzała jak po policzkach Julii ciekną łzy. Może i była jędzą, ale jednak coś tam w Marcie pozostało jeszcze z tej dziewczyny, która dobrze rozumiała problemy młodych. Sama w końcu nie była aż tak stara. Raptem dobiegała trzydziestki. - Siadaj! Julia posłusznie usiadła, ale mimo usilnych starań, łez nie udało jej się powstrzymać. Marta odchrząknęła i rzekła: - Słuchaj, Julia! To nie moja sprawa i normalnie bym cię nie pytała, ale ten projekt jest dla nas bardzo ważny i wszystko, co ma wpływ na jego realizację nie jest mi obojętne… - Wiem, że cię zawodzę - Julia poprzez płacz wtrąciła zdanie. - Ale… - Nie zawodzisz, tylko nawalasz. I chcę wiedzieć czemu? Niestety, jedyną reakcją był tylko intensywniejszy płacz. Sprawa wydawała się beznadziejna. Marta nauczyła się radzić sobie sama, więc taka otwarta niemoc ją irytowała, ale także; i to ją zdziwiło nawet bardzo, obudziła pewne onieśmielenie i odrobinę współczucia. Poczuła nawet trochę złości na Julię, że wydobyła i obudziła pewne dawno ujarzmione uczucia; uczucia, które jako okazy słabości usunęła w cień. Sięgnęła po pudełko chusteczek i wyciągnęła jedną w kierunku płaczącej. - Dziękuję - wymamrotała Julia. - Weź się w garść! Nie pomogę ci, jeśli nie wiem w czym tkwi problem. W odpowiedzi usłyszała tylko głośne smarkanie. Ale to oznaczało, że udało jej się uspokoić tę histeryczkę. Chociaż odrobinę. - Kiedy nie wiem, od czego zacząć… Marta obawiała się, że jak jej zaproponuje „od początku”, to ugrzęzną w długie tyrady wyjaśnień i dygresji. Na tyle znała usposobienie dzierlatek, by wiedzieć, że tego typu rozmowy mogą się ciągnąć przez nieskończenie długie godziny i nie prowadzić do żadnych konstruktywnych wniosków. - Zacznij od początku - głos Marty był wyprany z wszelkich barw. Julia znęcała się chwilę nad kawałkiem bibuły, który trzymała w rękach. Znać było, że za moment się przełamie. Marta odrobinę się tego obawiała, z ust dziewczyny mogło wychynąć cokolwiek, coś na co nie była przygotowana zupełnie. - Chyba jestem w ciąży! - Z piersi Julii wraz z tym wyznaniem wyrwało się głębokie westchnienie, takie jakie towarzyszy z reguły uwalnianiu wielkich, ciężkich tajemnic. Westchnienie ulgi. - Wielkie nieba! - Marcie wymknęło się stwierdzenie, które niekoniecznie było właściwe.- W ciąży? - No, nie jestem pewna - uściśliła Julia, jakby to miało cokolwiek zmienić. - Okres mi się opóźnia… Marta machnęła lekceważąco ręką: - Mnie się spóźnia ciągle. Teraz też się nie spieszy… - Aż była zdziwiona, że pozwoliła sobie na takie spoufalenie z podwładną. - To wynik stresu. Powiedziała to z takim przekonaniem, że w oczach Julii pojawiły się błyski nadziei. - Byłaś u lekarza? Julia spłonęła rumieńcem: - Nie. - Chyba się nie wstydzisz? - Po prostu się boję tego, co mi może powiedzieć… - No tak, taktyka strusia. - Sąd Marty był bezlitosny. Julia westchnęła głęboko na ten zarzut. - No wiesz, Marta. Po tej imprezie na twoją cześć zaszalałam trochę… „A kto nie?” - Przemknęło Marcie przez głowę. - No i chyba się nie zabezpieczyliśmy - ciągnęła dalej nieświadoma myśli Marty jej podwładna. - Jak duże dzieci - skomentowała Marta, chociaż doskonale pamiętała, że zrobiła dokładnie to samo. Tymczasem Julia intensywnie się nad czymś zastanawiała, co nie uszło uwagi Marty. Przy tym nie opuszczało jej przeświadczenie, że za chwilę usłyszy coś, co jej się z pewnością nie spodoba. W sumie cała ta rozmowa z punktu widzenia Marty była niepotrzebna, ale w efekcie miała pomóc znaleźć problem i go rozwiązać. Więc należało jak najszybciej to zakończyć. Tyle tylko, że Marta nie do końca panowała nad sytuacją, a to zupełnie jej nie odpowiadało. Już na tyle poznała Julię, że mogła się spodziewać wszystkiego. Wszystkiego, na co nie była przygotowana. Marta nienawidziła czegoś takiego. Czekała na rozwój wypadków i to czekanie ją dobijało. - Kupiłam testy ciążowe - Julka wreszcie wykrztusiła z siebie to, co miała do wyksztuszenia. Marta przeczuła; była w zasadzie pewna, że to wyznanie za chwilę będzie dla niej miało kolosalne znaczenie. Przeczucie jej nie myliło: - Mam do ciebie prośbę, Marta… - Prośbę? - Nie wiedzieć dlaczego ogarnął ją strach. - Może przyjdziesz do mnie i razem to zrobimy? „O rany! I co ja mam z tym począć?” - Marta zdawała sobie sprawę, że pozwoliła przekroczyć granicę i teraz mogła, albo stać się kompletną świnią, albo postąpić wbrew swoim zasadom. I co gorsza, wiedziała iż tylko jedno rozwiązanie wchodzi w grę, jeśli chce nadal utrzymać zespół w takim stanie jak jest teraz. - Nie masz nikogo innego, równie oddanego? - Masz na myśli przyjaciółki? Nie, jestem w gruncie rzeczy samotna. „Jak ja!” - Uzmysłowiła sobie Marta z niejakim zdziwieniem. Dotychczas jej to nie przeszkadzało, ale ta rozmowa otwierała z wolna oczy na siebie samą. „Ale wpadłam” - ta jedna myśl była dominująca. Szczerze mówiąc, na takie kłopoty ze strony personelu nie była przygotowana. Problemy techniczne, tak! Drobne korekty w zarządzaniu ludźmi, tak! Ale to? Psychologia, zrozumienie, przyjaźń. Wszystkie te pojęcia, które gdzieś tam kołatały na peryferiach jej jestestwa. Niemniej zdawała sobie sprawę, że cokolwiek teraz uczyni już nigdy nie będzie taka sama. Albo odrzuci w kąt swoje zasady, albo odmową poniesie pierwszą klęskę w zarządzaniu ludźmi. Była wściekła, że dała się wmanewrować wbrew swojej woli w całą tę sytuację. „Szlag, by to” - tylko na taki komentarz było ją teraz stać. Okazało się, że nie wszystko jeszcze ma zaplanowane, o ile to w ogóle możliwe. Stało się dla niej jasne, że jej postawa życiowa była dobra dla niej samej, ale teraz, gdy była odpowiedzialna za innych, te zasady już tak mogą się nie sprawdzać. Niestety, kłóciło to się z jej nastawieniem do świata; z nastawieniem do życia; z nastawieniem do wszystkiego. Zdawała sobie sprawę, że cały dotychczasowy jej system wartości uległ degradacji przez tę jedną chwilę, gdy zapytała Julię, co się dzieje. I gdy chcąc, nie chcąc zaangażowała się w to pokręcone przedsięwzięcie. „Bycie szefową to nie tylko besztanie pracowników i zbieranie gratulacji” – uświadomiła sobie Marta. Julia patrzyła na Martę z nadzieją w oczach i wydawało się, że liczyła tylko na jedną odpowiedź. Zupełnie odwrotnie niż Marta. Czuła się tak, jakby niechcący potrąciła kostkę domina, a ta uruchomiła swoim upadkiem cały ciąg, który odsłaniał obraz nie do końca zgodny z jej wyobrażeniami i oczekiwaniami. - Zupełnie nie wiem po co to, ale skoro ma to wpłynąć na twoje nastawienie do pracy… - A więc się zgadzasz? - Ulga w głosie Julii była całkiem namacalna. - Pojedziemy po pracy do ciebie - zamknęła sprawę Marta. - A teraz idź do zajęć, bo zaległości się skumulują. Julia poderwała się na równe nogi. - Dzięki! Jesteś… Marta spojrzała na podwładną, bo ta zawiesiła głos. - Jesteś… - Julka szukała odpowiedniego określenia. - Jesteś zupełnie inna niż o tobie mówią! Wypaliła to zupełnie szczerze, ale akurat to ostatnie zdanie spowodowało, że oczy Marty niebezpiecznie się zwęziły. Na szczęście dla siebie Julia spostrzegła zmianę i ugryzła się w język, by dalej nie wygłaszać innych spontanicznych sądów. Bez zbędnych ceregieli wyszła z kantorka. Dopiero teraz Marta pozwoliła sobie na głębszy oddech. Całkiem ją rozbiła ta rozmowa. Wzrok jej padł na stos dokumentów, które czekały, by się nimi zająć. Sama się dorobiła zaległości, z którymi musiała się jak najszybciej uporać. Przysunęła bliżej kartki do siebie i spojrzała z dezaprobatą na kubek z kawą. Zimna już kawa nie mogła jej zachęcić, by ją wypić. Sięgnęła po kubek i powstała z fotela. Idąc w kierunku automatu z kawą rzuciła okiem na swoich pracowników i zarejestrowała z niejakim ukontentowaniem fakt, że wszyscy zgodnie oddawali się obowiązkom, nawet Julia sprawiała wrażenie skupionej, co niedwuznacznie wskazywało, że ta rozmowa, choć miała tak destruktywne skutki dla Marty, dla Julii była zbawienna. Po drodze pozbyła się zbędnego kubka, wyrzucając go do kosza. Odliczyła należność i karmiąc automat bilonem czekała aż pojawi się jej ulubiona kawa ze śmietanką, ale bez cukru. Maszyna cicho powarkiwała i dla urozmaicenia czasu oczekującej Marcie poczęstowała ją całą feerią barw na wyświetlaczu. Marta dość bezmyślnie przyglądała się temu wszystkiemu i nie usłyszała, że tuż za nią ktoś stanął. Dopiero po chwili podświadomie poczuła, że nie jest sama. Odwróciła się i stanęła oko w oko z Kamilem. Nie widzieli się od tamtego czasu, czasem tylko przelotnie mijali się w drzwiach udając, że się nie spostrzegają. Zgodnie uznali, każde przed samym sobą, że mają prawo się obrazić. - Cześć - zdobyła się na heroiczne powitanie. - Witaj - odwzajemnił się tym samym. Głosy były wyprane z wszelkich uczuć, obliczone na to, by niczym nie urazić drugiej osoby. Zdawali sobie sprawę, że nawet ton może spowodować wybuch. Działali na siebie jak płachta na byka i to w każdej sytuacji, a wspomnienie tamtego wydarzenia w zasadzie nie poprawiało wzajemnych stosunków. Raczej je jeszcze bardziej pogarszało. Kiedy Marta sięgnęła po kawę, on wsuwając pieniądze w szczelinę rzucił obojętnym tonem: - Jak tam idzie zarządzanie? Przez chwilę uważnie analizowała czy to pytanie nosi znamiona prowokacji, ale nie doszukała się niczego podejrzanego. - Świetnie! - W życiu by się przed nim nie przyznała, że cokolwiek może być nie tak. Spodziewał się takiej odpowiedzi, bo tylko kiwnął głową na potwierdzenie, że dotarło do niego jej zapewnienie. Sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego tym, co automat z kawą mu oferował. Marta zrozumiała, że może odejść, z czego skwapliwie skorzystała. W ten sposób utrzymali status dotychczasowych stosunków wzajemnych. Żadne nie osiągnęło przewagi i żadne nie przegrało. Tak naprawdę, to ta odwieczna wojna obchodziła już tylko ich oboje, świetna większość pracowników firmy przestała się tym podniecać. Już dawno. Na szczęście byli na tyle mądrzy, by nie angażować w ten konflikt otoczenia, toteż szefostwo tolerowało taki stan rzeczy. Dopóki nie ma to wpływu na całość firmy i na tempo pracy, mogli sobie skubać pióra do woli. Reszta dnia upłynęła jej na wypełnianiu druków i analizowaniu przyszłych zleceń. Kiedy się już uporała z większością najpilniejszych papierów, postanowiła również zakończyć to, w co się uwikłała przed południem. Choć kłóciło się to z jej dotychczasowym postępowaniem, dokładnie o godzinie, w której wszyscy kończyli, ona przykładnie wyłączyła komputer i wstała zza biurka. Już samo jej pojawienie się w sali, gdzie pracował zespół wywołało sensację, a kiedy jeszcze władczym głosem rzekła: - Koniec na dzisiaj! - Wrażenie było podobne do efektu jaki by miał miejsce, gdyby wylądowało tu UFO. Nie zdarzało się tak nigdy, więc nie czekając, aż się rozmyśli ekipa ewakuowała się szybciej niżby podczas pożaru. Jeszcze zanim Marta zamknęła usta, ostatnie kartki sfruwały z biurek. „Mobilizacja godna podziwu” - przemknęło jej przez głowę. Ale nie zaprzątała sobie tym zbyt intensywnie myśli, tylko odwróciła się i ruszyła ku wyjściu. Julia już czekała na parkingu. Marta minęła ją bez słowa, chciała mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. W milczeniu zajęły miejsca w aucie i również nic nie mówiąc pojechały do Julii mieszkania. Dopiero teraz Marta mogła porównać standard życiowy swój i stażystki. Przepaść była ogromna. Nie te dochody, ale także inna osobowość. Już pobieżny rzut oka uświadomił Marcie fakt, że ona tu nie mieszkałaby ani chwili. Na szczęście nie musiała. - Rozgość się, proszę - jak przystało na przykładną gospodynię Julia pierwsza zabrała głos. Marta zdjęła garsonkę i przycupnęła na kanapie nie bardzo wiedząc, co się wydarzy dalej. Udzieliło jej się zdenerwowanie Julii. „Ciekawe dlaczego?” - Pytanie pojawiło się nie wiadomo skąd. Jakieś niejasne przeczucie zagnieździło jej się w dolnych partiach brzucha, gdzieś koło żołądka. „Uspokój się, głupia” - skarciła się w duchu. - Zrobić coś do picia? - Nie, mnie nie musisz. Wiesz, mam trochę planów na wieczór, więc jeśli możesz, chciałabym to zakończyć jak najszybciej. Kłamstwo dość gładko przebrnęło przez usta. Julia spięła się jeszcze bardziej, ale tylko skinęła głową na znak aprobaty. - Ale zrobimy to razem? - Upewniła się jeszcze raz. - To wariactwo, ale jeśli się przy tym upierasz… W odpowiedzi Julia podała jej test ciążowy. Potem każda, po kolei zniknęła w łazience, i już po chwili obie dzierżyły pipetki z kroplą moczu w jednej, a testem w drugiej ręce. Najpierw popatrzyły na siebie; Marta z delikatną ironią, a Julia z autentycznym przerażeniem w oczach i jakby na dany znak razem w jednej chwili upuściły krople na czytnik. Przez chwilę Julia wpatrywała się w swój test z taką intensywnością, że cud, iż się nie stopił w rękach. Ale pasek koloru nie zmienił. Jeszcze przez parę sekund Julia kontemplowała ten widok i dopiero po minucie z piersi wyrwał jej się głęboki wydech niczym z trzewi smoka. - Nie jestem w ciąży! - Zakrzyknęła dziko, podskoczyła na tapczanie w górę i zaśmiała się histerycznie. Potok łez trysnął z oczu jak z fontanny. Odtańczyła taniec w sobie tylko wiadomym rytmie i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć Martę. Spojrzała i znieruchomiała w jednej chwili. Jej oczom ukazał się widok godny zadziwienia. Marta siedziała na swoim miejscu i wpatrywała się w test, a na jej obliczu zagościło bezbrzeżne zdumienie. Oczy ogromniały z każdym oddechem. Julka także popatrzyła na odczyt Marty. Pasek kończył właśnie zmieniać barwę i z niejakim zaskoczeniem Julia zdała sobie sprawę, że jest świadkiem chwili niezwykłej. Dotychczas Marta trzymała się od wszystkich na dystans, teraz trwała jak sparaliżowana, a z jej twarzy wyczytać można było wszystkie te uczucia, których nie była w stanie opanować i ukryć. Po raz pierwszy Julia zobaczyła swoją szefową zupełnie odkrytą. I to w takich okolicznościach. Zakryła sobie dłońmi usta i wymamrotała: - O, ja cię kręcę… Przez moment nic do Marty nie dochodziło. Czuła tylko, jak krew szumi jej w uszach. Zapomniała gdzie jest i z kim. Całą swoją uwagę skupiła na tym, co trzymała w rękach. I dopiero po długich minutach umysł zarejestrował tylko jedna myśl: „to niemożliwe!” Julia stała przed nią z autentycznym przestrachem w oczach. Nie była pewna reakcji Marty. Wyciągała tylko wyżej szyję, by zaglądnąć na test, który trzymała Marta w dłoniach, choć było to zupełnie zbędne: widać wszystko bez tego. Cisza panująca w pokoju była obezwładniająca. W końcu Julia zdobyła się na wypowiedzenie kwestii: - Mam jeszcze jeden… Marta spojrzała na dziewczynę z wyraźnie rodzącym się w oczach mordem. - To musi być pomyłka… - Jasne. - Julia szybko pospieszyła z zapewnieniem. - To nie jest nieomylny środek. Ale tak naprawdę, to żadna z nich nie wierzyła w to, co mówi. „I do tego jeszcze przy stażystce!” - Marta omal nie zaczęła wyć z gniewu. Przez moment Julia zmagała się z myślami, czy nie podejść do szefowej i nie objąć we współczuciu, ale szybko zaniechała tego pomysłu. - To ja zaparzę kawy. - Machnęła w kierunku aneksu i z wyraźną ulgą udała się do szafy udającej kuchnię, gdzie mogła pozbierać myśli i co ważniejsze, umknąć z widoku Marcie. Kiedy ponownie podeszła do tapczanu, Marta już zdążyła się pozbierać. Schowała test do torebki i przejmując filiżankę z kawą, szybko upiła duży łyk. - Muszę jutro iść do lekarza - zdanie pobiegło gdzieś w przestrzeń, jakby nie adresowane do nikogo. - Tak będzie najlepiej - Julka też wypowiedziała to, nie patrząc na Martę. Znów zapadła krępująca cisza, przerywana tylko stukotem filiżanek o spodki. Nagle Marta poderwała się jakby podjęła jakąś decyzję. Julia szybko pobiegła za nią do drzwi. Tam chwilę Marta szamotała się przy zakładaniu okrycia, a Julka próbowała jej pomóc, ale tak bez przekonania. Już na odchodnym zdobyła się na zdanie: - Dziękuję, Marta! I przepraszam… - Za co? - Marta spojrzała na stażystkę ze swych wyżyn, jakie cechuje osoby przekonane o swej wyższości. I odwróciła się chcąc wyjść. Kolejne zdanie ugodziło już w plecy: - W każdym razie, ja o niczym nie wiem… Nie odwracając się, ani nie dziękując, Marta zbiegła szybko, aby zakończyć ten dla niej przykry incydent. Była wściekła na siebie, że odstąpiła od swoich ideałów, teraz jest uzależniona od takiej stażystki! Ładny gips, nie ma co! W jednej chwili cały świat runął jak domek z kart. I dopiero po dłuższym czasie dotarło do niej coś jeszcze: ciąża! Pięknie! Jak ona to wszystko sobie ułoży? Te misternie poukładane klocki jakie składały się na jej życie, zachwiały się jak za podmuchem wiatru. Kwestią zupełnie osobną był fakt namierzenia tatusia! Ale to dopiero mogła zrobić kiedy będzie wiedziała, od jak dawna już jest w tym, pożal się boże, błogosławionym stanie. Sama nigdy do tego nie dojdzie. Miała tak nieregularny okres, że w życiu nie jest w stanie dociec kiedy to nastąpiło. Choć pewne, straszliwe podejrzenie zakołatało jej na moment w głowie. Ale szybko je odrzuciła jako nieprawdopodobne. Nie, tak nie może myśleć. Musi najpierw iść do specjalisty, takie dywagacje do niczego nie prowadzą, denerwują ją tylko niepotrzebnie jeszcze bardziej. A może to nieprawda? Jutro się okaże, że lekarz rozwieje jej rozterki i wszystko będzie jak dawniej? Zdarzały się takie przypadki… Przez całą drogę do domu starała się skupić na jeździe, by tylko nie popełnić żadnego błędu i nie spowodować wypadku. Na szczęście dojechała na miejsce bez przygód. Zaraz po wejściu do mieszkania, chwyciła za słuchawkę telefonu, wykręciła numer swego ginekologa i umówiła się na wizytę jutro w południe. Po czym szybko rozebrała się i przygotowała sobie kąpiel. Gorącą i aromatyczną z olejkami, które ją zawsze odprężały. Myśli biegły rączo ku wspaniałym widokom ślicznie ubranych bobasów, śmiechów na spacerach i takich tam radosnych obrazkach, którymi karmiła się Marta myśląc o potencjalnym macierzyństwie. Tylko gdzieś na obrzeżach, jakby widziane kątem oka pojawiały się inne wizje: pieluchy wiszące na sznurach, nocne czuwanie czy wieczne gotowanie kaszek. Jakby bardziej realne i bliższe prawdzie, ale jednak mniej kolorowe i okazałe od jej wyobrażeń o obowiązkach mamusi. Zapadała co rusz w niespokojne drzemki, aż woda całkiem wystygła i nieźle zziębnięta musiała w końcu wyjść z wanny. Już wycierając się ręcznikiem, pewna myśl zakołatała jej, jakby to miała być jedyna deska ratunku: przecież nie miewała porannych mdłości! Pamiętała dobrze, że inne jej znajome ciągle zaczynała poranki od wymiotów, kiedy się spodziewały potomków, a ona nigdy czegoś takiego nie miała. I zupełnie bez znaczenia był fakt, że nie jadała śniadań… Tym razem zjadła lekką kolację i oglądnąwszy film, położyła się spać prawie zupełnie uspokojona. Tak bardzo, że postanowiła rano odwołać wizytę. Noc Marcie minęła średnio. Budziła się kilka razy i za każdym razem miała przeświadczenie, że sny, których nie pamiętała odnosiły się do okresu z jej awansu. Podświadomość uparła się, by ją zmęczyć. Także przeczucia nie do końca jej odpuszczały. W sumie obudziła się nie wypoczęta. Rano świat wydawał się Marcie już nie tak kolorowy i wątpliwości ponownie ją opadły jak stado wron. Zaparzona kawa nie poprawiła jej humoru. Na przekór losowi postanowiła poigrać z nim i zjadła delikatną kanapkę. I nim dopiła kawę, już ją zemdliło. Gdy w końcu oddała muszli klozetowej hołd w postaci wszystkiego, co miała w żołądku i mogła stanąć przed lustrem, zdobyła się tylko na jeden wniosek: - Pewnie serek był nieświeży. Jakoś ignorowanie podstawowych objawów stało się jej jedyną odpowiedzią na gnębiące ją przeczucia. - Nie ma co! Ginekolog mi powie, jak jest naprawdę! Była to najbardziej rozsądna z jej myśli tego ranka. Czuła lekki zawrót głowy, ale gdy znalazła się na świeżym powietrzu to natychmiast przeszła ta dolegliwość. Nawet przez moment zaświtał pomysł, by przespacerować się, ale i tak już było późno. Ostatecznie wsiadła do samochodu i pojechała jak co dzień do pracy. W drodze do klitki, zwanej szumnie jej gabinetem zaglądnęła do pracowni, ale jeszcze nikogo nie było. „Może to i dobrze?” - Przemknęło jej przez głowę. Po porannych torsjach czuła głód, więc zupełnie wyjątkowo zafundowała sobie kolejną kawę i batona. Niezbyt zdrowa dieta, ale pożywna. Pochłonęła batonik i szybko wyrzuciła opakowanie tak, by nikt się nie miał czasu zdziwić. Niezdrowe zainteresowanie, to była ostatnia rzecz jakiej sobie życzyła. Dotychczas jej zwyczaje były tak utarte, że takie niezwykłe odstępstwo na pewno by nie umknęło reszcie. Co prawda wystarczy niedyskrecja stażystki, ale w takim przypadku nie chciałaby być w jej skórze. Bezwiednie na taką sugestię zacisnęła szczęki, aż zęby zabolały. „Co się ze mną dzieje?” - Zadała sobie pytanie, ale nie udzieliła na nie odpowiedzi, bo biuro zaroiło się od pospiesznie wchodzących pracowników. Przez chwilę w powietrzu krzyżowały się wzajemne powitania i dowcipy mniej lub bardziej trafione. Jak to rano! Jeszcze tylko przez parę minut zakotłowało się przy automacie z kawą i każdy pobiegł do swych zajęć. Dzwoniły telefony, zazgrzytały drukarki i przestrzeń wypełniły te wszystkie odgłosy biurowego życia. Marta pochwyciła spojrzenie Julii, ale żadna z nich nic po sobie nie pokazała. Dzień jak co dzień. - Terminy, moje dzieci! - Rzuciła za nimi błogosławieństwo Marta i już wiadomo było, że dzień się zaczął. Usiadła przy biurku i zaczęła przegrywać na dyski projekty dla klientów. Osobno odłożyła zlecenie Anielewicza, które w końcu Mariusz ukończył. Wybrała numer i zadzwoniła do firmy dyrektora, by umówić się na spotkanie. Kiedy wszystko miała już gotowe, zawołała Mariusza do biura - Słuchaj! Muszę wyjść w sprawie tego twojego pokoju dziennego… - On nie jest mój - rzucił z przekąsem chłopak. - Dobra, ale to ty go stworzyłeś, choć nie jest dla ciebie. Jestem umówiona z Anielewiczem na prezentację i dobrze wiesz, że ode mnie ten projekt weźmie bez mrugnięcia okiem. Mariusz słuchał tego z odrobiną znudzenia: - Po prostu, nie przynoś mi tego ponownie - pozwolił sobie na głośne wyrażenie swoich uczuć. - Masz to załatwione! Tymczasem zostawiam ci nadzór nad tą watahą, obyś mnie nie zawiódł! - Bo to pierwszy raz? - Mariusz zrobił minę skrzywdzonego dziecka niesłusznie posądzonego o psotę. Zaraz po wyjściu pracownika, Marta się spakowała i wyjaśniwszy sekretarce szefa cel swego wyjścia z biura, pojechała prosto do gabinetu doktora Szafrana, jej ginekologa. Nie bywała tu zbyt często, w ogóle lekarzy omijała szerokim łukiem, odbywała tylko te wizyty, które były absolutnie konieczne. Prawdę powiedziawszy, jeśli chodziło o ginekologa, to odczuwała pewien rodzaj zawstydzenia i nieśmiałości, cały ten rytuał badań napełniał ją strachem i wprawiał w dziwny stan niepokoju. Nigdy, mimo usilnych starań, nie pozbyła się tej drobnomieszczańskiej, zaściankowej cnoty i choć zdawała sobie sprawę, że to taka sama wizyta jak u dentysty czy lekarza rodzinnego, to istota obnażania się przed kimś takim była jej wstrętna i w gruncie rzeczy budziła w niej lęk nieomal pierwotny. Dlatego ograniczała te wizyty do niezbędnego minimum i to pomimo kłopotów z prawidłowym funkcjonowaniem cyklu miesięcznego. Wybrała doktora Szafrana głównie dlatego, że gwarantował jej tak wielką dozę prywatności, która pozwoliła jej czuć się na tyle swobodnie, na ile to tylko w jej przypadku było możliwe. Tym razem również nikogo nie było w poczekalni, co Marta uświadomiła sobie nie bez satysfakcji. Po krótkiej wymianie zdań z recepcjonistką mogła wejść do gabinetu lekarza. Doktor Szafran był miłym, pięćdziesięcioletnim, lekko siwiejącym mężczyzną z dość przyjemną aparycją. Był nie tylko miły i przystojny, ale również całkiem niezły w swoim fachu. Przynajmniej tyle się orientowała Marta z tych nielicznych u niego wizyt, ale liczba regularnie go odwiedzających pacjentek była na tyle duża, że budziła w niej zaufanie do jego kwalifikacji zawodowych. Co zupełnie nie przeszkadzało Marcie notorycznie łamać jego zaleceń i przykazań lekarskich. Ot, taka sprzeczność, którą Marta dla swej wygody tłumaczyła przewrotnością natury kobiecej. Przez cały czas zastanawiała się, czy powiedzieć mu o teście ciążowym, ale doszła do wniosku, że nie będzie nic sugerować i w końcu przemilczała powód, dla którego przyszła na wizytę. Niech to wygląda na standardowe badanie. Kiedy było już po wszystkim i gdy ubrawszy się, usiadła przed obliczem doktora, ten przez dłuższą chwilę wpatrywał się intensywnie w swoje dłonie. - Gratuluję pani - w końcu wydobył z siebie to jedno zdanie. - Wiedziała pani, że jest w ciąży? W odpowiedzi Marta wyciągnęła test i podała go Szafranowi, by sam się mógł przekonać, że tak całkiem, to dla niej nowość nie jest. Pokiwał ze zrozumieniem głową i zadał kolejne pytanie: - Od kiedy pani wie? - Od wczoraj. - Dziwne - wydął wargi w geście autentycznego zdziwienia. - Jest pani w jedenastym tygodniu ciąży. - Trzeci miesiąc? - Marta aż się uniosła na krześle. - Tak. Nie miała pani kłopotów z miesiączką? - Ciągle mam nieregularnie, więc mnie to nie dziwiło. - I nic pani z tym nie robiła? - Sprawiał wrażenie wstrząśniętego jej beztroską. Na to pytanie Marta nawet się nie zdobyła, by odpowiedzieć. Intensywnie liczyła w pamięci dni. Oczywiście, po takim badaniu można było określić tylko w przybliżeniu od jak dawna jest ciężarna. Ale i tak tylko jedna data mogła wchodzić w rachubę. - Jak widzę, nie pała pani radością? - Nie planowałam tego. Jest to nieoczekiwana i niezbyt szczęśliwa okoliczność. Szafran tylko mimiką twarzy wyraził komentarz. Zapadło niezręczne milczenie, które pierwszy przerwał lekarz: - Tak czy siak, będziemy się widywać częściej teraz. Czy miewa pani poranne mdłości? - Od niedawna… - To naturalne. Proszę o siebie dbać. Żadnych papierosów, alkoholu i nie przemęczać się nadmiernie… Marta słuchała jednym uchem. Pomimo, że spodziewała się takich wieści, to jednak miała nadzieję, że cud się stanie i wszystko to okaże się tylko pomyłką. Pożegnała wkrótce doktora, u recepcjonistki ustaliły kolejny termin wizyty i zapłaciwszy za dzisiejszy dzień, opuściła gabinet doktora Szafrana jak najspieszniej. Miała mnóstwo rzeczy do przemyślenia, a przecież praca też czekała. Przez resztę dnia starała się myśleć tylko o obowiązkach. Odwiedziła dyrektora Anielewicza i po krótkiej prezentacji i zapewnieniu, że ona sama nadzorowała projekt otrzymała czek jako zapłatę za dobrze wykonaną robotę. Wróciła do firmy i zaniosła czek szefowi. - Brawo! Kolejny sukces, gratuluję - Karol jak zwykle był zachwycony, zwłaszcza sumą na czeku. - Ale ty mi wyglądasz na wyczerpaną. Stało się coś? Marta jak przez mgłę dosłyszała pytanie: - Co? - Za ciężko pracujesz, zwolnij trochę - Karol wyglądał na szczerze zmartwionego. - Może faktycznie wezmę parę dni urlopu - choć to było do niej niepodobne, to jednak takie stwierdzenie padło z jej ust. - Wszystko gra? - Tak! Muszę tylko odpocząć. Ten awans i organizacja sekcji trochę mnie wyczerpały. - To oczywiste. Harujesz jak wół, odpocznij trochę, zasłużyłaś na premię. Marta wstała i wyszła na korytarz. Czuła jak jej się robi słabo. Jak zareagują, gdy im powie, że będzie miała dziecko? Że już tak się nie będzie angażować w pracę firmy? A może nawet zrezygnuje na jakiś czas? Niemal na pewno będzie musiała wziąć urlop wychowawczy, bo z kim zostawi noworodka? A tu przecież etat czekać na nią nie będzie, ktoś inny zajmie jej miejsce. Wszystko, na co tak ciężko pracowała tyle lat oddali się od niej, a może nawet przepadnie. Sama, bez przyjaciół, rodziny. Właśnie! Co powiedzą rodzice? Bez ślubu, bez męża, bez ojca dziecka! Ojciec! Przecież sama tego dźwigać nie będzie, on też się przyczynił walnie do tego, iż teraz jest w takiej sytuacji jakiej jest. Tylko jak się z nim spotkać tak, by się to nie poniosło po firmie? Jeszcze nie była gotowa na stawienie wszystkim czoła. Już widziała te pogardliwe uśmieszki i fałszywe gratulacje, widziała tę ledwie skrywaną radość, że się jej powinęła noga. Napiła się zimnej wody i głębiej odetchnęła. Powzięła decyzję: sama na dno nie pójdzie. Kroki skierowała do pracowni Kamila. Był na szczęście sam! Przez chwilę patrzył na nią, jakby zobaczył upiora. Żadną miarą nie mógł wiedzieć, co jest przyczyną tego najścia, tym bardziej, że przecież ich stosunki były dalekie od przynajmniej koleżeńskich. O ile dobrze sobie Marta przypominała, to nigdy nie zachodziła do niego, a przynajmniej w prywatnej sprawie. Inna rzecz, że nie mieli ze sobą żadnych spraw poza służbowymi. Pierwszy ocknął się Kamil: - Witaj! Czym mogę służyć? Łamiącym się głosem Marta odparła: - Kamil, musimy porozmawiać… - A o czym? - Nie tutaj. To nie jest rozmowa na teraz. Zadziwił się jeszcze bardziej. - Więc kiedy i gdzie? - U mnie dziś wieczorem, pasuje? - Świetnie. Będę na pewno. Marta nie traciła ani chwili ponad to, co było niezbędne. Kiedy tylko usłyszała od Kamila potwierdzenie, że przyjdzie, odwróciła się na pięcie i już jej nie było.

3.

Nim Kamil się zjawił u Marty, przemyślał wiele rzeczy. Chciał koniecznie dociec przyczyny tego zaproszenia, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Natomiast przypomniał sobie całą historię ich wzajemnych stosunków, a raczej cofnął się do źródła tej wiecznej złości i niechęci, która wyniszczała ich po równo. Pierwszy raz spotkali się przy automacie z kawą, tradycyjnym biurowym miejscu spotkań, plotek w przelocie i błyskawicznie wymienianych spojrzeń i poglądów, czyli tam , gdzie tak naprawdę kwitło życie biurowe, na tyle na ile to możliwe w tych warunkach. Co prawda widział ją już wcześniej, gdy przyszła na rozmowy kwalifikacyjne do firmy. Ona go nie zauważyła, tak jak nie zauważała nikogo wokół siebie, lecz Kamila zafascynowała jej niebanalna uroda i ten chłód, który go inspirował i przyciągał. Wyobrażał sobie jak topi tę skorupę i dociera do pokładów ciepła, czułości i wdzięku, który niewątpliwie drzemał za zasłoną jaką się otoczyła. Myślał, że będzie w stanie obudzić w Marcie te wszystkie przymioty, które gdzieś tam były, a które powinny cechować kobiety - odrobina czułości, kokieterii i tej nieuchwytnej, czarującej i nieodmiennie zniewalającej mężczyzn nieporadności. Krótko mówiąc wszystko to, co zawsze facetów stawiało w sytuacji z góry przegranej, a której się poddawali z ochotą i radosną desperacją. Niestety, już od początku okazało się, że Marta jest w istocie zimną, wyrachowaną kobietą, dla której kariera i własne korzyści są najważniejsze. Traktowała niemal wszystkich jak instrumenty zdatne do określonych celów; innych, jeśli tylko byli dla niej zbędni lub co gorsza stali na przeszkodzie, traktowała jak karaluchów. Tak się Kamil poczuł już przy pierwszym poznaniu i nic tego nie mogło zmienić, ani później, ani nigdy. Doznanie to było tym bardziej dotkliwe, że raczej nie miał kłopotów w relacjach z płcią piękną. Wprost przeciwnie, zawsze pełno było obok niego kobiet, które wysyłały mu niedwuznaczne sygnały. Nawet wtedy, gdy był jeszcze żonaty. Ożenił się szybko, bo już na studiach. Kiedy dziewczyna mu oznajmiła, że jest w ciąży, to nie wahał się ani chwili. Ciężko było sprostać życiu i studiowaniu, ale za cenę harówy po godzinach jakoś podołał temu obowiązkowi. Choć małżeństwo to od samego początku było skazane na klęskę. Cóż z tego, że starał się jak najlepiej, gdy żona wciąż o wszystko go obwiniała, nawet o to, że poroniła. Bo stracili to dziecko. Winy w tym nie było niczyjej, po prostu stało się i już, ale Weronika obarczała Kamila odpowiedzialnością za to. Urządzała mu istne piekło, a on znosił to z pokorną cierpliwością. Jako młody projektant wnętrz zaczął pracę w renomowanej firmie, a że był dość błyskotliwy, to warunki materialne uległy znaczącej poprawie. Wraz z tym ich wzajemne stosunki się jakoś ustabilizowały, aż do kolejnego wielkiego problemu: Weronika pragnęła dziecka ze wszech miar, ale od czasu, gdy poroniła, nie mogła zajść w ciążę. Żadne kuracje ani leki nie przynosiły efektu. Niestety, ta sprawa kładła się cieniem na ich wspólnym pożyciu. Zaczęli się od siebie oddalać, aż było za późno na jakikolwiek ratunek. Postanowił dać jej powód do rozwodu, bo choć uczucia wygasły już dawno, to nie chciał, by to ona czuła się odpowiedzialna za rozpad ich małżeństwa. Wziął winę na siebie, wpadł w siatkę romansów i choć tak naprawdę to nie było w jego stylu, przylgnęła do niego łatka kobieciarza. W całym tym zdarzeniu przekonał się o swojej poważnej dolegliwości czy jak to nazwać. Defektem. Na szczęście żadne szczegóły nie wypłynęły na światło dzienne. Kiedy wreszcie miał dość szaleństw i przygodnych, nocnych spotkań; znów zapragnął stałego, poważnego związku. A gdy ujrzał Martę po raz pierwszy, poczuł ponownie to, czego nie czuł od dawna, bodaj od czasów ślubu z Weroniką. Dostał wyraźną odprawę i choć próbował na wszelkie sposoby, to ich stosunki chłodły coraz bardziej, a fascynacja przeradzała się w otwartą niechęć i nienawiść. Kamil z początku próbował bagatelizować te sygnały, myśląc, że cierpliwością przekona Martę do siebie, ale ostatecznie i on pewnego dnia odpowiedział agresją na agresję. Potem już szło gładko i bez przeszkód. Każde z nich robiło karierę, choć Marta pięła się szybciej do góry, być może dlatego, że była bardziej bezwzględna, wyrachowana i zdeterminowana, a może i bardziej utalentowana. Kamil z pełnym poświęcenia obiektywizmem przyznawał, że projekty i pomysły Marty naprawdę były dobre. Co tam dobre, były doskonałe. Toteż stosunkowo szybko awansowała i objęła samodzielnie grupę. Kamil w zasadzie pracował indywidualnie, wykonując zlecenia nie wymagające zaangażowania wielu pracowników. Często były to poprawki czy też nieznaczne retusze, z reguły na wyraźne życzenia klientów. Wyspecjalizował się zwłaszcza w zmianach pokoi gościnnych, kiedy tylko zmieniały się mody na wykończenia i style, on miał zawsze mnóstwo roboty. Był na tyle solidny w tym co robił, że doczekał się zupełnie pokaźnej gromady stałych klientów. Na tyle dużą, że zaczął mu się rodzić w głowie pomysł otwarcia własnego biznesu, ale nie miał do niego zbyt wielkiego przekonania. A może to była kwestia determinacji? Kto wie? Dopóki był sam, wystarczało mu to co miał. W miarę satysfakcjonującą pracę, dość pieniędzy na dostatnie życie i na tyle wygodne, że nie potrzebował tego zmieniać. No, a potem była ta impreza po awansie Marty. W zasadzie nie chciał w tym uczestniczyć, ale w trakcie swej pracy w firmie dorobił się opinii duszy towarzystwa i chcąc, nie chcąc przewodził rej balandze. Może nawet po cichu sądził, że będzie mógł jakoś przełamać ten mur pomiędzy nimi. Był też ciekawy jakie jest drugie oblicze Marty; Marty, której nikt dotychczas nie widział. I poszaleli wszyscy. Dziewczęta chętnie oddawały się zabawie, cokolwiek i jakkolwiek to rozumieć. A ten taniec na stole w konferencyjnym? I to kto, Marta! Zabawa stała się odjazdowa. Tak bardzo, że poniektórzy poznikali w biurowych zakamarkach. Zdarzyło się to również Marcie… Trzeba przyznać, że ci kelnerzy z firmy cateringowej także potrafili świetnie i kompleksowo obsługiwać gości. W sumie to nie sprawa Kamila, ale jakiś niesmak pozostał mu w ustach, tym bardziej, że Marta, choć niezła jędza, to jednak budziła w nim respekt, który był nacechowany delikatną otoczką osoby zaślepionej przez uczucie. Bo chociaż się tępili wzajemnie, to jednak ze strony Kamila zawsze odbywało się to z niejakim obrzydzeniem i niechęcią. Paradoksalnie wciąż serce mu biło szybciej na widok Marty i chociaż próbował się pozbyć tego uczucia, to zawsze miękły mu kolana, gdy tylko był w pobliżu Marty. Kamil przekonał się, że tylko wrogość pozwoli mu zachować twarz i skutecznie ukryje te niepotrzebne porywy serca; które, był tego pewien, mogły doszczętnie zszargać mu opinię u Marty. Był za stary na jakieś pogmatwane, skomplikowane durzenie się, jak nie przymierzając, sztubak. W pewien dziwny sposób nie chciał, by jego męska duma ucierpiała w konfrontacji z kimś takim jak Marta. Tak naprawdę, to nie chciał pozwolić na to z nikim, zbyt mocno mu duszę poharatał związek z Weroniką i to, co ona mu zrobiła. To właśnie duma kazała mu wziąć winę na siebie i rozwieść z Weroniką. W to ryzyko wkalkulował również utratę sympatii rodziny i znajomych, ale w tych czasach takie rzeczy szybko przechodzą do porządku dziennego. W pracy bez większych zawirowań współpracownicy przyjęli te prawdy, które im przekazał, a po pewnym czasie wszystko wróciło do normy. Kobiety lgnęły do niego, ale nie interesowały go romanse, przynajmniej na dłużej. Ale na imprezie zobaczył inną twarz Marty i już wiedział, że jest możliwe coś więcej między nimi. Żeby tylko Marta zechciała dopuścić go do siebie, już on by potrafił pielęgnować tę inną Martę. A później nadarzyła się okazja, by odwieźć ją do domu. Nie zamierzał wykorzystywać sytuacji, to nie było w jego stylu, ale Marta jakby oszalała. Niczym opętana rzuciła się na niego i chociaż Kamil nie bardzo chciał się poddać, to w końcu i w jego żyłach krew zagrała i dał się ponieść nastrojowi chwili. Co prawda nie tak sobie wymarzył ten pierwszy raz z Martą, ale nie było to doświadczenie nieprzyjemne, wręcz przeciwnie; tylko trochę zbyt gwałtowne, dzikie, a poza tym uprawianie miłości z kompletnie pijaną kobietą nie mogło przynieść pełnej satysfakcji, co najwyżej zaspokojenie żądzy. Aczkolwiek Marta sprawiała wrażenie osoby, która doskonale wie co robi. Niestety poranek rozwiał wszystkie nadzieje i ostatecznie pogrzebał wszelkie marzenia. Wszystko wróciło między nimi do normy, a może było nawet jeszcze gorzej, bo okazało się przez tę jedną noc iż Marta posiada jeszcze inne oblicze, którego nie chciała za nic nikomu pokazać, a tę twarz właśnie Kamil zobaczył i tego nie mogła mu wybaczyć. Pomimo dociekliwych pytań, nikomu nie zdradził, co się naprawdę wydarzyło tej nocy. Również on czuł się na równi winny i pokrzywdzony. Ostatecznie doszedł do wniosku, iż było to kolejne przykre doświadczenie, po krótkim czasie pogodził się z tym i zaczął żyć po staremu. Marty unikał, a że za bardzo i ona nie szukała z nim kontaktu, to ich wspólne spotkania stały się jeszcze bardziej epizodyczne niż dotychczas. Aż do dziś… Od tamtego wieczoru minęło parę tygodni, więc ta dzisiejsza wizyta była nie tylko zaskakująca. Ona była wprost porażająca! Przez cały czas w pracy i później, po południu Kamil wymyślał setki najprzeróżniejszych powodów i przyczyn, dla których Marta zaprosiła go do siebie. Nic sensownego nie wymyślił, miotał się pomiędzy rozpaczą a nadzieją, choć przecież fakt, iż Marta była tak wyraźnie wzburzona powinno mu dać jakąś wskazówkę. Gdyby chodziło o jakąś błahostkę, to z pewnością spotkać by się mogli gdzieś na mieście, a nie prywatnie w mieszkaniu Marty. I oczywiście bzdetami by się Marta nie przejmowała, choć tak naprawdę Kamil nic o niej nie wiedział. Może nawet coś nieistotnego dla Marty ma znaczenie fundamentalne, aczkolwiek z tego co Kamil dotychczas zaobserwował, Marta nie sprawiała osoby małostkowej. Ale cóż on wiedział o niej? Wyobraźnia płatała mu figle. Cokolwiek mu przychodziło do głowy, to było albo nierzeczywiste, albo przerażające. Chociaż nie! Pewien nieprawdopodobny pomysł zaświtał mu w umyśle, ale to nie mogło być prawdą, bo przecież to całkowicie niemożliwe! W końcu dał sobie z tym spokój. Najprostszym rozwiązaniem będzie uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż odbędzie to spotkanie. Wtedy dowie się wszystkiego. Więc stoi oto przed jej drzwiami i wie, że już za chwilę wszystko się wyjaśni. Nie bardzo wiedział co to może być, ale jednego był świadom: cokolwiek to będzie na pewno zmieni jego życie. Pytanie tylko czy pozytywnie. Życie go nauczyło, że zmiany raczej nie są na lepsze. Tak było przynajmniej w jego przypadku. Nie można odwlekać tej chwili. Nabrał głęboko w płuca powietrza i wypuszczając, nacisnął dzwonek. Zanim drzwi się otwarły, uświadomił sobie, że manewr z powietrzem nie spowodował iż poczuł się lepiej. Wcale mu nie było lżej, ale była to ostatnia myśl jaka mu zaświtała w głowie przed tym jak stanął oko w oko z Martą. Próbował się jakoś przygotować na to, ale zupełnie nic z tego nie wyszło. Mimo, że starał się ze wszystkich sił przybrać minę obojętną, zdawał sobie sprawę, iż zupełnie mu to nie wyszło i wygląda jak idiota. I co gorsza - tak też się i czuł… Bez względu jak wyglądał, Marcie było wszystko jedno. Obrzuciła go przelotnym spojrzeniem i ustępując w bok zrobiła przejście; aby go jeszcze zachęcić, wykonała tradycyjny gest zaproszenia. Jedynie co ujrzał to, że w geście tym nie było cienia życzliwości. Kamil odnotował ten fakt w świadomości z niejakim niesmakiem i przekonał się, że wizyta kurtuazyjna to raczej nie będzie. Żeby pokryć narastającą złość rozglądał się po mieszkaniu. Niewiele zdążył zapamiętać od ostatniego razu. Inna rzecz, że nie było czasu ani możliwości na przypatrywanie się szczegółom. Tak w nocy, jak i rano. Na przypomnienie tamtego poranka zalała go fala sprzecznych uczuć. Mieszkanie, jak przystało na projektanta wnętrz, było urządzone ze smakiem. Co prawda smak ten charakteryzował całą Martę, odzwierciedlał zupełnie i całkowicie to jaka była, co myślała i jakie prowadziła życie. Kamil zdał sobie sprawę, że mieszkanie choć schludne, jemu absolutnie nie odpowiadało. Zbyt uporządkowane i oszczędne w szczegóły. Nie posiadało tej ulotnej atmosfery domu, w którym się mieszka. Tej odrobiny nieporządku czy śladu kurzu. Nie żeby było niechlujnie czy bałaganiarsko, ale brakło mu wyraźnych oznak zasiedlenia. Było to nieuchwytne, takie coś co trudno określić, a co powoduje, że chce się wracać do tego miejsca. Chyba, że ktoś lubi mieszkać w pudrowanych komnatach pałacu nierealnego aż do granic. W każdym razie, on by tu mieszkać nie mógł. Na szczęście nie będzie nigdy musiał. Wszystko to przegalopowało mu przez głowę, gdy czekając na kolejne wskazówki, stał lekko stremowany w przedpokoju. Chociaż starał się zapanować nad sobą, serce mu waliło niczym młotem. Marta nadal nic nie mówiła, wyminęła go i udała się do pokoju dziennego, a on nie doczekawszy się żadnej komendy, podążył za nią. Czuł się lekko nieswojo, tym bardziej, że Marta wciąż milczała. Będzie w końcu musiał pierwszy przerwać milczenie. Chociaż, jako żywo nie miał koncepcji jak zacząć i był coraz bardziej rozeźlony, bo to przecież ona go zaprosiła i to ona powinna zagaić rozmowę. Niby taka wychowana i kulturalna, a nie potrafi zagrać poprawnie roli gospodarza. A jednak Marta w końcu się odezwała: - Cieszę się, że jesteś. Musimy poważnie pogadać… Początek był mało obiecujący, upewnił go, że rozmowa nie będzie ani miła, ani przyjemna. - Czego się napijesz? - Można by odnieść wrażenie, że próbuje nadrobić stracony czas na starcie i dopiero teraz przypomniała sobie jak powinien się zachowywać gospodarz. Miał przemożną chęć walnięcia porządnego kielicha, ale powiedział: - Może być kawa. Marta wyszła do kuchni, a on usiadł na kanapie i nieznacznie poluzował węzeł krawata. Starał się z całych sił nie okazywać jak bardzo jest zdenerwowany. Wciąż usiłował grać rolę twardziela, tę rolę, którą tak dobrze odstawiał przed nią przez te wszystkie miesiące ich znajomości. Kiedy tak nad tym myślał, to sobie zdał sprawę, że zaprzepaścił wiele wspaniałych chwil, gdyby tylko potrafił być bardziej cierpliwy, gdyby tylko pokazał Marcie, że potrafi czekać, i że roztopiłby tę jej lodową otoczkę. Był o tym przekonany. A tak dał się sprowokować wbrew swoim przekonaniom i intencjom, dał się wciągnąć w te niekończące utarczki. Wszystko poszło nie tak… Ale był tutaj dziś. I jeśli odpowiednio poprowadzi rozmowę, to być może jeszcze da się odwrócić wszystko. Było bez znaczenia o czym chciała z nim rozmawiać Marta, najważniejsze, że chciała! A także, że to właśnie ona pierwsza wystąpiła z tą propozycją. Kiedy Kamil próbował się naładować pozytywną energią, Marta wniosła filiżanki z kawą. Nadal w milczeniu, podała kawę i usiadła naprzeciw. Kamil, by zyskać na czasie, odstawił szopkę ze słodzeniem i nalewaniem śmietanki, chociaż pił kawę tylko czarną. Marta cierpliwie czekała, aż będzie gotów na to, by mogła mu powiedzieć po co go tu sprowadziła. Kiedy już wyczerpał i tak ograniczony zasób działań opóźniających, podniósł głowę znad stolika, na którym stały filiżanki i zupełnie bez żadnych ukrytych lęków spojrzał na gospodynię. Przez ułamek sekundy jego mózg zarejestrował obraz zmęczonej twarzy. W oczach czaiła się mieszanina desperacji, lęku i złości, w proporcjach doskonale wyważonych. Tak jakby wewnątrz Marty zmagały się dwie istoty, a to która w tej chwili zwyciężyła miało się okazać po brzmieniu głosu. I faktycznie. Gdy Marta się odezwała to znać było, że mimo całej woli jaką wkładała, by brzmieć naturalnie, czuć się dawało delikatne drżenie znamionujące spacer na krawędzi. - Dziwisz się pewnie, po co cię tu sprowadziłam. I nie bardzo wiem od czego zacząć. Nigdy nie darzyłam cię wielkim szacunkiem i nie było możliwe byśmy razem mogli przebywać obok siebie… Kamil chciał coś rzec, przerwać ten dziwny początek rozmowy, bo choć brzmiało to niezbyt zachęcająco, to jednak w głębi czuł, że jest to rodzaj wyznania miłosnego lub czegoś w tym stylu. Wniosek dość odważny, ale miał niejasne przeczucie, że się nie myli. Jednak Marta pomimo, że spostrzegła to, iż Kamil chce coś dodać, gestem dała mu znak, by był cicho i nie przerywał. Tak więc kolejny raz powietrze, które wpompował w płuca bezproduktywnie wypuścił z bezgłośnym westchnieniem. Marta upiła łyk swojej kawy i kontynuowała: - W sumie różnimy się za bardzo, a ja nie mam ochoty zmieniać się dla ciebie. Także ty, nie jesteś w stanie się stać takim, jakbym chciała… Ze zdenerwowania zdania, które wypowiadała pomimo, że miały być w zamierzeniu inteligentną tyradą, stawały się mało zrozumiałym bełkotem. - O czym ty mówisz? - Kamilowi udało się wreszcie coś wtrącić. Tym razem Marta nabrała powietrza i z głośnym sykiem wypuściła je w akcie obronnej dygresji. - Kamil, proszę! Jest mi niezmiernie trudno. Przerywasz i wytrącasz z równowagi. - Ale… - Widzisz, znów! To dlatego nie możemy być razem. - A moglibyśmy być? - Zdumienie Kamila było autentyczne. - Pozwól mi dokończyć! Kamil tylko uniósł ręce w wiadomym geście ni to obronnym, ni to przepraszającym. Marta nerwowo splatała i rozplatała dłonie, tak jakby ta czynność miała utrzymać ją przy sednie sprawy. - Kamil! Spędziliśmy razem noc. To była pomyłka i niezależnie co robiłam i jakie tobie wysyłałam sygnały, to była okoliczność wielce niesprzyjająca. Byłam pijana, zgoda… Ale to, że się nie zabezpieczyłeś, to już była z twojej strony głupota i skrajna nieodpowiedzialność. Umilkła na chwilę ponieważ głos zaczął jej się dramatycznie załamywać. W Kamilu zaczął kiełkować niepokój, nie był pewny czy dobrze rozumie dokąd zmierza ta rozmowa, co takiego ma Marta jemu do zakomunikowania. - Chcesz powiedzieć, że…? Nie dała mu dokończyć. Zdaniem Kamila miała bardzo irytujący sposób prowadzenia rozmowy. Być może monolog był najlepszą formą komunikacji werbalnej w rozumieniu Marty. - Jak mogłeś być tak samolubny? Przez moment Kamil sprawiał wrażenie wstrząśniętego, po czym wydobył z siebie tylko jedno zdanie: - Ależ to zupełnie niemożliwe! - Zrobiłeś mi dzieciaka i mówisz, że to niemożliwe?! - Marta aż się uniosła oburzona do granic. Była taka chwila, przez którą Kamil był nieomal pewny, że kobieta rzuci się na niego. Nic zatem nie powiedział więcej, tylko pozwolił, by opadło choć trochę napięcie. Marta tymczasem, chcąc ochłonąć chwyciła filiżankę i uniosła do ust. Lekkie drżenie dłoni znamionowało skrajne wzburzenie. Wszystko to Kamil obserwował coraz bardziej rozluźniony. Tak się złożyło, że oboje tkwili na przeciwnych biegunach. Im bardziej Marta się denerwowała, tym Kamil się mocniej odprężał. Już wiedział, że wizyta ta nie miała nic wspólnego z jego osobą, choć zdawał sobie sprawę z tego, że trzeba będzie to uświadomić Marcie. I to w miarę delikatnie, co przy nastawieniu dziś, a w konsekwencji charakteru Marty w ogóle mogło nie być wcale takie proste ani przyjemne. Kamil starał się pozbierać pytania i argumenty w głowie, by móc poprzez zapytania wyłowić cokolwiek sensownego z tego bełkotu. - Pozwól, że zapytam: o co tobie chodzi? Twierdzisz, że jesteś w ciąży i to ze mną, ale nie wyobrażasz sobie życia przy moim boku. Więc po co to spotkanie? Marta drgnęła niczym ugodzona igłą. - Odpowiedzialność! O to mi chodzi, ale tobie widocznie to pojęcie jest obce. Co zresztą, biorąc pod uwagę twoje dotychczasowe życie, mnie specjalnie nie dziwi… Kamil słuchał z narastającym zniecierpliwieniem: - Nic o mnie nie wiesz! Moja przeszłość nie ma tu nic do rzeczy. - W sumie tak! Znów zapadło dość kłopotliwe milczenie. Zgodnie sięgnęli po kawę i upijając kolejne łyki szukali w otchłaniach filiżanek wskazówek i podpowiedzi jak dalej poprowadzić te rozmowę. Raz po raz tylko rzucali sobie spojrzenia zupełnie tak jakby prowokowali się w niemym pojedynku. Kamil w zasadzie mógłby wstać i wyjść. Cokolwiek dręczy Martę nie dotyczy jego osoby, chociaż ona jest o tym święcie przekonana. Jeszcze gdzieś w zakamarkach duszy Kamil borykał się z wyrzutami sumienia, by uświadomić Marcie prawdę, by ukazać jej jak bardzo się myli. Ale jak dotychczas nie dała mu szansy, by mógł jej wytłumaczyć. Była tak arogancka w tej swojej zbroi wszystkowiedzącej i od nikogo niezależnej; że, choć to takie małostkowe, Kamil miał przemożną chęć dać jej się pogrążyć. To prawda, że resztki uczucia do niej powstrzymywało go od tego, ale z drugiej strony miał uczucie, że po raz kolejny kobieta za niego decyduje, do czegoś go przymusza. A przecież tak samo jak w przypadku Weroniki, tak i teraz był bez winy. Kochał Martę i może nawet mógłby jej pomóc, ale ona sama go odtrącała. „Mam dość bycia przedmiotem, który można wykorzystać!” - Przemknęła mu myśl. Wiele rzeczy mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby był bardziej stanowczy w stosunkach z kobietami, do których cokolwiek czuł. Było ich wokół niego zawsze mnóstwo. Ale tak naprawdę to zależało mu na nielicznych, a tylko do dwóch coś w istocie poczuł. I obydwie go odtrąciły. A także, jak się okazuje również oszukały. Choć Marta zdaje się święcie wierzyć w to, co się teraz stało. Że to on jest ojcem jej dziecka, a to przecież wykluczone. Ponad wszelką wątpliwość. Związek z Weroniką, a właściwie wszystko to co było ich udziałem w końcowej fazie małżeństwa wykazał, że Kamil absolutnie nie może być ojcem. Niczyim. Ponieważ był bezpłodny, nie był w stanie spłodzić dziecka. Nigdy. W końcu wydało się, że ciąża Weroniki to nie jest sprawka Kamila. Oczywiście zanim się ożenił nie zdawał sobie z tego sprawy. A szkoda. Tyle zmarnowanych szans, decyzji jakie podjął dla dobra rodziny, a które nic nie znaczyły. Miały jednak kolosalny wpływ na jego los. A mimo to jego poczucie odpowiedzialności wciąż było głównym motorem napędzającym życie Kamila. Wszystko co robił potem, robił dla Weroniki. No może dla siebie również… Ale głównie dla Weroniki. A ona to wzięła jak coś jej należnego i odeszła z podniesionym czołem; mimo, że go oszukała i okłamała. Kiedy poznał Martę i zakochał się w niej jak podrostek, na moment uwierzył, że może jednak zasłużył na nagrodę. Wierzył, że potrafi ją zmienić. Że swą cierpliwą adoracją skruszy ten mur, który wokół siebie wzniosła. Zaślepiony uczuciem ignorował oczywiste fakty i nadal wierzył, że sen się spełni. Teraz z tych rojeń nie pozostał nawet żal. Marta okazała się zimną, nieczułą suką jaka się zdawała być w rzeczywistości. Zarozumiałą kobietą wierzącą w swe posłannictwo wynaturzonego feminizmu. Nawet teraz nie przeszło jej przez myśl, by go wysłuchać. Zaprosiła go na to spotkanie, ale od początku wyznaczyła mu rolę, z której nijak go nie chciała zwolnić. Była przekonana o swoich racjach, i nic ani nikt nie mógł tego zmienić. W Kamilu począł narastać gniew na takie traktowanie. Nie jako skrzywdzony czy odtrącony kochanek, ale jako mężczyzna, który był traktowany tak przedmiotowo. Niczym sobie na to nie zasłużył, nawet jeśli był postrzegany jako typowy okaz swej płci. Gdyby tylko Marta zechciała wysłuchać tego co miał jej do powiedzenia. Ale nie! Ona wiedziała wszystko lepiej. Genialna, wszystkowiedząca Marta… Mógł zaoszczędzić jej upokorzeń. Mógł sprawić, że miałaby jeszcze czas nie uczynić niczego co by mogło zmienić jej życie. Mógł… Ale najzwyczajniej w świecie Marta nie chciała. Więc dlaczego on miałby wbrew swej dumie ją ratować? Wciąż tylko to poczucie obowiązku i nic w zamian. Nic oprócz upokorzeń, łez i ciosów. Zewsząd. Marta, rozzuchwalona przez życie, zatraciła trzeźwy osąd i co najgorsze nie chciała do siebie dopuścić świadomości, iż nie zawsze ma rację. I że nie zawsze musi być na jej sposób. Widać od dawna musiała polegać tylko na sobie i już inaczej nie potrafiła. A może było jej tak wygodniej? Chować wszystkie marzenia za twarzą feminizmu. I uległa pokusie by wszystkie swoje postępki, nawet te najbardziej kontrowersyjne, pokrywać maską ambicji i tłumacząc to kobiecą zaradnością w świecie opanowanym przez mężczyzn. Tak daleko zabrnęła, że teraz już nie potrafiła inaczej. I co gorsza, nie tylko nie chciała pozwolić by jakikolwiek facet uczestniczył w jej życiu, ale również zatraciła wszelką kontrolę nad swoim postępowaniem. Od tak dawna tak się zachowywała, że teraz już nie widziała różnicy. A każdą próbę sforsowania granicy traktowała jak zamach na wolność osobistą. W każdym razie Kamilowi nie udało się przełamać tych lodów, choć bardzo próbował. Starał się zrozumieć przyczyny zachowania Marty, wytłumaczyć sobie każdą jej podłość i grubiańskie zachowanie. I nawet nieźle mu to wychodziło. Pomimo, że Marta jednoznacznie odrzuciła jego awanse, on wciąż schowany w cieniu czekał cierpliwie wierząc naiwnie, że w końcu coś się musi zmienić. Aż dobrnął do chwili obecnej. Marta odarła wszystkie jego rojenia z jakichkolwiek barw. Podarła w strzępy jego uczucia i rzuciła resztki w twarz, oskarżając go o ojcostwo jej dziecka. Beznamiętnie i na zimno. Tak jak tylko ona potrafiła zrobić. Postawiła go w sytuacji, nad którą postarała się zapanować całkowicie i traktując niezwykle przedmiotowo chciała użyć dla własnych potrzeb. Klasycznie jak na Martę. Zawsze tak robiła i dotychczas jej to nie tylko się udawało, ale także uchodziło na sucho. Patologicznie odczuwała potrzebę panowania nad wszystkim, nad każdym szczegółem. Planowała wszystko w najdrobniejszych niuansach i pilnowała, by ani na milimetr nie odstąpić od tego, co sobie postanowiła. No chyba, że taka była potrzeba chwili…Umiała się przystosować, ale zawsze wywoływało to w niej złość, że nie może wszystkiego zaplanować. Ale wciąż próbowała… Uwierzyła w swoją szczęśliwą gwiazdę i upojona nieprzemijającymi sukcesami zaślepiła się na innych. Kamil boleśnie przekonał się, że Marta myśli tylko o sobie i dąży do własnych celów za wszelką cenę. Po trupach innych i wbrew wszelkim zasadom. Bo jeśli zasady były przeciwko Marcie, tym gorzej dla zasad. Dopiero teraz Kamil pojął, iż Marta nie jest w stanie się zmienić, ona inaczej już nie umiała. Zapewniając sobie środki do życia, jeśli tylko była taka potrzeba, to Marta wszystkich dookoła niszczyła i wokół siebie urządzała totalną destrukcję. I na zgliszczach jako ostatnia ocalała i wygrana zbierała cały łup - czymkolwiek to było. I w tej jednej chwili Kamil pojął, że jest nie tylko narzędziem, ale także ofiarą. Nie miał na to ochoty, w najmniejszym stopniu nie zamierzał niczego Marcie ułatwiać, ani też biernie oczekiwać na to, co mu miała do zaoferowania. Już przestało mu zależeć na niej. Jakikolwiek to był rodzaj zaślepienia, przeszło całkowicie. Jeszcze raz spojrzał na Martę i przez moment zastanowił się o czym ona myśli, ale w tej samej chwili pojął, że jest mu to zupełnie obojętne. Odstawił filiżankę i delikatnie się uśmiechając pod nosem, dał wyraźny znak Marcie, że należy jakoś zakończyć tę rozmowę. Przez cały ten czas, gdy Kamil rozmyślał nad zawiłościami własnych losów, a także nad obrzydliwym charakterem Marty; ona starała się rozgryźć, o czym tak się zadumał. Dotychczas wszystko się układało po jej myśli, a jeśli tak nie było, to dokładała wszelkich starań, by tak się właśnie stało. Panowała niepodzielnie nad swoim życiem. Aż do teraz… Ta ciąża to coś więcej niż tylko przykry wypadek. Więcej nawet niż nieplanowana i zgoła nieoczekiwana niedogodność. A także więcej niż gwałtowny zakręt w życiu, który miał mieć nieodwracalny wpływ na jej los. To było coś nad czym nie panowała i zdawała sobie sprawę, że jest uzależniona od Kamila. Wiedziała, że zrobi wszystko, by odzyskać kontrolę, ale w skrytości miała nadzieję, że nie będzie musiała zmuszać go do niczego. Ale ten jego uśmieszek… Kamil był uosobieniem jej negatywnej oceny mężczyzn. Nie widziała możliwości, by nawet spróbować związać się z kimś takim. To oznaczało zgodę na kompromisy, może nawet na pewną dozę uległości - czegoś takiego Marta nie była w stanie sobie nie tylko wyobrazić: nie mogła nawet pojąć, że takie coś jest w ogóle możliwe. Według Marty kompromisy to oznaka słabości, nie mówiąc już o podległości. W zasadzie małżeństwo było dla niej czymś na poły mitycznym; wszyscy o tym słyszeli i każdy chciałby tego doznać, ale jak sobie to wyobrazić? W każdym razie Kamil nijak nie przystawał do jej wyobrażeń o idealnym mężu i partnerze. Ta postać była tak doskonała i nieskazitelna, że tak naprawdę nie miała prawa istnieć. I chociaż tak jest przecież zawsze - to sztuką jest albo znaleźć kogoś choć trochę przypominającego ideał, albo pogodzić się, że tak naprawdę to mit i zaakceptować stan obecny. Ważne, by marzenia nie zastąpiły nam zdrowego rozsądku… A Kamil nie był nawet cieniem ideału Marty. I dziecko w niczym tu nie mogło pomóc. Ona już wiedziała czego będzie żądać od Kamila, wiedziała to od chwili, gdy go zaprosiła na te rozmowę. I choć nie potoczyła się po jej myśli, to wciąż jej się wydawało, że ma nad nim przewagę, bo zna jego przyszłość; przyszłość, którą mu tak doskonale zaplanowała. Po dziś dzień wszystko, co sobie założyła, się spełniło. Nawet jeśli w trakcie realizacji trzeba było nanosić drobne korekty… A właśnie tego nienawidziła najbardziej - zmian, których nie dało się przewidzieć, a które życie w swojej nieskończenie nieprzewidywalnej różnorodności serwowało każdemu. Także Marcie. W końcu nauczyła się planować tak, by zawsze zostawiać margines na nieprzewidziane kłopoty. Lecz nie byłaby sobą, by nie próbować panować nawet nad zmiennością losu, co jednak absolutnie się jej nie udawało. I co ją strasznie frustrowało. Jasne, że mogła próbować, ale było to skazane na niepowodzenie - nikt przecież nie jest w stanie panować nad nieznanym. Lecz teraz jakiś niewytłumaczalny niepokój zagnieździł się gdzieś w krtani. Coś dziwnie dotąd nieznanego ścisnęło gardło. Nie znała tego uczucia, ale tak właśnie można by było odczuwać strach… Marta również odstawiła niepotrzebną filiżankę i wyszła naprzeciw przeszywającemu spojrzeniu jakim ją obdarzał od pewnego czasu Kamil. Ciekawiło ją o czym myślał przez ten cały czas. Czy wpadł w panikę na myśl o ojcostwie? A może cieszył się, że oto pojawia się doskonała okazja na to by mieć Martę? Albo roił sobie jakieś plany na przyszłość typu „ żyli długo i szczęśliwie”? Marta nie była aż taka ślepa, by nie dostrzegać zainteresowania ze strony Kamila swoją osobą. Przez te wszystkie lata nauczyła się dostrzegać zagrożenie ze strony facetów zanim jeszcze tak naprawdę się mogło pojawić. I wyrobiła w sobie pewnego rodzaju system obronny - kiedy tylko się ktoś pojawiał na horyzoncie jej niezawodny instynkt robił błyskawiczną ocenę delikwenta i po natychmiastowym porównaniu do głęboko zakorzenionego w umyśle wzorca mężczyzny, klasyfikowała i odrzucała na bok. W takim przypadku facet miał szczęście jeśli nie był traktowany jak robal. Tyle tylko, że oni nie mieli o tym pojęcia. Nie wiedzieli ile mają szczęścia, że Marta nie dopuściła ich do siebie… Faceci to takie zabawne stworzenia. Wydaje im się, że są panami świata, a brak im za grosz poczucia obowiązku. Wiecznie by tylko się bawili. Owszem, czasem zabawnie było przygruchać sobie takiego na noc, ale mieć coś takiego na stałe dzień w dzień? Służyć gorącymi obiadkami, opierać gacie i być na każde skinienie w łóżku? I powoli, acz nieubłaganie uzależniać się od takiego indywiduum? W końcu prędzej czy później popadamy w rutynę dnia codziennego. Marta od dawna wiedziała, że nie chce takiego życia, a ponieważ miała bardzo kiepską opinię o większości mężczyzn, to w jej planach żaden taki delikwent nie istniał. Co nie znaczy, że nie miała cienia nadziei, że spotka kiedyś swego księcia, który będzie potrafił sprostać jej oczekiwaniom. Ale wiedziała jedno. Kamil, z całym tym swoim bagażem życiowym i opinią bawidamka absolutnie się do tego nie nadawał. Absolutnie i całkowicie. I zamierzała mu właśnie to zakomunikować. Ale nie będzie to dla niego tylko prztyczek. Chciała go ukarać, by wreszcie zaczął brać odpowiedzialność za swe czyny. Postanowiła go ukarać za cały męski ród, za wszystkie bardziej lub mniej prawdziwe winy. I to niekoniecznie jej wyrządzone. - No dobrze, Marta. Wezwałaś mnie tu w jakimś konkretnym celu. Dowiem się w jakim? A już myślała, że niczym jej nie mógłby zaskoczyć. - Słucham? Kamil zaczerpnął powietrza i nadal się ironicznie uśmiechając spytał: - To ja ciebie słucham? Marta w zasadzie miała całą rozmowę przygotowaną, miała ustaloną odpowiedź na każdą ewentualność. Przecież nie byłaby sobą. Już wcześniej odbyła to spotkanie w myślach wielokrotnie i starała się przewidzieć każdy możliwy zwrot w rozmowie, a co za tym idzie każdy możliwy zestaw dialogów. Miała w zanadrzu cały podręczny zbiór argumentów i faktów, wszystko co tylko pozwoliłoby jej ani na chwilę nie stracić kontroli. Ale ten jego uśmieszek… Marta nienawidziła być ignorowaną i traktowaną z góry, a tak się właśnie teraz czuła. Choć nie znosiła tracić zimnej krwi, to jednak postawa Kamila, tak beztroska i wyluzowana dotknęła ją do żywego. Zupełnie jakby sobie nie zdawał sprawy z powagi sytuacji lub co gorsza miał to gdzieś. Z tego co wiedziała o Kamilu mogło to być wszystko. - Jestem w ciąży - zaczęła z narastającą irytacją. - I właśnie ty jesteś ojcem. Nie chcę jednak byś się ze mną żenił. Będziesz tylko ojcem dziecka i będziesz łożyć na jego utrzymanie. Zapewnię ci widzenia dziecka i wiele innych rzeczy, byś zechciał czuć się jak prawdziwy ojciec. O ile, rzecz jasna jesteś tym zainteresowany… Kamilowi odebrało dech na dźwięk słów, które do niego dotarły. Wiedział, że jest bezwzględna, ale żeby aż tak?! Nawet nie spytała go o zdanie, nawet nie pozwoliła wyjaśnić czegokolwiek. Wszystko już sobie poukładała, porozdzielała role i niczym wytrawny reżyser po haśle „akcja!” puściła w ruch swój plan. Ta jej pewność siebie jest tak irytująca. Kamil nie miał nic przeciwko kobietom wyzwolonym; tym, które wiedzą czego chcą od życia i potrafią tego dokazać; ale do szału doprowadzało go to, iż jakaś przemądrzała, wojująca i bezkompromisowa feministka zmuszała go do zrobienia rzeczy, na które nie miał ochoty. Tym bardziej, że nie poczuwał się do żadnej winy. Tyle tylko, że ona o tym nie wiedziała. I żeby było jeszcze bardziej absurdalnie nie dała mu szansy na wytłumaczenie całego tego nieporozumienia. Ona już miała winnego i nie zamierzała niczego zmieniać. Jak zwykle. Marta nie może się przecież mylić. Ani przez chwilę nie dopuszczała do siebie myśli, że to może być możliwe. Nie wiadomo czy to bardziej ignorancja czy przerośnięte ego. Feminizm Marty przejął wszystkie negatywne cechy typowe dla męskiego macho. Oczywiście przy uwzględnieniu wszystkich odniesień i trawestacji dla kobiety. - Czyli krótko mówiąc, już mi przeznaczyłaś rolę? - Kamil rozsiadł się wygodniej. To będzie całkiem nowe doświadczenie. Być może Kamil będzie pierwsza osobą, która przytrze nosa Marcie. - Jeśli tylko zechcesz. - Marta nadała swemu głosowi pewną dozę ciepła, żeby tylko Kamila usposobić przychylniej. Choć tak naprawdę to była z jej strony duża kurtuazja. Z nieskrywanym zdumieniem Marta spostrzegła, że Kamil kręci z niedowierzaniem głową. Okazał się dokładnie taki jakim go osądzała. I nie ma znaczenia, że swą opinię opierała tylko na pogłoskach i swoich uprzedzeniach do wszystkich facetów. - A nie przyszło ci do głowy, że to nie moje dziecko? W Marcie zawrzało niczym w wulkanie. - A niby czyje? - Ty to powinnaś wiedzieć lepiej - Kamil nawet nie ukrywał kpiącego tonu głosu. Marta poczerwieniała na twarzy. - Robisz ze mnie dziwkę? Kamil uznał to za pytanie retoryczne, gdyż nie zaszczycił go nawet parsknięciem. - Jestem pewna, iż to ty jesteś tym, który wpędził mnie w kłopoty - głos Marty oscylował niebezpiecznie blisko histerii. - To nie prawda… - Co?! - Falset zawibrował w uszach niczym wystrzał z karabinu. Kamil najpierw wydął usta, by zyskać na czasie, a później uniósł dłonie w geście, który miał na chwilę przykuć uwagę Marty i pozwolić mu w miarę spokojnie wypowiedzieć swoją kwestię. I przyniosło to spodziewany skutek. - Oskarżasz mnie o rzecz, której nie zrobiłem. Ale mniejsza o to… Powiedz mi do czego ci potrzebny fikcyjny tatuś, co? I skąd pewność, że się na to potulnie zgodzę? W Marcie szalał tajfun uczuć. A gniew, żal i wściekłość to niebezpieczna mieszanka. Pytanie, które przed chwilą zadał jej Kamil była tą iskrą, która padła na beczkę prochu jaką obecnie była Marta. - Ponieważ nie zamierzam sama ponosić odpowiedzialności! Ponieważ czas już, aby ktoś nauczył cię rozumu! I ponieważ nie pozwolę, by ktokolwiek mnie w ten sposób traktował! Wybuch ten na ułamek sekundy pozwolił Kamilowi na wtrącenie zdania: - Ale to jest prawda! Nie mogę być ojcem dziecka, ale ty nawet nie chcesz bym się wytłumaczył… - Ty bydlaku! - Marta w geście bezsilnej złości uniosła pięści i przez chwilę Kamil był niemal pewien, że rzuci się na niego. Co prawda nic nie zaszło, ale dla niego ta rozmowa już była zakończona. Chciał dać jej szansę, ale Marta to zmarnowała. Była tylko sobą i musiała wreszcie ponieść konsekwencje swego postępowania. Nie można bezkarnie używać ludzi jak narzędzi, nie licząc się z ich uczuciami. Nie można się czuć jak bóg, kazać wszystkim postępować wedle własnego widzi mi się i jeszcze oczekiwać, że uznają to za szczyt szczęścia. Albo chociaż potulnie pozwolą się ustawiać jak pionki na planszy. - Marta! To koniec. Nie zamierzam znosić tego dłużej. Nie chcesz mnie wysłuchać, twoja sprawa. Ale mylisz się i to mocno. - Wynoś się! - Jedyną odpowiedzią Marty był gest wyprostowanej ręki ku drzwiom. Kamil powstał z godnością i powoli ruszył z ku wyjściu. Odwrócił się jeszcze i rzekł: - Przykro mi, Marta. Naprawdę… - Zejdź mi z oczu! Natychmiast! Jeszcze mnie popamiętasz! Za Kamilem zatrzasnęły się drzwi, a przez echo, które poniosło po klatce schodowej odgłos huku, usłyszał szloch Marty. Poczuł się głupio, ale przecież próbował! Może za mało zdecydowanie, ale Marta nie pozwoliła mu spokojnie wyjaśnić. Do końca przekonana do własnych racji nie chciała słuchać żadnych argumentów. W końcu musiał nadejść taki dzień, kiedy przegra. Nawet przy uwzględnieniu, że da się ugniatać swój los jak ciasto, to i tak prędzej czy później wyjdzie zakalec. Wiedzą o tym wszyscy piekarze… Nie wiadomo czy Marta miała o tym pojęcie i czy taka metafora ma dla niej jakiś sens. Lecz gdyby tylko w ten sposób mogłaby spojrzeć na swe życie, to być może wiele spraw nabrałoby innego wydźwięku. Zmieniło jej postrzeganie rzeczywistości. Być może… Tak naprawdę, to Marta przecież akceptowała fakt istnienia zakalca - do pewnego stopnia zdawała sobie sprawę z nieprzewidywalności życia. Ale problem polegał na tym, że choć przyjmowała do wiadomości, to starała się za wszelką ceną zapanować nad tym. Zupełnie po swojemu, jak to ona. Jak mógł być tak głupi, by się w niej kochać? I wierzyć, że potrafi ją zmienić? Jest w największym stopniu egoistką i nie cofnie się przed żadną podłością, byle tylko było jej na wierzchu. Wygrana była dla niej wartością nadrzędną. Celem samym w sobie. To coś więcej niż tylko nagroda od życia; nagroda po dobrze rozwiązanej niewiadomej; nagroda po prawidłowo zaplanowanej akcji - to był sens wszystkiego. Marta nie mogłaby zaakceptować tego, że choć przez chwilę trafiła do zespołu przegranych. Było to niczym katastrofa. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że nie wszystko da się poprowadzić za rękę i choć człowiek stara się ze wszystkich sił i dokłada wszelkich starań, to jednak czasem wynik mógł być nie tylko niezadowalający - mógł być całkowicie żenującym efektem. Marta nigdy nie odniosła porażki w życiu i dlatego była absolutnie nieodporna na ciosy od losu. Jakimże jest głupcem, że umieścił swe uczucia w kobietach tak nieodpowiednich. I to dwa razy! Żadna z nich nie okazała się tego godna. Zabawne: w obu przypadkach miał być ojcem! No, raz się to jednej udało, ale teraz nie zamierzał pozwolić się wodzić za nos. Tym bardziej, że wiedział doskonale iż nie było tu jego winy ani odrobinę. Gdyby tylko Marta pozwoliła mu to wyjaśnić… Ale stało się inaczej. Rodzice go tak wychowali, że Kamil wiedział iż za swoje czyny trzeba płacić. Nie da się bez końca zbierać owoców, czasem trzeba znaleźć i jakieś zgniłki. Rzecz w tym, by to zaakceptować i starać się jeszcze bardziej. I co ważniejsze, nie szukać winy takiego stanu w innych, tylko uświadomić sobie, że to najprawdopodobniej nasze błędy są tym katalizatorem niepowodzeń. Choć czasem nie tylko nasze, ale jednak jedno jest bezsprzecznie ważne - by przejść do porządku dziennego nad tym i żyć dalej, tak aby nasze istnienie nie krzywdziło innych. Tak daleko jak to tylko możliwe. Ale Marta tego nie potrafiła. Wszyscy, w większym czy mniejszym stopniu jesteśmy egoistami. Bo jakżeby inaczej. Przecież postrzegamy świat i życie z perspektywy własnej osoby. Subiektywnie w jak najczystszej postaci. Kwestia tkwi w tym, by nie budować ze swego egoizmu ideologii, która jest jedyną siłą napędową życia. Bo wtedy to naprawdę jest już niewielki krok do stania się złym człowiekiem. I jest niemal pewne, że prawie wszystkie nasze postępki staną się krzywdą dla innych, być może nawet dla nas samych. Kamil nie uważał się za jakiś ideał, ale także nie sądził się szczególnie złym. Ot, taki zwykły, szary człowiek, który może odniósł jakiś tam sukces, ale nie tyle, by zatracić poczucie rzeczywistości. I przyzwoitości. Dla niego pieniądze były tylko środkami do spełniania zachcianek, a nie potrzebą samą w sobie. Starał się żyć w taki sposób, by nikogo nie krzywdzić i choć zdawał sobie sprawę, że jest to zupełnie niemożliwe, by przez niego nikt nie ucierpiał to wiedział, iż nie czynił źle specjalnie. Bo nie da się przejść przez życie tak, by ludzie wokół nas nie doznali od nas lub za naszą sprawą większych czy mniejszych krzywd. Istota tkwi w tym, by nie robić tego świadomie. I tak Kamil żył, a przynajmniej robił wszystko, by tej filozofii być wiernym. Zupełnie odwrotnie niż Marta. To znaczy, ona była wierna swym przekonaniom - tyle, że w dążeniu do celu była w stanie drogę usłać trupami… Jakże się bardzo różnili! Było wielką naiwnością sądzić, że będą mogliby się porozumieć; do tego trzeba czegoś więcej niż chęci i to nawet z dwóch stron - potrzeba było także deklaracji kompromisu, a Marcie brakło choćby cienia spolegliwości. To po prostu nie było w jej stylu. Z każdym stopniem w dół, kiedy oddalał się od Marty, Kamil odczuwał coraz większą ulgę. Dopiero teraz zrozumiał, że ten związek mógł by być strasznie toksyczny i w końcu by go unieszczęśliwił. I choć zdawał sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec, to usprawiedliwiał się, że chciał wyjaśnić Marcie całe to nieporozumienie, lecz ona nie chciała absolutnie go wysłuchać. Jej strata… I tylko gdzieś głęboko Kamil czuł, że mógł postarać się bardziej. Nawet wbrew Marcie. Ale nie starczyło mu determinacji…

4.

Gdy drzwi zamknęły się z hukiem za Kamilem, Marta przez moment stała z wyciągniętą prosto ręką i nie mogła uwierzyć, że wyszedł. Echo, które poniosło się po jej mieszkaniu obwieściło koniec czegoś ważnego i początek jeszcze ważniejszego. Oto po raz pierwszy tak wyraźnie ktoś ją zlekceważył i nie miało znaczenia, iż właśnie wszystko robiła żeby tak się to skończyło. Marta miała narastające przeświadczenie, że od teraz już nic nie będzie takie jak dotychczas. Cały ten absurd, który się wokół niej obracał był tym kamieniem milowym pomiędzy dwoma okresami jej życia. I rzecz znamienna, przestała być panią sytuacji. Pomimo jej usilnych starań nie potrafiła już tak niepodzielnie sterować, karty już nie dawały się tak znaczyć jak kiedyś. To było całkowicie nowe doświadczenie. To, że Marta była zależna od innych, a co ważniejsze - nie mogła im już narzucić roli jaką pierwotnie przeznaczyła. Przerażało ją to! I niewymownie irytowało. Ręka wreszcie opadła bezsilnie, a przez serce przemknęło całe spektrum odczuć. Gorące fale złości przeplatały się z mrożącymi igiełkami strachu. Amplituda humorów wyczyniała istne harce. Przez cały ten czas Marta wpadała z jednej skrajności w drugą. Poziom stresu wzrastał w lawinowym tempie. Zaczerpnęła głęboko powietrza i wypuściła je w głośnym oddechu. Pomogło tylko odrobinę. Wiedziała, że ból głowy czaił się na obrzeżu świadomości. Z gardła wyrwał się szloch. Od dawna tajone emocje nareszcie znalazły ujście. Dotychczas Marta pilnowała się bardzo wszelkich oznak słabości. Pochlipywanie w poduszkę to był wyraz skrajnej niemocy, coś takiego nie mogło funkcjonować w życiu Marty. Takie rzeczy są dla idiotek, które nie potrafią kierować swym losem tylko biernie przyjmują ciosy od życia i jedyną reakcją na jaką je stać jest właśnie płacz. W rozumieniu Marty łzy były wyrazem bezradności, a przecież ona bezradna nigdy nie była. Wydawało jej się, że wystarczy tylko raz pozwolić sobie na chwilę słabości, a już zawsze będzie miękka i bezsilna. I podatna na razy. Napięcie powoli ustępowało, ale to tylko przyczyniło się do tego, że łydki podejrzanie zaczęły drgać i czuła, że za chwilę straci równowagę. Rozejrzała się po pokoju i z ulgą stwierdziła, że wciąż stoi przy kanapie i wystarczyło tylko z wdziękiem opaść w dół. A gdy to się stało, przekonała się, że jednak nie jest jej lżej. Ze zdziwieniem stwierdziła, że niepostrzeżenie wkrada się do niej panika. Nagle sobie uświadomiła, że nie widzi kolejnych kadrów, zawsze miała opracowane kilka ruchów do przodu, niczym wytrawny szachista, a tu tymczasem nie widziała żadnego sensownego wyjścia z sytuacji. Być może dlatego, że złość na Kamila przeradzała się we wściekłość, na to jak ją potraktował. Nie dość, że wpędził ją w kłopoty swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem, to jeszcze zostawił ją na pastwę i nie chciał zająć należnego mu miejsca, które z takim pietyzmem przeznaczyła dla niego. Mało kto odważył się dotychczas na taki krok, a jeszcze nikt nie wyszedł z tego bez szwanku. I Marta wiedziała jedno - Kamilowi też się to nie uda. To jeszcze nie jest koniec. Dziecko musi mieć ojca! I będzie miało ojca! Zmusi go - jeszcze nie wie jak, ale zmusi Kamila, by wreszcie wziął na siebie odpowiedzialność. Co prawda nie wiedziała po co jej fikcyjny tatuś, ale Kamil musiał ponieść karę. Faceci muszą wiedzieć, że czyny są po to, by za nie brać odpowiedzialność. Jak widać to, jaką rolę ona odegrała w tej historii, nie miało dla niej żadnego znaczenia. Winny był tylko jeden aktor, Marta co najwyżej była ofiarą. Całkiem nieźle się czuła w tej roli, choć przecież było to zupełnym zaprzeczeniem dotychczasowej postawy Marty. Takie jawnie okazywanie krzywdy nie przystawał dla feministki, takiej niezależnej, od nikogo nie oczekującej pomocy. A jednak nie dostrzegała niekonsekwencji w swoim postępowaniu. Koniecznie chciała mieć winnego - i go znalazła, a ponieważ pasował jej idealnie do profilu jaki sobie nakreśliła, to robiła wszystko, by go wpasować w te ramy. Przecież ona mylić się nie mogła! Wzięła sobie za punkt honoru, aby chociaż jednego samca nauczyć odpowiedzialności. Właśnie - odpowiedzialność. Ostatnio to słowo stało się jej mantrą. Niczym słowo - klucz otwierało każdą jej myśl, było przewodnią siłą, argumentem nie do odrzucenia. Wartością samą w sobie. Początkiem i końcem. Brzmiało to jak religia. Wynaturzone i wykoślawione spojrzenie na świat - odpowiedzialność tak, ale tylko dla innych. Najlepiej dla wstrętnych facetów. Z każdą chwilą mężczyźni stawali się dla niej synonimem zła, wszelkich krzywd kobiet- wszystkiego co je spotyka od tych wstrętnych wieprzy, którzy myślą tylko o jednym. Czy to był początek obłędu? Nie, oczywiście, że nie! To tylko reakcja na całą tę pokręconą historię. Musi się trzymać czegoś, nawet jeśli to jest jakieś słowo. Wiedziała, że za chwilę odzyska trzeźwy pogląd i znajdzie jakiś błyskotliwy pomysł na wybrnięcie z tego szamba. Zawsze tak było, wyzwania budziły w niej pokłady siły, które drzemały uśpione. Potrafiła wszystko to przekuć dla swego dobra, każdą przeszkodę obracała na swoją korzyść. Była niesłychanie dumna z tego, że posiada tę umiejętność. I nie miało znaczenia to, że był to raczej wynik długoletnich treningów i doskonalenia w sobie tej cechy do perfekcji. Wmawiania sobie, że tylko od siebie może oczekiwać czegokolwiek dobrego. Tylko ona może samej sobie pomóc. Święcie w to wierzyła i wcielała tę filozofię w życie z całą stanowczością. Kosztem innych także. Nieustanne pasmo sukcesów takiego postępowania rozzuchwaliło ją ponad miarę. Pozwoliło wierzyć, że wszystko jest możliwe i może dokonać każdego czynu. Bezkarnie i skutecznie. Jak dotąd różnie bywało, raz lepiej raz gorzej, nie zawsze wszystko szło gładko i bezkolizyjnie. Ale w końcu spadała na cztery łapy jak kot. Niemniej czasami wyniki nie były satysfakcjonujące, godziła się z wielkim trudem na niedostatki swych poczynań. Ale prawda była taka, że nigdy nie było tak źle. A może tylko tak jej się wydaje? Musi po prostu chwilę pomyśleć, a na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie. Musi się uspokoić, ukoić sterane nerwy, a gdy odzyska spokój to z pewnością coś wymyśli. Starała się mieć wszystko pod kontrolą, całe swoje życie tak kształtowała, by ani przez chwilę nie stracić steru w ręce. I jak dotąd jej się to udawało. Była samowystarczalna. Planowała, organizowała i z całą siłą realizowała założenia- aż do dziś. Nic i nikt nie był w stanie jej przeszkodzić. A próbowało wielu. Zwłaszcza mężczyźni byli tymi, którzy często starali się ją pokonać. Kobietom nie starczało inwencji, a jeszcze częściej siły i przekonania, że potrafią. Co innego faceci - ci podchodzili do tego najczęściej ambicjonalnie i chociaż nie zawsze mieli ku temu predyspozycje, to jednak ze ślepym uporem usiłowali czegoś dokonać. Byleby tylko jej przeszkodzić, byle zniweczyć jej plany. Nie zawsze po to aby coś zyskać, ale żeby udowodnić, że ona nie może być od nich lepsza. Lecz nigdy żadnemu się to nie powiodło. I to napawało ją dumą. Że dokonała rzeczy na jakie stać niewiele kobiet- może konkurować z mężczyznami nie tylko jak równa z równymi- więcej: jest od nich niejednokrotnie skuteczniejsza. Bardziej sprytna, lepiej planująca i bardziej asertywna. To utwierdziło ją w przekonaniu, że wszystko dozwolone, byleby tylko być po stronie zwycięzców. A takimi wiecznymi triumfatorami dla Marty byli właśnie mężczyźni. Niezależnie czy było tak w istocie, czy nie. Zabawna rzecz z tymi facetami. Na niewiele się mogli przydać, a szkód mogli wyrządzić co niemiara. Ciągle uważali, że są panami świata i przynależy im się cokolwiek już chociażby z tego tytułu. Większość z nich myślało, że mogą się bawić bez ustanku. Kosztem wszystkich, a zwłaszcza kobiet. Taki osąd mężczyzn brał się u Marty ze stereotypów, choć co prawda nie do końca był to mit. Wielu facetów tak się właśnie zachowywało, a przynajmniej starało się egzekwować takie marzenia. Najpierw stroszy taki piórka dla swej pani, a potem gdy osiągnie to co chce, już przestaje mu zależeć. I powoli wszyscy toną w szarości dnia codziennego. Romantyzm umiera - a skrzecząca rzeczywistość zabija miłość. Chyba, że dwoje ludzi zechce pielęgnować ten kwiat. Tyle tylko, że większość pozwala, by miłość umarła. I niestety, najczęściej pierwszymi są faceci. Co prawda nie wszyscy… I dlatego Marcie żaden taki ktoś nie był potrzebny. Jak dotąd nie spotkała nikogo godnego uwagi; nikogo takiego, by się nim zainteresować. A tych paru nielicznych, którzy mogliby być niezłymi kandydatami było już najczęściej zajętych. Marta miała bardzo wysoką skalę wartości jeśli idzie o mężczyzn. Mało który mógł sprostać jej oczekiwaniom. Każdego od pierwszej chwili dopasowywała do wzorca utrwalonego w pamięci, który wyniosła z domu. I z niejakim smutkiem musiała skonstatować, że prawie żaden nie przystawał do wyobrażeń o idealnym kandydacie. Już tak jest, że to czym nasiąkniemy w domu rodzinnym próbujemy w późniejszym życiu realizować, najczęściej z mizernym skutkiem. Choć czasem jest to zupełne zaprzeczenie domowych stosunków- tak dzieje się wtedy, gdy w młodości nie odpowiadał nam charakter zasad wzajemnego współżycia jaki prowadzili rodzice. Ale w przypadku Marty było to pośrednie. Bo chociaż podziwiała ojca, to jednak nie mogła nie zauważać pewnych rys na jego charakterze. Startując w dorosłość Marta, jeśli chodzi o facetów, stworzyła sobie na poły mitologiczny model wzorowany na ojcu - wszystkie jego cechy, które Marta akceptowała plus parę innych dodanych od siebie. I nie w tym rzecz, że stworzyła mężczyznę idealnego mentalnie i charakterologicznie dla swoich oczekiwań, bo tak robiła przecież większość kobiet; ale najgorsze było to, iż nie chciała odpuścić ani na cal w życiu potocznym od tego, co w prostej drodze prowadziło do przeświadczenia, że nikt nie jest w stanie sprostać temu wyzwaniu. Nawet jeśli tylko odrobinę odbiegał od marzeń. Marta pod tym względem wyznawała zasadę: wszystko albo nic. I w konsekwencji wciąż była sama. A być może robiła tak, by usprawiedliwiać się przed samą sobą z tego, że to w niej tkwił tak naprawdę błąd? Bo tak naprawdę to każdy z nas ma swoje poglądy i oczekiwania od partnera, dowcip w tym, by potrafić w życiu odpowiednio dopasować te marzenia do rzeczywistości. Trwanie twardo przy swoim mogło doprowadzić do samotności, czego Marta doświadczała boleśnie aż nadto. Co prawda za bardzo jej to nie przeszkadzało. Czasem tylko, gdzieś w głębinach duszy czuła, że coś idzie źle; że coś robi nie tak jak powinna, lecz niestety nie potrafiła odpowiednio zdiagnozować tego i wolała raczej winić innych za swoje życie. Nie zauważała, że tak jest jej wygodnie. Z dzieciństwa wynosimy model rodziny, taki jaki chcielibyśmy tworzyć dla siebie i swoich bliskich. Zawsze tak jest, bo jeśli nawet mieliśmy pecha i nasi rodzice zachowywali się patologicznie to wiemy, że my tak się zachowywać nie będziemy i zrobimy wszystko, aby żyć inaczej. Inna sprawa, że nie zawsze nam się to udaje. Ale tak jest w istocie- nasz dom rodzinny staje się kanwą tego jak byśmy chcieli żyć w dorosłości - albo powielamy je, albo odrzucamy w całości - tak czy siak to ten okres rzutuje na nasze decyzje w przyszłości. Nie inaczej było w przypadku Marty. Miała szczęście być pupilką tatusia. Od chwili narodzin traktował ją jak królewnę i chuchał- dmuchał na ten swój skarb niczym na cud. I dla niego była cudem. Bo choć mężczyźni do dziś dnia wyglądają synów, to córki zajmują u nich miejsca szczególne. Córeczki zawsze są tatusiów. Syn to syn - jasna sprawa, ale córka to oczko w głowie. Tak przynajmniej było z Martą. Wzrastała w przeświadczeniu, że jest lub będzie kimś szczególnym. Kimś wyjątkowym. Teraz była taka dla rodziców, później będzie dla siebie i całego świata. Tylko żeby tak było, będzie musiała już sama o to zadbać… Niczego nie potrafił ojciec jej odmówić. Lecz mimo tego, że była jedynaczką nie była nadmiernie rozpieszczana - czuła tylko, że jest bezgranicznie kochana. To właśnie tata był tą osobą, z którą kojarzyły jej się wspomnienia z dzieciństwa. Matka istniała gdzieś w cieniu. Zawsze tak było. W ich rodzinie to ojciec był tym, który dominował. Nie żeby był tyranem, o nie! Ale jednak jak się tak głębiej zastanowić to w sumie przytłaczał matkę i ją samą; i chociaż robił to w przeświadczeniu, że czyni dobrze, to do końca wcale tak nie było. Marta już teraz wiedziała, że w swej miłości był zaborczy. Nie zawsze ta cecha była pożądaną. Czasami to było męczące. Ale i tak Marta każdego faceta porównywała z ojcem i to właśnie on był fundamentem jej wyobrażeń o przyszłym partnerze. Choć przyrzekła sobie, że ona nie będzie nigdy tak bierna jak matka. I nie była. Robiła wszystko, by ograniczać swobodę w związku każdemu facetowi, z którym była. Posuwała się nawet dalej. Zaczęła dominować i w końcu dorobiła się etykietki zołzy, z którą trudno wytrzymać. Na dłuższą metę żaden facet nie zniesie czegoś takiego. Mądre kobiety zostawiają swym partnerom tę odrobinę złudzeń, że to oni rządzą. A mądrzy faceci nie próbują na siłę tego wykorzystywać. Jest jakaś głębsza myśl w starym powiedzeniu o głowie rodziny i szyi, która tą głową kręci… Związek kobiety i mężczyzny musi być oparty na partnerstwie, każda inna okoliczność prowadzi to zachwiania równowagi. Marta niestety tej lekcji nie pojęła. Życie zawodowe i prywatne pomieszało jej się dokumentnie, a właściwie stało się jednym - w obu rywalizacja była dla Marty najważniejsza. A co gorsza musiała zawsze wygrywać i to za wszelką cenę. I tu tkwił szkopuł. Nie umiała zaakceptować przegranej. I robiła wszystko, by unikać takich sytuacji. Była na to zbyt niezależna. Nie potrafiłaby się tak bezgranicznie podporządkować komukolwiek, a mężczyźnie w szczególności. Jednak niektóre kobiety inaczej nie mogą- potrzebują męskiego wsparcia, a nawet opieki do tego stopnia, że nie są partnerem w związku, a tylko jego elementem. I matka Marty zdawała się być taką właśnie kobietą- zależną od ojca i biernie wierną w małżeństwie. Nie brała tylko jednego pod uwagę: że być może mądrość matki była tym spoiwem, które trzymało w całości małżeństwo. Że może wcale taka nie była, tylko inaczej stała by się taka jak Marta. No cóż, jakkolwiek było z jej matką - Marta nie pojęła tej lekcji, albo raczej pojęła ją na opak. Pewnie podświadomie Marta nienawidziła ojca za to jak traktował matkę. Feminizm Marty był zdaje się pochodną tego, czego była świadkiem w młodości. Trochę jednak wypaczał jej życie, ale tego akurat Marta nie zauważała lub starała się ignorować ten fakt. Przez wiele lat przyjmowała ojcowe dowody miłości bez skrupułów i w przeświadczeniu, że jej się słusznie należą. Ale i ona w końcu doświadczyła tego, co była udziałem jej matki. Kiedyś drogi jej i ojca się rozeszły, co tak naprawdę chyba nigdy nie zaakceptował. Ojciec wymarzył sobie, że będzie lekarzem, a ona wybrała architekturę. I wtedy właśnie ujrzała gniew ojca - po raz pierwszy tak naprawdę i nieodwołalnie Marta poczuła jak to jest być księżniczką, która spada z piedestału. To było coś więcej niż zawiedzione nadzieje. To było niczym zdrada - tak przynajmniej postrzegał jej ojciec. Właściwie architekt to równie nobilitujący zawód jak lekarz. Zresztą żadna profesja nie jest godna aż takiego ostracyzmu, aczkolwiek w społeczeństwie pewne zawody są szanowane bardziej. Dla ojca Marty lekarz stał na samym szczycie. Padł ofiarą własnych oczekiwań względem córki, a Marta zbyt była niezależna, by mu ulec. A przecież konsekwentnie tak ją wychowywał - na chwałę swego rodzicielstwa. No cóż, Marta nie była swoją matką, nie mogła biernie brać wszystkiego i słuchać potulnie ojca. Nie do końca się z tym pogodził, dla niego to była porażka, choć przecież porażką nie była. To naturalne, że rodzice chcą dla swych dzieci jak najlepiej i nie zawsze podoba im się wybór życiowej drogi przez ich pociechy, ale najmądrzej jest pozwolić dzieciom decydować o sobie- rzecz w tym, aby nie zmarnować czasu od momentu narodzin aż do dorosłości i wychować dzieciaki tak, by podejmowały w pełni dojrzałe decyzje. I żeby brały za te decyzje odpowiedzialność i ponosiły wszelkie konsekwencje wynikające z tychże. Nie każdemu to się udaje, a jeszcze mniej to potrafi. Marta zdecydowała o sobie i by udowodnić ojcu, że dobrze wybrała, ze wszystkich sił starała się pokazać mu, że jest w stanie osiągnąć szczyt. Chciała, by mimo wszystko był z niej dumny. Pochodziła z małego miasteczka, gdzie wszyscy o wszystkich wiedzieli wszystko. Gdzie status był rzeczą istotną. Pewnych spraw nie można było zaniedbywać i zostawiać samych sobie. W takich miejscowościach wyścig szczurów przybierał szczególną formę. Nic co człowiek mówił i czynił nie pozostawało w oderwaniu od tego jak go postrzegali inni. Tam czas biegł trochę wolniej od reszty świata. W dużych aglomeracjach tłum pozwalał na wtopienie się w tło i do pewnego stopnia do uniezależnienia od środowiska. Anonimowość powodowała to, że moglibyśmy być sobą. Do pewnych granic rzecz jasna, ale jednak zawsze… A w takich mieścinach jak rodzinne miasteczko Marty każdy podlegał ścisłym regułom i zachowaniom, a indywidualizm, jeśli był nie poparty pozycją społeczną, postrzegano jako szkodliwą cechę. Niczym skazę genetyczną nie dającą się usunąć. Tylko osoby bardzo bogate albo ustosunkowane mogły sobie pozwolić na odstępstwo od tej zasady, a ich odmienność traktowano w kategoriach ekstrawagancji. Cała reszta wtłoczona w ramy małomiasteczkowej etykiety, sztywno trzymającej fason za wszelką cenę, starała się nie wychylać. Ta atmosfera mieszczańskiej, fałszywej moralności kładła się cieniem na wielu, ale nikt nie chciał być obiektem plotek. Chyba, że zamierzał wyjechać na zawsze. Było wiele takich spraw, które stawały się tabu. Między innymi niechciane ciąże i dzieci urodzone bez ojca. A to właśnie stało się udziałem Marty. Jak tu się zjawić w domu i pokazać ojcu jak bardzo się go zawiodło? A przecież to skrajna głupota. Rodzice nie mogli odpowiadać za czyny swych dorosłych dzieci. Niemniej wiele mówiły o sposobie wychowania, o jego braku lub co gorsza zaniedbaniom. Tak przynajmniej twierdzono w tych środowiskach. Każdy chętnie czekał na sposobność, by tylko drugiemu wytykać błędy i mienić się tym, który jest prawowierny, choć tak naprawdę to każdy podlegał tym samym prawom. Jakoś nie znajdowała tu zastosowania maksyma: „ kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień…” I jak tu pokazać się w domu? Ojciec jej tego nie daruje, może nawet wyrzeknie się takiej wyrodnej córki? Był do tego zdolny. Marta zdawała sobie doskonale sprawę, że mógłby tak zrobić. Bezgraniczna miłość dla swej księżniczki miała jednak granice, musiała być na jego warunkach, gdzie przebaczenie się uzyskiwało nie za każdy grzech. Gdzie klątwa rodzinna wciąż miała jeszcze moc, chociaż w sumie to już przebrzmiała pieśń dawnych czasów. Przecież majątek, który miała odziedziczyć, choć sama miała wszystko, był nie do pozazdroszczenia. Trudno było jej się pozbyć mentalności Melanii z dobrej rodziny… Oczywiście, że mogła żyć dalej w wielkim mieście, i tak pewnie zostanie tutaj, ale rodzice żyli tam, a prędzej czy później wyjdzie na jaw co się stało. Miasteczko będzie miało igrzyska. Nie chciała narażać ani matki, ani tym bardziej ojca na coś takiego. Tam było to hańbą i wstydem okryłaby całą swoja rodzinę - jakkolwiek to staroświecko i głupio brzmi. Doskonale zdawała sobie sprawę jak okrutni są to ludzie. Zawistni i fałszywi, gotowi na chwilę potknięcia, by rzucić się i rozszarpać. Plotkom, i to tym najbardziej plugawym nie byłoby końca. Marta, pomimo tego, że gardziła nimi to jednak w gruncie rzeczy była nieodrodną córką tego miejsca, konwenanse jednakże odgrywały w jej życiu rolę i to większą niż Marta była skłonna przyznać przed sobą. Nie była w stanie się od tego tak zupełnie odseparować, zbyt długo mieszkała tam, by tak całkowicie zapomnieć o wychowaniu, które jej rodzice zaszczepili. To było niczym odruch bezwarunkowy. Styl zachowania i skalę wartości, którą wyznawali jej współmieszkańcy przez cały okres dorastania. Taka dulszczyzna w wydaniu małomiasteczkowym. Wiele razy była świadkiem jak bezlitośnie społeczność niszczyła jednostki przejawiające skłonności do zbytniego indywidualizmu. Jak chociażby ten malarz, co kupił dom pod miastem i próbował zaszczepić miłość do malarstwa abstrakcyjnego, albo profesor Konopacki, który po kilkudziesięciu latach przykładnego uczęszczania na msze nagle doznał apostazji i przystał do świadków Jehowy. Z dnia na dzień spotkali się z narastającą wrogością, aż do całkowitego wyłączenia ze społeczności. Wielu pomniejszych przykładów nie wato nawet wspominać… Na jakikolwiek przejaw ekscentryzmu lub choćby tylko delikatnego odstępstwa, miasto reagowało natychmiast i bez litości. Aby być oryginałem na to potrzeba było albo mnóstwa kasy, albo niezłych stosunków z elitą, co zresztą szło z reguły w parze. Ostracyzm towarzyski był bronią straszliwą, a jeśli komuś nie zależało na opinii to jawna wrogość posunięta aż do aktów przemocy zmuszała delikwenta, albo do porzucenia swych przekonań, albo do sromotnej ucieczki. Ileż to dziewczyn emigrowało do innych miejscowości tylko dlatego, że nie potrafiły znaleźć mężów i ojców dla swych dzieci! Marta dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Już tak się żyło, tam w jej rodzinnej miejscowości. Wolno, konserwatywnie i bez fajerwerków. I choć powolutku dochodziło do zmian, to jednak nie na tyle, by dało się tam żyć. I Marta, wzorem innych młodych ze swego pokolenia wyrwała się z tej dusznej atmosfery i zamieszkała w wielkim mieście. Ale choć to trudno przyznać, jej charakter na tyle nasiąknął tym wychowaniem, że w połączeniu ze współczesnym światem dawał mieszankę dość przerażającą. Łzy obeschły i Marta zaczęła szukać gorączkowo sposobów rozwiązania tej paskudnej sytuacji, w której się znalazła. Słynęła z tego, że potrafiła tak pokierować sprawami, iż te przybierały pożądany obrót. Jak dotąd wychodziła zwycięsko z każdej opresji, a przynajmniej umiała minimalizować straty. Miała dar analitycznego myślenia i pozornie oderwane od siebie fakty i wydarzenia umiejętnie łączyła w całość i to z satysfakcjonującym efektem. Inna rzecz, że w takim stanie jeszcze nie była. Tu w grę wchodziły jej uczucia i emocje - trzeba będzie nabrać odpowiedniego dystansu, by należycie ocenić fakty. Na chłodno musi rozważyć wszystko to, czego teraz doświadczyła. Ale żeby to osiągnąć należy się uspokoić i, choć to trudne, beznamiętnie rozpracować problem. Ból głowy ogarnął umysł niczym schodząca z gór mgła turnie. Marta wstała i udała się do kuchni, tam przygotowała sobie świeżą kawę. Połknęła podwójną dawkę środków przeciwbólowych i popiła wodą. Przymknęła oczy i czekała aż proszki zaczną działać. Ból pulsował pod czaszką nieprzemijająco, ale z coraz mniejszym natężeniem. Marta wzięła głęboki wdech iw nozdrza uderzył aromat świeżo parzonej kawy. Wróciła na kanapę i przez chwilę ostro dmuchając w filiżankę popijała po małym łyczku szlachetnego napoju. Powoli zmora, która trzymała w okowach jej głowę poluźniła swój uchwyt, a wraz z tym myśli zaczęły krążyć trzeźwiej. Teraz Marta mogła zacząć budować zręby działania, które miały ją wyciągnąć z tego bagna. A więc Kamil okazał się nie tylko egoistą, ale także tchórzem. Co prawda Marta nie spodziewała się po nim niczego innego, ale jednak tak jawny opór ja zaskoczył i to niemile. Zmuszał ją do brnięcia dalej i szukania bardziej drastycznych sposobów na wyegzekwowanie swych praw. Ktoś przecież musi być prawnie odpowiedzialny za dziecko i to musiał być facet. Ona sama nie zamierza się poświęcać w imię rodzicielstwa i choć stać ją było na samodzielne wychowanie dziecka to nie zamierzała żadnemu samcowi ułatwiać pozbycia się kłopotu. Chciała dać Kamilowi nauczkę i żaden opór z jego strony nie był w stanie złamać w niej tego postanowienia. I nie tylko dlatego, że własny ojciec będzie dociekał tego, ona sama wbrew feministycznym hasłom, którym hołdowała, chciała to prawnie i obyczajowo zakończyć tak, aby nie musieć się wstydzić przed mieszkańcami rodzinnego miasteczka. Nie dlatego, że ktoś będzie sobie nią wycierał gębę, ale by nazwisko ojca i matki nie szargał nikt ponad miarę. I bez tego, gadania będzie co niemiara. Zbyt dobrze to znała, by łudzić się, że może być inaczej. Tych kilka przypadków dziewcząt, które przed nią miały nieszczęście być w podobnych sytuacjach było aż nadto oczywiste co się stanie z jej opinią, gdy pojawi się z dzieckiem - a bez ojca tegoż. Tu, w wielkim mieście, nie miało to większego znaczenia, ale tam, w rodzinnych stronach była to skaza, która mogłaby wyrzucić ją poza nawias społeczeństwa. I o ile jej to może niewiele zaszkodzić, to żyli tam rodzice przecież. Jakby to przeżyła matka? No i ojciec? Tacy czuli na punkcie konwenansów? Musi znaleźć ojca dla swego dziecka. A właściwie nie znaleźć, bo on istnieje, ile zmusić do wzięcia odpowiedzialności, której jak się okazuje unika niczym diabeł święconej wody. Skoro po dobroci nie chce, trzeba będzie go to tego zmusić. Marta usilnie rozmyślała nad możliwościami takiego rozwiązania. Niestety, jej wiedza na ten temat była żadna. Coś tam kołatało pod czaszką o badaniach krwi, testów DNA i takie tam, ale jak do tego doprowadzić? Gdzie się udać? Komu to zgłosić? Może nawet uznać to za gwałt? O, niezła myśl! Była pijana, a on ją wykorzystał. Choć przecież zaprzecza temu… No pewnie; a co, ma się przyznać do przestępstwa? Mogłaby to zgłosić na policję, ale czy nie jest za późno? Czy nie minęło zbyt wiele czasu od tamtej nocy? Marta znała już kierunek, lecz pytań było zbyt dużo i to takich, na które nie znała odpowiedzi. Nawet cienia. Ktoś musi jej pomóc. Tylko kto? Przydałby się jakiś prawnik, ktoś taki co ubierze jej pomysły w szaty paragrafów i na fundamencie kodeksu zbuduje gmach pułapki, w którą zapędzi i na zawsze zamknie Kamila. Czy znała kogoś takiego? A może, by tak poszukać w mieście? Przecież takich kobiet jak ona musiało być więcej. Świat jest pełen złych facetów i oszukanych kobiet. O tym Marta była święcie przekonana. Ale dobrze by było, gdyby tego kogoś mimo wszystko znała. Byłoby jej łatwiej, choć zdawała sobie sprawę, że z obcym czasem lepiej by się czuła. Lecz wywlekać swój wstyd i upokorzenie przed całkiem obcą osobą? A może tak pójść do szefa i poprzez niego zmusić Kamila do posłuszeństwa? I wciągać pracę w życie osobiste? To już prawnik lepszy, bo zobowiązany do milczenia. Marta czuła dyskomfort na myśl, że będzie musiała wtajemniczyć w swe prywatne sprawy obcych i to jeszcze tak intymnej natury. Dotychczas ograniczała dostęp postronnych do siebie. W miarę możliwości wykorzystywała innych do własnych potrzeb, ale uzależniać się do nich czy wręcz oddawać na łaskę… To już zupełnie co innego. Coś, co absolutnie jej nie odpowiadało. Co kłóciło się z jej postrzeganiem świata i tym, jak ona w nim funkcjonuje. Lecz niestety, docierał do niej fakt, że tym razem inaczej nie można. Przerażało ją to. Już sama świadomość, że coś ją ogranicza, była porażająca. Frustrująca. Dołująca. Jak dotąd, kiedy docierała do krańca swych możliwości pchała ścianę dalej. Teraz pomysłów brak- po raz pierwszy była bezradna i uczucie to ją przygniatało. Nauczyła się uważać siebie za samowystarczalną. Doprowadziła feminizm w sobie do szczytu perfekcji - teraz okazywało się, że jest coś co ją przerasta i z czym sobie nie poradzi. Bezsilna złość ją ogarniała na samą myśl, że nie jest aż tak doskonała jak sądziła. To oczywiście naturalne, ale dla niej było przeżyciem nieomal jak z najgorszych koszmarów. Może byłoby lepiej, gdyby mogła z kimś to wszystko przedyskutować, by spojrzeć na to z innej perspektywy. Poznać zdanie osoby patrzącej z boku. Najlepiej, by było jak najbardziej obiektywne. Tyle tylko, że nie było nikogo takiego. Marta boleśnie uświadomiła sobie fakt, że nie ma takiej osoby wokół niej. Obywała się dotychczas bez znajomych, o przyjaciołach nie ma co wspominać. Jej charakter odstręczał potencjalnych kandydatów. Również ciągła praca nie sprzyjała zawieraniu i utrzymywaniu znajomości, tym bardziej, że Marta nic nie robiła w tym kierunku. Było jej samej dobrze, doskonale sobie radziła sama - jak dotąd. Teraz wsparcie by się bardzo przydało, lecz nie było nikogo, by pocieszyć, by poradzić. Była sama - tak jak zawsze chciała, ale obecnie ta filozofia stała się jej przekleństwem. Nie da się przejść przez życie jak przez pustynię. Człowiek, czy tego chce czy nie, jest zależny od innych. Osoby pokroju Marty, z wyżyn swego wysokiego mniemania o sobie, stawały się wyalienowane, często na własne życzenie. Przez te wszystkie lata, Marcie było tak wygodniej, łatwiej, prościej; bez zbędnych uwikłań i niepotrzebnych bagaży, bez ciągłego zajmowania się cudzymi problemami i bez nachalnej pseudo przyjaźni. Lecz teraz, gdy znalazła się w tym położeniu ujrzała, że nie tylko jest sama - ale samotna. Nikogo, by się wyżalić, wypłakać czy chociażby poradzić. Z nikim się nie znała na tyle, by mogła szukać wsparcia. Nie licząc tego incydentu z Julią. Ale aż tak zdesperowana nie była, choć jak się głębiej zastanowić, to chętnie by teraz spędziła czas nawet z Julką. Cały jej świat walił się w gruzy, a ona nie potrafiła temu zapobiec. Zawsze spadała na cztery łapy jak kot w każdej opresji. Tak kształtowała otoczenie wokół siebie, że to ona decydowała o wszystkim, a przynajmniej wykorzystywała okoliczności na swoje potrzeby. Umiała minimalizować straty kiedy, pomimo wysiłków coś jednak nie szło po jej myśli. A teraz sytuacja ja przerastała. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Marta nie wiedziała co począć. I czuła, że najchętniej by pozwoliła, aby ktoś za nią rozwiązał ten problem. Albo przynajmniej wskazał sposób. Była przekonana, że musi być samowystarczalna, by nie być nikomu nic dłużna i bez absolutnie żadnych zobowiązań. Ale egoiści są samotni i kiedyś płacą swoje postępki. Czyżby Marta spotkała swój los, który wystawił jej właśnie rachunek? Być może wariowała, ale tak się właśnie teraz czuła. Gdzieś bardzo głęboko w podświadomości tkwiło przeświadczenie, że kiedyś przyjdzie jej zapłacić za wszystkie podłości i krzywdy wyrządzone innym. Ono zawsze w niej było, choć usilnie spychała je jak najgłębiej i do końca była pewna, że potrafi nad tym panować. I, że nigdy nie dopuści do tego. Jak widać, myliła się. A może wcale nie? Jak zwykle przez faceta ma kłopoty i facet okazał się świnią - też jak zwykle. To tylko potwierdzało jej teorię i umacniało w przekonaniu, że jednak poglądy są słuszne. A przecież dała mu szansę, mógł nie być takim palantem - gdyby zaakceptował tylko rolę jaką mu wyznaczyła, ale nie! Musiał wszystko skomplikować, musiał być potwierdzeniem opinii jaką miała o nich wszystkich. Musiał okazać się rasowym mężczyzną - nieodpowiedzialnym, samolubnym dupkiem, kombinującym tylko jakby tu przejść przez życie bez problemów. Tak ich Marta postrzegała i Kamil jak widać nie był wyjątkiem, a wręcz potwierdzał te regułę. Niemniej, czy wina była po stronie Marty czy Kamila, to właśnie ona ma za to zapłacić i znaleźć rozwiązanie. I znajdzie je! Jak zwykle; tyle, że tym razem zamierzała wreszcie kogoś pociągnąć do odpowiedzialności. Kamilowi ta podłość nie może ujść na sucho! Zapłaci, w taki czy inny sposób; za to co zrobił i co ważniejsze - jak się zachował. Marta już zdawała sobie sprawę, że nie podoła temu sama; że musi poprosić o pomoc. Wtajemniczyć w swe sprawy obcego, wpuścić w swój intymny świat. Gniewało ją to, ale równocześnie wiedziała, że inaczej nie można. Szukała gorączkowo w myślach. Od samego początku przypominała sobie znajomych, zwłaszcza klientów. Byli bardzo ustosunkowani i jeśli nawet sami nie mogliby jej pomóc bezpośrednio, to może mieli innych znajomych. Marta wiedziała, żeby znaleźć kogoś rzeczywiście dobrego, musi powołać się na koneksje i znajomości. Tego rodzaju środowisko było raczej zamknięte na świat zewnętrzny, dotrzeć do środka można było poprzez protekcję. Tam funkcjonowali najlepsi i ci, co najwięcej mogli, a takich teraz Marta właśnie potrzebowała. Kiedy poczuła jak się całkiem odpręża, myśli poczęły się układać w jasną całość i zaczął się krystalizować plan działania. Za jednym okrążeniem pokoju pochwyciła swój terminarz, wizytownik i oczywiście telefon komórkowy. Przypominało to trochę gromadzenie przez komandosa swego wyposażenia bojowego. Kiedy już wszystko to rozłożyła w równym rzędzie na stole, postanowiła jeszcze raz zaparzyć świeżej kawy. Czekając aż się zaparzy, układała w głowie kolejność osób, do których zadzwoni najpierw. Czuła, że znów myśli trzeźwo i ma cel. Przeczuwając, że może to być długi wieczór, nasypała kawy do kubka, a nie jak dotąd do filiżanki. Żeby wzmocnić ilość kofeiny, zaparzyła po turecku. Może te wszystkie odstępstwa od reguły powinny ją zaniepokoić, ale uznała, że po pierwsze - tego właśnie potrzebuje, a po wtóre ma większe problemy niż pogwałcenie swoich zwyczajów. Z kubkiem w ręku popatrzyła na swój oręż i z wyraźnym zdecydowaniem usiadła na krześle. Otworzyła notatnik, terminarz i wizytownik. Tak uzbrojona sięgnęła po komórkę i wystukując pierwszy numer upiła gorącego naparu. Odrobinę sparzyła usta i język, ale nie było czasu na roztkliwianie się nad sobą, bo w słuchawce odezwał się głos. Trochę czuła się skrępowana, że fatyguje w sumie obcych ludzi i zawraca im głowę kłopotami, które wcale ich nie obchodzą. Lecz musiała przełknąć tę kolejną gorzką pigułkę tego wieczoru. Duma więc powędrowała do kieszeni, a wstyd tylko nieznacznie ściskał za gardło. Po każdej rozmowie notowała coś w notatniku lub zapisywała w terminarzu. Wyłaniał się z tego obraz działania. Rzeczy, które trzeba będzie zrobić jutro lub pojutrze. Oto cała Marta! Metodyczna, dokładna i na zimno wyrachowana w swoim postępowaniu. Już wiedziała, że weźmie te parę dni wolnego. Będą jej potrzebne, by odbyć wszystkie te spotkania i posłuchać porad od prawników. Przyszły tydzień jawił się jako pasmo nieustannych ustaleń, zeznań i spotkań. Ale wiedziała jedno - że po tym Kamil wpadnie w matnię bez wyjścia. W oczach zalśniła stal. Kiedy już obdzwoniła wszystkich, których zamierzała i tych, do których musiała zadzwonić w drodze poruczeń i protekcji, mogła wreszcie odstawić telefon i głośno westchnąwszy, rozprostować ramiona. Ostatni raz rzuciła okiem na zapisane kartki. Przemknął jej delikatny uśmiech, lecz nie było w nim cienia życzliwości, tylko czysta mściwość. Jako wytrawna pedantka, zebrała ze stołu swe zabawki i umywszy kubek, poszła się wykąpać. Resztę planu doszlifowała leżąc w gorącej wodzie, tak jak lubiła. Choć zupełnie się tak nie zapowiadało po wizycie Kamila, wieczór stał się całkiem przyjemny. Odprężyła się i zanuciła swój ulubiony przebój. W całkiem dobrym humorze kładła się spać.

5.

Niestety, noc już taka przyjemna nie była. Sen stał się pasmem koszmarów, a być może był to jeden koszmar, tylko w niezliczonej ilości odsłon? Dość, że rano obudziła się zmęczona i wymięta, zupełnie jakby spędziła noc na ciężkiej harówce. I na dodatek kompletnie nie pamiętała o czym śniła. Chociaż, przy uwzględnieniu, że były to koszmary, to nawet lepiej nie pamiętać. Gdzież podziały się noce, po których rankiem wstawała wypoczęta i pełna energii w oczekiwaniu na każdy kolejny dzień? Marta należała do tych stosunkowo nielicznych osób regenerujących się podczas snu, całkowicie i dogłębnie. Pochlebiała sobie, że jest to widomy znak, iż ma czyste sumienie… Raczej nie gnębiły jej żadne wyrzuty, co najwyżej, że nie zdążyła czegoś tam przeprowadzić lub jakaś sprawa nie została dokończona. Tyle. Taki stan jak obecnie był dla niej nowością, graniczącą z szokiem! Kolejny dowód na to jak destrukcyjny wpływ ma na psychikę kobiety facet.. Wstała z dużym ociąganiem i poczłapała do łazienki. Zanim skierowała się do klozetu, rzuciła przelotne spojrzenie w kierunku tafli lustra. I natychmiast przekonała się dobitnie, że nie powinna była tego robić za nic w świecie. Ujrzała bardziej zjawę niż własne odbicie. Oczywiście, każdy tuż po przebudzeniu wygląda dość osobliwie, ale dla Marty było to przeżycie traumatyczne. Nigdy dotąd nie prezentowała się tak okropnie. Ale cóż, skoro się nie przespało nocy, albo raczej noc była tylko pasmem męczarni, to nie dziwota. Choć to była marna pociecha. Marta chwilę kontemplowała swój wizerunek i z niesmakiem odwróciła się w kierunku kabiny prysznicowej. To powinno pomóc jej doprowadzić się do stanu używalności. Przynajmniej dotąd tak bywało, aczkolwiek nigdy jeszcze nie musiała poddać się aż takiej reanimacji! Po drodze załatwiła inne czynności fizjologiczne, wliczając w to oczywiście tradycyjne hołdy składane muszli klozetowej. Zdawała sobie sprawę, że po tym wygląda jeszcze straszniej, chociaż, na bogów, było to prawie niemożliwe. W strugach wody rozmyślała. Układała plan dnia. Znajome uczucie relaksu wywołane kąpielą pokazało, że ciało nadal reaguje na bodźce, to tylko umysł ostatnio szwankuje. Powinna sobie z tym poradzić. To wszystko przez to, że spadło na nią zbyt wiele na raz, i to spraw, z którymi nie wiedziała co począć. Po prysznicu poczuła się lepiej. Skontrolowała ten fakt, ponownie spoglądając w lustro. Zmiana była zauważalna wyraźnie. Te obwódki wokół oczu i ziemistą cerę trzeba będzie rzecz jasna jakoś zaczarować, ale od czegóż kobiecy arsenał kosmetyków? Marta co prawda nie należała do kobiet nadmiernie się malujących, ale nie stroniła od makijażu. W jej pracy to było niezbędne. Dziś będzie musiała trochę dłużej posiedzieć przed zwierciadłem. Ale nic to, ma czas. Powoli mijał ranek. Delikatne śniadanko i to całe hokus-pokus z makijażem, i mogła wreszcie ruszyć w miasto. Chwilę się wahała, czy najpierw udać się na policję, czy do prawnika? Uznała, że lepiej zasięgnąć porady prawnej. Szybko sprawdziła na którą jest umówiona i stwierdziła, że ma jeszcze mnóstwo czasu. Kolejna filiżanka kawy. I walka z pokusą sięgnięcia po papierosa. Ale ciąża nie pozwoliła jej na taką nieodpowiedzialność. Taka już była Marta: może to dziecko jest niechciane, ale skoro zamierza je urodzić, to nie może być samolubna. Perfekcjonistka! Aczkolwiek, nie do końca, jak się tak zastanowić… Pozbierała wszystkie drobiazgi do torebki i zarzuciwszy garsonkę wyszła z domu. Jazda autem po mieście o tej porze nie należała do rozkosznych, lecz dziś nie przeszkadzały jej ani korki, ani wszędobylscy przechodnie beztrosko galopujący na przełaj po jezdni. Nigdzie się nie spieszyła, więc skupiona na jeździe uważnie prowadziła. Miało to tę dobrą zaletę, że zmuszało ją to do nie myślenia o niczym innym. W końcu po nieprzyzwoicie długim czasie dotarła na miejsce. Zaparkowała na płatnym parkingu pod biurowcem, w którym mieściła się kancelaria prawnicza. Gdy znalazła się w holu, hoża, ale skromna asystentka pospieszyła jej z pomocą. - Czym mogę pani służyć? - Nawet uśmiech, chociaż wyraźnie firmowy, miała ujmujący. Taki, jaki powinien być w tym miejscu i w tych okolicznościach. Nic nie mogła Marta poradzić, że od razu jej się skojarzyła książeczka czekowa. Jej książeczka czekowa… - Jestem umówiona z mecenas Kozłowską. - Proszę chwilę zaczekać - asystentka wskazała Marcie wygodną kanapę - zaraz sprawdzę, czy pani mecenas może panią przyjąć. I nie czekając na reakcję, odwróciła się na zgrabnych szpileczkach, kierując się do jednego z wielu gabinetów jakie widniały z holu. Zapukała i nie czekając na zaproszenie weszła do środka jednego z nich. Marta z uznaniem pokiwała głową na tak sprawne działanie. Ceniła kompetentny personel. Sama była wszak szefem. Co prawda, nie wiadomo jak długo jeszcze… Odrobinę zwarzyło jej to humor. By odegnać złe myśli, rozejrzała się po pomieszczeniu. W końcu była projektantem wnętrz, takie oglądanie cudzego pomysłu było, jakby to rzec, zboczeniem zawodowym. Urządzono je ze smakiem, ale chyba dość bezosobowo, tak by nie nadawać tu żadnego wyraźnego stylu. Widać, że namęczył się kreator wnętrz, aby za bardzo nie przesadzić z żadnym trendem. Wnętrze dla każdego i dla nikogo, uświadomiła sobie Marta. Na tyle miłe, by chcieć tu czekać i dość oględne, by zbytnio się nie rozglądać. Ot, skromnie, ale schludnie. Wszystko po to, by klienci nie byli za bardzo zaabsorbowani, albo broń boże, czymkolwiek urażeni. Nie czekała zbyt długo. Tutaj nie zwykło się marnować czasu. Aż nadto widać było renomę tego miejsca, a to zwykle oznaczało dużą kasę. Marta nie należała do biednych, ale doskonale sobie zdawała sprawę, że wyjdzie stąd nieźle odchudzona na portfelu. Miała tylko nadzieję, że nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Dostała się tutaj poprzez protekcję. Inaczej pewnie w życiu by się tu nie dopchała tak prosto z ulicy. Zjawiskowe dziewczę pełniące tutaj funkcję aplikanta, ponownie stanęło przed nią i promiennie się uśmiechając, zapraszała do gabinetu pani mecenas. Marta nagle straciła cały spokój. Jak zwykle w takich chwilach stała się odrobinę złośliwa. „Ciekawe, czy nie boli ją twarz po całym dniu takiego uśmiechania się?” - Pomyślała. I obrzuciła aplikantkę krytycznym wzrokiem. W jednej sekundzie dotarła do jej świadomości młodość dziewczyny. Świeżości jaka jej już minęła. Marta była już kobietą dojrzałą, a wkrótce za sprawą ciąży, miała zatracić i tę figurę jaką posiadała. Wprawiło ją to w jeszcze większą złość. „Cholerny Kamil!” - Przeklęła w duchu. -„Ale się z tego nie wywinie!” Przekroczyła próg, a za nią bezszelestnie zamknęły się drzwi. Stanęła przed obliczem mecenas Kozłowskiej. Prawniczka powstała na jej widok i wyciągnęła delikatną dłoń na powitanie: - Witam, szanowną panią. - Głos budził zaufanie . – W czym mogę pomóc? Marta uścisnęła rękę i zajęła wskazany sobie fotel. - Potrzebuję porady prawnej w dość… - Tutaj nerwowo odchrząknęła. -…W dość delikatnej sprawie. - Mianowicie? - Mecenas Kozłowska od razu przystąpiła do sedna. Marta wybrała kobietę prawnika myśląc, że mniej się będzie krępowała mówić o takich sprawach niż z mężczyzną. Może nawet spodziewała się jakieś formy współczucia, a przynajmniej zrozumienia. Nie miała jak dotąd zbyt wiele do czynienia z prawnikami, chyba, że projektowała im domy letniskowe albo mieszkania. Ale to były całkiem inne relacje. Teraz miała odsłonić całą swoją intymność. Kiedy wczoraj kalkulowała na zimno, spodziewała się, że nie sprawi jej to żadnego kłopotu, lecz teraz ta pewność minęła bezpowrotnie. Oj nie będzie łatwo, nie będzie… Marta jako osoba skryta, nie zwykła mówić o sobie, więc ta rozmowa była dla niej niczym tortura. A przecież jeszcze się właściwie nie zaczęła! - Chcę pozwać mężczyznę! - Wyrzuciła z siebie pocisk naładowany takimi emocjami, że chyba zawibrowało powietrze w gabinecie. - W sprawie? - Prawniczka beznamiętnie zadała pytanie całkowicie nieświadoma tych namiętności, jakimi była targana Marta. Cóż, zawodowa rutyna… Marta z przerażeniem odkryła, że nie może wykrztusić słowa. Tylko coraz szybciej oddycha. Przez moment czuła jak się jej robi słabo. Ale chyba bardziej ze złości niż wstydu. - Proszę pani? - Kozłowska delikatnie przywołała ją do porządku, ale chyba spostrzegła, co się z nią dzieje, gdyż zaraz dodała. - Może odrobinę wody? - Nie, dziękuję. - Ta reprymenda, choć doskonale zakamuflowana, pozwoliła Marcie się pozbierać. - Przepraszam… - Nic się nie stało - głos prawniczki tylko odrobinę nabrał nieco cieplejszych tonów. - A więc w jakiej to sprawie zamierza pani pozwać mężczyznę? - O ustalenie ojcostwa! - Wypaliła kolejny nabój, ale ten także nie uczynił na pani mecenas żadnego wrażenia. - I gwałt! Dopiero w tej chwili prawniczka pozwoliła sobie na delikatne uniesienie brwi. - Była pani w tej sprawie na policji? - Zadała pytanie, jednocześnie coś notując w notesie rozpostartym przed jej nosem na biurku. - Jeszcze nie. - Marta z każdym zdaniem nabierała coraz większej pewności siebie. - Chciałam najpierw się poradzić prawnika… - Tutaj nastąpiło skinięcie głowy w pełnej akceptacji. - Polecano mi panią… - Zdobyła się na kolejny pochlebczy gest. To także zostało powitane ze zrozumieniem, choć efekt był mniejszy niż się Marta spodziewała. Albo Kozłowska była odporna na komplementy, albo zbyt zadufana w sobie, by się nad nimi rozczulać. Marta miała nadzieję, że to pierwsze. - Kiedy nastąpił ten przykry incydent? - Trzy miesiące temu. Nagle ręka prawniczki pisząca uwagi w notesie znieruchomiała: - Słucham? - Trzy miesiące temu - wybełkotała speszona Marta. Przeczuwała w tym pytaniu komplikacje. Przez dobrych kilka sekund prawniczka wpatrywała się w Martę wzrokiem myśliwego. „Albo nic z tego nie będzie, albo ocenia moje możliwości finansowe” - Pomyślała nawet dość trzeźwo jak na te okoliczności. W końcu Kozłowska raczyła zabrać głos: - Szanowna pani Raczek. - Cedziła powoli słowa, zupełnie jakby chciała, żeby Marta doskonale wszystko zrozumiała. - Obawiam się, że w tej kwestii nie mogę pani pomóc. - Nie bardzo rozumiem? - Zatrzepotała rzęsami Marta. - To powiem inaczej. Sprawa gwałtu jest sprawą przegraną. Mogę oczywiście zacząć całą procedurę, ale z doświadczenia wiem, że po takim czasie są raczej nikłe szanse na pozytywny wynik. Zrobię, jak pani postanowi, ale proszę mi uwierzyć, szkoda czasu i pieniędzy. Zanim Marta pojęła, co usłyszała, mecenas dodała: - Zwłaszcza pieniędzy! - Więc co mam zrobić?! - Marta niemal krzyknęła. Ogarniać zaczęła ją panika. Nic nie szło tak jak sobie wczoraj obmyśliła. Nie tego spodziewała się usłyszeć od prawniczki. Liczyła się z jakimiś trudnościami, ale żeby tak zaraz na początku, kiedy nawet nie zaczęły na dobre? Wprawdzie doceniała to, że mecenas nie wmanewrowała jej w z góry straconą sprawę i do tego jeszcze sowicie kazała sobie za to płacić. Ale nie tak sobie to wszystko zaplanowała. Zgoda, miała raczej mgliste pojęcie o tych wszystkich operacjach prawniczych, ale miała nadzieję na nieco inny początek. Przede wszystkim chciała efektów - najlepiej od zaraz. Naiwność takiego myślenia była widoczna nawet dla niej, lecz mimo tego wciąż z uporem maniaka spodziewała się jakichś spektakularnych posunięć, błyskotliwych działań - słowem miała nadzieję, że Kozłowska nie wychodząc z gabinetu wszystko załatwi. Przyzwyczajona była działać i co ważniejsze zależeć tylko od siebie. Tutaj była zdana na łaskę kogoś innego. I do tego całkiem obcego! Frustracja o mało jej nie zadusiła. - Najlepiej będzie jeśli wszystko mi pani opowie. - Kozłowska wygodnie się rozsiadła i bliżej przysunęła notatnik do siebie, by bez problemu zapisywać uwagi. - Kiedy poznam tło sprawy, będzie mi łatwiej znaleźć jakieś sensowne posunięcia. - To konieczne? - Raczej tak. Marta westchnęła. Teraz będzie musiała ponownie przez to wszystko przejść, krok po kroku odsłonić swe najskrytsze, najbardziej intymne przeżycia. Dla niej to był istny koszmar! Nienawidziła się odsłaniać, a tu nie ma wyjścia. Chyba, że uzna całe to zamieszanie za zwykłą pomyłkę, przeprosi grzecznie i zapłaciwszy za fatygę opuści kancelarię jak niepyszna. Ale nie potrafi zrezygnować z ukarania Kamila. Musi go nauczyć pokory, musi mu pokazać, że to właśnie ona jest górą! I choć cena jest naprawdę wysoka, jest gotowa ją zapłacić. Zaczęła swą opowieść zupełnie od początku, od chwili kiedy poznała Kamila i dotarła aż do dnia dzisiejszego. Kiedy już zaczęła, to mówiła nieprzerwanie, jakby chciała w tej swoistej spowiedzi oczyścić się i nabrać sił do dalszej walki. Prawniczka z rzadka przerywała pytaniami i skrupulatnie notowała swe spostrzeżenia. Ani na moment Marta nie zobaczyła na jej twarzy żadnych emocji. Ani zaskoczenia, ani odrazy, ani sympatii. Całkiem jakby gadała do automatu. W sumie tak powinno być, chociaż Marta odrobinę spodziewała się bardziej otwartych reakcji. Kiedy skończyła, zapadła na kilka sekund cisza. - Czyli, jeśli dobrze zrozumiałam, nie chce pani zmusić pozwanego do związku, tylko po to, aby uznał ojcostwo? - Tak. - Chce go pani ukarać? - W pewnym sensie… Prawniczka spojrzała uważnie na Martę: - Jest pani tego absolutnie pewna? - Całkowicie - Marta twardo stała na swoim stanowisku. - Muszę panią ostrzec, że nie będzie to przyjemne. Może pani spotkać się z niechęcią w pracy. Może nawet tę pracę stracić. - Jestem w ciąży. Jak pani myśli, długo tam popracuję? Tylko nieznaczne uniesie brwi znamionowało to, co Kozłowska sobie pomyślała. Ale nawet teraz Marta nie potrafiła odczytać tego gestu. Był całkowicie bezosobowy. - A poza tym niesłuszne zwolnienie z pracy też podpada pod paragrafy, prawda? - Istotnie. Ale nie zalecam aż takiego rozmachu. To musi potrwać, a w pani stanie każde emocje nie są mile widziane. - Więc najpierw zacznijmy jedno! - Dobrze. Zrobimy tak, szanowna pani. Dziś przedstawię pani plan działania i kroki jakie podejmiemy w pani imieniu, pokażę spodziewane konsekwencje tych działań. A pani da sobie do namysłu kilka dni, a później podejmie ostateczną decyzję, zgoda? - Po co? - Marta nie do końca zrozumiała, co do niej mówi prawniczka. - Proszę wszystko bardzo dobrze rozważyć, pani Raczek. - Ale ja już… - Taki jest mój warunek. W przeciwnym razie nie podejmuję się tej sprawy. Marta aż otwarła usta ze zdziwienia, ale natychmiast się opanowała. - Myślałam, że mi pani współczuje? Po niewczasie zdała sobie sprawę jak żałośnie brzmią jej słowa. To już była jawna żebranina o sympatię. - Pani wybaczy - prawniczka cedziła powoli i zimno - ale tu jest kancelaria prawnicza, nie grupy wsparcia. Marta uczuła jakby ktoś wymierzył jej siarczysty policzek. Jeśli liczyła na to, że wzbudzi swoją opowieścią jakieś łzawe zapewnienia, to się rozczarowała. Nawet jakby zdawało jej się, że raczej ta kobieta nią pogardza, i to nie dlatego, że spotkało ją to, co spotkało, ale za całokształt dokonań. Co prawda, tak tylko się jej wydało, ale było to uczucie na granicy pewności, coś takiego, co nazywa się intuicją. Kobiecą intuicją. Ale Kozłowska była zbyt doświadczoną prawniczką, by pokazywać po sobie przy kliencie swe emocje, takie coś było w zasadzie niedopuszczalne. Miała działać dla dobra klienta, a nie być jego przyjacielem lub sędzią. - Przepraszam… - Wybąkała zupełnie speszona Marta. - Nic nie szkodzi. Chcę tylko, by dobrze pani zrozumiała swoją sytuację. I by moja rola także nie pozostawała nie dopowiedziana. Czy wyrażam się jasno? - Najzupełniej. - Więc proszę mnie teraz bardzo uważnie wysłuchać… Przez kolejnych kilkanaście minut trwał nieprzerwany monolog prawniczki, a przed oczami Marty jawić się zaczął plan działania w ogólnym zarysie. Może i Kozłowska nie jest jej przyjaciółką, ale na swojej robocie znała się doskonale. Kiedy skończyła, Marcie zdawało się, że dostrzega rozpostartą sieć pajęczą i Kamila tkwiącego w samym środku tej matni. A tego właśnie chciała! To był jej cel. - Na dziś to będzie wszystko. Proszę należność uregulować u asystentki i przyjść do mnie za kilka dni, jak pani to wszystko jeszcze raz przemyśli. Wtedy ustalimy koszty, a nie będą małe, i ewentualnie rozpoczniemy procedurę pozwu. Marta chciała zapytać o te koszty, bo co prawda nie była biedna, ale milionerką także nie, lecz zanim otworzyła usta, Kozłowska dodała: - Żegnam. Te słowo i wyciągnięta ręka w geście pożegnania pokazały jej dobitnie, że na dziś jej czas minął. Uścisnęła tylko bez słowa dłoń prawniczki i ruszyła do wyjścia. W holu, zgodnie z poleceniem, zapłaciła wiecznie uśmiechniętej stażystce i ustaliwszy kolejny termin porady, wyszła na ulicę. Kiedy wietrzyk owionął jej rozpaloną twarz, nabrała przekonania, że to wszystko było jakieś takie nierealne. Jakby wcale nie odbyła tej rozmowy przed chwilą. Jakby nadal śniła ciąg dalszy koszmaru z nocy. Ale nie! Powoli docierał do niej cały sens tego spotkania. Wszystkie implikacje jakie z tego mogą wyniknąć, a które w tak obrazowy sposób przedstawiła jej pani mecenas. I poczuła na odwrót, jak się jej robi słabo. Po raz pierwszy uczuła lęk, obawę - nie czy robi słusznie, bo akurat tego była całkowicie pewna - ale czy będzie miała w sobie tyle zaparcia, aby to doprowadzić do końca. Zdawała sobie sprawę, że potrzebne jest jej wsparcie, ale nie ma znikąd pomocy. Prawniczka, jak sama to powiedziała, będzie pilotować ten statek, ale nic więcej. Paliwa emocjonalnego musi sama sobie dostarczyć. Czy pokłady nienawiści do Kamila są w niej aż tak niewyczerpane, czy tylko jej się tak zdaje? I czy może liczyć na kogoś jeszcze w swoim otoczeniu? Ma co prawda wokół siebie ogrom ludzi, ale kogoś, kto by ją wspierał? Dotychczas nie zabiegała o żadną przyjaźń i nie otrzymywała jej - była samowystarczalna. Tak jak sobie to nakreśliła i wytyczyła szlak w życiu. Wszelkie rafy omijała na tyle umiejętnie, że prawie bez szwanku dotarła aż do dzisiaj. Nawet jeśli gdzieś po drodze przytrafiła się jakaś kolizja, sama potrafiła załatać dziury. Aż do dziś… Teraz się to zmieni. Teraz także przekona się, czy pomimo całego swego postępowania jest ktoś obok niej, kto będzie potrafił wesprzeć ją. Teraz pozna o sobie prawdę. Tylko jak bardzo jest ona gorzka? Marta przytłoczona tymi wszystkimi myślami skierowała swe kroki do kawiarni. Tam przemyśli to i owo. Zajęła stolik, zamówiła kawę i deser. Całkowicie impulsywnie. Nigdy dotąd tak nie czyniła, nie miała czasu na kawiarniane pogaduszki, a po prawdzie nie miała z kim ich odbywać. Wciąż każdy jej gest, każde posunięcie, nawet jeśli było zupełnym zaprzeczeniem jej charakteru, ukazywał w całej rozciągłości, jak bardzo jest samotna. Z wyboru co prawda, ale jednak. Nigdy nie potrzebowała nikogo bliskiego, by dzielić się troskami i radościami, teraz być może było już na to za późno. A może wcale nie? Może jednak ktoś jest gdzieś tam, kto wyciągnie pomocną dłoń i wesprze w potrzebie? Jednego była pewna- już niedługo się o tym przekona. Przecież cenią ją w pracy. Miała tego dowody. Cenili ją współpracownicy, choć nie była wcieleniem dobroci, to jednak wykonywała swoją pracę solidnie. Budziła w otoczeniu szacunek. Zazdrość także, pewnie, ale nie mogli jej tylko nienawidzić. No i byli jeszcze szefowie. Oni też ciągle ją hołubili, świadczyły o tym te wszystkie premie i nagrody jakie zgarniała nieustannie. I rzecz jasna, awans! Nie dostała go na piękne oczy. Więc chyba może liczyć na odrobinę wsparcia od nich? Przecież padła ofiarą podłego faceta, który wykorzystał ją w najbardziej okrutny sposób. Takie coś zawsze budzi w innych odruchy dobroci, nawet jeśli kilka osób będzie z tego zadowolonych. Wiadomo, nie każdy ma samych życzliwych, a tacy jak ona, mają ich bardzo mało lub wcale. Piąć się na szczyt nie da bez ofiar pośród ludzi z otoczenia - nawet gdybyśmy nie chcieli nikomu wyrządzić żadnej krzywdy, to nie unikniemy łez. A Marta zdawała sobie sprawę, że ona nie unikała konfrontacji w całym swoim życiu. Dzięki temu dotarła tam gdzie dotarła, ale cena była wkalkulowana w ryzyko. Zresztą, z całym martusiowym podejściem do życia, nie umiała inaczej postępować. Tak rozmyślała, jednocześnie delektując się aromatem kawy i smakiem doskonale przyrządzonego deseru. Z każdą zjedzoną łyżeczką, doświadczała czegoś niesamowitego, czegoś, co dotąd ją omijało łukiem szerokim jak tęcza na niebie. Tyle przyjemności sobie odmawiała! A teraz, kiedy już prawie osiągnęła swój szczyt, los przewrotnie podkłada jej nogę. To takie niesprawiedliwe! Nie zwykła była się nad sobą użalać, ale w tej właśnie chwili poczuła łzy pod powiekami. Lecz musi być twarda i konsekwentna, a nagroda będzie jak zawsze godna niej samej. To było niczym zaklęcie, powtarzała je sobie wciąż i wciąż, siedząc w kawiarnianej sali. Karmiła nie tylko ciało; karmiła także swoją nienawiść do Kamila. Im dłużej o nim myślała, tym bardziej dochodziła do przekonania, że jednak to zbyt mało. Powinien odpowiedzieć także za gwałt! Takie coś nie może facetowi uchodzić na sucho! Nawet jeśli prawnicy twierdzą inaczej! Zanim skończyła deser, już wiedziała, że następny krok jaki uczyni, to będzie wizyta na komisariacie. Żadna siła jej od tego nie odwiedzie! I właściwie dziwiła się Kozłowskiej, że tak nią pokierowała. Ona, kobieta, zupełnie zbagatelizowała sprawę gwałtu. A przecież może ten fakt mieć kapitalne znaczenie dla tej sprawy; więcej - może nawet zaprowadzić Kamila do więzienia! Gwałt jest karalny. Ależ to byłoby coś! Sprawić, że raz na zawsze złamała by mu karierę, dała taką nauczkę, jakiej żadna inna kobieta nie potrafiła mu dać! A na jaką z całą pewnością zasłużył. I to nie tylko w jej przypadku, ale także w odniesieniu do tych wszystkich kobiet, które skrzywdził. Kto wie, ile takich gwałtów się dopuścił? Może, kiedy świat zobaczy jaki z niego potwór, to zgłoszą się inne poszkodowane przez niego kobiety? Marta uśmiechnęła się do tego pomysłu. Wystarczy kiedy jedna się odważy - i tą jedną będzie właśnie ona! Odpłaci mu za nie wszystkie. Odpłaci z nawiązką. Za jego żonę, zdradzoną i porzuconą, za wszystkie uwiedzione i także porzucone na pastwę losu. W końcu za nią samą. Jeśli czegoś się podejmowała, to dokonywała tego. Bez żadnych warunków! Bez uników! Bez półśrodków! I tym razem też tak będzie. Skoro chciała go oskarżyć o gwałt - to uczyni to. Bez względu na to, co sądzi o tym, jakaś zimna, wyrachowana prawniczka. Widać nie za bardzo chciało jej się komplikować spraw, być może popadła w taką rutynę, że nie chce jej się zaczynać jakichś ryzykownych postępowań. Bo po prawdzie, Marta miała świadomość tego, że jednak sprawa tego gwałtu jest cokolwiek, delikatnie mówiąc, naciągana. Bardziej brzmi jak jej chciejstwo by tak było, niż fakt, który miał rzeczywiście miejsce. To trochę pogmatwane, że kobieta pragnie być uznaną za zgwałconą, raczej wszystkie negowały takie zdarzenia. Lub starały się za wszelką cenę o tym zapomnieć. A Marta właśnie na odwrót. I tylko gdzieś głęboko tkwił cierń, że to chyba jednak nie tak; że to nie w ten sposób się odbyło. Być może Kozłowska też doszła do takiego wniosku? I przez grzeczność zignorowała to. Bo gdyby tak było w istocie, to Marta powinna zaraz iść na policję, a nie dopiero teraz po trzech miesiącach, tym bardziej, że nie ukrywała chęci zemsty na kochanku. Więc może faktycznie dać sobie spokój? Ale nie! Nigdy! Może nie jest w stanie mu udowodnić winy, w końcu nie pamiętała niczego z tamtej nocy i nie było nikogo by poświadczyć, ale zawsze może mu krwi napsuć oskarżeniami. Takie rzeczy są paskudne i błoto potrafi na wiele lat przywrzeć do człowieka, nawet jeśli było niesłusznie rzucone. Zdawała sobie sprawę, że zaczyna być małostkowa, ocierając się o śmieszność, starała się za wszelką cenę i na każdy możliwy sposób dopiec jak najbardziej Kamilowi. Jakkolwiek jest, Kamilowi nie odpuści. Nie po tym jak ją potraktował. A poza tym nie ma co tak myśleć, tylko działać. Dopiła resztkę kawy i zostawiwszy należność na stoliku, nie zapominając o sowitym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych