Wróć do katalogu

Wypadek

Kolejna już część opowiadań, których bohaterem jest zesłany na Ziemię archanioł Gabryjel (Gabriel). Zachęcam do zapoznania się ze wcześniejszymi opowiadaniami.

AngelGab, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Minęła siedemnasta. Andrzej czuł trudy pracy całego dnia, ale w tej chwili najważniejsza była świadomość rozpoczynającego się weekendu. Piątkowe popołudnia zawsze wydawały się być ósmym cudem świata. Zbliżający się pierwszy weekend maja miał być szczególnie wyjątkowy. Szybko poskładał niedokończone opisy wniosków o przyznanie kredytu. Będą musiały poczekać do poniedziałku. Andrzej już dwa miesiące temu zarezerwował mały domek w górach i miał nadzieję spędzić z Magdą dziesiątą rocznicę ślubu w sposób romantyczny. Świece i muzyka Leonarda Cohena. A później namiętna noc. Już dawno nie mieli okazji spędzać wolnego czasu w ten sposób. Andrzej był zapracowany w biurze, często dorabiał po godzinach. Pomimo tego, że dosyć dobrze zarabiał, to cały czas spłacał raty za samochód i dom. Rodzice niestety już nie żyli i odpadała pomoc finansowa z ich strony. Magda nie pracowała, a na utrzymaniu były jeszcze dwie córki. Na samo wspomnienie o nich Andrzej uśmiechnął się do siebie. Kochał swoje kobietki najmocniej na świecie. Tym razem jednak dwie najmłodsze zostaną pod opieką ciotki Andrzeja, którą poprosił o przypilnowanie dzieci.

***

Dotarcie do podziemnego parkingu firmy zajęło Andrzejowi kilkanaście minut. W windzie spotkał dyrektora Jankowskiego. Zamienił z nim kilka niezobowiązujących uwag na temat zbliżającego się weekendu i pogody. To były bezpieczne tematy. Jankowski był znany w banku jako skończona świnia, więc najrozsądniej było go unikać. W biurze krążyły plotki, że przeprowadzał nawet kontrolę prywatnej korespondencji swoich pracowników. - Cokolwiek powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie - pomyślał Andrzej i uśmiechnął się pod nosem. Wychodząc z windy pożegnał się jednak z dyrektorem dosyć serdecznie. Świadomość zbliżającego się weekendu wpływała korzystnie na jego samopoczucie i stosunek do ludzi. Nawet takich jak Jankowski.

***

Ulice miasta były zakorkowane. Jak zresztą co tydzień o tej porze. Bez większych przeszkód Andrzej dotarł jednak do granic miasta. Tu mógł poruszać się już o wiele szybciej. Świadomość tego, że w ciągu dziesięciu minut znajdzie się w domu dodawała mu skrzydeł. Zresztą dom był jego dumą. Wybudowany w małej miejscowości pozwalał na zaszycie się przed hałasem miasta. Didżej w radio grał największe przeboje. Andrzej mruczał pod nosem co bardziej znane kawałki. Życie było piękne.

***

- Mówiłem ci przecież Mały, żebyś mi podał a nie strzelał - dziesięcioletni Piotrek krzyczał na swojego trzy lata młodszego kolegę. Przegrywali już siedmioma bramkami, a ten smarkacz zamiast podawać, zmarnował idealną sytuację i strzelił bez zastanowienia. - Strzelasz na pałę, to teraz leć po piłkę - poparł kolegę Marcin. Słów Marcina nikt nie odważył się kwestionować. Był on nieformalnym przywódcą całej paczki. A poza tym był największy i najsilniejszy. Maciek zwany przez swych starszych kolegów "Małym", chcąc nie chcąc, musiał pobiec po piłkę. Rzeczywiście trochę mu zeszło to uderzenie. Ale w myślach obiecywał sobie, że następnym razem się poprawi. I w końcu strzeli bramkę. A wtedy wszyscy starsi nareszcie dadzą mu spokój. Zajęty myślami o swych przyszłych sukcesach, przeskoczył przez rów otaczający łączkę, na której grali. Piłki nigdzie nie było. Pewnie znów poleciała na szosę lub co gorsza - na drugą stronę ulicy. - No szybciej Mały - dobiegł go głos Marcina. Musiał się pospieszyć. Nie zastanawiając się wbiegł na ulicę.

***

Wesołe rytmy muzyki wręcz zmuszały palce rąk do rytmicznego stukania o kierownicę. Andrzej śpiewał "Sunshine reggae" i był w wyśmienitym humorze. Od domu dzieliło go około dwóch kilometrów. I wtedy wydarzyło się coś, co zepsuło jego weekendowe plany. Mały chłopiec pojawił się na jezdni jak gdyby z nikąd. Żółty kolor jego koszulki był jak znak ostrzegawczy, który pojawił się zbyt późno. Rozszerzone oczy chłopca i na wpół otwarte usta, w których zmarł krzyk przerażenia były oznaką, że spostrzegł już niebezpieczeństwo. Andrzej próbował ratować sytuację. Odbił kierownicą w lewo. Być może manewr by się udał zaś cała sytuacja nie skończyła tak groźnie, gdyby nie fatalny stan nawierzchni. Samochód przy tej prędkości i próbie nagłego skrętu został wyniesiony w kierunku pobocza. Pisk opon, dźwięk gniecionego metalu i tłuczonych szyb. Tylko tyle zdążył zapamiętać Andrzej z całej tej sytuacji. Krzyku, który zwielokrotniony wyrwał się wreszcie z gardła małego chłopca, już nie usłyszał.

***

Od wypadku minęły dwa dni. Oddział intensywnej terapii, na którym leżał Andrzej był jednym z najlepiej wyposażonych i najbardziej cenionych w całym mieście. Dla Magdy stanowiło to w tej chwili jedyną pociechę. Jej mąż w dalszym ciągu przebywał w śpiączce. Lekarze nie byli jeszcze w stanie ocenić rozmiaru uszkodzeń w organizmie poszkodowanego, ale pierwsze wyniki badań i dwie przeprowadzone do tej pory operacje jasno określały, że stan chorego był bardzo ciężki. W tej chwili Magda siedziała na szpitalnym korytarzu. Cały czas, odkąd dowiedziała się o wypadku, spędziła właśnie tutaj. Była zmęczona zarówno pod względem psychicznym jak i fizycznym. Wiedziała też, że musi dziś wrócić do domu. Do dzieci, którymi w tym czasie opiekowały się na zmianę sąsiadka i ciotka. Zbliżał się wieczór. Magda bała się, że dzieci mogą przestraszyć się ciągłej nieobecności mamy. Ruszyła w kierunku wyjścia, choć tak bardzo chciała zostać jeszcze przy swoim mężu. Po wyjściu ze szpitala udała się na parking. Kiedy mijała przyszpitalny podjazd, jej uwagę przykuł siedzący na ławce mężczyzna. Bacznie ją obserwował i wcale nie zamierzał opuścić wzroku, kiedy ona zorientowała się, że na nią patrzy. W promieniach zachodzącego słońca Magda zdążyła zobaczyć, że nieznajomy miał niezwykle niebieskie oczy. Zmieszana opuściła wzrok i czym prędzej oddaliła się w kierunku samochodu. Kiedy wreszcie do niego doszła i odwróciła się, mężczyzny już nie było. Dziwnie uspokojona tym faktem zapaliła silnik i odjechała.

***

Andrzej był sparaliżowany. Ten fakt zaczął do niego docierać coraz wyraźniej. Nie mógł poruszyć żadną częścią ciała. Karmiony był dożylnie. Nie kontrolował działania zwieraczy. Był sparaliżowany - ta myśl prześladowała go. Był przerażony. Bał się uwięzienia we własnym ciele. Bał się tego, że już nigdy nie będzie mógł chodzić, biegać, dotykać. Bał się tej mumifikacji za życia. Czuł się jak mały, zastraszony psiak, który nie ma już gdzie uciekać przed swymi prześladowcami. Bezskutecznie próbował poruszyć siłą woli swe mięśnie, jednak na nic się zdawały wielogodzinne wysiłki. W momentach załamania chciał płakać, krzyczeć. Nie mógł. Był przecież sparaliżowany.

***

Po wypisaniu ze szpitala Magda zdecydowała się umieścić go w zakładzie dla obłożnie chorych. Andrzej na początku nazywał go w myślach "umieralnią" i był ogromnie rozżalony. Nie mógł jednak zaprotestować. Po pewnym czasie uznał, że tak może jest lepiej, gdyż żona ze względu na jego stan nie była sama w stanie zapewnić mu dostatecznej opieki. Paraliż był w zasadzie nieodwracalny. Przez ostatnie kilka miesięcy Andrzej mimo tylu prób nie zdołał zmusić swego organizmu do posłuszeństwa. Myślał. Czuł. I w zasadzie nie mógł zrobić nic więcej. Był zwyczajnym warzywem. Magda i dzieci były dla niego wszystkim. Często go odwiedzały. Spod przymkniętych powiek obserwował ich zamazane sylwetki. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo dziewczynki były podobne do niego. Obie miały kruczoczarne włosy, ładne noski i piękne zielone oczy. To odziedziczyły po swojej mamie. Andrzej wiedział, że musi zrobić wszystko, by choć w części odzyskać dawną sprawność. Chciał kiedyś jeszcze przytulić dzieci i żonę. Powiedzieć im coś. Zwłaszcza to, jak mocno ich kocha.

***

Po raz pierwszy nieznajomy pojawił się w izolatce po około pół roku przebywania w zakładzie. Początkowo Andrzej myślał, że to ktoś z obsługi, ale zbyt wiele cech obcego świadczyło o tym, że to błędne przypuszczenie. Mężczyzna mógł mieć około dwudziestu pięciu lat. Był więc znacznie młodszy od Andrzeja, który za niedługo miał skończyć czterdziestkę. Grubawy, ubrany całkiem zwyczajnie - w dżinsy i wytarty, czarny sweter. Wzbudzał zaufanie od pierwszego wejrzenia. Całość obrazu psuły tylko niewiarygodnie niebieskie oczy. Wyglądały tak nienaturalnie, że Andrzej zaczął przypuszczać, że nieznajomy nosi jakieś specjalne soczewki. Najdziwniejsze było to, że mężczyzna stanął przy przeciwległej ścianie i nie mówiąc nic, wprost świdrował Andrzeja swym wzrokiem. Nie było to przyjemne uczucie. Kiedy do pokoju weszła pielęgniarka, okazało się, że na stojącego przy ścianie obcego nie zwróciła żadnej uwagi. Tak, jak by go w ogóle nie dostrzegła. Kiedy odwróciła bezwładne ciało chorego, aby zrobić masaż zapobiegający odleżynom, Andrzej czuł podświadomie, że obcy zniknął. Było to tym dziwniejsze uczucie, że nie słyszał żadnego dźwięku otwieranych drzwi.

***

Magda stanęła przy łóżku męża. Andrzej spał. Jak zwykle nieruchomy, podpięty do kroplówki. Żonie ciężko było powstrzymać napływające do oczu łzy. Lekarze stawiali coraz gorsze diagnozy. Twierdzili, że Andrzej wkrótce umrze. Żaden z nich nie potrafił podać konkretnego terminu, ale była to kwestia tygodni, a nie miesięcy. Ten okres można było oczywiście przedłużyć za pomocą kosztownych kuracji, ale... Magda nie miała już więcej środków. Po wypadku musiała podjąć pracę. W dalszym ciągu spłacała raty za dom. No i miała na utrzymaniu dwie małe córki. Pobyt Andrzeja w tym zakładzie też nie był tani.

***

Nieznajomy odwiedzał Andrzeja regularnie. Dziwnego mężczyzny zdawał się nie dostrzegać nikt. Ani personel zakładu, ani odwiedzająca go żona i dzieci. Początkowo chory myślał, że zwariował. Że oprócz niedołężnego ciała teraz zaczyna szwankować także umysł. I był o tym przekonany aż do moment, w którym nieznajomy przemówił. - Witaj…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych