Wyklęty - Część I
Powstały po latach poprawiania i ciągłych poprawek i kiszenia się na dysku. Jeżeli się spodoba to wrzucę następne 3 części.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzień I
Kiedy nadchodził lasem, z daleka dostrzegł pożar. Gród płonął, a napastnicy szturmowali wały. Wędrowiec dał nura w las z gościńca. Krok za krokiem podkradał się w stronę grodu. Gałęzie chwytały za kaptur, który miał naciągnięty na głowę. Zatrzymał się na skraju lasu i ukrył za olbrzymim krzewem dającym mu osłonę przed obserwacją. Zacięte krzyki dochodziły od strony osady. Dostrzegł, że szturmujący zdołali co prawda wzniecić pożar w osadzie, ale do zdobycia grodu było im daleko. Obrońcy raz po raz spychali drabiny i częstowali napastników gradem strzał i kamieni. Wędrowiec dostrzegł nagły ruch nad bramą, w dół polała się jakaś ciecz, a po straszliwych wrzaskach napastników można było wywnioskować, że płyn był bardzo gorący. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Wiedział już, że banda opryszków nie zdobędzie grodu. Liczyli na zaskoczenie, a kiedy to nie wyszło, zabrakło im wiedzy i umiejętności, którą posiada prawdziwe wojsko. Napastnicy na pierwszy rzut oka zdradzali, że są tylko hałastrą, a nie oddziałem z prawdziwego zdarzenia. Jedynie ich wódz, siedzący na koniu i zachęcający swoich podkomendnych do walki, wyglądał na żołnierza. Naraz nad ostrokołem wieńczącym szczyt wału wzniosła się jakaś postać i oddała strzał z łuku w kierunku herszta bandytów. Ten jak rażony piorunem zwalił się z siodła. Tryumfalny okrzyk wzniósł się ponad wałami grodu. Banda momentalnie rzuciła się do ucieczki, unosząc za sobą znokautowanego wodza. Rozległ się zgrzyt otwieranych wrót i zadudniły kopyta podkutych koni. Z grodu wypadła grupa konnych i, wydając bojowe okrzyki, pognała za zbójami. Jeźdźcy pognali za bandą. Przewodził im wysoki wojownik w kolczudze i hełmie zdobionym kitą,pozostali jeźdźcy przeważnie byli bez kolczug, a niektórzy nawet bez hełmów, uzbrojeni byli we włócznie i miecze . – Co o tym myślisz, Jaromirze? – powiedział wędrowiec, ukryty nadal w krzakach. Przez chwilę jakby wsłuchiwał się w odpowiedź, chociaż nie było przy nim nikogo. – Taaa, masz rację – znowu powiedział do powietrza. – Mogliby nas wziąć za jednego z tych obwiesiów, a to byłoby raczej niemiłe. Lepiej zaczekajmy tutaj chwilkę. Na szczęście nie pada, chociaż troszku mi głodno. Leżał sobie na ziemi, obserwując osadę. Pożar został ugaszony i dym unoszący się na grodem zniknął. Minuty upływały i zaczęła go ogarniać senność. Rozbudziły go okrzyki dobiegające z grodu. Spojrzał w prawo i dostrzegł powracającą grupę konnych. Wydawali okrzyki i poganiali grupkę powiązanych piechurów. Leżący w krzakach człowiek bez trudu rozpoznał pierzchających przed chwilą napastników. Miny mieli niewesołe, co było zrozumiałe, bo trudno było spodziewać, się że mieszkańcy osady zechcą się patyczkować z niedoszłymi zdobywcami. – No, dobra – powiedział wędrowiec podnosząc się z ziemi. – Teraz można iść. Wyszedł z krzaków, poprawił pas z przypiętym do niego mieczem i ruszył bez pośpiechu w stronę grodu. Zdjął kaptur i odgarnął z czoła jasne włosy. Na policzku widać było szpecącą bliznę, która deformowała nieco oko, nadając twarzy niezwykły wyraz. Przybysz wyglądał, jakby cały czas mrużył jedno oko. Wzrostu był nieco ponad średniego, był dobrze zbudowany i raczej młody, chociaż jego niebieskie oczy spoglądały na świat poważnie i smutno, dodając mu lat. Konni dostrzegli go i ich wódz kazał im się zatrzymać. Przypatrywali mu się uważnie, kiedy zbliżał się do nich. – Cóżeś za jeden? – padło ostre pytanie, kiedy podszedł do nich. – Wędrowcem ubogim jestem, podążającym od grodu do grodu. – Popatrzył długo na wodza. – I niosącym pomoc w różnych sprawach. Dowódca niespokojnie poruszył się w siodle. – W jakich sprawach? – zapytał szybko. Inni koni przyglądali mu się z zaciekawieniem. Za dowódcą stanął wysoki wojownik, trzymający oparty o udo wielki topór, na którym zaschła krew. Przypatrywał się wędrowcowi z niechęcią. – W sprawach… różnych – odparł powoli wędrowiec. – Byłem w Brodziskach. Tam doszła mnie wieść, że macie tu kłopot. Pomyślałem sobie, że mogę wam troszku pomóc. – Może to jeden ze zbójów? Patrzajta na jego gębe. Chyba trza będzie go dla pewnika trzasnąć przez łeb – powiedział ten z opartym o udo toporem. Jego głos wyrażał czystą nienawiść. – Tak, z tym oto nie będziem się lubić – pomyślał przybysz. – O tym zadecyduje Rada, Myśliborze – przerwał mu dowódca konnych. – Jak cię zwą? – zwrócił się do wędrowca. – Radomir – odpowiedział. – A zatem, Radomirze, pójdź z nami. Jam jest Przemysław, najstarszy syn tutejszego władyki Sambora. Tu nie będziemy rozmawiać. Popędzając jeńców, jeźdźcy przekroczyli bramy grodu, witani okrzykami przez mieszkańców. Kiedy do grodu weszli zbóje, okrzyki z wiwatów zmieniły się w przekleństwa. W stronę jeńców poleciały grudy błota, któryś z nich zaliczył cios w głowę zgniłą rzepą, a inny psimi odchodami. Zagnano ich błyskawicznie do zamkniętego pomieszczenia, a przed drzwiami stanął strażnik. Radomir czuł na sobie ciekawskie spojrzenia. Starał się nie zwracać na to uwagi i podążał za Przemysławem. Ten zatrzymał się przed najokazalszym w grodzie domostwem. Pachołek pochwycił wodze, a wojownik zręcznym ruchem przerzucił nogę ponad łbem konia i zeskoczył lekko z siodła. Zdjął z głowy hełm i podał go słudze, po czym dołączyli do niego inni wojownicy. Myślibór rzucił mu nienawistne spojrzenie, ale Radomir wyczuł jeszcze inne uderzenie nienawiści. Nienawiść siekła go po plecach. Obrócił się powoli i wyszukał oczy. Oczy powiedzą mu wszystko. Znalazł je bez trudu, nawet nie starała się maskować, pewna, że nikt nie dostrzeże. Zmrużył oczy i skrzyżował swój wzrok z jej. Nagłe zmieszanie, jakie zagościło na jej twarzy, potwierdziło jego osąd. Młoda kobieta zrobiła krok w tył i ukryła się w tłumie, który zgromadził się na dziedzińcu. – Idziesz? – doleciało go pytanie Przemysława. – Tak – odpowiedział Radomir. – Już idę... Przerwał mu wysoki kobiecy pisk. Z okazałej siedziby władyki wypadła burza jasnych włosów, kobiecych sukien i innych damskich atrybutów, orbitujących wokoło damskich kształtów zdradzających młody wiek ich posiadaczki. – Jak mogłeś, niecnoto! Wiesz, jak się o ciebie martwiłam!? Tak pognać za tymi zbójami!? – Szybkość i energia wypowiadanych słów dorównywała tej, z jaką młoda dziewczyna poruszała się. W mgnieniu oka rzuciła się na Przemysława i wydawało się, że dam mu niezłe lanie. Ten tylko się cofnął o krok i zasłonił rękoma. – Ależ Miśka. Ja musiałem. – Bronił się rozpaczliwie przed ciosami delikatnych dłoni. W jego oczach widać było jednak wesołą przekorę. Od prawdziwych razów uchroniła go jednak osoba Radomira. Zobaczywszy go, nazwana Miśką stanęła jak wryta. Przemysław spoważniał i przedstawił Radomira. – To jest Radomir. Twierdzi, że może nam pomóc – powiedział, wskazując na wędrowca. – A to moja siostra, Mścisława. Radomir pokłonił się nisko. Mścisława natychmiast spochmurniała. Spojrzała badawczo na Radomira. – Sądzisz, że on będzie mógł pomóc? Taki obdartus? w jaki sposób można wyjaśnić to, że stary Mioducha tak... – Myślę, że powinien o tym zadecydować ojciec ze starszymi – przerwał jej gwałtownie Przemysław. Mścisława zrobiła nadąsaną minę. Zwróciła się do Radomira. – Zapraszam was zatem do komnat… szlachetny panie. – Ostatnie dwa słowa zaakcentowała tak złośliwie, że aż uszy bolały. Radomir za bardzo się tym nie przejął. Po pierwsze, nie był żadnym szlachetnie urodzonym, więc nie spodziewał się, że ktoś go będzie tak traktował, a po drugie, przywykł, że ludzie odnoszą się do niego z niechęcią. Przemysław wykonał gest zapraszający go do środka. Wewnątrz było chłodno, a w powietrzu unosił się zapach drewna i skór. Z głębi doleciał do jego nosa zapach dobrze przyrządzonego posiłku. Jego żołądek gwałtownie zaburczał przypominając, że post nie jest naturalnym stanem, do którego można się przyzwyczaić. Przemysław prowadził go w głąb dworu. Mścisława gdzieś zniknęła. Weszli do obszernej izby, w której płonęło niewielkie palenisko. Poprzez otwory okienne wpadało światło i rozświetlało izbę. Ściany zdobiły skóry zwierząt. Niektóre swą wielkością budziły nielichy respekt. Oprócz tego na ścianach wisiały różnego rodzaju narzędzia do zadawania śmierci i tworzenia trwałych okaleczeń. Łuki, topory, włócznie, tarcze, kolczugi, hełmy, miecze – wszystkie one podkreślały charakter właścicieli dworu, których można by podsumować zdaniem, że w zasadzie to dobrzy ludzie, ale mało cierpliwi. Przy palenisku, na wyrzeźbionym siedzisku, siedział mężczyzna w podeszłym wieku, ale bynajmniej nie był to starzec. Siwe włosy spływały mu na ramiona, czoło zdobił diadem ze złota, zmarszczki na twarzy żłobiły bruzdy, ale błękitne oczy lustrowały przybysza z młodzieńczą drapieżnością. Ubrany był w skromny, lecz dobrej jakości strój. Na wyciągnięcie ręki spoczywał bogato zdobiony miecz. Władyka nie zaniedbywał środków ostrożności. – Ojcze, ten człowiek nazywa siebie Radomirem. Rzecze, że może rozwiązać nasz problem – powiedział Przemysław. Radomir pokłonił się kasztelanowi Samborowi. – Tak rzecze, hmmm… – Władyka spoglądał nadal badawczo – Kasztelan Bysław wspomniał mi coś o tobie. Ale o tym, czy powierzymy ci nasz kłopot i jego rozwiązanie zadecyduje rada, którą poprosiłem o przybycie. – Jak sobie życzysz, szlachetny panie – padła odpowiedź Radomira. Brwi kasztelana Sambora zsunęły się niżej. – Przemysławie, sprawdź, czy członkowie rady już przybyli. Przemysław zawahał się, ale wymowne spojrzenie ojca powstrzymało go od sprzeciwów. Wyszedł z izby, zamykając za sobą masywne drzwi. Kasztelan Sambor nadal przypatrywał się Radomirowi. Ten odwzajemniał spojrzenie i milczał. – Znam takich, jak ty – powiedział wreszcie Sambor. – Jesteście kłopotem nawet, jeśli sami rozwiązujecie kłopoty. – Zapewne tak jest, szlachetny panie. – Twarz Radomira nawet nie drgnęła. Spodziewał się, że kasztelan go nie polubi. Zaniepokoiłby się dopiero, gdyby było inaczej. – Nie potrafimy sami się z tym uporać. – Twarz Sambora przybrała teraz zmęczony wyraz. Radomir chciał odpowiedzieć, że gdyby mieszkańcy grodu Smoczyska potrafili sami poradzić sobie, to jego pewnie by popędzono kijami, ale zatrzymał tę uwagę dla siebie. – Ile żądasz za swe usługi, wędrowcze? – Tutaj na twarz kasztelana wróciła energia. Jak zawsze, kiedy sprawa dotyczyła pieniędzy i zapłaty. Radomir spojrzał w ogień płonący na palenisku. – Nie wiem jeszcze, co to za sprawa, bo nikt się nie pali, aby udzielać mi jakichkolwiek wieści – powiedział po chwili. – A poza tym, wyznaję zasadę, że ten, od kogo frasunek odsunę, sam ocenia, ile warta była moja praca i po sprawie mi płaci. Czasami okazuje się, że rozwiązując sprawę więcej zgryzoty przyniosę niż było przedtem. Oczy kasztelana zwęziły się. Już kombinował, jak na sprawie wyjść najtaniej. – To pewnie czasem zdarza się, że mówią, że nic ci nie zapłacą, i każą iść precz. – Spojrzał chytro na Radomira. – Czasem i tak bywa – potwierdził Radomir, po czym lekko uśmiechnął się. – Rzadko jednak, albowiem nikt nie może mieć pewności, czy mych usług nie będzie potrzebował po raz wtóry. Twarz Sambora stężała. Przeklęty włóczęga – pomyślał. Rozległo się pukanie do drzwi, po czym do środka wszedł Przemysław i powiedział krótko: – Ojcze, przybyli Do środka zaczęli wchodzić członkowie rady grodowej. Dostojni, starsi wiekiem, zasiedli wokół kasztelana. Radomir cierpliwie czekał, aż wymienią między sobą powitania. Kasztelan Sambor zaczął mówić pierwszy. – Będę się streszczał, bom nie zwykł marnować czasu. Ten oto człek – tu wskazał na Radomira – przybył do nas, by zdjąć z nas ciężki frasunek, który trapi nas od miesięcy. Kasztelan Bysław zasiadający na Brodziskach rzekł mi, by skorzystać z usług tego oto człowieka, kiedy inne środki zawiodą. Przedstawimy mu zatem naszą sprawę, a wy, szlachetni panowie, zadecydujecie, czy powierzymy mu usunięcie naszych kłopotów. Szmer akceptacji przeszedł wśród zebranych. Do izby wsunęło się cicho kilku postawnych mężczyzn, najstarszych spośród wojowników, i stanęło za Przemysławem. Radomir dostrzegł Myślibora, stojącego tuż obok kasztelańskiego syna. Ich spojrzenia spotkały się. Nienawiść. Znowu ona. – Zeszłej jesieni po zbiorach zaczęły się dziać U nas rzeczy niezwykłe – kontynuował mowę Sambor. Pozostali potwierdzili jego słowa pomrukami zgody. – Kapłana naszego, Świętowida, coś rozerwało, kiedy spędzał noc na modłach. Zamknięty był w świątyni, ludzie usłyszeli krzyk, a kiedy udało im się wejść do świątyni, znaleźli Świętowida martwego. Potem jego pomocnik Mioducha, co odprawiał modły na odpędzenie demonów, tak samo został ubity. – Czy do środka mógł się dostać jakiś zwierz? – przerwał mu Radomir. Kasztelan spojrzał na niego wzrokiem mówiącym: „Masz nas za głupców?”. Odpowiedział jednak spokojnie. – Świątynia zamknięta była od środka, a przed drzwiami postawiliśmy straże. Nic nie widzieli. Kapłan i jego pomocnik nie wyglądali, jakby ich zwierzę napadło. Wiem, jak wygląda człowiek, którego niedźwiedź dopadnie w swe łapy i uściska. Wyglądali raczej tak, jakby ten niedźwiedź wyszedł im z trzewi. Poprosiliśmy o pomoc kapłanów z Chramu Średnickiego, ale odprawili tu modły i odjechali, żaden zostać nie chciał. A ludzie kapłana mieć muszą, bo to niedobrze, kiedy osada pozbawiona jest mówiącego do bogów. – Tu znowu rozległ się pomruk zgody. Pozbawiona kapłana społeczność napotykała liczne utrudnienia. Nie było komu udzielać ślubów i odprawiać obrzędów pogrzebowych, nie mówiąc o normalnych błaganiach o błogosławieństwa przy zbiorach i łowach. Ludzie byli przesądni, sądzili, że pozbawia ich to opieki bogów i skazuje na marny los. – A potem jęli znikać co niektórzy, drwale, węglarze, ci, którzy samotnie szli do lasu. No i dzieci. Ślady po prostu znikają. Nie możemy odnaleźć żadnych śladów czy choćby ciał. Przecież gdyby coś ich pożarło, musiałoby zostawić jakieś ślady. W zeszłym miesiącu po święcie Jaru zginął mój syn. – Tutaj głos Sambora zadrżał lekko. – Chcemy, abyś znalazł zaginionych, albo chociaż ich ciała, aby matki i żony mogły ich pochować i opłakiwać. Czekamy na twą odpowiedź. Radomir przez chwilę milczał. Zrobił dwa kroki w prawo, bo od stania zdrętwiały mu nogi. Obrócił się w stronę kasztelana. – Podejmę się tego – powiedział wreszcie. Szmer zadowolenia przeleciał pośród zebranych. Z wyjątkiem gniewnego pomruku, jaki dobiegł go z grupki stojących z Przemysławem wojowników. Był prawie niedosłyszalny, ale jego niezwykły słuch wyłapał ten głos. Myślibór. – Jednakże, muszę was o kilku rzeczach przestrzec. Na swej drodze spotkałem już wiele dziwnych przypadków i prawie zawsze okazywał się koniec końców, że za sznurek pociąga jakiś człowiek. Może się okazać tak i tutaj, a wtedy to nie będzie wam się podobało, że to jeden z was. Więc przestrzegam was zawczasu, że i tak może być. – Niezadowolone głosy podniosły się wśród zebranych. – Co ta przybłęda sobie wyobraża! – zakrzyknął wysoki, postawny mężczyzna ubrany w czerwony kubrak i zdobiony płaszcz. – Bezczelny włóczęga! – wtórował mu brzuchaty wielmoża z palcami jak serdelki i siwiejącą brodą. – Dać mu parę kijów to się oduczy obrażać lepszych od siebie! Radomir spodziewał się takiej reakcji i w zasadzie mógł ją potraktować niemal jak rytuał, zawsze było tak samo. Kasztelan Sambor uniósł rękę w górę uciszając obecnych. Ci, którzy poderwali się z miejsc usiedli ponownie. – Rozwiąż nasz kłopot i znajdź zaginionych. Jeśliby się okazało, że któryś z nas macza w tym palce, dowiedź tego ponad wszelką wątpliwość, a nie będziemy go chronić, kimkolwiek by nie był. Chcesz coś jeszcze powiedzieć poza obrażaniem nas? – Głos Sambora był gniewny, widać było, że z trudem panuje nad sobą. Wściekłe spojrzenia członków rady ponownie skierowały się na niego. – Tak – powiedział Radomir. – Może mnie spotkać klęska, co oznacza, że mogę zginąć, próbując rozwiązać wasz problem. Dla was byłaby to oszczędność, bo zapłatę przyjmuję po wykonaniu zadania. – Wysilił się na czarny humor, wywołując przy tym złośliwe uśmieszki obecnych. – Wtedy jednak musicie rozważyć sprawę opuszczenia tego miejsca. Ponownie wywołał wybuch wściekłości wśród rady. – Za kogo ty się uważasz?! – wykrzyknął możny w czerwonym kubraku. – Sądzisz, że byle kto wygna nas z ziemi, którą posiedli nasi pradziadowie?! Ponownie uciszył wszystkich Sambor. – Jak mawiał mój dziadek Brzegosław, „zaraz ci pała zadek ucałuje” – kasztelan niemal wysyczał te słowa, był czerwony na twarzy. Radomir widział jak Przemysław zbladł. Widocznie znał ten stan kasztelana aż za dobrze. Radomir nerwowo przełknął ślinę. Trochę przeholował, musiał szybko uspokoić radę zanim ta zadecyduje, żeby go powiesić na bramie. – Ludzie nie wzywają mnie chętnie – zdobył się na spokój, mówiąc. – Właściwie unikają mnie jak ognia i nie wzywają, jeżeli można załatwić sprawy inaczej. Do tej pory udawało mi się uporać ze wszystkim, co napotkałem. Zawsze jednak można napotkać lepszego od siebie i mnie to zapewne kiedyś spotka. W razie takiego obrotu rzeczy, nie znam nikogo, kto mógłby wam pomóc, jeśli ja nie będę mógł. Wśród zebranych rozległy się złośliwe śmiechy. Sambor również skrzywił usta w złośliwym uśmieszku. Radomir spostrzegł z ulgą, że kasztelan nieco się uspokoił. – Bardzoś pewny siebie, chłopaczku – powiedział siedzący po prawej stronie mężczyzna. W ręku trzymał nóż i strugał nim kołek. – Może i tak – odrzekł mu wędrowiec. – Zwykłem sprawy stawiać jasno. – Uradzimy teraz, czy powierzmy ci to zadanie, czy też spierzemy cię kijami i pogonimy z grodu – rzekł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Svarthofde5
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…