Wróć do katalogu

Wyklęty - Część III

Poznaj swojego wroga i...uciekaj. Akcja toczy się dalej

Svarthofde5, opublikowano , 32 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dzień II

Przy bramie strażnicy spoglądali podejrzliwie, ale nie powiedzieli ani słowa. Wędrowiec poczuł nagle zmęczenie, które wraz z sennością dostało go w swoje szpony. Ziewał tak szeroko, że kiedy wpadł na Przemysława wychodzącego właśnie z chaty, ten cofnął się o krok i powiedział: – Na bogów, zakryj usta, bo jeno buty po mnie zostaną. Radomir podrapał się po głowie i ponownie ziewnął, tym razem skromniej. – Wskażesz mi posłanie, bom się zmęczył okrutnie. – Znalazłeś coś ciekawego nocą w puszczy? – Parę ciekawych szyszek, ale opowiem ci o nich jak się wyśpię. Przemysław zaprowadził go do małej izdebki na tyłach domu i wskazał łoże. Radomir bez słowa runął na nie i po chwili bezceremonialnie zachrapał, pokazując w ten sposób, że nie ma kłopotów z zasypaniem. Przemysław patrzył na niego przez chwilę zdumiony, po czym wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Radomir obudził się koło południa, gdy głód przypomniał mu, że ostatni posiłek jego żołądek widział jeszcze poprzedniego dnia. Lekko się zataczając, nierozbudzony jeszcze wyszedł na podwórzec. Dotarł do studni, ściągnął koszulę i wyciągnął wiadro diabelnie zimnej wody. Że jest taka zimna przekonał się, kiedy chlusnął nią na siebie. Klnąc, na czym ziemia stoi, dokonał porannej toalety. Usłyszał za sobą kobiece chichoty. Obrócił się lekko i dostrzegł stojącą za nim Mścisławę i jeszcze jedną młodą dziewczynę. Obie podeszły do studni, by nabrać wody. – O której to się wstaje, panie śpioch? – Wesoło zagadnęła Mścisława. Radomir nic nie odpowiedział. Mścisława mówiła dalej. – Szalało się po nocy ze strzygami po lesie to i ni ma sił, by rano rzyć podnieść, co nie, Lelka? – Miśka zwróciła się do drugiej dziewczyny. Lelka była niewiele młodsza od Mścisławy, miała ładny uśmiech, a długie, ciemne włosy zaplotła w warkocze. Chichocząc teraz, odwróciła wzrok. Mężczyzna spojrzał na Mścisławę, wziął wiadro i chlusnął na siebie z taką siłą, że znaczna część wody zdrowo zmoczyła obie białogłowy. Te, krzycząc w niebogłosy, bo woda była naprawdę zimna, uciekły do chaty. Radomirowi było zimno jak diabli, ale rozgrzewało go to, co zobaczył, kiedy woda chlusnęła na koszule obu dziewczyn, a było na czym oko zawiesić. Mimo, że szczękał zębami, kiedy wracał do środka, nawet myśl o ewentualnych suchotach nie była mu straszna. – Czasami warto umierać w straszliwych atakach kaszlu, by móc obejrzeć kawałek ładnego kobiecego cycka – pomyślał. Jego przyjemne rozmyślania na temat tego, dla obejrzenia czego warto zachorować, przerwał Przemysław. – Ojciec prosi, abyś przybył. – Już idę. – Chyba nie ma co próbować wytargować niczego do jedzenia – pomyślał . Jak poprzedniego dnia, Sambor siedział koło paleniska, tylko miecza nie było w pobliżu, ponieważ wisiał grzecznie na ścianie. – Dobry znak – pomyślał Radomir i pokłonił się nisko kasztelanowi. Kasztelan grzebał kijkiem w palenisku. – Mam nadzieję, że nasze łoże było dla ciebie równie wygodne, jak smaczny był wczorajszy posiłek, który spożyłeś – powiedział z przekąsem. Wędrowiec ponownie pokłonił się. – Nic więcej nie mógłbym sobie życzyć, panie. – Skoroś się zatem objadł i wyspał, to do rzeczy. Czy szwędanie się w nocy po lesie przyniosło jakoweś rezultaty? – Kasztelan świdrował Radomira oczyma. – Tak, i to dość konkretne – padła odpowiedź. Zaciekawiony Przemysław przysunął się bliżej. – Proszę jednak, by to, co powiem, zostało między nami. Tak, jak się obawiałem, za sprawkami tymi stoi ktoś z grodu, ale nie wiem jeszcze kto dokładnie, a muszę mieć całkowitą pewność, nim wskażę winowajcę. Kasztelan poruszył się niespokojnie. – Skąd pewność, że to ktoś z grodu za tym stoi? – Szwędając się nocą po lesie trafiłem na tajną schadzkę sprawców waszych kłopotów, panie. Nie dane mi jednak było dojrzeć, kto to był, żywię jednak pewne podejrzenia. Osoby te mają na swych usługach nieczyste siły i dlatego wywiedzieć się więcej nie mogłem. – Takie tu baje opowiadasz. A może pewnik jaki przedstawisz? Radomir lekko się zdenerwował. Zaraz mi powiedzą, że mącę, aby własną korzyść osiągnąć. – Pomyślał. – A nie chcesz ty przypadkiem własnej korzyści wyciągnąć z takiego mącenia? – Podejrzliwie spojrzał na niego Sambor. – No masz. – Radomir w myślach się zagotował. – Troszku można sprawdzić – powiedział. – Podsłuchałem, że to oni stali za sprowadzeniem zbójów na gród. Wystarczy ich wypytać. – No, to może być trudne, albowiem wszyscy zbóje od poranka dyndają na wałach i chyba nieskorzy będą do pogawędki – powiedział milczący dotąd Przemysław, patrząc znacząco na ojca.. Stary kasztelan miał dużo rozumu i z miejsca dostrzegł, gdzie poczynił omyłkę. Przeklął bardzo brzydko. – Jak widzisz, nie potwierdzimy twych rewelacyj. Radomir westchnął bardzo ciężko. Będzie musiał pokazać więcej, niż by chciał. – Nadal możemy sprawdzić to, co mówiłem. – Taaak? A w jakiż to sposób? – Zaciekawienie pojawiło się na twarzy kasztelana. – Proszę was, panie, byście zrobili, co powiem, zachowując przy tym sekretność. Radomir polecił przenieść ciała zbójów do świątyni. Właściwie potrzebne było mu tylko ciało herszta, ale nie chciał się z tym zdradzić. Wykorzystał tę chwilę, aby odnaleźć kasztelańską kuchnię i zaprzyjaźnić się z kucharką. Kuchnią rządziła Myszobora. Rządziła niepodzielnie i nikt nie śmiał mieszać jej w garnkach. Podobno nawet sam kasztelan respektował jej władzę nad tym terytorium. Gotowała bowiem znakomicie. Radomir próbował najpierw wkraść się w jej łaski pochlebstwami, ale kiedy zapuścił rękę do garnka z kapuśniakiem, otrzymał potężny cios szmatą, a za chwilę musiał ratować się ucieczką, bowiem Myszobora chwyciła groźnie wyglądającą lagę. Trzeba dodać, że sama władczyni kuchni była osobą dużych rozmiarów, a wprawa, z jaką posługiwała się lagą, była wręcz zatrważająca. Zanim zdołał opuścić kuchnię, zaliczył straszliwy cios w nery i dosłownie wyleciał przez drzwi prowadzące do kuchni. Kiedy zbierał się obolały z podłogi, stanął przed nim kasztelan i jego syn. Radomir po raz pierwszy dostrzegł na twarzy Sambora wesołość. Przemysław dosłownie zwijał się ze śmiechu. Kasztelan szybko przybrał surowy wyraz twarzy, ale jego głos zdradzał, że dusi się ze śmiechu. – Wszystko gotowe. Jak już pozbierasz się z podłogi, to możemy iść. – Tak, już. – Jęcząc i stękając, Radomir wstał z podłogi. Ostrożnie rozmasował kontuzjowane miejsce. Sambor już wychodził na zewnątrz, kiedy się obejrzał i rzucił niby od niechcenia: - I nie radzę więcej zadzierać z Myszoborą. Nie ma w tym grodzie nikogo, kto by cię przed nią obronił, jeśli jeszcze raz jej podpadniesz. Przemysław na zewnątrz ryczał ze śmiechu. Ciała leżały w rzędzie pod ścianą. Grodowi powiesili zbójców o świcie bez zbędnych ceregieli i okrucieństwa. Herszt, który umarł jeszcze poprzedniego dnia, leżał teraz na końcu szeregu. Zdarto z niego zbroję, która przypadła Stękomirowi, bowiem to on postrzelił go śmiertelnie. Ludziom powiedziano, że odprawi się nad nimi modły zanim się ich pochowa, by nie wrócili jako upiory. Przed drzwiami stanęli strażnicy. Radomir wiedział, że będzie musiał działać w obecności Sambora i jego syna i pokazać im dużo więcej, niż by sobie życzył, ale nie miał wyboru. Dla niego samego to, czego mogli się dowiedzieć, nie było tak ważne, jak sam fakt, że musiał udowodnić kasztelanowi, że to, co mówi, jest prawdą. Musiał także zdobyć jego zaufanie. Na wszelki wypadek postanowił ograniczyć pokaz do niezbędnego minimum. Kiedy zamknęli dokładnie wrota świątyni, chwycił wodza rozbójników za nogi, przeciągnął go na środek i uklęknął przy jego głowie. Na nagiej piersi widać było ranę, z której wyjęto strzałę. Na torsie i nogach widoczna była zakrzepła krew. Herszt był człekiem w wieku średnim, z lekka już łysiejącym. Rozchylone usta wypychał spuchnięty język. Twarz była maską przedśmiertnego przerażenia. Puste oczy wpatrywały się przed siebie. Radomir postanowił, że nie będzie ożywiał nic poza głową - nic więcej nie było mu potrzebne - poza tym nie chciał się zdradzić, że ma taką możliwość. – Potrzeba ci czegoś? – Rozległ się głos Przemysława. Radomir pokręcił głową, zaprzeczając. Zamknął oczy, by ukryć blask, jaki się z nich wydobywał. – Usiądźcie tam, gdzie jesteście i zachowajcie milczenie – nakazał im. Przesunął rękę nad czoło zmarłego i chwilę koncentrował energię. Głowa poruszyła się gwałtownie. Zmarły wydawał jakieś nieartykułowanie dźwięki. Sambor i Przemysław poderwali się z krzykiem. To było dla nich dość mocne przeżycie. Odsunęli się pod ścianę. Przemysław dobył miecza. Wędrowiec nadal siedząc do nich plecami podniósł do góry lewą rękę i gestem poprosił ich, aby usiedli. Nie zrobili tego, ale ta chwila wystarczyła, by ochłonęli. Na wszelki wypadek pozostali jednak pod ścianą. Radomir otworzył oczy, które wróciły już do normalnego koloru. Wstał i kiwnął na obu mężczyzn, aby podeszli. Obaj zrobili to ostrożnie i stanęli w bezpiecznej odległości. Radomir zwrócił się teraz do głowy: – Jak się nazywasz? – Eglllllllheeeeee... – padła odpowiedź. – Jak się nazywasz? – powtórzył. – Sieeeciechhhhhh.... – Dobrze. – To mówi? – Sambor z niedowierzaniem wskazał na głowę umarlaka. – Tak. I zaraz powie nam to, co chcemy wiedzieć – potwierdził Radomir. Przemysław nie mówił nic, ale widać było, że od załamania dzieli go bardzo niewiele. – Kto was najął? – Zapytał bez ogródek Radomir. – Mąąąąążżżżż w czarnnnnnnneeej szaaaaaacie... – Jak wyglądał? – Nieeeee wieeeem, czarrrrrna sssssszata cieeeeemno, noooooocccc… – Co wam obiecał? – Gróóóóóód niestrzeżonnnnny, daaaaał dziesssięćć sztuuuuuk złoooooota, obieeeecał, więceeeeeeej, kieeeeeedy mmuuuu pooommmmóc… onnnnn rządziiiiiiiić. Wraz z kolejnymi wyznaniami głowy herszta twarz kasztelana zmieniała barwę: z bladej ze strachu na czerwoną z wściekłości. Radomir uznał, że więcej nic nie uzyskają i postanowił skończyć przedstawienie. Wykonał nieznaczny gest i głowa opadła nieruchomo. Sambor zrobił energicznie kilka kółek po świątyni. Radomir i Przemysław przyglądali mu się w milczeniu. – Psiakrew, niech to licho porwie, kurrrrrrwa mać!!! – Kasztelan dał wreszcie upust emocjom. – Miałeś rację, przybłędo. Chociaż ci nie wierzyłem. Znaczy, sprawa z poważnej stała się diabelnie poważna. No nic, zaraz zwołam radę i zrobimy porządek. – Sambor skierował się ku drzwiom. Radomir wbił wzrok w podłogę i powiedział: – Nie rób tego, panie. Kasztelan stanął jak wryty, obrócił się na pięcie i zapytał: – A dlaczegóż to nie? – Bowiem właśnie ktoś z rady może być poszukiwanym przez nas spiskowcem. Sambor spojrzał na niego, ale nic nie powiedział. Zrobił następnych kilka kółek po sali. Zatrzymał się nagle pośrodku i zapytał Radomira: – Jesteś Wansjem? Radomir poczuł rosnące w środku napięcie. Wannsee to wyraz z języka Sasów, oznaczający osobę, która ożywia upiory. Śliski temat. Powoli pokręcił głową. Lepiej, jeśli nie będą wiedzieli wszystkiego – pomyślał. – Nie mam takiej mocy. Jestem Czirko. Czirko. U Ranów mówią tak na szamana opiekującego się wioską. Kasztelan nie był głupcem. Patrzył na Radomira z niedowierzaniem. Przemysław milczał. Sambor znowu krążył po świątyni. – To co radzisz uczynić? – Należy działać tak, aby przeciwnik myślał, że nic nie wiemy. Zachowujcie się zwyczajnie. Ja jeszcze troszku powęszę. – Pospiesz się, Czirko. Czas ucieka. – Oczywiście, szlachetny panie. Nagle Sambor gwałtownym ruchem wydobył miecz i jednym płynnym cięciem odrąbał głowę herszta od reszty ciała. - Tak na wszelki wypadek – rzucił i obrócił się w stronę drzwi. Wyszli przed drzwi świątyni. Kasztelan jakby od niechcenia machnął ręką i odszedł w stronę swojego domostwa. Przemysław nadal milczał. Wyglądał jednak, jakby chciał coś powiedzieć. – No, mów – powiedział wreszcie Radomir. – Potrafisz ożywiać zmarłych? Radomir zachował milczenie. Przemysław mówił bardzo cicho i powoli. – Jeżeli odnajdziemy ciało mojego brata, mógłbyś go ożywić? Radomir długo patrzył na syna kasztelana i wreszcie powiedział: – Nawet gdybym potrafił, to nie zrobiłbym tego. To byłby bardzo zły pomysł. – Dlaczego? – Ożywić nie zawsze oznacza uzdrowić i przywrócić do stanu przed śmiercią. Czy nadgnite truchło pełne robaków toczących jego trzewia, które nie potrafi samo z siebie wymówić zrozumiałego słowa, nadal będzie twym bratem? A co, jeżeli w przypływie szaleństwa i gniewu zacznie mordować? Jak je zatrzymasz? A jeśli twego brata dopadło to, co zostawiło ślady na ścianach świątyni i rozszarpane szczątki? Też chciałbyś je ożywiać? Kto umarł, niech odejdzie. Tak powinno być. – Przez myśl mu przemknęło, że tu gada takie bzdury, a sam postępuje odwrotnie. – Ale – pomyślał – tak trzeba. Przemysław wydawał się przybity. – Łatwo ci mówić. Nie straciłeś brata – powiedział. Radomir zaśmiał się gorzko. Pokiwał tylko głową i odszedł w stronę bramy. Czekał tam na niego koń. Poprosił o wierzchowca, a teraz pod wrotami czekała na niego marna szkapina, którą w latach jej zamierzchłej młodości zwano dumnie rumakiem. Radomir nie był co prawda nigdy wybitnym znawcą koni, ale nawet, gdyby całe życie spędził na dnie morza, to i tak poznałby, że coś z tym koniem nie jest w porządku. Śmierdział na 10 kroków, coś mu leciało z pyska i widać było, że chwieje się, stojąc w miejscu. Radomir nie był pewien, co się stanie, kiedy spróbuje wsiąść na tego nieboraka ani kto kogo będzie musiał nieść. Mimo to z determinacją podszedł do wierzchowca i pogłaskał go po głowie. Garść sierści zostało mu w ręku. Koń powoli obrócił łeb w jego stronę i spojrzał na niego, a przynajmniej wykonał taki gest, bowiem Radomir dostrzegł, że koń jest ślepy co najmniej na jedno oko. – Podoba ci się twój rumak? – Padło pytanie zza konia. Radomir zrobił krok i dojrzał, kto trzyma za uzdę konia. A był to Myślibór. – Sam go wybierałem. Myślę, że to rumak najbardziej dla ciebie odpowiedni. Już widzę, że pasujecie do siebie jak ulał. Radomir obszedł konia i poklepał go po boku. Otrzepał dłonie z sierści, która została mu na ręku. W międzyczasie nadszedł Przemysław. Na twarzy rysował mu się gniew. Teraz było widać wyraźnie, jak bardzo jest podobny do ojca. – Myśliborze... – zaczął, ale Czirko powstrzymał go gestem. Pogłaskał jeszcze raz konia. Chwycił za grzywę, modląc się w duchu aby nie została mu w ręku i mocnym skokiem dostał się na grzbiet konia. Kiedy wylądował na grzbiecie, do jego uszu doszło niepokojące sapnięcie wydane przez konia. Przez chwilę przyglądał mu się z uwagą. Dookoła zdążyło się już zebrać sporo mieszkańców grodu. Radomir spojrzał na Myślibora i zapytał: – Jak się nazywa? – Wicher. Z tłumu doleciał komentarz: – O, tak. Z pewnością będzie cię niósł jak puszczony wiatr. Już nawet pachnie tak samo. – To bardzo dobry wierzchowiec. Za jego plecami kilka osób parsknęło śmiechem. Przemysław spojrzał na niego, jakby patrzył na wsiowego głupka, który właśnie palnął jakiś idiotyzm. Myślibór przyglądał mu się z tryumfem. – To bardzo dobrzy wierzchowiec – powtórzył wędrowiec. – Za każdym razem kiedy na niego spojrzę, będzie mi przypominał osobę, która go dla mnie wybrała. Ciebie, mój drogi przyjacielu. Tłum zebrany wokół nich ryknął śmiechem, Przemysław płakał ze śmiechu. Myślibór miał na twarzy wymalowaną wściekłość i żądzę mordu. Radomir klepnął konia piętami i zakrzyknął: – No to wio, Myśliborze… chciałem powiedzieć: Wichrze. Wybacz przyjacielu, to przez to podobieństwo. Nowa salwa śmiechu wybuchła pośród tłumu. Niektórzy dosłownie kulali się po ziemi ze śmiechu. Myślibór zniknął, by nie narażać się na dalsze drwiny. Radomir skierował konia w bramę. Musiał nieco pomóc zwierzęciu, gdyż, pomimo, że brama nie była wąska (spokojnie minęłyby się w niej dwa wozy), koń miał duży problem z trafieniem w nią. Wędrowiec zaczął podejrzewać, że zanim rumak stracił wzrok, miał zeza. W

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych